Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2020

"The Devil You Know" - Heaven & Hell [Recenzja]


Tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego, że Tony Iommi, Bill Ward i Geezer Butler nie mogli doczekać się na Ozzy'ego Osbourne'a. Po zjednoczeniu w 1997 roku, panowie powoli i ostrożnie zaczęli mówić o planach na nagranie nowego materiału i trasę koncertową. Pierwsze poważne rozmowy dotyczące tworzenia nowego materiału zaczęły się w 2001 roku. Wtedy jednak Ozzy zajął się promowaniem swojej nowej solowej płyty, Down to Earth, a także uczestnictwem w reality show The Osbournes. 
W 2006 roku pojawił się pomysł wypuszczenia składanki zatytułowanej The Dio Years, na którą - jak sama nazwa wskazuje - miały złożyć się najlepsze utwory z czasów, gdy wokalistą w zespole był Ronnie James Dio. Wydawca chciał jednak uczynić tę składankę czymś bardziej atrakcyjnym niż standardowe "the best of". Zapytał więc Iommiego, czy nie zostały mu jakieś niewydane dotychczas utwory z tamtych sesji. Tony odparł, że nie, bo panowie zawsze tworzyli dokładnie tyle piosenek, ile było im potrzebnych do skompletowania płyty. Padł więc pomysł, by może tak zrobić coś nowego specjalnie na tę składankę. Dio i Iommi uznali więc, po raz kolejny, że należy zakopać topór wojenny. Ten pierwszy przyleciał więc do Anglii i napisali razem aż 3 utwory, które trafiły na tę składankę: The Devil Cried, Shadow of the Wind i Ear in the Wall. Trzeba było jednak to nagrać. Zadzwonili do Butlera, który z chęcią przyjął propozycję, a następnie do Billa Warda. Ten również przyjechał, ale poróżniły ich kwestie artystyczne, a ponadto Ward nie bardzo miał ochotę jechać w trasę z Dio, bo i taki pomysł podczas sesji się pojawił. Zamiast niego, wielkim entuzjazmem do pomysłu zapałał niezawodny Vinny Apice.
Panowie chcieli ruszyć w trasę pod szyldem Black Sabbath, ostatecznie był to przecież ten skład, który tworzył już 2 albumy zespołu, jednak tym razem na przeszkodzie stanęła im Sharon Osbourne, która wytoczyła im proces o prawa do nazwy, oponując że należy się ona tylko składowi z Ozzym, ponieważ Black Sabbath z Księciem Ciemności na wokalu wciąż formalnie działało. Iommi przegrał w sądzie i oddał Sharon pełne prawa do nazwy "Black Sabbath", a nowy zespół nazwał Heaven & Hell, by nie było wątpliwości, kim są muzycy i jakiego repertuaru należy oczekiwać. Stawiało to też Dio w komfortowej sytuacji; wokalista bowiem nigdy nie czuł się swobodnie w utworach śpiewanych wcześniej przez Osbourne'a (co słychać na Live Evil i Live at Hammersmith Odeon), a teraz mógł ich już nie śpiewać. Paranoid i Iron Man nie musza się pojawić, bo to przecież nie jest Black Sabbath, więc czemu miałby grać przeboje tego zespołu?
Panowie ruszyli więc w marcu 2007 w trasę, którą zakończyli w listopadzie. Wtedy padł też pomysł, by może nagrać całą płytę pod nowym szyldem, skoro tak dobrze im poszło. Panowie osobno przygotowywali swoje pomysły, po czym rozpoczęły się prace nad komponowaniem i nadawaniem utworom ostatecznego kształtu. Album, zatytułowany ostatecznie The Devil You Know (oczywiste odniesienie do tego, że Heaven & Hell to w rzeczywistości Black Sabbath w jednym ze swoich składów, tylko pod nową nazwą), trafił do sprzedaży w kwietniu 2009 roku i okazał się wielkim sukcesem. Zebrał bardzo dobre recenzje, a i nieźle się sprzedawał. Muzycy ruszyli też w trasę promującą płytę, jednak pod koniec listopada okazało się, że Ronnie ma raka żołądka. Jego śmierć pół roku później, przekreśliła plany na dalsze koncerty i płyty pod tym szyldem, a jednocześnie przyspieszyła prace oryginalnego Ozzy'ego, Tony'ego i Geezera nad ich, jak miało się okazać, ostatnią płytą Black Sabbath.

