Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Lynne's ELO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeff Lynne's ELO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Electric Light Orchestra - na skróty (przegląd dyskografii)


Electric Light Orchestra zdaje się odpowiadać na pytanie: "Co by było, gdyby Beatlesi się nie rozpadli?". Mimo, że zespół założył Roy Wood, to nie on stał się siłą dominującą w zespole. Kontrolę nad repertuarem, stylistyką i wszelakimi decyzjami artystycznymi przejął bowiem Jeff Lynne. Muzyk absolutnie genialny, któremu na przestrzeni lat udało się wypracować brzmienie, które od pierwszych dźwięków jest kojarzone właśnie z jego nazwiskiem. Znamy je nie tylko z albumów ELO, bowiem to właśnie on odpowiedzialny jest za produkcję choćby Cloud Nine George'a Harrisona, części debiutanckiego albumu solowego Briana Wilsona, Full Moon Fever Toma Petty'ego czy też ostatnich nagrań Beatlesów zrealizowanych na potrzeby cyklu Anthology, ponad 20 lat po rozpadzie Fab Four. 
Przede wszystkim nie samym brzmieniem ELO stoi. To przecież kompozycje, które na stałe weszły do kanonu muzyki rozrywkowej i znane są kolejnym pokoleniom słuchaczy. Electric Light Orchestra od początku wiedziało, w którym kierunku chce iść, jednak zanim wypracowali brzmienie, zaliczyli parę wpadek. Gdy jednak odnaleźli swój styl, twórczy talent Lynne'a wybuchnął jak supernowa i zawładnął gustami słuchaczy na całym świecie, łącząc beatlesowską melodykę z klasycznym patosem i rozmachem. Sam John Lennon twierdził potem, że gdyby Beatlesi się nie rozpadli, mogliby brzmieć właśnie jak ELO. Nie lada komplement. 
Więc, jak widać, jak najbardziej warto zapoznać się z ich dyskografią. Ale od czego zacząć by się nie zawieść? Śpieszę z pomocą. Jeszcze parę uwag: mimo, że najnowsze dzieła Jeff Lynne's ELO to de facto solowe płyty muzyka, postanowiłem zaliczyć je mimo wszystko do Electric Light Orchestra, szczególnie że mówi o tym sam szyld, a i nikt nie ma tak bardzo prawa do korzystania ze spuścizny zespołu, jak właśnie on. Pomijam jednak jego solowe wydawnictwa (Armchair Theatre i Long Wave), gdyż tam już podpisany jest własnym nazwiskiem, a także zdecydowałem się nie uwzględniać składanki Mr. Blue Sky: The Very Best of Electric Light Orchestra, która jest po prostu zbiorem starszych piosenek nagranych na nowo i polecam ją na początek każdemu początkującemu słuchaczowi, by mógł nieco oswoić się z brzmieniem ELO. Jeśli spodoba mu się ta składanka, to spokojnie może brać się za regularne wydawnictwa studyjne. A po które najlepiej sięgnąć i które są warte uwagi? Czy są w ogóle jakieś niewarte? Oto moja odpowiedź (w linkach pełne recenzje omawianych płyt):


Ocena: 6/10

Bez wątpienia nie jest debiutem powalającym. Nie jestem nawet pewien, czy jest debiutem dobrym. Jasno jednak określa aspiracje muzyków i pokazuje, że mają pomysł na siebie. Ani Wood, ani Lynne nie zaprezentowali się bezbłędnie, ale obaj pokazują swoje niezwykłe umiejętności w pisaniu prostych, acz wpadających w ucho i pomysłowo brzmiących piosenek. Na szczególne wyróżnienie zasługują powalający 10538 Overture, beatlesowsko brzmiący Look at Me Now (kuzyn Eleanor Rigby), a także nieco zapomniany, acz uroczy Mr. Radio. Poza tym są dobre momenty, ale album nie zachwyca całościowo. Słychać, że muzykom brakuje doświadczenia i nie bardzo wiedzą, jak swoje pomysły przełożyć na papier. Generalnie jest to jednak płyta satysfakcjonująca, momentami wręcz bardzo dobra, acz nie zapowiadająca jeszcze największych osiągnięć grupy.


Ocena: 8/10

W trakcie sesji zespół opuścił Roy Wood, zostawiając Lynne'a na lodzie. Ten jednak się nie poddał i wziął na siebie skomponowanie całego materiału i realizację. Czasu było niewiele, więc postanowił rozbudować już zaczęte kompozycje, bo wiedział że nie zdążyłby napisać odpowiedniej liczby nowych piosenek, by wypełnić płytę. Ostatecznie powstał najbardziej progresywny album ELO. Jest tu tylko 5 kompozycji, ale najkrótsza trwa niespełna 7 minut. Nie zawsze przekonująco brzmią utwory rozpoczynające i kończące album, w których pojawia się parę nudnych momentów, ale centralne 3 piosenki to rewelacyjne granie z polotem, oryginalne i nieoczywiste. Mimo, że największą popularność zdobyła nowa wersja Roll Over Beethoven, to mi najbardziej do gustu przypada urocze Momma. Jednak cały album to gigantyczny krok do przodu w stosunku do poprzednika i prawdziwy pokaz twórczych możliwości Lynne'a.


Ocena: 6/10

On the Third Day to pierwszy sprawdzian dla twórczych możliwości Lynne'a. Ten jednak nie miał pomysłu na album, więc postanowił poskładać go z kilku szkiców, bo i czasu na stworzenie było niewiele (wydanie ELO 2 mocno się opóźniło, więc na dopracowanie kolejnej płyty Jeff miał mniej czasu). Może dlatego ten album sprawia wrażenie mocno niedopracowanego, a jednocześnie nie pozostawiającego złudzeń, że gdyby trochę nad nim posiedzieć, to byłoby to o wiele lepsze dzieło. To właśnie tu znalazły się przeboje Showdown i Ma-Ma-Ma-Belle, a także, mniej znany acz bardzo przeze mnie lubiany, Bluebird is Dead. Poza tym utwory mają dobre momenty, ale całościowo nie zachwycają, a płyta wypada mało przekonująco i niezbyt angażująco.


Ocena: 9/10

Pierwsza "wielka" płyta Electric Light Orchestra. Tym razem na dopracowanie materiału Lynne miał sporo czasu, więc postanowił stworzyć album koncepcyjny. Wymyślił więc historię Marzyciela, który nie radzi sobie z rzeczywistością, więc ucieka w świat swoich marzeń sennych. Wokół tej opowieści Jeff zbudował prawdziwą rock operę z powracającymi motywami i znakomitymi kompozycjami, które bezbłędnie się zazębiają. Mimo, że piosenki są bardzo dobre, to najlepiej wypadają właśnie jako jedna, przemyślana całość. Praktycznie każda piosenka to sztos. Mamy tu przecież Can't Get It Out of My Head, Boy Blue, Laredo Tornado, Poor Boy (The Greenwood), Nobody's Child, czy też wspaniały utwór tytułowy. Każda piosenka sprawia wrażenie dopracowanej i dopieszczonej. Lynne postanowił też nie bawić się w półśrodki i do nagrywania zatrudnił całą orkiestrę, zamiast dublować partie kilku smyczków, by stworzyć wrażenie potężnej oprawy symfonicznej. Orkiestra zbyt mocno jednak dominuje, w efekcie czego brakuje mi w brzmieniu jeszcze tej idealnej symbiozy między rockiem a symfoniką. Do tego zespół jeszcze dojdzie. Na ten moment jednak należy uznać Eldorado za jeden z najlepszych albumów Electric Light Orchestra, który zdecydowanie jest godny polecenia.


