Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2020

"Michał Bajor 1993" - Michał Bajor [Recenzja]


Mimo, że Nowe piosenki nie wywołały już tak wielkiej ekscytacji jak Michał Bajor live, to i tak sprzedawały się bardzo dobrze i ugruntowały pozycję Bajora na polskiej scenie. Artysta w kolejnych latach wyjeżdżał więc za granicę, grając dla Polonii w tak odległych miejscach, jak Stany Zjednoczone, Francja czy Hiszpania. Oczywiście nie próżnował w tym czasie, nagrywając w 1991 roku kolędy, a rok później płytę z piosenkami dla dzieci, gdzie Piotr Rubik skomponował muzykę do jedenastu wierszy Jana Brzechwy i dwóch Juliana Tuwima. Na w pełni premierowy materiał trzeba było jednak poczekać aż do 1993 roku.
W 1991 roku Bajor starał się o główną rolę męską w musicalu Metro Janusza Józefowicza, jednak ostatecznie musiał ustąpić Robertowi Janowskiemu. Niepocieszony, uznał że i tak zaśpiewa parę piosenek z tego spektaklu. Dwie z nich umieścił więc na Michał Bajor 1993. Oprócz tego znalazły się tam również kompozycje m.in. Piotra Rubika czy Janusza Stokłosy do tekstów lub tłumaczeń Wojciecha Młynarskiego, Andrzeja Ozgi, a nawet Jana Brzechwy i Marii Konopnickiej. Wydawnictwo to dziś dostępne jest tylko w odświeżonej wersji jako Czwarta płyta 83'-93'. Oryginalne wydanie jest swoistym białym krukiem i, gdy pojawia się już na aukcjach, osiąga astronomiczne ceny.

Jak już wspomniałem we wstępie, Bajorowi nie udało się dostać roli w musicalu Metro. Trudno dziwić się decyzji osób odpowiedzialnych za casting. Ja na przykład nie umiem wyobrazić sobie Bajora grającego grajka wałęsającego się po stacji metra. Jednak wykonanie Na strunach szyn pozwala zrozumieć, jak wiele spektakl stracił, jeśli chodzi o stricte wokalistę. Interpretacja Bajora przekonuje mnie o wiele bardziej niż Roberta Janowskiego. Wkłada on bowiem w to faktycznie całe serce, zręcznie szafuje słuchacza swoim głosem, przechodząc płynnie od szeptu do ciągnięcia frazy przez jakieś 5 sekund. Do tego dochodzi jeszcze znakomita, orkiestrowa oprawa, i tak oto dostajemy potężnie brzmiące i angażujące otwarcie.

Sens nie mówionych słów,
dźwięk nie zagranych nut,
blask nie zapalonych jeszcze lamp.
Nie mów nic, czy słyszysz mnie
w zamęcie wokół nas?
Sens nie mówionych słów,
dźwięk nie zagranych nut,
blask nie zapalony jeszcze lamo.
Nie mów nic, na strunach szyn
orkiestra może grać.

Zarówno na Michał Bajor live, jak i na Nowych piosenkach musiały znaleźć się tłumaczenia Jacquesa Brela autorstwa Wojciecha Młynarskiego. Na Michał Bajor 1993 znalazło się co prawda tylko jedno, jednak stało się ono niemałym przebojem, a na pewno jednym z bardziej znanych utworów w katalogu Bajora. Dynamiczni, taneczni Flamandowie to utwór bardzo w stylu Brela. Skoczna muzyka towarzyszy wcale niewesołemu tekstowi o pozornie "szczęśliwym" życiu Flamandów. Kontrast podkreśla jeszcze radosny śpiew Bajora, pełen zaangażowania i radosnych okrzyków. Znakomita piosenka.

Flamandowie tańczą milcząc wciąż,
przy niedzieli tańczą Flamandowie,
nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są.

Tańczą, bo dwadzieścia mają lat,
piękny wiek, by się dowiedział świat, 
że miast o staropanieństwo drżeć,
trzeba za mąż iść i dzieci mieć.

Tak rodzice przykazali im,
belfer w szkole i na mszy w klasztorze
ojciec przeor przez kadzideł dym
tak naucza i dlatego może
tańczą tak, tańczą tak,
Flamandowie tańczą tak...

Na poprzedni album Andrzej Ozga ofiarował Bajorowi znakomity tekst piosenki Tarantela. Cieszy fakt, że ta współpraca jest kontynuowana także na kolejnej płycie. Pierwszym ich owocem jest utwór Przyszła do nas miłość z muzyką Piotra Rubika. Jak to bywa u tego kompozytora - który, nawiasem mówiąc, zaczynał swoją karierę właśnie m.in. u boku Bajora, będąc nie tylko jednym z jego czołowych kompozytorów, ale także pianistów akompaniujących mu na koncertach - muzyka jest bardzo podniosła, aczkolwiek nie brakuje tu umiejętnego szafowania napięciem. Delikatne, spokojne zwrotki znajdują rozładowanie w o wiele bardziej rozbudowanych aranżacyjnie refrenach. Muzyka do tej piosenki to jeden z najlepszych przykładów budowania napięcia w kompozycjach Rubika. Oczywiście o tym, że tekst Ozgi i wykonanie Bajora są po prostu bezbłędne, nawet nie będę wspominał, bo jest to jasne jak słońce.

Choćby serce z bólu łkało,
próżno winę, winę całą
zrzucać na nią, by bolało
nas ciut mniej...
Nie próbujmy jej unurzać
w nierozważnych słów kałużach...
by cierpienia nie przedłużać
nam i jej.

O ile we Flamandach radość była tylko przykrywką dla niewesołych treści, tak Chciałbym to pierwsza na tej płycie tak optymistyczna i radosna piosenka. Mamy tu szybkie zwrotki i refreny zwieńczone wpadającymi w ucho wokalizami Bajora. Roman Kołakowski dał się nam poznać na poprzednim albumie przez mocny i mocno fantastyczny tekst do piosenki Przedświt. Tu odsłania zupełnie inne oblicze, pokazując się z optymistycznej i lekkiej strony. Jeden z największych przebojów Bajora, od słuchania którego można się uzależnić.

Chciałbym dać ci jasne sny,
ranne mgły, wonne bzy,
nocne ćmy, ptaki i zwierzęta,
letni sad, świat bez wad,
szary płot, ptasi lot,
wszystko co pamięć zapamięta.
W pustych drzwiach staje Bach,
strząsa szron, daje ton,
gra nam pieśń na sopelkach lodu.
Pragnąłbym znaleźć rym,
śpiewać z nim słońca hymn,
sławić cud porannego chłodu.