Trzeba przyznać, że z pewnością fani Black Sabbath z Dio na wokalu mogą za sprawą Atom and Evil poczuć się jak w domu. Ten kawałek spokojnie mógłby znaleźć się na ultra-ciężkim Dehumanizer. Posępny, mroczny riff, przyjemnie pulsujący bas Butlera, mocna i efektowna perkusja Appice'a i melodyjne acz potężnie brzmiące wokale Dio. Kompozycja trwa nieco ponad 5 minut, a ani na chwilę nie traci nic ze swojej świeżości i wciąż wywołuje przyjemny dreszcz. To porządny i odpowiednio ciężki kawałek, który pokazuje że "Heaven & Hell" nie oznacza żadnego przełomu - to po prostu stare, dobre Black Sabbath z Dio na wokalu. 

Falling's easy, rising will never be
So we must rise together
Here are the changes, power for harmony
But then there's no forver
Atom and evil

Niemniej ciężko wypada także Fear, acz wydaje się mieć odrobinę więcej dynamizmu. Nie jest to oczywiście taka hard rockowa jazda, jak choćby Neon Knights, jednak jest to wyraźnie zauważalne, zwłaszcza na tle Atom and Evil. Nie bardzo jest tu o czy pisać, gdyż jest to po prostu znów bardzo udana kompozycja przywołująca na myśl Dehumanizer lub Mob Rules. Jeśli komuś przypadła do gustu ciężka i posępna stylistyka tam prezentowana, to i Fear nie powinien rozczarować.

If you've never heard before
There was once a time when only God had fire
The moon and stars and nothing more
To lead you through the night

If there's a Hell and Satan had a daughter
He must have sent her here to hide the flame
We're still afraid, must be he taught her so well
We've seen the light, so why it's all the same

Bible Black rozpoczyna się akustycznym wstępem, jednak nie dajcie się zwieźć - daleko tej piosence do Lonely Is the Word. Następnie mia być dramatyczny wokalny wstęp Dio, jednak wokalista ewidentnie nie dźwiga już tej swojej teatralnej maniery, przez co brzmi to po prostu kiczowato i momentami aż boli, kiedy łamie mu się głos. Po chwili muzycy jednak uderzają ciężarem i całość wraca na wcześniej obrane tory. Znów jest ponuro, mrocznie i ciężko. 

Well, here I go again
From the start and to the end
I wish I could remember what I've done
Now, here's another spell
It could take me straight to Hell
And I feel I'm getting closer to my home

Let me go
I've found addiction and it makes me feel alive
Take me back
I must have the Bible Black

Zdecydowanie słabiej wypada Double the Pain. Ponownie mamy tu próbę przyspieszenia, jednak jest to zbyt ociężałe, przez co może się wydawać, jakby muzycy "chcieli a nie mogli". Kompozycja jest bez wyrazu, a momentami wręcz irytuje.

A slap in the face
To bring him back around
It's a touch like cool morning rain
He's fallen from grace
And slammed to the ground
And begs for some more of the same

Podobnie niemrawo (chociaż lepiej chyba pasowałoby sformułowanie "odtwórczo") wypada Rock and Roll Angel. I tutaj brak po prostu dobrej melodii, która pozwoliłaby utworowi wyróżnić się spośród reszty peletonu i przykuć naszą uwagę. Z pewnością jednak całkiem udanie prezentuje się zwolnienie w środku, gdzie Iommi ma szansę zagrać całkiem udaną, liryczną solówkę. Później niespiesznie i efektownie wracamy do głównego motywu i... znowu całość się rozsypuje. Gwoździem do trumny są dodatkowo wyjątkowo wymęczone wokale Dio.