Ocena: 7/10

Na tej płycie z pewnością ELO dopieściło brzmienie, dzięki czemu mamy tu już niemal idealną symbiozę. W porównaniu do Eldorado zabrakło tu jednak spójności materiału, a i same piosenki nie zawsze zachwycają. Co prawda mamy tu takie utwory jak przebojowe Evil Woman i Strange Magic, ale nie gorzej prezentują się także Waterfall i Down Home Town. Nieźle wypada też Fire on High, aczkolwiek jest to tylko dziwaczny numer pełniący funkcję preludium całego longplaya. Pozostałe 3 utwory wypadają jednak zdecydowanie słabiej, choć - bądźmy sprawiedliwi - nie odpychają szczególnie. Face the Music, mimo niezaprzeczalnego potencjału przebojowego i kilku wyśmienitych kompozycji, nie zachwyca i jest delikatnym krokiem w tył w stosunku do Eldorado.


Ocena: 10/10

A New World Record to pierwszy, idealny od początku do końca, album Electric Light Orchestra. Przede wszystkim z płyty udało się wykroić aż 4 przebojowe single: Telephone Line, Rockaria!, Do Ya i Livin' Thing, wszystkie bardzo przeze mnie lubiane. Warto jednak zauważyć, że i pozostałe piosenki nie wypadają wcale gorzej i należy im się tyle samo uznania i uwagi. Co do brzmienia: wreszcie osiągnięto idealny balans i to właśnie od A New World Record należy datować powstanie ikonicznego już dziś brzmienia ELO. Nie ma co tu się dłużej rozwodzić: to po prostu jeden z najlepszych i najwybitniejszych albumów zespołu i zarazem najlepsza propozycja na początek przygody.


Ocena: 10/10

A czemu najlepszą propozycją nie jest Out of the Blue? Przecież wszyscy mówią, że to najlepsze ELO, a i moja recenzja przyznaje im rację. No tak, tyle że jest to album bardzo długi, gdyż trwa trochę ponad godzinę, a nie dla każdego taka porcja muzyki może być strawna na raz, a ponadto łatwo się zniechęcić do Electric Light Orchestra, gdy na pierwszy ogień bierze się taką ilość materiału. Aczkolwiek, trzeba przyznać, że przez ten czas, Lynne ani na chwilę nie odpuszcza i, jak z rękawa, wyciąga kolejne znakomite utwory z chwytliwymi i niebanalnymi melodiami, które, wydaje się, znamy od zawsze. Wystarczy spojrzeć na listę utworów. Co my tu mamy: Turn to Stone, Sweet Talkin' Woman, Starlight, Steppin' Out, Standin' in the Rain, Summer and Lightning, Sweet is the Night, Wild West Hero... Czy coś pominąłem? No tak, przecież to właśnie tu znalazł się Mr. Blue Sky; utwór-ikona, rozpoznawalny od pierwszych dźwięków nawet dla osób nie znających twórczości ELO. Cały album wręcz olśniewa mnogością barw i idealnym, klarownym brzmieniem. Czy ma słabsze momenty? Oczywiście, że tak, ale w konfrontacji z całością, przestają one mieć znaczenie. (Znamy przecież dużo dwupłytowych albumów, które mają parę słabszych momentów, a i tak zachwycają, by wymienić choćby The Beatles, Songs in the Key of Life, Goodbye Yellow Brick Road, Blonde on Blonde, The Wall czy wręcz trzypłytowy All Things Must Pass).  Płyta doskonała, skończona i wybitna.


Ocena: 9/10

To zdecydowany zwrot ELO w stronę stylistyki disco, bardzo popularnej w latach 70. Lynne postanowił jednak pomieszać ten gatunek ze swoim nieodłącznym stylem, dzięki czemu powstało kolejne wspaniałe i zachwycające dzieło. Utwory takie jak Shine a Little Love, Confusion, Need Her Love, The Diary of Horace Wimp, Last Train to London czy Don't Bring Me Down wręcz zachwycają i zostają nam w głowie już na zawsze. Czemu więc uznaję tę płytę za album słabszy od poprzednich dwóch? Jest dużo krótszy, więc w oczy kłuje bardziej wpadka, za którą trzeba uznać On the Run, a ponadto brakuje tu takiej "iskry geniuszu", czegoś co by sprawiło, że płyta powali mnie na kolana już od pierwszych dźwięków. Zamiast tego mamy naprawdę wspaniałe i olśniewające granie, acz nie doskonałe, i nie dla każdego, ale jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z tym materiałem, bo znajduje się tu sporo wartych uwagi momentów.


Ocena: 6/10

Xanadu to film absolutnie kultowy, zwłaszcza dla tych, którym kojarzy się z młodzieńczymi latami. Mimo że został całkowicie zrównany z ziemią przez krytyków, ma swój urok i sporo osób może się na nim dobrze bawić. Zupełnie jak przy soundtracku. Z tym że dobrze bawić się można tylko przy stronie ELO, która zresztą została dość doceniona artystycznie. Niestety, płytę w dół ciągnie strona A, dzięki której wytwórnia chciała wypromować młodziutką Olivię Newton-John. Muzyka tam zawarta jest banalna, prosta i irytująco jednowymiarowa. Strona B pokazuje natomiast, jak wiele mogłaby zyskać cała płyta, gdyby pozwolono samodzielnie zapełnić ją ELO. Oczywiście dziś najbardziej pamiętany jest rewelacyjny All Over the World, ale na uwagę zasługują też utwór tytułowy (tu śpiewany przez Newton-John, ale polecam też zapoznać się z wersją Jeffa na składance Flashback) czy The Fall. Lepiej słuchać tej płyty jako EP-ki, zapoznając się tylko ze stroną B, gdyż odbierana jako całość wypada naprawdę słabo i zachowawczo, a niesmaku wywołanego Newton-John nawet ELO nie jest w stanie zrekompensować.


Ocena: 8/10

Jeśli ktoś uważał, że na Discovery ELO zdradziło swój styl, to przed przesłuchaniem Time radziłbym mu wziąć jakieś tabletki na uspokojenie. Próżno szukać tu symfoniki, która została zastąpiona tu elektroniką i chłodnym, futurystycznym brzmieniem. Chciałbym jednak wziąć je w obronę, gdyż trudno wyobrazić sobie ciepłe, orkiestrowe aranżacje do albumu koncepcyjnego opowiadającego taką a nie inną historię. Time do dziś uznawane jest za jeden z najlepszych albumów koncepcyjnych i ciężko się z tym nie zgodzić. Historia jest naprawdę interesująca, ale Lynne nie pozwolił by stała się ona ważniejsza niż muzyka, więc wszystkie kompozycje są idealnie wysmakowane i niebanalne. Dlaczego więc nie ma maksymalnej oceny? Moim zdaniem po prostu ten album w pewnym momencie zaczyna męczyć; czuć że dla ELO było to nowe terytorium i momentami po prostu za dużo jest tych syntezatorów, przez które kolejne piosenki zaczynają się zlewać w jedną. Niemniej, Time pozostaje w moim prywatnym rankingu płyt Electric Light Orchestra bardzo wysoko, lubię do niej wracać i jak najbardziej zachęcam do zapoznania się z nią, nawet początkujących słuchaczy, choć wówczas warto mieć świadomość tego, iż jest to album mało reprezentatywny.


