Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Petty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Petty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

"Travelling Wilburys Vol. 3" - Travelling Wilburys [Recenzja]


Rok 1988 dla grupy Travelling Wilburys był rokiem z jednej strony szczęśliwym, zaś z drugiej - tragicznym. W tym czasie ukazał się bowiem ich debiutancki album, Travelling Wilburys Vol. 1, który odniósł spory sukces komercyjny i artystyczny i zagwarantował kilku członkom zespołu poniekąd drugie muzyczne życie. 6 grudnia na zawał serca zmarł jednak jeden z muzyków - współzałożyciel i przy okazji legenda muzyki rockowej, Roy Orbison - co postawiło dalsze losy Travelling Wilburys pod wielkim znakiem zapytania. Oczywistym stał się fakt, że trasa koncertowa, którą podobno panowie planowali, nie dojdzie do skutku. Pojawiło się jednak pytanie, czy kontynuować działalność nagraniową i stworzyć kolejny longplay. Ostatecznie uznali, że mogą nagrać jeszcze jedną płytę w hołdzie zmarłemu koledze. Tak więc panowie George Harrison, Jeff Lynne, Bob Dylan i Tom Petty spotkali się ponownie, przybrali nowe pseudonimy i wiosną 1990 roku nagrali całkowicie premierowy materiał na album, który okazał się także ich ostatnim wspólnym dziełem. W studiu pojawił się też ponownie Jim Keltner na perkusji, a także Gary Moore na gitarze, Ray Cooper na perkusjonaliach i Jim Horn na saksofonie.
Na pomysł tytułu (Travelling Wilburys Vol. 3) wpadł, według Jeffa, Harrison, który miał powiedzieć: "Skołujmy ich wszystkich". Jest też jednak parę innych interpretacji: miała to być też reakcja na piracki bootleg, zatytułowany właśnie Travelling Wilburys Vol. 2, czy rodzaj upamiętnienia Orbisona. Ponadto na albumie Toma Petty'ego Full Moon Fever zagrali wszyscy członkowie Travelling Wilburys - z wyjątkiem Dylana - w związku z czym płyta ta również została okrzyknięta Travelling Wilburys Vol. 2.
Album wydano w październiku i choć oceniono go nieco słabiej niż znakomitego poprzednika i tak cieszył się sporym powodzeniem i docenieniem wśród krytyków i publiczności. 

Zaczynamy od znakomitego rock and rolla w starym, dobrym stylu, She's My Baby. Pierwszym wokalem, który słyszymy jest rewelacyjny Lynne, udowadniający, że znakomicie czuje się w tego typu kompozycjach. Po chwili dołącza do niego także Petty, śpiewający w typowym dla siebie, zblazowanym, nieco niechlujnym stylu. Zaraz wkracza ponadto Dylan, który po prostu wciąż jest... Bobem i to wystarcza. Prawdziwie zachwyca jednak George, śpiewający tak mocno i przekonująco, jakby znów odezwał się w nim duch dawnego Beatlesa. Uważam, że świetnym pomysłem było umieszczenie na samym początku tak dynamicznego, mocnego i old-schoolowego utworu, w którym miał miejsce wokalnie "przedstawić się" każdy członek zespołu. W uszy rzuca się jednak nie za dobry miks, który - w porównaniu z klarownością poprzedniego albumu - aż boli. Poza tym jednak nie mam kompozycji nic do zarzucenia; świetne otwarcie. 

She's comin' down the sidewalk
She's stumblin' through the door
She's coming home from places
She's never been before
She sits down on the sofa
She pours herself a drink
Says, "Honey, honey, honey, ain't no think to think"

W Inside Out czuć jednak, że zdecydowanie więcej do powiedzenia ma tu Bob Dylan, do którego w mostkach dołączają dopiero Harrison i Petty. Jednak piosenka zdecydowanie nosi znamiona każdego z Wilburysów, a wokal Boba brzmi tu naprawdę świetnie, nie mówiąc już o samym tekście (który jednak, nawiasem mówiąc, nie bardzo pasuje mi do poetyckiej estetyki Dylana, więc jemu bym tego nie przypisywał; jak coś to Jeffowi albo George'owi). Piosenka, suma summarum, brzmi jednak naprawdę przyjemnie, na luzie i słucha się tego bardzo przyjemnie. 