Znacznie słabiej wypada natomiast Tyle jest miast Mariana Hemara. Oczywiście, zważywszy na sam czas powstania tej piosenki, zrozumiały jest aranż stylizowany na przedwojenne przeboje Mieczysława Fogga. Problem jednak leży w samym Bajorze, którego głos nijak pasuje do tej stylistyki, a sam utwór wypada po prostu zbyt słodko i mało wciągająco.

Tyle jest gwiazd,
tyle jest miast,
niech ta piosnka ci o tym opowie,
idź w świat gdzie chcesz,
rób co umiesz, jak wiesz,
lecz jak kochać się - to we Lwowie...

Mein Herr to z pewnością jeden z bardziej znanych fragmentów Cabaret. Bajor z aktorskimi i musicalowymi ciągotami po prostu nie mógł po to nie sięgnąć. Autorem polskiego przekładu jest Dariusz Rogalski, odpowiedzialny za tekst Nie chcę więcej. Madame wypada więcej niż bardzo dobrze, i tu już wokale Bajora sprawdzają się znakomicie, szczególnie gdy wkłada w to wiele wrażliwości, a momentami nawet szarżuje przy egzaltacji. Świetne wykonanie.

Excuse moi, madame,
jak jej powiedzieć mam, 
że wszystko dobre, co się dobrze kończy,
że czasem miło jest, lecz wszystko ma swój kres,
niech pani wierzy mi - c'est la vie.
Au revoir, madame, czas, żebym został sam,
mógł mówić kiedy chcę i to co myślę,
na tapczan rzucać płaszcz, na stole nogi kłaść,
oglądać tylko sport - żyć jak lord!

A kto ciebie, ty wierzbino to jedna z najważniejszych piosenek dla Michała Bajora. Jest to bowiem jego autorska kompozycja do wiersza Marii Konopnickiej, którą napisał w wieku 16 lat, na konkurs związany właśnie z twórczością Konopnickiej. (Dodam tylko, że ów konkurs wygrał). Jak więc wypada? Cóż, jak wprawka młodego chłopaka ze szkoły muzycznej, który ma ucho do melodii i chciałby być kompozytorem. Idąc za sloganem "Smutne piosenki pisze się o wiele łatwiej, niż wesołe" Bajor zdecydował się więc na dramatyczną muzykę. Nie ma tu żadnych refrenów, ani nie dzieje się nic specjalnego. Ma to jednak swój urok i wypada doprawdy ciekawie. Może nie nazwałbym tej piosenki jednym z ulubionych fragmentów albumu, ale z pewnością jednym z bardziej wartych uwagi.

A kto ciebie, ty wierzbino, wychował,
a kto twoje fujareczki czarował?
Wychowywał mnie mój rodzic, ciemny las,
kędy stoję w chłodnej rosie aż po pas,
wykarmiła mnie ta ziemia, ta matka,
płakiwała ze mną brzoza, sąsiadka,
czarna rola podawała chleb i sól,
wykołysał wiatr szumiący z łąk i pól.

W spektaklu Czerwony stoliczek Bajor w pewnym momencie wychodził na scenę odziany w kapcie, płaszcz narzucony na piżamę i z rozczochranymi włosami i dawał swój popis wokalno-aktorskich możliwości śpiewając Pali się. Rzeczywiście, śpiewane na żywo, robi to wrażenie, a nawet potrafi rozbawić. Jednak wersja płytowa nie jest w stanie jej sprostać. Bajor zdaje się zdawać sobie z tego sprawę, więc stara się na siłę dodać tu aktorstwa i różnej intonacji. Niestety, wypada to po prostu okropnie - szczególnie w przeszarżowanych refrenach - i brzmi, jakby wokalista na siłę starał się być śmieszny. Wykonanie więc na minus, aczkolwiek wrażenie z pewnością robi środkowa część z dynamiczną aranżacją orkiestrową i kolejnym wybijającym z butów popisem dykcji Bajora.

Straż jest gotowa w ciągu minuty,
konia prowadzą, koń nie podkuty,
trzeba zawołać szybko kowala,
pożar na dobre już się rozpala!
Prędko, gdzie kowal, to nie zabawka,
dawać sikawkę, gdzie jest sikawka?
Z zepsutą pompą - niełatwa sprawa.
Woda do beczki! Beczka dziurawa!
Trudno, to każdej beczce się zdarza,
który tam, prędzej, dawać bednarza,
zbierać siekiery, haki i liny,
pali się w mieście już od godziny!

Dalej mamy Kochanie moje, kochanie, czyli kompozycję Anny Panas do wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Podobnie jak Tyle jest miast, stylizacja na przedwojenny przebój wypada tu po prostu zgrzebnie i trąci myszką. Pomijam już same dość niewielkie walory samej kompozycji, to nie ma tu nawet o co się uchem zaczepić, a Bajor śpiewa, jakby nawet jemu nie bardzo się chciało już tego wykonywać. 

Kochanie moje, kochanie
dobranoc, już jesteś senna
i widzę twój cień na ścianie
i noc jest taka wiosenna.
Jedyna moja na świecie
jakże wysławię twe imię,
ty jesteś mi wodą w lecie
i rękawicą w zimie.

O ile Na strunach szyn pozwalało nam zamyślić się, czy to aby dobrze, że Bajor nie dostał się do obsady Metra, tak Tylko w moich snach pozwala nam odetchnąć z ulgą. Wykonanie bez wigoru, bez zaangażowania, bez pomysłu na interpretację. Nuda.

Gdy gra tylko kilka nut, cichy szept,
poruszone wspomnienia przez wiatr
tamtych słów, tych dziwnych słów...
Kłamałaś, dobrze wiem, że ty
też kochałeś mnie,
gdy wspominam tamte dni,
przez łzy widzę cię.
To już zamknięte drzwi, dawnych lat,
kiedy ktoś wspólny rytm nam grał,
wspomnień ślad, tamtych dni,
kiedy świat był mój, był nasz.

Edith to z pewnością najbardziej interesujące i zagrane z największym rozmachem wykonanie na płycie. Jest to bowiem kompilacja największych przebojów Edith Piaf, do których Andrzej Ozga napisał polski tekst opowiadający o życiu słynnej francuskiej pieśniarki. Siłą tego utworu nie są tylko te ponadczasowe melodie, ale zwłaszcza znakomite wykonanie Michała Bajora, który sprawnie przeskakuje między kolejnymi nastrojami i klimatami, umiejętnie odnajdując się z marszu w każdym. Daleko za nim nie pozostaje wcale znakomita aranżacja, która sprawnie podkreśla melodykę każdej piosenki, nie unikając tu i ówdzie fajnych smaczków. Znakomita kompozycja.

"Elle ecount'la java
mais ell'ne la dans'pas..."
A ja przez życia zmienne koleje
pójdę nalej, na wprost,
niosąc w sercu ten głos,
co pozwala zachować nadzieję,
że choć życie ma kres,
jednak coś przecież jest,
co zostaje... nie idzie do nikąd,
jakaś reszta na dnie,
co nie ciszą jest, nie,
bo ta reszta jest właśnie muzyką.