Ocena: 5/10

Rozdział zatytułowany "Electric Light Orchestra" Jeff Lynne chciał zamknąć już po Discovery, jednak wytwórnia przypomniała mu w mało zawoalowany sposób, że jest im dłużny jeszcze 3 albumy. Ciężko w to więc uwierzyć, ale Time był płytą robioną na siłę. Tam jednak czuć było tę pasję i przekonanie do przedstawianej tam zawartości. Na Secret Messages jednak ten zapał gdzieś uleciał. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że Jeff zaczął przetrząsać szuflady w poszukiwaniu piosenek, które mógłby tu wykorzystać, a gdy nic tam nie znalazł, to skomponował na szybko byle co. Nie powiem, jest tu parę udanych momentów jak utwór tytułowy, Loser Gone Wild, Letter from Spain, Train of Gold i Rock 'n' Roll is King. Ale de facto to raptem początek i końcówka płyty. W środku zaś wieje nudą i mało angażującymi pomysłami. To właśnie na Secret Messages po raz pierwszy czuć zmęczenie materiału i brak pasji. A tego już ELO wybaczyć nie można. Bo każdemu zdarzają się słabsze chwile, ale ani na chwilę nie może przestać zależeć.


Ocena: 3/10

I wreszcie ten album. Legendarny niemal tak jak Eldorado, A New World Record czy Out of the Blue. Szkoda tylko, że jego legenda wzięła się od żenująco niskiego poziomu. Czy jest to więc aż tak tragiczny krążek, że nie ma tu żadnej wartościowej piosenki? Nie, bo całkiem nieźle trzymają się Getting to the Point, Secret Lives i Endless Lies. Z tym, że to właściwie tyle lepszych momentów. Żeby było jasne: są one po prostu niezłe, absolutnie nie ma co stawiać ich w jednym szeregu z innymi arcydziełami kompozycyjnymi Lynne'a. Ta płyta jest jednak rzeczywiście koszmarna. Od plastikowego brzmienia zaczynając, przez mielizny kompozycyjne, na miernym wykonaniu kończąc. Jest to z pewnością najgorsza płyta ELO i odradzam sięgnięcie po nią każdemu słuchaczowi. 


Ocena: 7/10

Zacznijmy przede wszystkim od tego, że Zoom zostało podpisane szyldem Electric Light Orchestra tylko w celach marketingowych. Album tworzony był przez Jeffa jako jego kolejny solowy longplay, ale wytwórnia zadecydowała inaczej. Płyta rozeszła się jednak bez echa, a promująca ją trasa koncertowa nie doszła do skutku ze względu na nikłe zainteresowanie. Czy więc naprawdę jest to aż tak zła płyta? Zdecydowanie nie. Powiem więcej: ja nawet bardzo ją lubię. Trzeba jednak mieć na uwadze to, że sięgając po nią, nie sięgamy po ELO, a po album Lynne'a. Nie ma może symfoniki, ale za to aż roi się tu od znajomych harmonii i wpadających w ucho melodii. Mamy tu parę kawałków dynamicznych, ale nie brakuje też chwytających za serce ballad. Polecam więc (choćby dla takich piosenek jak Alright, Moment in Paradise, State of Mind, Easy Money, It Really Doesn't Matter, Ordinary Dream czy zwłaszcza Lonesome Lullaby) , aczkolwiek nie na początek przygody.


Ocena: 7/10

Chyba nikt nie spodziewał się, że Jeff Lynne jeszcze wróci. Aczkolwiek po wielkim sukcesie koncertu w Hyde Parku, gdzie z nowym zespołem zagrał pod szyldem Jeff Lynne's ELO, chyba przekonał się, że ludzie wciąż kochają Electic Light Orchestra. Postanowił więc wrócić z nowym albumem. Żeby była jasność - Alone in the Universe kontynuuje trend zapoczątkowany na Armchair Theatre (solowym albumie Jeffa), a kontynuowanym na Zoom. Próżno więc szukać tu symfoniki, którą przecież ELO zawładnęła sercami słuchaczy w latach 70., jednak oczekiwać można jak najbardziej pięknych melodii i wpadających w ucho kompozycji. To właśnie dostajemy. I nic więcej. Wszystko zagrane jest z pasją, sercem i czuć tu po prostu miłość do muzyki. Tyle wystarczy, by się tego miło słuchało. Prosta płyta dla fanów, ale raczej tylko dla nich, bo nowych słuchaczy to tym krążkiem Jeff raczej sobie nie zjedna.


Ocena: 6/10

From Out of Nowhere zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończyło się Alone in the Universe. Na dobrą sprawę mógłby to być nawet jeden album i nikt nie zauważyłby różnicy. Chociaż ponad godzina tak jednowymiarowego grania mogłaby stać się nie do wytrzymania. Na obu albumach Jeff nawet nie udaje, że chodzi o coś więcej niż proste, wpadające w ucho piosenki, które mają dostarczyć słuchającym nieco wytchnienia i radości z samego słuchania. I te płyty spełniają swoją rolę. From Out of Nowhere jest nieco słabsze od Alone in the Universe, ale i tu znalazły się znakomite piosenki, które warte są uwagi (utwór tytułowy, All My Love, One More Time, Sci-Fi Woman, Time of Our Life, Songbird), a całość płynie przyjemnie przez pół godziny. Chociaż, ponownie, jest to płyta raczej dla fanów, gdyż nie sądzę, by zawartość zdołała przekonać do ELO jakichś nowych słuchaczy. To po prostu prezent od Lynne'a dla fanów, w podziękowaniu za ich lojalność i wynagrodzenie wielu lat milczenia artysty na scenie muzycznej. Na ten moment to ostatnia płyta Jeff Lynne's ELO, ale - wiadomo - czekamy na więcej.

"From Out of Nowhere" - Jeff Lynne's ELO [Recenzja]


From Out of Nowhere to album, o którym wiemy stosunkowo niewiele. Wiadomo, że ponownie Jeff Lynne zamknął się w swoim domowym studiu, zagrał na większości instrumentów (okazjonalnie pojawiają się tu Richard Tandy i Steve Jay) i nie spieszył się z wydaniem nowej płyty. To bowiem pierwsze wydawnictwo Lynne'a od czterech lat. Wszystko, jak sam mówi, zaczęło się od utworu tytułowego i wszystkie kolejne piosenki przychodziły same, a jemu pozostawało to tylko nagrać. (Chociaż All My Love powstało jakieś 20 lat wcześniej, a sam Jeff mówi, że szykował ten album już od kilku lat).
Płyta ukazała się 1 listopada 2019 roku i, mimo że nie narobiła tyle szumu co Alone in the Universe, to okazała się i tak sporym sukcesem i została bardzo ciepło odebrana przez fanów i krytyków. Na tę chwilę jest to ostatnie studyjne wydawnictwo Jeff Lynne's ELO.

Zaczynamy utworem tytułowym, a zarazem jednym z najlepszych momentów albumu, który bezsprzecznie przyciąga uwagę i nie pozwala się od siebie oderwać. From Out of Nowhere, jak mówi sam Lynne: "Wzięło się dosłownie znikąd". Pomysł na melodię pojawił się pewnego dnia, a cała reszta przyszła błyskawicznie. Rzeczywiście, warstwa muzyczna nie jest zbyt skomplikowana, jednak potwierdza wspaniały talent Jeffa jako kompozytora, który ma niezwykłą umiejętność tworzenia melodii, które od pierwszego przesłuchania sprawiają wrażenie, jakbyśmy znali je od zawsze. Mamy tu kwintesencję ELO: tematyka miłosna ukryta pod płaszczykiem historii o kosmosie, wspaniałe wokale Jeffa, wpadający w ucho motyw i świetne harmonie. Do pełni szczęścia brakuje tylko orkiestrowej oprawy, ale do tego Lynne zdążył nas już przyzwyczaić na swoim Alone in the Universe, więc chyba nikt się nie spodziewał, że na From Out of Nowhere wróci do brzmienia swojej macierzystej formacji  lat 70. Niemniej, utwór tytułowy oceniam jak najbardziej pozytywnie, uwielbiam do niego wracać i uważam, że to najlepszy moment krążka.