Look out your window
That grass ain't green
It's kinda yellow
See what I mean?

Look up your chimney
The sky ain't blue
It's kinda yellow
You know it's true

If You Belonged To Me to już jednak typowy Bob i wcale nie chodzi mi tylko o tę charakterystyczną harmonijkę przebijającą się od czasu do czasu. Ponownie to Dylan wokalnie wiedzie tu prym i, trzeba mu to przyznać, robi to naprawdę przekonująco, z prawdziwą pasją w głosie i zaangażowaniem. Piosenka jest naprawdę przyjemna, wpada w ucho i słucha się tego znakomicie.

You're saying that you're all washed up
Get nothing else to give
Seems like you never figured out
How long you have to live

Oh, you could feel like a baby again
Sitting on your daddy's knee
Oh, how happy you would be
If you belonged to me

W The Devil's Been Busy Dylan ustępuje miejsca na wokalach; rozpoczyna Petty, potem dochodzi do niego Harrison, Bob, a na końcu Lynne. Piosenka ta to naprawdę przyjemne a la country połączone ze starym dobrym rockandrollem i jest równie przyjemne w słuchaniu, co poprzednie numery.

While you're strolling down the fairway
Showing no remorse
Glowing from the poisons
They've sprayed on your golf course
While you're busy sinking birdies
And keeping your scorecard
The devil's been busy in your backyard

7 Deadly Sins to jednak ponownie typowy Dylan. I bardzo dobrze, bo brzmi to naprawdę dobrze, ma całkiem intrygujący tekst, a harmonie wokalne brzmią bardzo dobrze. Do takiego tekstu mogła pasować tylko zgorzkniała maniera Boba.

Seven, seven, seven deadly sins
That's how the world begins
Watch out when you step in
For seven deadly sins

Seven deadly sins
That's when the fun begins
Seven deadly sins

Stronę A longplaya kończy bardzo dynamiczny, rockandrollowy Poor House, w którym wokalnie prym wiodą Tom Petty i Jeff Lynne. Przede wszystkim w ucho wpada chwytliwe brzmienie gitary (zapewne to robota Harrisona), ale i melodia plus energia nie zawodzą i stanowią o sile tej piosenki. Mój ulubiony kawałek na płycie. 

If I drove a pulpwood truck
Would you love me more?
Would you bring me diamonds
And hang around my door?

Woman, I've done my best
They're ain't much left for me
They're gonna put me in the poor house
And throw away the key

Bob nie daje jednak na długo nam o sobie zapomnieć, powracając z klasą przy okazji słodko-gorzkiego Where Were You Last Night?. Oprócz tego, że pojawiają tu się w refrenach wszyscy członkowie zespołu, Dylanowi wtóruje jeszcze George w mostkach, tworząc świetną harmonię. Ogólnie brzmi to znów bardzo dobrze, chociaż z taką ekipą muzyków, wstydem by było, gdyby nie można tyło tego o tej piosence powiedzieć. 

Where were you last night?
You were so uptight
What did you do, who did you see?
Were you with someone
Who reminded you of me?
Where were you last night?

Swoje 5 minut (choć w praktyce niecałe 4) dostaje wreszcie Tom Petty w Cool Dry Place, gdzie brzmi jednak... dokładnie jak Dylan, więc zmiana ta nie rzuca się specjalnie w oczy (z wyjątkiem wokalu, oczywiście). Poza tym jednak stylistyka pozostała ta sama i brzmi to równie dobrze. Fajnie się słucha, chociaż zapamiętać to tego się raczej nie da. 

Well, I drove around the city
Looking for a room
That was high above the water
Where my things could be in tune
There was no one to help me
Nobody even cared
I had to go through hell
To get those things up there
I paid my first subscription
Then I joined the idle race
And they said, "Store it in a cool dry place"

W New Blue Moon pojawiają się wszyscy Wilburysi, jednak jest to najbardziej niemrawa i niewyróżniająca się piosenka z albumu. Szkoda zmarnowanego potencjału. 