Don't close your mind
Just bring insanity and you'll see it all
His light can blind you
He's now his revelation

You've been wishing
For the magic sin
Here's where you will find
Your rock and roll angel

Przy The Turn of the Screw czuć chociaż, że panowie się w jakiś sposób szarpią. Starają się sklecić chwytliwą melodię i momentami brzmi to naprawdę w porządku. Niestety - sztmpa goni sztampę, więc i nie można mówić tu o żadnej oryginalności, gdyż wszystkie zabiegi, które tu stosują, słyszeliśmy już od nich wiele razy. Momenty więc są, ale raczej sporadyczne, a piosenka po chwili ginie w gąszczu podobnych sobie utworów.

He was born to be angry
A fire that just burned cold
And you knew you should keep away
Then on a night in the city
It happened he lost control
So it's on to his last today

Właściwie identyczny komentarz mógłbym także wystawić Eating the Cannibals. Tu mamy już zdecydowanie szybszy i mocniejszy kawałek, który całkiem udanie galopuje, a momentami przewijają się tu niezłe melodie. Co jednak z tego, skoro to wszystko już było, a całość zapomina się dosłownie zaraz po zakończeniu. A nawet szybciej.

Come on in, we love our clientele
You're here to taste revenge and so you shall
It's been raised upon your body and your bones
But now you're not alone

Enough with the greeting
Cause soon you'll be eating the cannibals

Udanie rozwija się Follow the Tears. Organy, mroczna gitara, powoli narastająca perkusja i w końcu potężne uderzenie. Nie powiem - urzekło mnie to. Dalej jest... no cóż, różnie. Ponownie: pojawiają się tu całkiem niezłe melodie, które są naprawdę bardzo udane (refreny), jednak z powodu niemrawych zwrotek i do bólu kiczowatego mostka, nie mogę uznać tej kompozycji za godną uwagi. Gdy Dio milknie i do głosu dochodzą instrumentaliści - jest naprawdę bardzo dobrze. Gdy zaś wkracza Ronnie - dobrze jest tylko momentami.

Don't drink for the cup of human kindness
It's a strange brew and poison to the touch
Don't think that they're saving you the finest part for last
Or that you wanted too much

So if you want to know where I've been hiding all these years
Follow the tears, follow the tears

Neverwhere to jednak, niestety, powrót do sztampy i mało wyszukanych melodii, które aż rażą swoją infantylnością i zapamiętywalnością na zerowym poziomie. Nie ma tu nic, o czym można by się uchem zaczepić, a na tym etapie płyty powinno się stawać na głowie, żeby przyciągnąć uwagę słuchacza, bo jednowymiarowy materiał po takim czasie już nudzi. Tu jednak czuć, że muzykom niespecjalnie na tym zależy, bo, doprawdy, ciężko tu nie zasnąć.

Together they wait for the witching hour
Feeling the heat and the push of power
They need to know
Left behind, he's the univited
Maybe the door will open of he waits there
At neverwhere

Breaking into Heaven. Niezły tytuł, co? Brzmi jak coś na miarę Lonely Is the Word. Szkoda tylko, że wcale tak nie jest, a to po prostu kompozycja, która aż razi grafomanią, infantylizmem, kiczem i nijakością. To jeszcze nie koniec: utwór trwa... 7 minut! 7 minut muzycy grają praktycznie jednowymiarowy i przyciężkawy kawałek, który absolutnie nic nie wnosi, a wręcz potwornie męczy. Brawa należą się temu, kto jest na tyle wytrwały, by dosłuchać do końca. Ja zrobiłem to tylko w ramach recenzenckiej rzetelności, oczekując może na jakiś nagły zwrot akcji. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, a Breaking into Heaven to w mojej opinii najgorszy utwór płyty, który po prostu jest jednym wielkim, siedmiominutowym diabełkiem. I to, niestety, diabełkiem, którego już, dzięki reszcie zawartości płyty, znamy.

Before today, it was a dark tomorrow
Chained and cursed to wander with man
But we've been told that it's time and we must go
Does hopeless mean maybe we can?