From out of nowhere
I see you come rollin'
I wonder how could it be real
I can't believe what you did
And you showed up here

Rain keeps on fallin'
And voices keep callin'
But nobody knows where to go
You get the feelin' that
Everything's gonna blow

Let me go
Let me fly
To a place
That I love
Let me fly away
And start again

Help Yourself wypada nieco mniej wyraziście i wpadająco w ucho, aczkolwiek nie da się odmówić mu uroku i pewnego rodzaju wdzięku. Elegancka oprawa, chwytliwe refreny i bardzo dobre wokale Jeffa. Może i niewiele się tu dzieje, ale chociaż podano to z klasą. Generalnie na plus, ale w perspektywie całego krążka wypada raczej marnie.

And as the world grows dark beneath the setting sun
I think about you
And all the plans that we'd begun but never finished
Seem to turn and run

But you can never change
You just keep on bein' you

Zdecydowanie najstarszym utworem na albumie jest All My Love, które Jeff napisał "jakieś 20 lat temu". Piosenka leżała jednak w szufladzie i raz na jakiś czas muzyk do niej wracał, ale ostatecznie nie wchodziła na kolejne płyty. Przy okazji From Out of Nowhere Lynne uznał jednak, że oto nastał ten moment, kiedy ją porządnie nagra i opublikuje. Moje pytanie brzmi: czemu musieliśmy tak długo czekać?! To naprawdę znakomity utwór z hipnotyzującym motywem, wspaniałymi refrenami i świetną melodią. Piosenka świetnie odnalazłaby się na Armchaird Theatre, a zwłaszcza na Zoom, gdzie z pewnością byłaby jednym z mocniejszych momentów. I tutaj prezentuje się nad wyraz dobrze i wciąga bez reszty.

All my love
I can still recall the chances
Of whatever was to be
Maybe it still means as much to you
As it does to me

I see it all
The way we fall for one another's make-believe
All my love

Down Came the Rain aż samo zdaje się podpowiadać, że jakiś jego zarys mógł zakiełkować w głowie Jeffa przy okazji współpracy z Tomem Petty nad takimi albumami jak Full Moon Fever lub Into the Great Wide Open. Czuć tu po prostu ducha kompana Lynne'a z Travelling Wilburys. Prosty, wpadający w ucho riff, znakomite melodie i - jak zwykle - wspaniałe wokale. Mam z tym jednak problem; słucha się tego znakomicie i można się fajnie przy tym odprężyć, jednak z perspektywy reszty płyty, wypada to dość blado i dość szybko o tej piosence zapominamy.

You let me go when I was down
You let me fall when I could drown
You knew how much you meant to me
You took me down that slippery slope
You left me there without a hope
You saw just what you wanted to see

Nic jednak nie mam na obronę Losing You. To wyjątkowo wymuszony i słaby utwór, który niby próbuje być kolejną wzruszającą love song, ale ani to nie chwyta za serce, ani nie wpada w ucho. Cały numer po prostu przelatuje pomiędzy uszami i wypada z głowy zaraz po tym, jak się skończy.

And then the day will come
And I'll be all alone
On my own
And you'll sail away
And you'll be really gone
So far from home

I always wanted just to hold on to you
And never ever be blue
Now I'm losing you

One More Time to jednak powrót do formy. Jeśli ktoś uwielbia takie rockandrolle ELO jak Turn to Stone, Don't Bring Me Down, Rock 'n' Roll is King, Rockaria czy Tightrope, to i ta piosenka powinna przypaść mu do gustu. Jeff pozwolił sobie także na mrugnięcie okiem do słuchaczy, wplatając w całość króciutki fragment Phantom of the Opera. Dość niespodziewany motyw, szczególnie w tak mocnym i znakomicie rockowym utworze. Oczywiście nie trzeba tu dodawać, jak dobre są wokale Jeffa, a melodia jest zaskakująco prosta i wpada w ucho od razu, a ciężko ją potem wyrzucić z głowy. Po prostu świetny kawałek.

Come on, baby, time to rock and roll
Get on board, and we'll soon be gone
Everybody gonna feel real fine
We're gonna do it one more time

Pierwsze pytanie po zobaczeniu tytułu Sci-Fi Woman z pewnością brzmi: czy ma to coś wspólnego z Evil Woman? Raczej nie. Piosence brakuje po prostu tej lekkości i - mimo wszystko - tak mocno uzależniających refrenów. Mamy tu jednak nastrój rodem z płyt ELO z lat 80., świetne refreny i dobrą melodię. Nie ma co porównywać tego do Evil Woman, bo to dwie zupełnie inne piosenki, a każda w swojej kategorii prezentuje się naprawdę dobrze. Wolę oczywiście klasyk z Face the Music, ale i Sci-Fi Woman od czasu do czasu posłucham.

How the world has changed
Since you came along
How the time has flown
As we travel on

As I look at all
All we ever knew
From the rules of life
To a love that's true


Goin' Out On Me wypada jednak nieporównywalnie słabiej. Doceniam próbę stworzenia czegoś o klimacie klasyków, po które Jeff sięgnął na Long Wave, ale - znowu - brakuje tu po prostu niewymuszonej lekkości, a całość wypada dość mało angażująco.

It looks like you'll be gone for good
If I can't find a way
No way to make me feel the way that I should
Cold wind blowin' in the neighbourhood
You've been goin' out on me when I've been gone

W 2017 roku ukazał się album koncertowy Wembley or Bust. Jak się okazuje, ten koncert dla 60 tysięcy ludzi był chyba dla Jeffa niemałym przeżyciem, skoro na wydanej 2 lata później płycie ukazuje się utwór Time of Our Life, który opowiada właśnie o tym wydarzeniu. Lynne śpiewa o wspaniałej publiczności, twierdząc, że przeżywa właśnie najlepszy czas w swoim życiu. Podobnie jak w One More Time można było usłyszeć Phantom of the Opera, tak i tutaj Jeff zdecydował się na smaczek, tym razem nieco mniej zamaskowany: tuż przed drugim refrenem pojawia się charakterystyczna melodia Telephone Line. Sam kawałek jest natomiast bardzo dynamiczny, rockandrollowy i naprawdę niełatwo mu się oprzeć. Te refreny po prostu muszą przyprawić o uśmiech, a całość niemiłosiernie angażuje i wciąga. 

As we played on, it came to me
This could be the best night I've ever seen
The whole of Wembley singin' along
To every little song
60,000 mobile phones
Were shinin' in the dark of night
Wavin' and weavin', and boy, did they shine
When we struck up with "Telephone Line"

We had that night
We had time of our life

Songbird to, doprawdy, urocze zakończenie. Po prostu nie mogę się do tego doczepić. Co z tego, że brak tu jednoznacznego refrenu, który wpadałby w ucho? Ten klimat, ten nastrój się po prostu zapamiętuje i, może zabrzmi to grafomańsko, ale potrafi naprawdę złapać za serce. Delikatna, lekko soulująca kompozycja, która przyjemnie płynie przez 3 minuty, a gdy się kończy, to aż ogarnia nas smutek, bo przecież mogłaby jeszcze tak trwać i trwać...