Nasza niebezpieczna miłość nagrywane było na Michał Bajor 1993 jako wypełniacz. Może wydać się to dziwne dziś, gdy wiemy, że jest to jeden z największych przebojów Bajora. Jednak tak było; brakowało piosenki, więc na szybko nagrano utwór Piotra Rubika i Andrzeja Ozgi. Niedługo po wydaniu albumu okazało się jednak, że w całej Polsce piosenka wylądowała na pierwszych miejscach list przebojów. Musiało to być z pewnością zaskoczeniem dla Bajora, dla którego była to pierwsza sytuacja, gdy jego utwór jest na listach przebojów. Nie chciał jednak śpiewać jej na koncertach, bo - mówiąc krótko - jej nie lubi (wyjątek robi tylko podczas koncertów jubileuszowych). Tym bardziej warto cieszyć się umieszczoną tu wersją z piękną radosną melodią i prostym, acz ujmującym tekstem. Bardzo przyjemna piosenka, aczkolwiek nie ma specjalnie co się nad nią zachwycać.

To moja miłość,
słodka, szalona,
piekielna miłość grzeszna.
To moja miłość,
wskroś potępiona, przegrana,
co tu kryć...
To moja miłość,
trochę wstydliwa,
w dodatku niebezpieczna.
Ta karczma, Miła,
Rzym się nazywa
i będzie, co ma być.


Michał Bajor 1993 to spory krok w tył w stosunku do poprzednich dwóch albumów. Tym razem zawiódł nieco filtr jakości i dostało się tu trochę za dużo słabych lub też mało ciekawych piosenek. Bajor za wszelką cenę chciał chyba pokazać swoje umiejętności aktorskie, przez co Pali się wypadło sztucznie. Chciał na siłę udowodnić, że byłby lepszy do roli w Metrze więc wcisnął tu kiepską wersję Tylko w moich snach. Ponadto chciał podkreślić swoją ponadczasowość, odwołując się do tradycji polskiej muzyki za pomocą nudnych Tyle jest miast i Kochanie moje, kochanie. Na szczęście znalazły się tu jednak takie perełki jak Na strunach szyn, Flamandowie, Przyszła do nas miłość, Chciałbym, Madame, Edith i Nasza niebezpieczna miłość. W gruncie rzeczy Michał Bajor 1993 to płyta dość średnia i po przesłuchaniu zostawiająca zdecydowanie za mało emocji w pamięci słuchacza. Jednak przy zapoznawaniu się z tym materiałem można odkryć tu naprawdę sporo pięknych melodii, znakomitych tekstów i rozpłynąć się nad interpretacjami Bajora. Szkoda jednak, że jest ich tu wcale nie tak wiele.

Ocena: 6/10


Michał Bajor 1993: 48:12

1. Na strunach szyn - 5:37
2. Flamandowie - 2:22
3. Przyszła do nas miłość - 3:45
4. Chciałbym - 3:00
5. Tyle jest miast - 3:57
6. Madame - 2:21
7. A kto ciebie, ty wierzbino - 2:37
8. Pali się - 5:25
9. Kochanie moje, kochanie - 3:55
10. Tylko w moich snach - 4:52
11. Edith - 6:26
12. Nasza niebezpieczna miłość - 4:05

niedziela, 29 marca 2020

"Duets" - Elton John [Recenzja]


Jak inaczej zapewnić sobie utrzymanie na listach przebojów, jak nie w tak prosty sposób, jak wykorzystać swoje nazwisko i połączyć je z innym. A najlepiej z kilkoma innymi. Taką filozofią kierował się chyba Elton, decydując, by Duets nie było specjalnym wydaniem świątecznym, a regularnym albumem. Zaprosił do nagrania 14 różnych wykonawców, wśród których znaleźli się tacy artyści jak Leonard Cohen, Little Richard, Kiki Dee, Gladys Knight, k. d. lang czy RuPaul. Na płycie znalazły się tylko 4 oryginalne kompozycje duetu John/Taupin (wliczając w to Don't Let the Sun Go Down On Me, który kiedyś już odniósł spory sukces na listach przebojów, więc czemu niby nie dołączyć go do nowego albumu i nawet wyznaczyć jako pierwszy singiel promujący album; jak raz sobie poradził, to i drugi raz da radę).
Duets zostało wydane 23 listopada 1993, jednak nie odniosło większego sukcesu, mimo takiego zaplecza.

Zaczynamy od coveru utworu Teardrops zaśpiewanego z k.d. lang. Piosenka zupełnie nie w stylu Eltona, ale, nie powiem, słucha się tego bardzo fajnie. Wokale Johna i k.d. lang bardzo dobrze się uzupełniają, a i sam utwór jest w porządku. Melodia umie zapaść w pamięć i wypada całkiem nieźle.

Footsteps on the dance-floor
Remind me baby of you
Teardrops in my eyes
Next time I'll be true
Whispers in the back room
She cries on every tune

O wiele gorzej wypada natomiast When I Think About Love (I Think About You) zaśpiewane z P.M. Dawn. To raczej mdła i nieciekawa balladka (zresztą, też cover) bez polotu. 

Too many times I've turned my emotions on and off
Without realizing what it does
Know what's moved me and kept me going this far
But I never questioned what it was

Elton od wczesnego dzieciństwa był wielkim fanem Little Richarda; inspirował się jego grą na fortepianie i obyciem scenicznym, w czasach poszukiwania swojego stylu i pierwszych występów. The Power to utwór napisany przez tandem John/Taupin specjalnie na duet Rocket Mana z legendą rock and rolla. Niestety, piosenka jest bardzo słaba i bez wyrazu. Przykro to mówić, ale zdecydowanie nawalił tu Elton, pisząc kompozycję bardziej pod album The One niż duet z Little Richardem. Przecież ta dwójka, gdyby dać im coś pokroju Tutti Frutti, mogłaby dać czadu aż miło. Tymczasem zaproponowali mdłą balladkę z zabarwieniem gospelowym, która ciągnie się aż 6 i pół minuty. Żal niewykorzystanego potencjału wykonawczego.

If my faith is a fire then burn baby burn
We've held fire long enough to learn
Heat beneath hope is a healing light
Kept alive by the flames of night
Walk tall in the power day after day
Never, never, never lose sight of the way
See the dawn come and the dusk hang
See the power rise from an open hand

Obiecująco zaczyna się natomiast Shakey Ground zaśpiewane z Don Henley'em. Niestety, potem napięcie i entuzjazm jakby nieco siada, a piosenka okazuje się być kolejnym bezbarwnym i bezpłciowym coverem.