I don't want nothing
Nothing but you
And I'm waiting
Looking for a new blue moon

I'm so tired waiting
Waiting for you
And I'm waiting
Looking for a new blue moon

Pięknie wypada natomiast You Took My Breath Away, gdzie stery przejmują Petty i Lynne. Jest to z pewnością najpiękniejszy utwór na płycie, z którym naprawdę warto się zapoznać. Świetna budowa, znakomite wokale, dobry tekst i w ogóle wszystko w tej piosence gra, więc wracam do niej z przyjemnością. Obok Poor House to mój ulubiony kawałek na albumie. 

You took this song of mine
And change the middle bit
It used to sound alright
But now the words don't fit

It's getting hard to rhyme
Impossible to play
I've tried it many times
You took my breath away

Naprawdę rewelacyjnie wypada jeszcze kończący płytę dynamiczny Wilbury Twist, który może być rozpatrywany tylko jako luźne nawiązanie do takich klasyków Chubby'ego Checkera, jak The Twist czy Let's Twist Again. I rzeczywiście, piosenka aż porywa do tańca i ciężko usiedzieć przy niej w miejscu. Fajne zwrotki, chórki, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze znakomita solówka m.in. gitary i fortepianu. Mocny, rockowy numer w starym dobrym stylu. 

Lift your other foot up
And fall on your ass
Get back up
Put your teeth in a glass
Ain't never been nothing quite like this
It's a magical thing called Wilbury Twist

Everybody's trying to do the Wilbury Twist
China, Belgium, France, Japan
Thailand, Poland, Pakistan
Everybody's trying to do the Wilbury Twist


Przy każdej piosence napisałem, że jest "przyjemna" i taka też jest ta płyta. Travelling Wilburys Vol. 3 to bardzo sympatyczny album, jednak prawda jest taka, że to tylko blady cień wspaniałej poprzedniczki. Na pewno jest tu o wiele więcej starego rock and rolla i country, jednak żadna z umieszczonych tu kompozycji nie może się równać z najsłabszym momentem Travelling Wilburys Vol. 1. Wszystkiego słucha się bardzo dobrze, jednak po ostatniej piosence odkładamy płytę i zapominamy o niej bardzo szybko, nie mogąc przypomnieć sobie chociaż jednego utworu, który na niej słyszeliśmy. O każdej piosence pisałem właściwie to samo, bo wszystko pisane jest "na jedno kopyto", według jednego schematu i czasem ciężko się zorientować, że skończyła się jedna piosenka, a zaczęła się kolejna, bowiem wszystko zlewa się w jedno. Tam przede wszystkim mieliśmy do czynienia z oczywistą symbiozą, natomiast tutaj czuć ewidentną dominację Dylana; to jego głos najczęściej słyszymy, a także większość kompozycji przypomina nieco jego solowe dokonania. Najmniej słyszalny natomiast jest Harrison, który pojawia się raczej okazjonalnie. Szkoda, bo Travelling Wilburys Vol. 3 okazało się ostatnim w pełni premierowym materiałem, wydanym za życia George'a, który zmarł 11 lat później. Na pewno czuć nad całym albumem świetną i pozytywną energię; jest tu zdecydowanie więcej żwawych kompozycji i old-schoolowego grania, jednak w między czasie - pomiędzy nagraniem pierwszej a drugiej płyty - uleciał gdzieś ten młodzieńczy entuzjazm, który stanowił siłę napędową pierwszej części. Szkoda, bo, bez tego, Travelling Wilburys Vol. 3 to tylko przyjemny album, który dostarcza pozytywnych emocji podczas słuchania, ale nie zostaje ze słuchaczem na ani minutę dłużej, po wyłączeniu odtwarzacza.