My songbird came home
Back to where she belonged
My songbird came home
Just to sing that sweet song

But now, every night
She sings her lovely song to me
My songbird came home
Now my troubles are gone


Nieco ponad pół godziny; tyle właśnie trwa From Out of Nowhere. Ktoś powie że za mało, tym bardziej że od czasu Alone in the Universe minęły aż 4 lata? Ja jednak powiem: dobrze, że tylko tyle, biorąc pod uwagę jednowymiarowość prezentowanej tu muzyki. Tych piosenek po prostu miło się słucha. I tyle. Oczywiście, wszystko jest na poziomie, podane z klasą i autentyczną miłością do tworzenia muzyki. Minus jest jednak taki, że ani nie jest to odkrywcze, ani oryginalne, ani jakoś specjalnie nie zachwyca. From Out of Nowhere to płyta, której po prostu słucha się z przyjemnością. Są momenty mocniejsze (utwór tytułowy, All My Love, One More Time, Sci-Fi Woman, Time of Our Life, Songbird), ale niestety są też niewypały (Losing You, Goin' Out On Me). Bardzo to nierówna płyta, ale szczerości i ujmującej beatlesowskiej melodyki nie można jej odmówić. Czapki z głów przed Jeffem Lynnem, że po tylu latach wciąż mu się jeszcze chce i wciąż potrafi robić to tak szczerze. Na ten moment jest to ostatni album Electric Light Orchestra i, powiem szczerze, mam nadzieję, że Jeff uraczy nas czymś jeszcze. W końcu latka lecą, a Artysta na pewno jest w stanie jeszcze czymś nas zaskoczyć i chwycić za serce. Uważam po prostu, że rozdział pt. "Electric Light Orchestra" nie powinien skończyć się na From Out of Nowhere, które jest dobrym albumem, ale to jednak za mało na legendę ten nazwy.

Ocena: 6/10


From Out of Nowhere: 32:39

1. From Out of Nowhere - 3:14
2. Help Yourself - 3:14
3. All My Love - 3:06
4. Down Came the Rain - 3:29
5. Losing You - 3:36
6. One More Time - 3:28
7. Sci-Fi Woman - 3:07
8. Goin' Out On Me - 3:09
9. Time of Our Life - 3:10
10. Songbird - 3:06

środa, 17 czerwca 2020

"Wembley or Bust" - Jeff Lynne's ELO [Recenzja]


Mimo, że Alone in the Universe nie ma nawet startu (ani sprzedażowo, ani artystycznie) do największych osiągnięć Electric Light Orchestra, to spełnił swoją rolę: przypomniał ludziom o ELO. Jeff Lynne ruszył więc w trasę, na której wykonywał praktycznie wszystkie przeboje Electric Light Orchestra. Gdy w 2001 roku chciał zagrać koncerty promujące Zoom bilety prawie się nie sprzedawały. Kilkanaście lat później nagle okazało się, że Jeff Lynne's ELO może wyprzedawać nie tylko teatry i wielkie areny, ale i stadiony. Lynne postanowił więc utrwalić to niezwykłe świadectwo nieprzemijającej magii muzyki Electric Light Orchestra. 
Na stadionie Wembley w czerwcu 2017 roku zebrało się 60 tysięcy ludzi, by wysłuchać muzyki ELO w wykonaniu Jeffa Lynne'a i towarzyszącego mu zespołu. Wszystko zostało nagrane i sfilmowane z wielką pompą. Sam Jeff tak wyjątkowo wspomina ten koncert, że napisał nawet o tym piosenkę Time of Our Life, która znalazła się na jego kolejnej płycie - From Out of Nowhere.
Jak i poprzednia koncertówka ELO - została przyjęta bardzo ciepło, acz nie podbiła list sprzedaży. Została jednak wydana w zestawie 2 CD i DVD, co jak najbardziej postanawia cieszyć się tą muzyką w każdym formacie. 

Cieszy, że oprócz sprawdzonych hiciorów (a tych przecież Jeffowi nie brakuje), muzyk postanowił też sięgnąć po parę mniej znanych piosenek, które są miłym ukłonem dla fanów. Rozpoczynający koncert utwór Standin' In the Rain bez wątpienia należy raczej do kategorii deep cuts. Trzeba też przyznać, że ten pochodzący z Out of the Blue kawałek (rozpoczynający zarazem drugą winylową płytę i suitę Concerto for a Rainy Day) naprawdę udanie rozpoczyna całość. Co prawda nie ma tu zbyt wiele wokali, ale jest w tym metoda, by umieścić to na początek, gdyż publiczność może w pełni wciągnąć się w to potężne, rockowo-symfoniczne brzmienie, a część śpiewana jest na tyle satysfakcjonująca i melodyjna, że miło też w takim stylu usłyszeć po raz pierwszy na tej płycie głos Lynne'a. Udany, dynamiczny, momentami mroczniejszy, ale i przede wszystkim zagrany z prawdziwą klasą i przytupem otwieracz.
Na przeboje jednak Jeff Lynne's ELO nie każe długo publiczności czekać, bowiem już drugą piosenką jest słynne Evil Woman z albumu Face the Music. Publiczność jest tak podekscytowana, że głośne owacje milkną dopiero po ikonicznym fortepianowym riffie, a więc trwają jakieś pół minuty! Trzeba przyznać, że piosenka wykonana została bardzo udanie: jest dynamicznie, z pasją i oczywiście ze świetnymi wokalami Jeffa, który zdaje się bez najmniejszego problemu wyciągać falsety w refrenach.
Następnie parę słów od Jeffa i zaczynamy kolejny wielki przebój - All Over the World, czyli najsłynniejszy moment ścieżki dźwiękowej do filmu Xanadu. To jedna z moich ulubionych piosenek ELO, więc z dużą dozą przyjemności wysłuchałem i tego wykonania. Wszystko jest zagrane z energią, dynamicznie i po prostu tak, jak można by tego oczekiwać.
Podczas koncertu nie mogło też zabraknąć pierwszego większego autorskiego przeboju Electric Light Orchestra, czyli Showdown. Nie jest to rzecz prosta do zaśpiewania (szczególnie w refrenach), tym większy podziw więc budzi fakt, że Lynne zdaje się śpiewać to na luzie, bez problemu, mimo tych (bez wypominania) wielu lat na karku. Utrzymany też został nieco mroczny i dramatyczny klimat studyjnego pierwowzoru, tak więc jeśli ktoś kocha ten utwór, to nie rozczaruje się tym wykonaniem.
Charakterystyczne intro skrzypiec i już wiemy, że zaraz zabrzmi Livin' Thing z płyty A New World Record. Po nieco mroczniejszym Showdown, ta piosenka to jakby głęboki oddech; mało jest bowiem w repertuarze ELO tak optymistycznych, radosnych, chwytliwych i uzależniających kompozycji, jak właśnie ta. Przy każdym przesłuchaniu można odkrywać jakieś nowe aranżacyjne smaczki, a także do wersji koncertowej przemycono ich całkiem sporo. Jeśli miałbym na coś narzekać, to na to, że w ostatecznym miksie nieco za głośno w stosunku do chórków jest wokal Jeffa - jednak bardziej charakterystyczne zaśpiewy w refrenie to przecież te wysokie. No ale, mówiąc uczciwie, taki problem to żaden problem. Świetny wykon.
Mimo że Do Ya również pochodzi z A New World Record, mało kto wie, że jej historia sięga wiele lat wcześniej, a mianowicie: czasów przed powstaniem Electric Light Orchestra. Jeff napisał ją w wieku 16 lat i była to jedna z jego pierwszych piosenek. Przypomniał sobie o niej podczas koncertów z ELO, jednak nie było jej na żadnej ich płycie, więc publiczność regularnie pytała ich, czyj to utwór. Lynne, zmęczony ciągłym powtarzaniem że to on jest autorem, zdecydował się w końcu to nagrać w nieco zmienionej wersji (no i aranżem dostosowanym do emploi Electric Light Orchestra). Również i w tym wykonie w refrenach można by nieco podgłośnić wyższe chórki kosztem niższych wokali Jeffa, jednak poza tym, nie mam żadnych zastrzeżeń.