Lady luck and four leaf clovers
Won't ease this hurt I feel all over
My life was one special occasion
Until your leaving dampened the situation


Płycie udało się wypromować jednak umiarkowany przebój - True Love zaśpiewane w duecie z Kiki Dee. Jak widać, stare piosenki (wszak to utwór z połowy lat 50.) wciąż nieźle się trzymają. Ja jednak nie byłem nigdy fanem tego numeru i trochę nie rozumiem zachwytów nad nim roztaczanych. Jak dla mnie to kolejny nudny i wyprany z polotu utworek. Chociaż naprawdę nieźle prezentują się tu wokale Eltona, który wkłada w wykonanie całe serce.

Suntanned, windblown
Honeymooners at last alone
Feelin' far above par
Oh, how lucky we are
While I give to you and you give to me
True love, true love
So on and on, it will always be
True love, true love

If You Were Me z Chrisem Rea. No i co ja mam o tym napisać? Kolejny wtórny i bezbarwny kawałek bez polotu.

If you were me
And I was you
If you had to play my part out
What would you do
Two crazy stories
Two different views
If you were me
And I was you

A Woman's Needs z Tammy Wenette. Patrz wyżej.

A home and a family makes sense for us
A solid foundation built out of trust
Do you think you can find that with someone like me
Two arms to hold you, one place to be
Are just some of the things that a woman needs

Nawet nie zauważyłem, że Old Friend się zaczęło, a już było po wszystkim.

I want to be good, I want to be strong
But I treated him bad, I've done him wrong
I've taken his money, I'm given him hell
And he takes is all 'cause he knows me well
We can say what we mean and mean what we say
We don't like to mess around
But we're there to hold each other up
When we're falling down

Go On And On czyli duet z Gladys Knight to kolejny zupełnie zmarnowany potencjał i kolejna bezbarwna pioseneczka z powtarzanym do znudzenia, słabej jakości refrenem.

She broke my heart, he hurt me too
That's something that only unworthy souls do
They said goodbye, we say hello
An introduction for a perfect love to grow

Don't Go Breaking My Heart z RuPaul było jakimś tam przebojem, ale od początku nie miało nawet startu do oryginału zaśpiewanego z Kiki Dee. To ewidentny romans Eltona ze współczesnymi brzmieniami, jednak brzmi jakby na warsztat wziął ten utwór jakiś kiepski DJ, by można było do niego się pobujać na imprezie. Zdecydowanie odstręczający niewypał.

Don't go breaking my heart
I couldn't if I tried
Honey if I get restless
Baby you're not that kind
Don't go breaking my heart
You take the weight off me
Honey when you knock on my door
I gave you my key

Okej, przyznaję, Ain't Nothing Like the Real Thing z Marcellą Detroit wypadło nawet całkiem przyjemnie. Oczywiście, nie jest to jakieś nie wiadomo co, ale chociaż miło się tego słucha.

I got some memories to look back on
Though they help me when you're gone
I'm well aware
Nothing can take the place of you being there
No other sound is quite the same as your name
No touch can do half as much
To make me feel better
Let's stay together

I'm Your Puppet z Paulem Youngiem to jednak powrót do raczej mało przyjemnego dla ucha grania.

Pull them little strings and I'll sing you a song, I'm your puppet
Make me do right or make me do wrong, I'm your puppet
Treat me good and I'll do anything
I'm just a puppet and you hold my string

Love Letters z Bonnie Raitt to kolejna wyprana z oryginalności balladka.

Love letters straight from your heart
Keep us so near while apart
I'm not alone in the night
When I can have all the love you write

Na początku swojej kariery Elton i Bernie bardzo inspirowali się muzyką Leonarda Cohena. Born To Lose to więc swoiste spełnienie marzenia przez Johna. I, trzeba to przyznać, to zdecydowanie najlepszy wykon na krążku. Cohen po prostu jest... Cohenem, a Elton świetnie się do niego dopasował, choć - z tego co twierdzi - wcale nie było łatwo nagrać ten duet. W studiu panowie stanęli na przeciwko siebie, przy dwóch mikrofonach, i gdy Leonard wydał z siebie pierwsze "Born to lose" Elton nie mógł przestać się śmiać. Cohen zdziwiony zapytał: "Czemu się śmiejesz?", na co Elton odparł: "Bo strasznie mnie bawi to, że ktoś potrafi wydać z siebie aż tak niski dźwięk". Koniec końców, piosenka brzmi nie jak kolejny "uwspółcześniony" Elton, a po prostu kompozycja z albumu Cohena. I bardzo dobrze, bo brzmi naprawdę rewelacyjnie.

Born to lose
I've lived my life in vein
Every dream has only brought me pain
All my life I've always been so blue
Born to lose
And now I'm losing you

Mam spory problem z Don't Let the Sun Go Down On Me. Mamy tu fajny klimat i świetne wokale Eltona, jednak z drugiej strony... mamy tu George'a Michaela, za którym nigdy specjalnie nie przepadałem. Owszem, lubię jego głos i parę piosenek, jednak - jak dla mnie - co szczególnie słychać w tym utworze, nadużywa on trochę ozdobników wokalnych, jakby na siłę próbował się popisać i pokazać, jak znakomicie śpiewa. Elton wychodzi, śpiewa prosto i wypada o wiele lepiej, jednak nawet wtedy Michael musi wtrącić swoje - jak to nazywam - "szpanerstwo wokalne". Bardzo mnie to irytuje.

I can't light no more of your darkness
All my pictures seem to fade to black and white
I'm growin' tired and time stands still before me
Frozen here on the ladder of my life

Too late to save myself from fallin'
I took a chance and changed your way of life
But you misread my meanin' when I met you
Closed the door and left me blinded by the light

Równie nieciekawie wypada jedyna piosenka na płycie zaśpiewana przez samego Eltona: Duets For One. Raczej miałkie i bez polotu.

Look at me, I'm happy now I see your face and smile
I was the judge and jury at your trial
Look at me, you know the road ahead will twist and turn
Now I have the time to stand and learn


Duets to zdecydowanie najsłabsza płyta Eltona od wielu lat. Niech najdobitniej świadczy o tym fakt, że początkowo to nie miało być nawet regularne wydawnictwo. Niestety, zapewne geniusze od marketingu zadecydowali tak, a nie inaczej. Elton John i masa znanych nazwisk, to po prostu musi się sprzedać. Sprzedawało się natomiast tak sobie, a do tego album prezentuje naprawdę żenujący poziom. To nawet nie brzmi, jak album Eltona, tylko zebrane do kupy parę duetów, które okazjonalnie nagrywał na płyty innych artystów. Każdy jest z zupełnie innej bajki, a artyści towarzyszący dostają tu tak dużo do śpiewania, że Eltona praktycznie tu nawet nie słychać. Płyta jest równa: całość jest na wyjątkowo niskim poziomie. Zakończę jednak optymistycznym akcentem: tak złej płyty Elton już nie nagrał, a dalej będzie już tylko lepiej.