Ocena: 5/10


Travelling Wilburys Vol. 3: 36:13

1. She's My Baby - 3:15
2. Inside Out - 3:35
3. If You Belonged to Me - 3:13
4. The Devil's Been Busy - 3:18
5. 7 Deadly Sins - 3:17
6. Poor House - 3:16
7. Where Were You Last Night? - 3:03
8. Cool Dry Place - 3:37
9. New Blue Moon - 3:20
10. You Took My Breath Away - 3:18
11. Wilbury Twist - 2:58

poniedziałek, 6 stycznia 2020

"Travelling Wilburys Vol. 1" - Travelling Wilburys [Recenzja]


Po wielkim sukcesie Cloud Nine, George Harrison podczas jednego z wywiadów powiedział, że jego wielkim marzeniem jest zebrać kilku kumpli, nagrać jakiś fajny album, może ruszyć w trasę i tak dalej. Producentem, który pomógł mu z powrotem wrócić do łask był lider Electric Light Orchestra, Jeff Lynne. Razem rozważali wtedy założenie takiej właśnie super-grupy. Plany te kontynuowali podczas wspólnej kolacji z Royem Orbisonem, z którym Harrison przyjaźnił się jeszcze od lat 60., kiedy to Beatlesi supportowali jego występy na wspólnej trasie. W międzyczasie George poprosił Orbisona, by ten towarzyszył mu podczas nagrywania piosenki, która miała trafić na stronę B singla This Is Love, promującego ostatni album Harrisona. Roy się zgodził, po czym umówili się na nagrania w domu Boba Dylana, z którym Harrison również przyjaźnił się od dawna.
W międzyczasie domową wizytę George złożył też Tom'yemu Petty. Podczas odwiedzin zostawił tam jednak gitarę. Wrócił po nią parę dni później opowiedział koledze o pomyśle nagrania wspólnej piosenki i także zaprosił go do domu Dylana. Petty się stawił. Był przygotowany jednak, by zobaczyć wspólnie muzykujących Harrisona, Lynne'a i Orbisona. Zobaczył natomiast, że spontanicznie dosiadł się do nich kręcący się po kuchni (bo tam właśnie urządzili "salę prób") Bob. Petty przysiadł się i zaczęli razem grać. Podczas jednego wspólnego posiedzenia napisali piosenkę i naprędce ją nagrali. Potem trochę posiedzieli, pośmiali się i każdy udał się w swoją stronę, a taśma z nagraniem została wysłana wytwórni.
Warner Bros. jednak skontaktowało się niedługo potem z Harrisonem i powiedzieli: "Nie wydamy tego na stronie B singla. To jest zbyt dobre. Poza tym, tyle tu gwiazd." To podsunęło George'owi pomysł. Zadzwonił najpierw do Lynne'a i zapytał, czy pamięta ich rozmowę o super-grupie. Jeff potwierdził i przypomniał pomysł na nazwę: Travelling Wilburys. Skąd nazwa? Otóż - jak w przypadku Sierżanta Pieprza - każdy członek zespołu miał udawać kogoś innego, w tym wypadku członka rodzinny Wilburysów. Więc występowali tam: Nelson Wilbury (George Harrison), Otis Wilbury (Jeff Lynne), Lefty Wilbury (Roy Orbison), Charlie T. Wilbury Jr. (Tom Petty) oraz Lucky Wilbury (Bob Dylan). Panowie się zdzwonili i umówili na wspólne nagranie płyty. Każdy z nich przyniósł jakąś piosenkę (lub chociaż pomysł), jednak pod każdą, jako autorzy, podpisani są wszyscy członkowie zespołu. Dylana goniły terminy, gdyż musiał niedługo wyruszać w trasę, więc narzucili sobie rygor:  jeden dzień na jedną piosenkę. Tak oto ruszyły prace nad płytą, którą nagrano w 10 dni, a końcowych poprawek dokonano w domowym studiu George'a.
Praca się opłaciła, gdyż Travelling Wilburys Vol. 1 okazał się niebywałym sukcesem. Nie tylko artystycznym ale i komercyjnym. Lynne, Dylan i Orbison nie osiągnęli takiego od lat. Mało tego, Dylan od kilku lat przeżywał regres artystyczny i komercyjny, a o Orbisonie wszyscy już zdążyli zapomnieć. Dylan okrzepł nieco, a i Orbison ruszył do nagrywania longplaya, wraz z Jeffem za konsoletą, który miał przywrócić go do łask. Niestety, okazało się że album Mystery Girl stał się nie tylko jego wielkim powrotem, ale też pożegnaniem. Nie dożył bowiem jego sukcesu. Udało mu się go ukończyć, jednak tuż przed wylotem na plan teledysku End of the Line mającego promować album Travelling Wilburys Vol. 1, niespodziewanie zmarł na atak serca, 6 grudnia 1988 roku, w wieku 52 lat. Nie dożył ani wielkiego sukcesu swojego ostatniego albumu, ani popularności grupy Travelling Wilburys.