Jako że ten koncert był częścią trasy promującej album Alone in the Universe, nie mogło zabraknąć tu przedstawiciela owej płyty. Jeff na różnych etapach trasy grał różne piosenki z tego krążka (Love and Rain, When the Night Comes, Ain't It a Drag i One Step a Time), jednak zdecydowanie najdłużej w setliście wytrwał singlowy When I Was a Boy. Nic dziwnego, bowiem to nie tylko jedna z najlepszych piosenek płyty, ale przecież też kwintesencja stylu ELO: nostalgiczny tekst, piękne harmonie, rozmarzone brzmienie i wpadające w ucho refreny. Utworowi udało się wejść do kanonu hitów Electric Light Orchestra, a wykonanie na Wembley or Bust pokazuje, że kompozycja ta sprawdza się rewelacyjnie nie tylko na płycie, ale i w wersji koncertowej. Lynne świetnie radzi sobie z wymagającymi wokalizami, a Iain Hornal (chórzysta, a także gitarzysta i perkusista) dośpiewuje Jeffowi przepiękne harmonie. Piękny wykon - można się rozmarzyć.
No ale na pewno wszyscy pamiętają, że Jeff Lynne to nie tylko Electric Light Orchestra, ale także - między innymi - super-grupa Travelling Wilburys, w skład której poza nim wchodzili jeszcze Roy Orbison, Tom Petty, Bob Dylan i George Harrison. I to właśnie ten ostatni jest autorem największego przeboju zespołu, który wybrzmiewa także podczas tego koncertu - Handle with Care. Jeff bierze na siebie wokale George'a, a wspomniany już Hornal - Orbisona. Oczywiście - to nie to samo, co pierwowzór, kiedy w jednej piosence można było usłyszeć Harrisona, Lynne'a, Orbisona, Dylana i Petty'ego. Jednak Jeff Lynne's ELO chyba nie chodzi tu o to, by to odwzorować, ale po prostu przypomnieć publiczności ten nieco przykryty kurzem, acz wciąż znakomicie brzmiący hit. Tak więc tu wybrzmiewa na tyle dobrze, na ile może brzmieć ta piosenka bez pozostałych gwiazd, które brały udział w jego nagrywaniu.
Powrót do czasów disco (oczywiście również naznaczonego rozpoznawalnym od pierwszych dźwięków sznytem ELO) umożliwia nam Last Train to London z albumu Discovery. Jest to jedna z moich ulubionych piosenek Electric Light Orchestra, więc wysłuchałem jej z prawdziwą przyjemnością. Inni wielbiciele tej kompozycji również nie powinni się zawieść, bowiem to bardzo wierne wykonanie.
Xanadu pamiętać mogą właściwie tylko ci, dla których ten film był częścią ich dzieciństwa lub lat młodości. W oryginale piosenkę tytułową śpiewała Olivia Newton-John, a wersję z wokalami Jeffa znaleźć można na trzypłytowej składance Flashback. To jeden z najlepszych utworów Lynne'a, a w filmie dokumentalnym o tym koncercie, muzyk mówi nawet, że to jego ulubiona własna piosenka. Chciał więc bardzo grać ją na koncertach, a gdy już zaczął... okazało się, że pokochała ją także reszta zespołu i teraz jest to ulubiony utwór każdego członka Jeff Lynne's ELO. Bardzo ciekawe przejścia akordów, świetne wokale, stylistyka disco i ogólny pozytywny, nieco bajkowy wydźwięk. Tak można by w skrócie opisać ten świetny wykon.
Po tym rozmarzeniu Jeff i spółka sięgają jednak po jeden z najbardziej dynamicznych utworów ELO, a więc Rockaria! z płyty A New World Record, oczywiście z obowiązkowym operowym wstępem, tu wykonanym przez chórzystkę Melanie Lewis-McDonald. No i cóż tu więcej mówić, to po prostu świetne, rockowe i mocne wykonanie.
Po takim ciosie Jeff Lynne's ELO postanowili nieco zwolnić tempo. Mało która piosenka nadaje się do tego równie dobrze, co niezapomniane Can't Get It Out of My Head z albumu Eldorado. Przepiękne, orkiestrowo-operowe tło, psychodeliczna solówka, wpadające w ucho refreny i świetne wokale Lynne'a. Po prostu klasa.


Koncert z piosenkami Electric Light Orchestra nie może obyć się bez utworu, od którego rozpoczęła się de facto działalność zespołu. Tą kompozycją jest 10538 Overture - znakomity, psychodeliczny utwór, w którym bezbłędnie wykorzystano smyczki i połączono je ze świetnymi gitarowymi riffami. Do tego dochodzi jeszcze niebanalna acz chwytliwa melodia - i oto mamy ELO. Utwór ten Jeff napisał jeszcze podczas działalności The Move, jednak uznali wtedy, że wydadzą go jako pierwszy singiel Electric Light Orchestra, gdyż zawarty w nim został właściwie cały pomysł na ten zespół. Po prawie 50 latach od napisania, wciąż brzmi równie intrygująco, frapująco, wciąż fascynuje i nie pozwala się od siebie oderwać. Znakomity utwór i znakomite wykonanie.
Jedynym utworem z albumu Time wykonanym podczas koncertu jest Twilight (a szkoda, bo chętnie usłyszałbym choćby Yours Truly, 2095, Ticket to the Moon czy Here is the News). Cieszy jednak, że znalazło się tu miejsce chociaż dla tej piosenki, która rozpoczyna się znakomitym Prologue. Zostajemy więc wprowadzeni w nieco futurystyczne, acz wciąż naznaczone sznytem ELO brzmienie. Oczywiście wszystko jest świetnie zagrane i bezbłędnie zaśpiewane, dzięki czemu to "po prostu" kolejna znakomicie wykonana piosenka.
Zdecydowanie bardziej rockowo wypada Ma-Ma-Ma Belle z albumu On the Third Day. To nieco zapomniana piosenka, więc tym bardziej cieszy, że Jeff zdecydował się ją tu przypomnieć. Świetny riff, znakomite wokale (to, że Lynne wciąż wyciąga refreny, niezmiennie mnie zdumiewa), no i po prostu wspaniałe brzmienie.
Mimo że Ma-Ma-Ma Belle to utwór nieco mniej znany, Jeff postanawia uspokoić tych spragnionych przebojów z prawdziwego zdarzenia. To właśnie dla nich serwuje hit Shine a Little Love z płyty Discovery. Brzmienie disco, szalone smyczki, świetne wokale i uzależniające refreny. Kolejny znakomity wykon, który powinien poderwać nawet najbardziej opornego słuchacza.
Najbardziej zaskakuje chyba obecność Wild West Hero, czyli jednego z bardziej zapomnianych utworów, mimo że pochodzi on z przebojowego albumu Out of the Blue. To delikatna ballada z wpadającymi w ucho refrenami, która spokojnie mogłaby trafić na ścieżkę dźwiękową do jakiegoś filmu. Wypada tu bardzo przekonująco, wzruszająco i po prostu ujmująco.
Znudzeni mniej znanymi piosenkami? Chcecie hitów?To Jeff Lynne's ELO da Wam hity! A zaczynamy od szalonego Sweet Talkin' Woman z Out of the Blue. Dynamiczne zwrotki i jeszcze szybsze, bardzo melodyjne refreny, które zapadają w pamięć już od pierwszego wejścia, dzięki czemu możemy potem nucić razem z Lynnem. To jedna z moich ulubionych piosenek ELO, więc świetnie się bawiłem przy jej słuchaniu.
Jeff Lynne's ELO absolutnie nie zwalnia tempa i serwuje nam kolejny mega-przebój, czyli słynne beatlesowskie Telephone Line. Jeśli ktoś kocha oryginał, to nie zawiedzie się i na tym wykonaniu. Pięknie, nostalgicznie, z sercem na dłoni.
I od teraz już jazda bez trzymanki, a zaczynamy od rozpędzonego Turn to Stone, który rozpoczynał wspaniały Out of the Blue. Świetny wykon.
Nie zwalniamy, bowiem oto już ze sceny (czy też w naszym przypadku - z głośników) brzmi słynne perkusyjne intro i TEN riff, które rozpoczynają dynamiczne Don't Bring Me Down. Któż nie zna tej melodii? Któż nie zna tych refrenów z tymi zaśpiewami? Chyba nie znajdzie się nikt taki, a jeśli tak, to chyba najlepszy moment, żeby wreszcie to poznać, a jako że ten wykon jest bardzo wierny w stosunku, do pierwowzoru, to można i zacząć od niego.
No wreszcie... Chyba nie ma osoby, która przychodziłaby na koncert Electric Light Orchestra bez świadomości, że musi na nim zabrzmieć właśnie TEN utwór. Panie i panowie: Mr. Blue Sky. Cieszy, że Jeffowi wciąż chyba jeszcze nie znudziła się ta piosenka, bo wykonuje ją z prawdziwą pasją i zaangażowaniem, serwując nam tak świetne i pełne optymizmu wokale, jakie pamiętamy z wersji studyjnej. Rzecz jasna, nie mogło tu zabraknąć ikonicznej solówki gitarowej, operowego smaczku i nagłego przyspieszenia pod koniec. Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie koncertu.
Zespół wychodzi jednak na scenę raz jeszcze, by zagrać bis. A co innego na bis, skoro nie pierwszy przebój Electric Light Orchestra? Smyki zaczynają grać fragment V Symfonii, a my już wiemy, że zaraz zabrzmi słynny riff Chucka Berry'ego i utwór Roll Over Beethoven. Znakomite, rockowe gitary, dynamiczne wokale Jeffa i znakomicie nagłośnione partie smyków. Po prostu wszystko, czego trzeba do szczęścia i rewelacyjnego wykonania tego rockandrollowego klasyka. 