Ocena: 2/10


Duets: 74:39

1. Teardrops (with k.d. lang) - 4:55
2. When I Think About Love (I Think About You) (with P.M. Dawn) - 4:34
3. The Power (with Little Richard) - 6:25
4. Shakey Ground (with Don Henley) - 3:52
5. True Love (with Kiki Dee) - 3:35
6. If You Were Me (with Chris Rea) - 4:26
7. A Womans Needs (with Tammy Wynette) - 5:19
8. Old Friend (with Nik Kershaw) - 4:17
9. Go On and On (with Gladys Knight) - 5:50
10. Don't Go Breaking My Heart (with RuPaul) - 5:00
11. Ain't Nothing Like the Real Thing (with Marcella Detroit) - 3:36
12. I'm Your Puppet (with Paul Young) - 3:36
13. Love Letters (with Bonnie Raitt) - 4:01
14. Born to Lose (with Leonard Cohen) - 4:33
15. Don't Let the Sun Go Down on Me (live, with George Michael) - 5:48
16. Duets for One - 4:52

czwartek, 5 marca 2020

"Paul Is Live" - Paul McCartney [Recenzja]


Ogromny sukces trasy The Paul McCartney World Tour zachęcił ex-Beatlesa do dalszego koncertowania, a także utwierdził go w przekonaniu, że taki sposób promocji świetnie wpływa na sprzedaż płyty. Po wydaniu Off the Ground ruszył więc w kolejną trasę, tym razem nazwaną The New World Tour, na którą złożyło się 77 koncertów i przyciągnęła prawie 300 tysięcy ludzi. Później okazało się, że była to ostatnia trasa McCartneya na 9 kolejnych lat, w trakcie których Paul spędzał czas z Lindą, u której w 1995 roku zdiagnozowano raka piersi, a później musiał dojść do siebie po jej odejściu w 1998. W kolejną trasę ruszył dopiero w nowym tysiącleciu.
Wielki sukces trasy musiał przełożyć się jednak na wydanie płyty koncertowej. Nagrania na nią złożone zostały zarejstrowane między 22 marca a 15 czerwca, czyli w trakcie objazdu Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych i Kanady. Sama koncertówka okazała się umiarkowanym sukcesem, uzyskując złoto w Hiszpanii i pojawiając się na listach przebojów, choć nie były to jakieś wysokie pozycje. Można by uznać to za sukces, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę osiągnięcia Paula, to trzeba by uznać ten album za porażkę.
A teraz tytuł i okładka. Jak nie trudno się domyślić, całość jest oczywistym żartem i nawiązaniem do teorii spiskowej "Paul is dead", według której McCartney miał 9 listopada 1966 roku zginąć w wypadku samochodowym i zostać zastąpionym sobowtórem. Dowodów na to dopatrywano się m.in. w piosenkach Beatlesów, na zdjęciach, okładkach ich płyt, a także w tak absurdalnych rzeczach jak to, ze w tym czasie Paul akurat zapuścił wąsy (w rzeczywistości było to spowodowane wypadkiem motocyklowym, jaki wówczas zdarzył się McCartneyowi, a zarost miał ukryć ranę na górnej wardze). Najwięcej dowodów na potwierdzenie tej teorii dopatrywano się jednak na ikonicznej fotografii będącej okładką płyty Abbey Road:
1) całość przypomina kondukt pogrzebowy (John, ubrany na biało, to kaznodzieja, Ringo - żałobnicy, Paul - denat, George, ubrany w dżinsy miał być natomiast grabarzem)
2) John, George i Ringo wysuwają do przodu lewą nogę, a Paul - prawą
3) w prawej dłoni Paul trzyma papierosa, a McCartney był leworęczny, więc sugerować to może sobowtóra
4) z tyłu na samochodzie można zobaczyć rejestrację o treści LMW281F, co można odczytać jako 28 IF, co znaczy, że gdyby McCartney żył, miałby wówczas 28 lat
5) John, George i Ringo mają buty, a Paul, jako jedyny, idzie boso
Już sam tytuł, Paul Is Live sugeruje zaprzeczenie tej teorii, a teraz kolejne odniesienia:
1) Paul jest sam, w towarzystwie psa (który z kolei jest bardzo podobny do jego suczki z lat 60., Marthy, której poświęcił piękny utwór Martha My Dear na "Białym Albumie")
2) Paul stoi na pasach tylko lewą nogą, prawą zaś trzyma wysoko w powietrzu
3) Paul trzyma smycz w lewej dłoni
4) na rejestracji samochodu widnieje napis 51IS, co oznacza że McCartney żyje i ma 51 lat
5) Paul wreszcie ubrał buty
Ot, taka ciekawostka dla zainteresowanych. Dla innych miała to być po prostu ładna, estetyczna okładka nawiązująca do słynnego zdjęcia, a dla bardziej zorientowanych w temacie - żart i zabawa mitem na własny temat.