Now we're back again, we want it all
An no one seems to know that evil's come to call
And we will bring temptation and you'll sin
Then we'll slam the door, you can't come back again


Kilkukrotnie w tej recenzji wspominałem, że nie da się odmówić The Devil You Know wielu podobieństw do Dehumanizer. Czy oznacza to więc, że są to albumy do siebie podobne, bądź też na porównywalnym poziomie? Niestety nie, a w takim starciu The Devil You Know ponosi niestety sromotną porażkę. Jeśli już przy Dehumanizer narzekałem, że brak tam wyróżniających się kompozycji, to, doprawdy, nie wiem, co mam powiedzieć o tej płycie. Każdy utwór tutaj brzmi praktycznie tak samo, przez co całość wydaje się być jednym, wyjątkowo długim i wyjątkowo nudnym numerem. Są może jakieś próby uczynienia kilku z nich oryginalniejszymi w stosunku do reszty (akustyczny, teatralny wstęp w Bible Black, solówka w środku Rock and Roll Angel, próba stworzenia nieco bardziej chwytliwej melodii w The Turn of the Screw), jednak na dłuższą metę się to nie sprawdza. Z pewnością na niekorzyść działa także nowoczesne brzmienie, co w praktyce oznacza sporą kompresję dźwięku, przez co materiał po prostu nudzi i - mówiąc kolokwialnie - "zamula". Płyta trwa 54 minuty; to z pewnością za długo, jak na taki rodzaj muzyki. Gdyby zrobić z tego longplay o połowę krótszy i z nieco bardziej wyrazistymi kompozycjami, to moglibyśmy mówić tu o czymś na miarę Dehumanizer. Nie znaczy to jednak, że album nie ma żadnych zalet. Z pewnością wyróżnić trzeba bardzo dobre wykonanie - każda piosenka wykonana jest bez większych zadyszek, posępnie, ciężko i mrocznie, dzięki czemu album może do pewnego momentu robić dobre wrażenie. Szkoda jednak, że pochwalić można tu tylko klimat i wykonanie, czego przecież od muzyków tej klasy należy się po prostu spodziewać. Reasumując: powrót nadzwyczaj nieudany. Mógł być powrót do dawnej sławy i chwały, a wyszedł odgrzewany kotlet; i to w wyjątkowo odtwórczy sposób.

Ocena: 4/10


The Devil You Know: 53:31

1. Atom and Evil - 5:15
2. Fear - 4:48
3. Bible Black - 6:29
4.. Double the Pain - 5:25
5. Rock and Roll Angel - 6:02
6. The Turn of the Screw - 5:02
7. Eating the Cannibals - 3:37
8. Follow the Tears - 6:12
9. Neverwhere - 4:35
10 Breaking into Heaven - 6:53

piątek, 20 marca 2020

"Good Evening New York City" - Paul McCartney [Recenzja]


Od początku całe wydawnictwo przygotowywane było z pompą. Nic dziwnego. Paul McCartney powraca na Shea Stadium po ponad 40 latach od czasu słynnego występu Beatlesów na tym stadionie. Tuż przed rozbudową, w 2008 roku, Paul dołączył do Billy'ego Joela na jego ostatnim występie na "starym" Shea Stadium. Po remoncie powrócił jednak i zagrał tam 3 wyprzedane koncerty, jako część trasy Summer Live '09. Z myślą o płycie DVD scena była filmowana przez 15 kamer, a oprócz tego ponad 70 umieszczono na trybunach, by zarejestrować też reakcje fanów. Dźwięk został miksowany w stereo przez Geoffa Emericka, który współpracował przy realizacji nagrań The Beatles. Całość była dostępna w dwóch formatach: 2 CD + DVD, na których zawarty był koncert, a także 2 CD + 2 DVD, ponadto zawierającym występ Paula w programie Late Show with David Letterman, który nagrywano w słynnym Ed Sullivan Theater, gdzie swoje legendarny występy zaliczyli m.in. Beatlesi i Elvis Presley.
Płyta trafiła na listy przebojów, zdobyła złotą i srebrną płytę, a wykonanie Helter Skelter zapewniło Paulowi nagrodę Grammy w kategorii Best Solo Rock Vocal Performance. Koncertówka więc nie zawiodła i odniosła tak samo wielki sukces, jak poprzednie wydawnictwa koncertowe McCartneya.