Jak na swoje lata, Jeff Lynne zdecydowanie bardzo dobrze się trzyma. Nie wiem jak tam u niego ze zdrowiem, ale jeśli chodzi o muzyczną formę, to po wysłuchaniu (i obejrzeniu) Wembley or Bust nie mam tu nic do zarzucenia. Jego barwa praktycznie wcale się nie zestarzała, a wokalnie wciąż jest w stanie bez problemu zarówno niższe dźwięki, jak i sięgnąć czasem po falset. Nie ma tu ani jednej piosenki, którą położyłby swoim wykonaniem, co przecież wcale nie tak rzadko zdarza się muzykom w jego wieku. Cały czas brzmi bardzo przekonująco, a kolejne utwory brzmią niewiarygodnie świeżo. Ta koncertówka to dowód na to, że dobra muzyka nigdy się nie starzeje, a pop wcale nie musi się przejadać po jednym sezonie. Evil Woman, All Over the World, Mr. Blue Sky, Livin' Thing, Sweet Talkin' Woman czy Telephone Line także i dziś bez problemu mogłyby przecież zdobyć listy przebojów. Brzmienie Electric Light Orchestra jest po prostu ponadczasowe, co dobitnie udowadnia ta płyta. Jako że mamy tu całą masę dobrze znanych przebojów, Wembley or Bust może pełnić rolę wprowadzenia początkujących słuchaczy do świata muzyki ELO równie dobrze jak pierwsza z brzegu składanka. Warto po to sięgnąć, bo ten album to ponad półtorej godziny świetnego grania na wysokim poziomie.

Ocena: 8/10

niedziela, 17 maja 2020

"Alone in the Universe" - Jeff Lynne's ELO [Recenzja]


Po sporym sukcesie Mr. Blue Sky: The Very Best of Electric Light Orchestra, czyli nagranych na nowo przebojów Electric Light Orchestra, Jeff Lynne uwierzył, że litery ELO wciąż jeszcze przyciągają publiczność. Najbardziej utwierdził go w tym jednak koncert w Hyde Park, we wrześniu 2014 roku. Był to ogromny koncert, który zgromadził 50-tysięczną publiczność, a Jeff w końcu uwierzył, że ludzie wciąż chcą go słuchać. Zamknął się więc w swoim domowym studiu na 18 miesięcy, gdzie stworzył album Alone in the Universe. 
Zagrał tu praktycznie na wszystkich instrumentach (tylko w dwóch piosenkach chórki zaśpiewała jego córka, Laura Lynne, a ponadto inżynier dźwięku, Steve Jay, zagrał na shakerze i tamburynie). Początkowo płyta miała być wydana pod nazwiskiem Jeffa, jednak ze względów marketingowych, zdecydowano się na szyld Jeff Lynne's ELO. Jasno wskazane jest więc, kto tu jest główną gwiazdą, ale i kto odpowiedzialny jest za brzmienie, które wielu słuchaczy może kojarzyć sprzed wielu lat.
Album zapowiedziany został dokładnie 24 września 2015 roku, a ukazał się 13 listopada. Singlem promującym płytę było When I Was a Boy, które zostało bardzo ciepło przyjęte. Tak jak i cały album, który został okrzyknięty powrotem brzmienia Electric Light Orchestra. Został też zauważony na listach na całym świecie, a ponadto pokrył się platyną w Wielkiej Brytanii. Oryginalna edycja zawierała 10 piosenek (w wersji japońskiej - 11 wraz z piosenką On My Mind), a do edycji deluxe dodano jeszcze 2 utwory - Fault Line i Blue.

When I Was a Boy, który rozpoczyna płytę, spokojnie można nazwać największym przebojem Electric Light Orchestra od czasu Rock 'n' Roll is King. Ta nostalgiczna, piękna i czarująca ballada od pierwszych akordów fortepianu dosłownie hipnotyzuje i wciąga. Chwilę potem dochodzi do niej wokal Lynne'a, który wyśpiewuje o swoich dziecięcych latach i marzeniach o byciu muzykiem. Refreny absolutnie nie marnują potencjału zwrotek i wypadają bardzo chwytliwie i nie mniej urokliwie. Do tego dodać jeszcze ciepłą, "jeffową" produkcję i mamy piosenkę praktycznie gotową na to, by zostać przebojem. Tak też się stała; swoim pojawieniem się na rynku narobiła sporo szumu, powstał do niej nostalgiczny teledysk, a utwór przywołał w publiczności wspomnienie "starego, dobrego ELO". Najważniejsze jednak jest to, że nie była to tylko kompozycja sezonowa; publiczność wciąż o niej pamięta, a i sam Lynne nie omieszka sięgnąć czasem po nią na koncertach.

When I was a boy, I had a dream
All about the things I'd like to be
Soon as I was in my bed
Music played inside my head
When I was a boy, I had a dream

When I was a boy, I learned to play
Far into the night and drift away
Don't want to work for the milk or the bread
Just want to play my guitar instead
When I was a boy, I had a dream

And radio waves kept me company
In those beautiful days when there was no money
When I was a boy, I had a dream

Odmiennie prezentuje się natomiast dynamiczniejsze, bluesowe Love and Rain. Mamy tu świetną, lekko funkującą gitarę, Laurę Lynne w soulowych chórkach, a także wpadającą w ucho melodię. Całość wypada o wiele mroczniej, tajemniczo, ale też nie mniej intrygująco. Piosenka jest mało skomplikowana i pozornie niewiele się tu dzieje, jednak absolutnie hipnotyzuje i nie pozwala się od siebie oderwać.