Zaczynamy świetnym, rockowym klasykiem Beatlesów, czyli przebojem Drive My Car, który pochodzi z płyty Rubber Soul. Paul był wówczas w bardzo dobrej formie wokalnej, co rzuca się od razu w uszy. Niepotrzebnie jednak całość nieco zwolniono, przez co nie ma w sobie tak wielkiej dawki dynamizmu, co oryginał. Poza tym odegrano to jednak po bożemu, brzmi to bardzo dobrze i fajnie rozpoczyna koncert.
Let Me Roll It to jeden z moich ulubionych utworów Paula, więc pokładałem w tym wykonaniu wielkie nadzieje. McCartney na szczęście piosenki nie położył i wykonał ją porywająco i z potężną dawką energii.  Wokal ex-Beatlesa pozwalał tu jeszcze na wykonywanie (na poziomie) tego znakomitego utworu, więc warto się cieszyć tymi wykonaniami, w których Let Me Roll It wciąż jeszcze porywa.
Looking For Changes równie mało do mnie przemawiało na Off the Ground, więc nie oczekiwałem też, że i tu mnie porwie. I nie porwało, aczkolwiek wciąż uważam, że to bardzo przyjemny, rockowy kawałek. Również koncertowa wersja wypada bardzo poprawnie i sympatycznie.
Równie zachowawczo, poprawnie i sympatycznie wykonano tu Peace In the Neighbourhood. Ten kawałek od początku był dla mnie tylko wypełniaczem na Off the Ground, więc i nie ma co oczekiwać rewelacji w wersji koncertowej.
Żwawiej, dynamiczniej i, co za tym idzie, lepiej robi się w beatlesowskim All My Loving. Piosenka wykonana jest tu z pazurem i, choć i tutaj mamy rasowe odgrywanie, to słucha się tego naprawdę z przyjemnością i satysfakcją.
Fajnie tez wybrzmiewa miniaturka na gitarze akustycznej, Robbie's Bit (Thanks Chet). Nie bardzo wiem, po co ją tu umieszczono, ale no nie uwiera mnie jakoś bardzo. Ot, jest sobie, ale gdyby nie podpis, nawet bym jej nie zauważył i uznałbym za początek kolejnego numeru.
A kolejnym numerem jest bardzo dobry Good Rockin' Tonight. Piosenka ta zawsze trzyma klasę i wypada bardzo dynamicznie, mimo tak oszczędnego, akustycznego instrumentarium, w jakim została tu zaprezentowana.
I ponownie Beatlesi, tym razem w We Can Work It Out. Paul wielokrotnie już to wykonywał i zawsze brzmi to w jego wykonaniu wspaniale. I tutaj nie ma odstępstwa od tej reguły i słucha się tego utworu znakomicie.
Powrót do Off the Ground. Tym razem jednak udany, a to za sprawą przebojowego Hope of Deliverance. Nie ma zbyt wiele różnic w stosunku do studyjnego pierwowzoru, więc słuchanie go dostarczać może takich samych emocji. Jako, że ja piosenkę bardzo lubię w każdej wersji, to i tutaj byłem zadowolony.
Muszę natomiast przyznać, że wolę Michelle w wersji z tej płyty, niż Rubber Soul, a to głównie przez wokalne ozdobniki Paula w końcówkach zwrotek. Całość ma, znany nam dobrze, francuski wydźwięk i wszystko generalnie jest tu odegrane na wysokim poziomie. Nie ma co oczekiwać nie wiadomo czego poza poprawnym wykonaniem. Jeśli tylko na to się liczy - Paul dokładnie to nam dostarczy.
I znów Off the Ground. McCartney przedstawia publiczności jeden z moich ulubionych numerów ze wspomnianej płyty, czyli Biker Like An Icon. Dynamiczne gitary akustyczne, fajna zmiana tempa w refrenach i piękna linia melodyczna. Niby nic niezwykłego, a można się świetnie bawić przy odsłuchu.
Album Revolver na koncertach z The New World Tour był reprezentowany tylko przez jeden utwór. A był nim Here, There And Everyone. Piękne dźwięki akordeonu, wspaniałe, delikatne wokale Paula. Ta piosenka to jedna z najbardziej melodyjnych i najwspanialszych ballad w historii muzyki i McCartney wykonuje to tak znakomicie, jak można by tego od niego oczekiwać.
Rozmarzyć się można także przy My Love z albumu Red Rose Speedway. Paul śpiewa tu jak natchniony (to bez wątpienia jego najlepszy wokalny performance na tym albumie), gitarowa solówka wybija z butów, a całość pięknie płynie i świetnie brzmi.
Puls podbija natomiast rozbuchane i potężnie brzmiące za sprawą dęciaków Magical Mystery Tour. Paul przejmuje tu także wokale Johna Lennona, jednak piosenka nie zyskuje jakoś na tym specjalnie. Ot, kolejne wykonanie.
I znów Off the Ground. Ale nie ma co narzekać, bo C'mon People to bez wątpienia jeden z jaśniejszych punktów wspomnianego krążka. Tak rozbudowany kawałek aż prosił się o rozbudowanie, lub pokombinowanie przy nim nieco. Paul jednak postanowił olać te możliwości i odegrał to nuta w nutę, jak na krążku. Szkoda.
I teraz Lady Madonna. Ależ szybko McCartney gra tu główny riff fortepianowy. Aż dziw, że klawiatura mu się nie pali pod palcami. I dziwne, że jest w stanie jeszcze tak świetnie przy tym wszystkim śpiewać, bo robi to naprawdę znakomicie, wkłada w to całe serce, a piosenka porywa swoją rockandrollową i szczerą energią.
Paul nie odpuszcza i już po chwili atakuje nas mocnym, gitarowym, rockowym Paperback Writer. Mocno, szybko i rockowo, tak jak można by po tym klasyku oczekiwać.
Utwór-legenda. Wystarczy podać tylko tytuł, a każdy dokładnie wie, jakich emocji podczas słuchania, i jakiego wykonania się spodziewać. Penny Lane. Świetne wokale, znakomity aranż i wszystko tu po prostu jest bezbłędne. Bo i co w tej piosence może wypaść źle?
Po prostu nie może porywać świetne, wybuchowe i bombastyczne Live And Let Die. Ten motyw do filmu o Jamesie Bondzie stworzony jest wręcz do wykonywania na koncertach, gdzie towarzyszy mu jeszcze bogata, pirotechniczna oprawa składająca się z wybuchających słupów ognia i strzelających fajerwerków pod koniec piosenki. Sam wolę też wykonania na żywo, gdyż motyw przewodni, według mnie, lepiej tak brzmi niż w wersji studyjnej, która, choć na pewno czystsza i bardziej wyrazista, brzmi nieco jakby była wyprana z energii. Temu wykonaniu pewnie można by coś zarzucić, ale na pewno nie to, że nie ma energii.
Na pewno fajnym akcentem na koncercie w Kansas City było to, że Paul zaśpiewał tam ponadczasowy rockowy standard Kansas City, który śpiewał także z Beatlesami (studyjną wersję znaleźć można na Beatles For Sale). Przez te wszystkie lata głos McCartneya na tyle się jeszcze trzyma, że jest w stanie to wykonywać i dobrze, że udało mu się też tu, bo z pewnością na finiszu często przydają się takie mocne akcenty, by wybudzić słuchacza z możliwego letargu. Tutaj na pewno ten numer tak działa.
40-sekundowy kolaż dźwiękowy o tytule Welcome To Soundcheck ma nas chyba tylko poinformować, że oto skończyła się właściwa część koncertu, a teraz dostajemy do wysłuchania taki miły bonusik.
Hotel In Benidorm to całkiem fajny, akustyczny numer.
Fajnie usłyszeć I Wanna Be Your Man w wersji Paula. Beatlesi podarowali ten numer, wówczas nieznanemu jeszcze szeroko, zespołowi The Rolling Stones, dla których ta piosenka na pewno okazała się szczęśliwa, bo stała się ich pierwszym przebojem. Sami Beatlesi umieścili go jednak także na swojej płycie, a konkretnie na With The Beatles, gdzie wykonywał to Ringo Starr. Z tych trzech wersji, wykonanie Paula na próbie dźwięku jest jednak najsłabsze. Za mało energii, za mało przekonania, za mało pasji, za dużo autopilota. Rozumiem, że nie od tego jest próba dźwiękowa, by odgrywać natchnione wykonania, ale wobec tego, taka wersja nie powinna znaleźć się na płycie.
Całość kończy 7-minutowe A Fine Day. Powiem tylko tyle: za długo i niepotrzebnie.