Jak powstawała ta najważniejsza na płycie piosenka, od której właściwie wszystko się zaczęło? Otóż, gdy cała piątka gitarzystów (i perkusista, Jim Keltner) siedziała już obok siebie, George zaczął coś tam improwizować i zaśpiewał parę wersów. Bob Dylan przestał jednak grać i zapytał: "Co to w ogóle za piosenka? Jak się nazywa? O czym jest?". Harrison nie miał na to odpowiedzi, zaczął więc rozglądać się dookoła siebie. Jego wzrok natrafił na paczkę z naklejką "Handle with care". I już miał odpowiedź. Handle With Care to zdecydowanie najważniejsza piosenka na płycie i największy przebój zespołu. Wokalnie udzielają się tutaj wszyscy członkowie grupy. Zwrotki śpiewa George, w mostkach swojego wokalu użycza Roy, a w refrenach śpiewa pozostała trójka (w drugim dochodzi do nich także Orbison). Piosenka jest wspaniała. Słychać tu po prostu radość z grania muzyki. Całość zagrana jest bez ani jednego zbędnego instrumentu. Wszystko jest "po domowemu", po prostu gitary, perkusja i harmonijka, na której gra Big O. Do piosenki powstał również jedyny teledysk, w którym występują wszyscy członkowie zespołu. Wszystko wydaje się tu po prostu na miejscu, nie ma niczego ani za dużo, ani za mało. Rewelacyjna piosenka.

I'm so tired of being lonely
I still have some love to give
Won't you show me that you really care?

Everybody's got somebody to lean on
Put your body next to mine and dream on

Ciekawa jest natomiast geneza powstania Dirty World. Pomysł na nią przyniósł ze sobą Bob Dylan, który śpiewa tu też wiodący wokal. Chociaż, nie wiem, czy można nazwać to pomysłem. Na początku kolejnego dnia nagrań, nikt nie miał planu na piosenkę. Jeff zapytał więc: "Co robimy, panowie?", na co Bob wypalił dla żartu: "Zróbmy piosenkę w stylu Prince'a" i zaczął coś tam improwizować, jęczeć i piszczeć. Wszystkich to na tyle rozbawiło, że dołączyli do Dylana i tak oto powstało Dirty World. Piosenka może niezbyt przypomina utwory Prince'a, ale brzmi naprawdę wybornie. Bob śpiew znakomicie, a całości dopełniają fajne dźwięki dęciaków. Całość wypada dynamicznie, żartobliwie i luźno. Super.

He loves your sexy body, he loves your dirty mind
He loves when you hold him, grab him from behind
Oh baby, you're such a pretty thing
I can't wait to introduce you to the other members of my gang

Rattled to z kolei piosenka, z którą na sesję przyszedł Jeff. Jest to rockandroll w starym, dobrym stylu, oparty głównie na gitarze akustycznej. Udzielają się tu wokalnie wszyscy oprócz Dylana. Piosenka i aranżacja dowodzą, że można nagrać świetną, żywą i dynamiczną piosenkę bez użycia dudniącej perkusji, gitar elektrycznych (chociaż pojawia się tu jej solówka) i Bóg wie, czego jeszcze. Wystarczy po prostu grać i śpiewać z sercem. A Lynne wkłada tu całą swoją duszą i śpiewa wspaniale. Kolejna rewelacja.