It takes a lot of rain to make a flower grow
Yes it takes a lot of love and rain
And it makes a lot of pain to see you steppin' out
Yes it makes a lot of love and rain

Równie prosto, acz dynamiczniej i weselej wypada Dirty to the Bone. Piosenka przywodzi mi nieco na myśl takie albumy jak Time czy Secret Messages, choć ze swoją melodyjnością bez problemu odnalazłaby się także na Discovery. Mimo niezbyt radosnego tekstu, kompozycja z pewnością jest optymistyczna i rockandrollowa i może przypominać największe przeboje ELO (włączając to śpiewane falsetami refreny). Na początku nie mogłem się do niej przekonać, ale po kilku przesłuchaniach zacząłem ją lubić i dziś jest to jeden z moich ulubionych momentów krążka.

She'll drag you down, until you drown in sorrow
She'll pull you in, she'll take you down
She'll mess you up, she'll move around
She knows it all, she's dirty to the bone

She's dirty to the bone
She'll deceive you 'til the cows come home
She's dirty to the bone
She cares for nothing but herself

Przy When the Night Comes wracamy do nieco mroczniejszych i tajemniczych klimatów. Ciężko mi poza tym coś więcej o tym napisać. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że jest zachowawczo, mało oryginalnie lub nieciekawie. Po prostu to jeden z moich ulubionych utworów z albumu, do którego często wracam i za każdym razem dostarcza mi tej samej satysfakcji ze słuchania.

When the night comes
That's when I think of you
When the night comes
I get midnight blue

But what can I say
When the night comes to stay

The Sun Will Shine on You to natomiast nie tylko mój ulubiony moment krążka, ale i jeden z faworytów, jeśli chodzi o całą twórczość ELO. Jeff mówi, że napisał tę piosenkę jako pocieszenie dla bliskiej mu osoby, która przeżywała akurat naprawdę zły okres w życiu. Rzeczywiście, ta kompozycja spokojnie może być puszczana wszystkim, którzy potrzebują pocieszenia i dobrego słowa w trudnym czasie. Przede wszystkim jest znakomicie wyważona - nie ma tu hura-optymistycznej melodii z wpadającymi w ucho refrenami, a po prostu piękna, delikatna linia melodyczna ze szczerym i niewymuszenie uroczym tekstem. Najlepszy moment albumu.

You've got to learn how to fly
Before you learn how to fall
You've got tu turn from the darkness
And go through it all

Just remember that it's all right
It's all right to be true
And the sun will shine on you

Ain't It a Drag to z kolei kolejny bardziej optymistyczny i rockandrollowy kawałek, którego refren wpada w ucho od pierwszego przesłuchania. Podobnie jak z Dirty to the Bone, z nim również miałem problem, by się do niego przekonać. Po kilku podejściach jednak bardzo go polubiłem i dziś ma zagwarantowane miejsce w mojej playliście ulubionych piosenek ELO. No, może nie dorównuje tym najlepszym rockandrollowym hiciorom, ale sprawnie przywołuje ich klimat, klasę i chwytliwość.

How many times can you go through the pain
Just when you think it's cool, the shit hits the fan

Tomorrow brings the same old sun, but never shone our way
Ain't it a drag babe, ain't it a drag babe, oh what a drag babe
You're telling me, you're telling me

All My Life to powrót do stricte balladowego grania. To też pierwsza love song z prawdziwego zdarzenia na tej płycie. Mamy tu typową dla Lynne'a, sentymentalną, łagodną, delikatną i romantyczną kompozycję okraszoną romantycznym tekstem z falsetami w refrenach. Piosenka z pewnością powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom takich utworów jak Strange Magic, Can't Get It Out of My Head, Telephone Line, Steppin' Out czy Ticket to the Moon, choć warto też dodać, że żadnej z nich nie dorównuje. 

All my life, I searched for you
But you were never there, were you?
Thought I'd found you once or twice
It was a sad affair or two

All my life

I'm so glad I found you
I just wanna be around you
All my life

I'm Leaving You to pierwszy tak ewidentny spadek formy. To zdecydowanie słabsza, bezbarwna i mało wyróżniająca się piosenka z przeciętną linią melodyczną i refrenem, który miał być w zamyśle przebojowy, a wyszedł zachowawczo i mało interesująco. Kawałek zalatuje mocno Royem Orbisonem (Jeff jednak twierdzi, że był to celowy zabieg i miał to być hołd dla tego artysty), jednak to trochę za mało, by uznać I'm Leaving You za dobry i godny uwagi utwór.

Golden days, drift into the haze
And times gone by, when days were so young
Now those days, have all slipped away
You think you're going to leave me, all on my own
You're leaving me, you're leaving me

But just before you go, there's something you should know
I've found somebody new, and I'm leaving you

Jeszcze gorzej wypada natomiast One Step at a Time brzmiące jak odrzut z sesji do Secret Messages czy Balance of Power. Niestety, słowo klucz tutaj to: "odrzut". Podobnie jak w przypadku I'm Leaving You mamy tu pseudo-przebojowy refren, który finalnie niczym szczególnym się nie wyróżnia, nie wpada w ucho, a sama piosenka kończy się, zanim zdążymy się w nią wciągnąć. Najgorszy utwór na albumie.

Talk to me, don't give me the silent treatment
Talk to me, 'cause I'm not in on the agreement
And then you might discover
One's better than the other
Talk to me

Piosenkę tytułową spokojnie można jednak zaliczyć w poczet tych najlepszych. Podczas oglądania programu dokumentalnego o kosmosie, Jeff pomyślał sobie: "To niesamowite, jak bardzo samotni jesteśmy w całym wszechświecie". Z tej właśnie myśli narodziła się piosenka Alone in the Universe. To zdecydowanie rewelacyjny utwór z niebanalną melodią i nieco futurystycznym brzmieniem, które wpasowałoby się idealnie do albumu Time (zresztą i tekstowo nawet nie jest wcale tak odległy od tematyki konceptu). Wspaniałe zakończenie płyty.

That's how it feels now you are gone
I knew it all along
I'm such a long long way from home

Alone in the universe

It gets so sad in the unknown
I'm tired of being alone
I'm such a long long way from home


Na Alone in the Universe Jeff nie próbuje przypodobać się młodej publiczności, czy też zaskarbić sobie nowych fanów. Adnotacja na okładce też jest jasna - to bardziej solowy album Lynne'a, tylko z pobudek marketingowych podpisany szyldem ELO. W rzeczywistości mało tu ducha Electric Light Orchestra; próżno szukać tu orkiestrowych aranżacji, czy porażających aranżacją i przepychem smakowicie zaaranżowanych potencjalnych przebojów. Płyta ma zdecydowanie więcej wspólnego z Armchair Theatre i Zoom niż A New World Record, Out of the Blue czy Discovery. Czy jest jednak coś, co łączy Alone in the Universe z najwybitniejszymi dziełami ELO? Jak najbardziej - Jeff Lynne. To przecież wciąż ten sam niezwykle utalentowany kompozytor, tekściarz, multiinstrumentalista i wokalista z rozpoznawalną od pierwszych dźwięków barwą, który wciąż jest we wspaniałej formie. Alone in the Universe nie udaje nawet, że ma być czymś innym niż sentymentalnym prezentem Jeffa dla najwierniejszych fanów swojego macierzystego zespołu. To wszak te same przebojowe, beatlesowskie melodie podane z klasą i wyczuciem. Próżno szukać tu polotu, poszerzania horyzontów, czy redefiniowania bądź renesansu swojej twórczości. To po prostu płyta powstała z miłości do muzyki - szczerej, niewymuszonej i po prostu ujmującej.

Ocena: 7/10


Alone in the Universe: 32:31

1. When I Was a Boy - 3:12
2. Love and Rain - 3:29
3. Dity to the Bone - 3:06
4. When the Night Comes - 3:22
5. The Sun Will Shine On You - 3:29
6. Ain't It a Drag - 2:34
7. All My Life - 2:50
8. I'm Leaving You - 3:07
9. One Step a Time - 3:21
10. Alone in the Universe - 3:54

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...