Paul złych koncertówek nie wydaje i Paul Is Live nie jest od tej zasady odstępstwem. Każdy album koncertowy McCartneya jest bardzo ciepły, sympatyczny, przyjemny do posłuchania i cudownie staromodny. Ex-Beatles na swoich koncertach większych niespodzianek raczej publiczności nie funduje i zawsze prezentuje zestaw wielkich, ponadczasowych przebojów, okraszony kilkoma nowymi numerami. Inna sprawa, że chyba żaden artysta w historii muzyki rozrywkowej nie ma aż tylu wielu hitów, więc Paul ma z czego wybierać. Z samych przebojów Beatlesów można by spokojnie ułożyć trzygodzinny koncert, a przecież tu jeszcze swoją solową karierę trzeba uwzględnić. McCartney znajduje tu bardzo fajny balans, choć nie ma co liczyć na jakieś większe emocje związane z odsłuchem tej płyty. Wszystko odegrane jest tu "po bożemu", bez większych zmian czy rewelacji. Przyjemna koncertówka. Paul nie zaskoczył. Na poziomie, lecz nic poza tym.

Ocena: 6/10


Paul is Live: 72:55

1. Drive My Car - 2:34
2. Let Me Roll It - 4:10
3. Looking for Changes - 2:43
4. Peace in the Neighbourhood - 4:50
5. All My Loving - 2:16
6. Robbie's Bit (Thanks Chet) - 2:00
7. Good Rockin' Tonight - 2:48
8. We Can Work It Out - 2:42
9. Hope of Deliverance - 3:29
10. Michelle - 2:56
11. Biker Like an Icon - 3:40
12. Here, There and Everywhere - 2:29
13. My Love - 4:06
14. Magical Mystery Tour - 3:15
15. C'Mon People - 5:38
16. Lady Madonna - 2:33
17. Paperback Writer - 2:39
18. Penny Lane - 2:58
19. Live and Let Die - 3:51
20. Kansas City - 3:54
21. Welcome to Soundcheck - 0:41
22. Hotel in Bienidorm - 2:00
23. I Wanna Be Your Man - 2:36
24. A Fine Day - 6:18

środa, 4 marca 2020

"Off the Ground" - Paul McCartney [Recenzja]


Każdy artysta, którego płyta odniesie sukces, musi stanąć przed bardzo trudnym zadaniem: utrzymać poprzeczkę. Jak wiemy z historii, Paul McCartney nie zawsze dobrze sobie z tym radził. Flowers In the Dirt zdecydowanie sukcesem było, więc nic dziwnego, że ex-Beatles z wydawaniem następcy się nie spieszył i korzystał z popularności płyty. Off the Ground, czyli następca Flowers In the Dirt, wydany został w roku 1993 i był pierwszym albumem McCartneya w nowej dekadzie.
Po zakończeniu The Paul McCartney World Tour (udokumentowanej koncertówką Tripping the Live Fantastic), ex-Beatles nie zwlekał zbyt długo z kolejnymi koncertami i na 1993 rok zapowiedział kolejną trasę. McCartney chciał jednak przy okazji ruszyć z nowymi piosenkami, więc zdecydował że na następnym albumie zagra jego zespół koncertowy, a całość rejestrowana będzie "na setkę" (czyli muzycy przećwiczą utwór, a potem nagrają go w jednym podejściu, bez dubli i osobnego rejestrowania poszczególnych partii). Kilka utworów pochodzi jeszcze z sesji do Flowers In the Dirt, jednak reszta to już piosenki napisane specjalnie na tę płytę.
Sam album okazał się kolejnym wielkim sukcesem Paula, a singiel Hope of Deliverance stał się pierwszym ogólnoświatowym przebojem od czasu Say Say Say. Jeśli chodzi o sprzedaż, to album zebrał 7 złotych płyt, 1 srebrną i 2 platynowe.
Stopy zwisające z górnej krawędzi okładki to stopy Paula, Lindy i członków zespołu koncertowego. Na fali sukcesu komercyjnego płyty, wydany został także dwupłytowy album Off the Ground: The Complete Works zawierający oryginalną płytę, a także drugi dysk z piosenkami ze stron B singli, a także Things We Said Today i Midnight Special, które Paul wykonał na koncercie akustycznym, a które nie trafiły na płytę Unplugged (The Official Bootleg). Oczywiście każda płyta Paula, która odniosła sukces musi być też przypieczętowana koncertówką, więc niedługo później ukazał się też album Paul Is Live, będący kompilacją wykonań z kilku koncertów z trasy The New World Tour, którą McCartney promował Off the Ground.

Rozpoczynamy utworem tytułowym. Off the Ground nie pełnił jedynie roli otwieracza, ale też - jako trzeci - miał promować płytę. Nie poradził sobie za bardzo, jako singiel i nie ma za bardzo czemu się dziwić. To po prostu dość mało wyróżniający się utwór, typowy dla solowego Paula. Mamy bardzo ładną melodię, fajne, beatlesowskie chórki i to właściwie na tyle. I, rzeczywiście, w momencie gdy wchodzą chórki, robi się w piosence najciekawiej. Poza tym jednak, utwór jest dość słaby i niewyróżniający się. Aczkolwiek jego rola zapewne sprowadzać się miała do wprowadzeniu bardziej sennej, rozmarzonej i kojącej atmosfery, dającej nam ogólne pojęcie o klimacie longplaya. To z pewnością się udało, bo piosenka ma swój niewątpliwy urok. Kompozycyjnie jednak jest miernie.

There must have been a lot of magic
When the world was born
Let me be the one you wish for
One you call for, when you're all alone

I need loving, you need loving too
Wouldn't take a lot to get off the ground

Dalej jednak jest już nieco lepiej, bowiem Looking For Changes to typowy dla McCartneya udany rocker. Niezbyt wyróżniający się na tle innych piosenek tego typu w dyskografii Paula, jednak jak najbardziej angażujący i przyjemny w odsłuchu. Szczególną uwagę zwraca tu tekst, w którym McCartney otwarcie protestuje przeciwko okrutnemu traktowaniu zwierząt. I piosenka powstała zapewne głównie w celu przemówienia do powszechnej świadomości za pomocą chwytliwych fraz. Nie ma co się łudzić, że Paul starał się stworzyć jakiś szczególnie znaczący i ambitny utwór. Ot, prosty numer, acz nie prostacki. To się ceni, choć nie ma co przeceniać.