Jak inaczej poderwać publiczność, niż przy pomocy rockowego klasyka The Beatles? McCartney zdaje  sobie sprawę, że jego koncert lepiej zacząć się nie może, więc rozpoczyna swój show chwytliwym Drive My Car. Wszystko odegrane jest solidnie, jak należy i na wysokim poziomie. Bardzo dobry początek.
Poziom trzyma także rockowy Jet z albumu Band On the Run. Paul wokalnie trzyma się bardzo dobrze, a muzycy, z którymi koncertuje, to światowa liga, więc nie ma co się dziwić, że to bardzo dobry wykon.
2 lata po wydaniu Memory Almost Full, Paul wciąż aktywnie promował to wydawnictwo, także i na Good Evening New York City. Zaczyna od jednej z moich ulubionych piosenek ze wspomnianego krążka - Only Mama Knows. Orkiestrowe preludium zostało tu nieco przycięte, jednak część rockowa absolutnie nie ucierpiała i wszystko zagrane jest z odpowiednim pazurem i zaangażowaniem.
Utwór tytułowy z płyty Flaming Pie z 1997 roku to jeden z rzadziej granych przez Paula na żywo numerów. Cieszy jednak jego obecność na tej koncertówce. Piosenka wypada dynamiczniej niż w wersji studyjnej, więc jeśli dla kogoś wersja oryginalna była za mało rockowa, to tu powinien być już usatysfakcjonowany/
W Got To Get You Into My Life wracamy do repertuaru Beatlesów. Ta piosenka to najbardziej "tradycyjny" utwór The Beatles z albumu Revolver. Tu wypada bardzo dynamicznie, pogodnie i przekonująco, a Paul nieźle radzi sobie z wyciąganiem wyższych dźwięków. 
Let Me Roll It. Obowiązkowy punkt koncertów Paula, co bardzo mnie cieszy, gdyż uwielbiam ten numer. Całość wypada bardzo mocno, a wokalizy McCartneya wciąż jeszcze brzmią tu na poziomie, choć miejscami łamie mu się głos. Na koniec tego rockowego numeru, Paul składa też hołd swojemu przyjacielowi z lat 60. - Jimi'emu Hendrixowi, dołączając do Let Me Roll It kodę w postaci głównego riffu Foxy Lady, gdzie McCartney trochę pograł sobie na gitarze, udowadniając nam, że wciąż "czuje rocka".
Paul promuje też swoje najświeższe wówczas wydawnictwo, czyli Electric Arguments - wspólny album z Youthem. Zdecydowanie uważam, że Highway wypada na żywo o wiele lepiej niż wersja studyjna. Całość brzmi bardziej rockowo, dynamicznie i przekonująco.
Czas na parę ballad. Paul siada do fortepianu i intonuje nam klasyk Beatlesów, The Long And Winding Road. Robi się pięknie i wzruszająco. McCartney jak nikt potrafi w mgnieniu oka zmienić nastój o 180 stopni, nie wychodząc z roli i wciąż wypadając przekonująco i szczerze.
Kolejna ballada, tym razem z solowego katalogu Paula. My Love to bez wątpienia kolejne wzruszające 4 minuty, gdzie McCartney śpiewa prosto z serca. Nie ma w tym ani trochę rutyny, czy znudzenia. Tylko szczery przekaz.
Blackbird to zawsze magiczny moment koncertów Paula. Beatles sięga wtedy po gitarę akustyczną i bez akompaniamentu kolegów z zespołu, sam wykonuje ten ponadczasowy przebój z "Białego Albumu". I na tej płycie wypada to pięknie i intymnie.
Kolejny piękniejszy moment to hołd dla Johna, za pomocą napisanej specjalnie dla niego piosenki - Here Today. McCartney określa ją jako "rozmowę, której nigdy już nie odbędą". Ponownie śpiewa tu tylko z towarzyszeniem gitary akustycznej, a robi to tak szczerze i delikatnie, że sprawiać to może wrażenie, jakby rzeczywiście siedział w domu z Lennonem i śpiewał mu tę piosenkę. Pięknie.
Paul ożywia trochę publiczność sięgając po mandolinę i wykonując kolejny utwór z Memory Almost Full - przebój Dance Tonight. Wykonanie nie różni się znacząco od wersji z płyty, co oznacza, że wypada naprawdę prosto i fajnie.
Pięknie robi się z kolei przy Calico Skies. Tutaj nieco wzbogacona została aranżacja (m.in. o akordeon), jednak absolutnie nie ujmuje tu nic z intymności i szczerości piosenki.
Wracamy do albumu Band On the Run (nie po raz ostatni na tym koncercie) za sprawą chwytliwego i dynamicznego Mrs Vandebilt. Piosenka długo czekała, aż Paul zacznie ją wreszcie wykonywać na żywo i Good Evening New York City to pierwsza koncertówka, na której pojawia się ten utwór. Cóż mówić, ten numer jest wręcz stworzony do śpiewania na żywo, z refrenami idealnymi do wykonywania przez publiczność.
Eleanor Rigby wypada jak zwykle - wokalnie bardzo dobrze, aranżacyjnie niestety kiczowato. 
Sing the Changes to już drugi utwór z wydanego rok wcześniej Electric Arguments. Wypada bardzo fajnie, nie za bardzo różni się od pierwowzoru, ale brzmi to naprawdę nieźle.
Na żadnym koncercie Paula nie może zabraknąć też kultowego utworu tytułowego z płyty Band On the Run. Piosenka ta to zdecydowanie jeden z lepszych kawałków w karierze McCartneya i wypada tu - jak można by tego oczekiwać - naprawdę znakomicie i satysfakcjonująco. Bardzo dobre domknięcie pierwszej części koncertu.