Baby, won't you save one night for me?
Baby, is there something wrong with you?
Baby, this is out of my control
It looks like nothing's wrong but deep down in my soul
I'm rattled, twisted, shaken

Last Night to już pomysł Petty'ego. Ta oparta na dźwiękach reggae piosenka wydająca się jednocześnie hołdować klasycznemu country. Wpadający w ucho refren i przewrotna historia w zwrotkach to przepis na jak najbardziej udany kawałek. Piosenka tekstowo może trochę przypominać historie opowiadane w piosenkach Dylana; oto mamy zwykłego faceta, który spotyka kobietę, jednak okazuje się ona być kimś innym, niż można by się spodziewać. W tle pobrzmiewają dźwięki saksofonu, świetnie dopełniające piosenkę. Wypada do wszystko luźno i pogodnie. Kolejny fajny numer.

I asked her to marry me she smiled and pulled out a knife
The party's just beginning she said, "Your money or your life?"

Last night, talking about last night

Mimo, że to Roy śpiewa wiodący wokal w Not Alone Any More, jest to piosenka Jeffa. Lynne od początku jednak wiedział, że takie coś zaśpiewać może tylko Orbison. Jest to tęskna piosenka o dołującej samotności, zazdrości i porzuceniu, która do nikogo nie pasuje tak jak do Roya. W ustach każdego innego wokalisty brzmiałaby rzewnie i łzawo, jednak Big O przyzwyczaił nas do takich historii opowiedzianych jego głosem. Co ciekawe, oprócz tekstu, nie powiedziałbym jednak że mamy tu do czynienia z piosenką smutną, bowiem kompozycja jest raczej żwawa. W dodatku to "sha la la" w tle odejmuje jej powagi. Przewrotnie. Brak konsekwencji, ale to wszystko po prostu razem brzmi dobrze i aż się chce tego słuchać. Piękne zakończenie strony A albumu.

You always said that I'd be back again
That I'd come running to you in the end
I thought that you were on your own
And now I find you're not alone

I'll see you through the rain
Through the heartache and pain
It hurts like never before
You're not alone anymore

Stronę B rozpoczyna natomiast gorzkie Congratulations Dylana. Tylko Bob mógłby napisać tak sarkastyczny i dołujący tekst. Tytuł sugeruje wesołą piosenkę, jednak kawałek ten bynajmniej nie jest wesoły. Opowiada o rozczarowaniu ukochaną kobietą, która potraktowała podmiot liryczny jak śmiecia. Chropowaty i zawiedziony wokal Boba jest tu więc jak najbardziej na miejscu. Piosenka jest naprawdę znakomita i nie ma tu ani jednej fałszywej nuty, dzięki czemu przede wszystkim jest szczerze. A w piosenkach Dylana to właśnie szczerość i realizm grają pierwsze skrzypce. I tu właśnie dostajemy wszystko, co stanowi o sile poezji i muzyki Boba. 

I guess I must have loved you more than I ever knew
My world is empty now 'cause I don't have you
And if I had just one more chance to win your heart again
I would do things differently, but what's the use of pretending?

Congratulations for making me wait
Congratulations, now it's too late
Congratulations, you came out on top
Congratulations, you never did know when to stop

Kolejny pomysł Harrisona - Heading for the Light. Mamy tu prawdziwie optymistyczną i wybuchową kompozycję z potężnymi dęciakami w refrenach (i nie tylko w refrenach, bowiem mamy tu i solo saksofonu). Piosenka była napisana przez George'a jeszcze przed powstaniem zespołu, ale podpisano pod nią wszystkich muzyków. Piosenka to potężna dawka optymizmu i energii. Świetnie.

My shoes are wearing out from walking down this same highway
I don't see nothing new but I feel lot of change
And I get the strangest feeling
As I'm heading for the light

Mistrzem lekkich i żartobliwych piosenek na płycie okazuje się jednak Tom Petty, który udowadnia to za sprawą kolejnego utworu, Margarita. Numer ten brzmi zdecydowanie najbardziej nowocześnie, a to za sprawą użycia syntezatorów na początku piosenki. Utwór brzmi bardzo dynamicznie, luźno i płynie z niewymuszoną lekkością. Kolejna rewelacja.