I saw a cat with a machine in his brain
The man who fed him said
He didn't feel any pain
I'd like to see that man take out that machine
And stick it in his own brain
You know what I mean

Hope of Deliverance. Mega-przebój. Myślę, że nie ma co specjalnie rozwodzić się nad tym utworem, bo to kawałek powszechnie znany. Dodam, że bardzo przeze mnie lubiany. To z pewnością jeden z pierwszych utworów Paula, który poznałem. Piosenka doceniona została już po premierze, trafiając na szczyty list przebojów na całym świecie stając się kolejnym wielkim hitem McCartneya. No, nie bez powodu tak się dzieje. Coś musi być w tej piosence. Ciężko stwierdzić, czy to prosty, acz chwytliwy refren, wpadające w ucho zaśpiewy, piękna melodia, wyważony aranż, czy po prostu rozmarzona atmosfera unosząca się nad całością. Myślę, że wszystkiego po trochę.

When it will be right, I don't know
What it will be like, I don't know
We live in hope of deliverance
From the darkness that surrounds us

Jeszcze ciekawiej wypada Mistress And Maid z refrenami utrzymanymi w tempie niespiesznego walca. Piosenka jest kompletnie niezapamiętywalna po pierwszym przesłuchaniu, aczkolwiek uważam że warto się nad nią zatrzymać i w nią wsłuchać, bo to naprawdę ciekawy numer. Niespieszne zwrotki, psychodeliczne odgłosy, bardzo dobre wokale i ogólne dobre współbrzmienie instrumentacji z Paulem. Kawałek pochodzi jeszcze z sesji nagraniowych do Flowers In the Dirt. Szczerze mówiąc, sądzę że na tamten album lepiej by pasował, ale cieszy fakt umieszczenia go i tutaj. Dobrze, że takie piosenki nie przepadają w czeluściach przepastnych szuflad, a są sukcesywnie wydawane.

The wine is warm
But the dinner is cold
The look in his eye tells her it won't be long
'Till the girls on the page come to life
And they'll get the flowers that he used to bring
With every endearing remark
And all of the passionate promises
He'll never fulfill in the dark


Bardzo średnio wypada natomiast banalne i miałkie I Owe It All To You. Przyjemnie sączy się z głośników, ale nie zasługuje na większą uwagę. Ot, "plumkająca" w tle balladka, jakich wiele.

Late last night, we were tight
Into some exotic scene
Everywhere, images
Appearing on a giant screen
I stood inside a glass cathedral
I looked into the golden canyon
Lay by the lakes of holy water
Glistening like a diamond in the light


Za niedocenioną perełkę krążka uważam natomiast ostatni singiel promujący album, czyli Biker Like An Icon. Niby wszystko tu jest typowe aż do bólu. Szybki wstęp na akustyku, zwrotki ze "zwyczajną melodią", później całkiem ciekawe rozwiązania aranżacyjne w kolejnych częściach piosenki i tak dalej. Uwielbiam jednak refreny, zaśpiew tytułowej frazy, ostrą solówkę gitarową i w ogóle całokształt kompozycji. Niby zwykła rzecz, a słucha się znakomicie.

She loved her biker like an icon
Gazing at his picture everyday
She loved her biker like an icon
Slowly watching precious water drip away


W ogóle nie przemawia do mnie natomiast Peace In the Neighbourhood. Niby wszystko tu gra, a piosenka ma wszystko, za co kocham Paula. Fajne partie instrumentalne, piękną linię wokalną, znakomity głos McCartneya i tym podobne. A jednak całość wydaje mi się zbyt zachowawcza i robiona na autopilocie, w związku z czym po prostu nie potrafi zwrócić na siebie skutecznie mojej uwagi.

I was there, I really was
At the centre of a love vibration
People sharing with their friends
Helping each other out
Peace in the neighbourhood
Helping each other out


Podobny problem mam z Golden Earth Girl. Niby wszystko gra, a jednak całość nie przekonuje.

Golden earth girl, female animal
Sings to the end, resting at sunset
In a mossy nest
Sensing moonlight in the air


I kolejny numer w rytmie walca. The Lovers That Never Were wypada jednak zdecydowanie mniej przekonująco i porywająco niż Mistress And Maid. Piosenka nuży, zamiast kołysać.

I have always needed somebody girl
But I close the doors to keep out the world
But for you, I would be here all alone
Locked in a photograph
All of the clocks have run down
Lover beware
We'll be the lovers that never were


Kolejny rocker. Kolejne gitary. Kolejna próba postawienia słuchacza na nogi. Kolejna porażka. W skrócie: Get Out of My Way.

Get out of my way
Get out of my life
I don't need anybody to tell me
How to be right
Don't try to stop me
I've got the answer
I won't need anybody except my woman tonight


Winedark Open Sea. Bezbarwna balladka.

Loosen up, my heart
Let me have some time to be
With a love, my love
Sailing on a winedark open sea
Sailing on a winedark open sea


Duch Paula odzywa się ponownie dopiero w C'mon People. Ten numer to faktycznie podniosły kawałek pełen uniesienia, pasji i energii. Nie ma co się zachwycać, ale jak na tę płytę to i tak wcale nie najgorzej.

C' mon people let the fun begin
We've got a future and it's rushin in
Call all the minstrels from the ancient shrine
Pass down the message that it's right this time




Off the Ground to niestety przeciętniak. Płyta ani zła, ani dobra, a na pewno nużąca. Jak to u Paula bywa, są tu momenty, o które można uchem się zaczepić, jednak w całości płyta męczy i dostarcza tych piosenek za mało, by starczyło na pozytywne wrażenia po wysłuchaniu. Płyta trwa 50 minut. To spora dawka muzyki. Tutaj jednak ona jednak tak jednowymiarowa i monotonna, że niemiłosiernie nudzi. Przebłysków jest zaledwie parę, a cała reszta jest boleśnie nijaka i do zapomnienia już chwilę po wysłuchaniu. Jest to album robiony totalnie na autopilocie. Paul wykorzystuje tu sprawdzone wcześniej patenty i nimi próbuje ponownie podbić nasze serca. W tych wersjach jednak są kompletnie nieprzekonujące i wtórne. Zdarza mu się powtórzyć pewne zabiegi udanie, jednak wychodzi mu to raczej rzadko. Naprawdę szkoda, że tak dobre kompozycje jak Hope of Deliverance, Mistress And Maid, Biker Like An Icon i C'mon People są otoczone przez tak mierne wypełniacze. Zdecydowanie jedno z mniej udanych "dzieł" Paula.

Ocena: 3/10


Off the Ground - 50:25

1. Off the Ground - 3:40
2. Looking for Changes - 2:47
3. Hope of Deliverance - 3:22
4. Mistress and Maid - 3:00
5. I Owe It All to You - 4:51
6. Biker Like An Icon - 3:26
7. Peace in the Neighbourhood - 5:06
8. Golden Earth Girl - 3:45
9. The Lovers That Never Were - 3:43
10. Get Out of My Way - 3:32
11. Winedark Open Sea - 5:27
12. C'Mon People - 7:42

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...