Drugą płytę - na którą złożyły się tylko (z jednym wyjątkiem) przeboje Beatlesów - rozpoczynamy Back In the U. S. S. R. z "Białego Albumu". Mimo, że całość nieco zwolniono, to i tak wypada rockowo, dynamicznie i rewelacyjnie.
W I'm Down Paul pokazuje, w jak dobrej wokalnie jest kondycji. Wydziera się, jakby wciąż miał 30 lat i naprawdę świetnie się tego słucha.
Był już hołd dla Johna, więc przydałoby się też uhonorować drugiego zmarłego Beatlesa. Paul sięga wręcz po ukulele (ulubiony instrument Harrisona) i wykonuje jeden z jego największych przebojów - Something z albumu Abbey Road. Początkowo jest nieco pogodniej, bo McCartney śpiewa tylko z akompaniamentem ukulele, lecz po chwili robi się wolniej i romantyczniej, gdy dołączają do niego pozostali muzycy i Paul wykonuje już piosenkę w oryginalnej aranżacji. Piękne wspomnienie przyjaciela.
Cieszy też, że Beatles sięga także po nieco bardziej zapomniane piosenki zespołu. I've Got a Feeling to bez wątpienia jeden z mniej znanych utworów Fab Four, acz zasługujący na uwagę. Chwytliwy riff, wpadająca w ucho melodia i porywające wykonanie. To się nazywa rock and roll.
I kolejny przebój - Paperback Writer. Od początku do końca to po prostu rockowe granie na najwyższym poziomie.
No i to jest prawdziwa niespodzianka. Nikt chyba nie spodziewał się, że Paul sięgnie po wspaniałe A Day In the Life, gdzie większość wokali śpiewał John. McCartney jednak udowodnił, że może śpiewać co mu się żywnie podoba, nawet jeśli fani nie kojarzą danej piosenki tylko z jego głosem. Piosenka jest tu zagrana naprawdę dobrze, od balladowych zwrotek, przez narastające crescendo, aż do partii McCartneya i wywołujących ciary wokaliz. Po nich następuje jednak nagły zwrot akcji, gdyż Paul intonuje chóralne refreny Give Peace a Chance Lennona. Zaskakujący, ale i naprawdę pięknie wykonany medley. 
Równie udanie prezentuje się także legendarne Let It Be. Podobnie jednak jak w przypadku wykonania na Back In the U.S. niezbyt przemawia do mnie solówka Rusty'ego Andersona. Brak tu po prostu pazura i wyczucia, którym charakteryzowała się ta zagrana przez Harrisona.
Dynamiczniej natomiast prezentuje się szalone Live And Let Die. To istna jazda bez trzymanki od balladowego wstępu aż po mocarny, rockowy motyw przewodni.
Żaden koncert Paula nie może też obyć się bez Hey Jude szczególnie z chóralnie odśpiewaną końcową częścią przez publiczność, którą bezbłędnie dyryguje McCartney. Wykonanie jak najbardziej udane i przyjemne.
Jeden z najbardziej ikonicznych riffów w historii muzyki - Day Tripper. Utwór wykonany bardzo dobrze, chociaż Paul nie wyrabia tu trochę wokalnie i - według mnie - nie powinien po to sięgać. Refreny trochę nie dają rady, ale ogólnie nie jest źle.
O wiele lepiej wypada jednak dynamiczna Lady Madonna ze wspaniałym, rockandrollowym fortepianowym riffem. Wokale Paula są znakomite (mój ulubiony moment, to absolutnie znakomicie wykrzyczany mostek), a cała piosenka ani na chwilę nie zwalnia i trzyma poziom.
W 2008 roku Billy Joel zaprosił Paula na swój koncert na Shae Stadium i wykonali razem dwie piosenki Beatlesów. McCartney zrewanżował się koledze i rok później zaprosił go, by razem wykonali I Saw Her Standing There. Piosenka absolutnie brzmi rewelacyjnie, dynamicznie, a wokale obu panów znakomicie współgrają. Billy za fortepianem brzmi wręcz znakomicie, a McCartney udowadnia, jak wiele rockowej energii wciąż w nim drzemie. Świetne wykonanie.
Yesterday. Kolejny obowiązkowy punkt koncertów Paula. Jak zawsze: znakomicie.
A teraz wykonanie, za które McCartney zgarnął nagrodę Grammy. Helter Skelter rzeczywiście zapiera dech w piersiach, szczególnie gdy przypomnimy sobie, ile lat na karku ma już Paul. Utwór wciąż jednak brzmi bardzo świeżo, rockowo i ostro.
Get Back to kolejny świetnie wykonany rockowy numer ze znakomitymi wokalami McCartneya.
Na sam koniec mamy jeszcze krótki medley: Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise)/The End. Bardzo dobre rockowe pożegnanie kończące bardzo dobry koncertowy album.