Still the sun went down your way
Down from the blue into the grey
Where I stood, I saw you walk away
(Margarita) You danced away

Pewnego dnia Bob Dylan przyszedł do studia i oznajmił, że chciałby nagrać utwór, w którym czuć by naleciałości stylu Bruce'a Springsteena. Tak właśnie powstał Tweeter And the Monkey Man, czyli - o ironio - najbardziej dylanowski kawałek na płycie. Mamy tu typowe dla Boba powolne snucie historii, przeplatane wpadającym w ucho, melodyjnym refrenem. (Najbardziej przywodzić to może Lily, Rosemary and the Jack of Hearts z albumu Blood On the Tracks). Nie muszę chyba dopowiadać, że tekst jest rewelacyjny i opowiada naprawdę interesującą historię. Świetne, surowe, mocno amerykańskie nagranie. 

And the walls came down, all the way to hell
Never saw them when they're standing
Never saw them when they fell

Finałowy End of the Line to również pomysł Harrisona. Jest to optymistyczna i pełna nadziei piosenka na lepsze jutro. Powstał do niej również teledysk, niestety w niepełnym już składzie. Wszystko było dogadane. Terminy, miejsce, bilety zabukowane. Tuż przed wylotem Roy Orbison zmarł jednak na atak serca. Pozostała czwórka zdecydowała jednak nagrać teledysk, by oddać cześć zmarłemu koledze. W momentach, kiedy w piosence pojawia się głos Roya, kamera pokazuje fotel bujany z postawioną na nim gitarą Orbisona, a także jego czarno-białym zdjęciu leżącym na stoliku obok. Wspaniały utwór kończący wspaniałą płytę.

Well, it's all right, even when push comes to shove
Well, it's all right, if you got someone to love
Well, it's all right, everything'll work out fine
Well, it's all right, we're going to the end of the line


Bez zaskoczenia. Co mogło wyjść, gdy na wspólnej płycie siły łączy pięciu gigantów muzyki rockowej? Tylko dzieło. Bo Travelling Wilburys Vol. 1 nie mogę nazwać inaczej, niż dziełem. Co ciekawe, żaden z muzyków nie proponuje jednak tu niczego wybitnego, szczególnego, ani nowatorskiego. Każdy po prostu gra tu po swojemu, śpiewają tak jak potrafią śpiewać i piszą tak, jak zwykli pisać w najlepszych latach. Nie dali tu niczego specjalnego poza sercem. Bo serce i miłość do muzyki czuć tu w każdej pojedynczej nucie. Ot, zebrała się paczka znajomych i postanowili się oni podzielić z publicznością swoją miłością do muzyki. Tylko tyle. I to wystarczyło, by stworzyć zespół rewelacyjnych piosenek, które są na niewiarygodnie wysokim poziomie, który ani na chwilę nie spada. Żaden nie proponuje tu nic nowego. Nic ponadto, co byśmy już słyszeli. Proponują za to coś, za co pokochaliśmy każdego z nich. Nie ma znaczenia, ile kto wniósł, ile kogo słychać i tak dalej. Ważne po prostu, że tych pięciu muzyków stworzyli coś, czego po prostu słucha się z prawdziwą satysfakcją. Podczas słuchania tej płyty czuć po prostu taką samą miłość do muzyki, jaką oni czuli, nagrywając te piosenki. Czapki z głów.

Ocena: 9/10


Travelling Wilburys Vol. 1: 36:22

1. Handle with Care - 3:19
2. Dirty World - 3:30
3. Rattled - 3:00
4. Last Night - 3:48
5. Not Alone Any More - 3:24
6. Congratulations - 3:30
7. Heading for the Light - 3:37
8. Margarita - 3:15
9. Tweeter and the Monkey Man - 5:30
10. End of the Line - 3:30

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...