Good Evening New York City to zdecydowanie udana koncertówka, po którą spokojnie można sięgnąć, by zobaczyć jak muzyka Paula wypada na żywo. Cieszy fakt, że McCartney odnalazł dość niezły balans między piosenkami ze swojej solowej kariery, a klasykami Beatlesów. Na pierwszej płycie przeważają raczej solowe piosenki, zaś druga to już istne the best of The Beatles. McCartney jeszcze całkiem nieźle radzi sobie tu na żywo (choć są to jego ostatnie lata tak dobrej formy wokalnej), choć tu i ówdzie trzeba było podciągnąć go autotune'em. Nie jest to jednak aż tak często stosowane, jak choćby na nowszych studyjnych płytach Ringo, dzięki czemu wokale nie męczą. Całość jest dobrze zmiksowana, utwory są dobrze porozkładane i McCartney ewidentnie trzyma poziom cały koncert. Bardzo udana koncertówka bez słabego punktu.

Ocena: 8/10


Good Evening New York City: 123:11

CD 1:

1. Drive My Car - 2:25
2. Jet - 4:20
3. Only Mama Knows - 3:41
4. Flaming Pie - 2:29
5. Got to Get You into My Life - 2:51
6. Let Me Roll It - 5:51
7. Highway - 3:55
8. The Long and Winding Road - 3:41
9. My Love - 3:53
10. Blackbird - 2:43
11. Here Today - 2:32
12. Dance Tonight - 3:02
13. Calico Skies - 2:39
14. Mrs Vandebilt - 4:40
15. Eleanor Rigby - 2:25
16. Sing the Changes - 4:17
17. Band on the Run - 5:16

CD 2:

1. Back in the U.S.S.R. - 3:08
2. I'm Down - 2:23
3. Something - 4:07
4. I've Got a Feeling - 5:51
5. Paperback Writer - 3:29
6. A Day in the Life/Give Peace a Chance - 5:44
7. Let It Be - 3:55
8. Live and Let Die - 3:14
9. Hey Jude - 7:23
10. Day Tripper - 3:12
11. Lady Madonna - 2:33
12. I Saw Her Standing There (with Billy Joel) - 3:09
13. Yesterday - 2:17
14. Helter Skelter - 3:53
15. Get Back - 4:00
16. Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise)/The End - 4:28

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...