Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1978. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1978. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2020

"Never Say Die!" - Black Sabbath [Recenzja]


Po trasie promującej album Technical Ecstasy z zespołu odszedł Ozzy Osbourne, nie zgadzając się na zmiany, które do muzyki Black Sabbath forsował Tony Iommi. Lider nie przejął się nazbyt odejściem Ozzy'ego i zaczął szukać nowego wokalisty. Wybór padł na Dave'a Walkera i to właśnie pod niego zaczęto tworzyć nowe kompozycje. Sabbaci w nowym składzie zdążyli nawet zaprezentować się w programie Look Hear z wczesną wersją utworu Junior's Eyes.
Po jakimś czasie Osbourne uznał jednak, że może da sobie jeszcze jedną szansę na przywyknięcie do nowej sytuacji. Wrócił więc do zespołu, a Walker został zwolniony. Grupa miała już gotowe parę piosenek, jednak Ozzy powiedział, że nie zamierza śpiewać żadnej piosenki, którą napisano nie dla niego. Zespół więc dokonał kilku zmian w tych utworach, na których im zależało, by mimo wszystko znalazły się na płycie, po czym wzięli się za pisanie nowego materiału. Czasu zostało niewiele, więc panowie nowe piosenki tworzyli w dzień, a nagrywanie odbywało się wieczorem i w nocy.
W 1978 Black Sabbath ruszyli w trasę z zespołem Van Halen w roli supportu. Jak mówi Ozzy, czuł jednak że to nie oni są głównymi gwiazdami, a publiczność czeka bardziej na support niż na gwiazdę wieczoru. 
Po zagraniu trasy, Ozzy został ostatecznie wyrzucony z zespołu. Odpowiedzialnością za przekazanie mu tej wiadomości, obarczony został Bill Ward. Osbourne załamał się i wpadł w półroczny ciąg alkoholowo-narkotykowy. Gdy jednak z pomocą Sharon udało mu się z niego wydostać, rozpoczął karierę solową, a popularnością przebił zespół, z którego został wywalony. Tymczasem Black Sabbath ponownie musieli szukać nowego wokalisty. Tym razem wybór padł na niskiego, despotycznego i obdarzonego wielkim głosem niegdysiejszego wokalistę zespołu Rainbow...

Rozpoczynamy utworem tytułowym. I, trzeba to przyznać, Never Say Die to naprawdę mocne i solidne hardrockowe uderzenie. Od samego początku riff wpada w ucho, a wokale Ozzy'ego wypadają więcej niż rewelacyjnie. Mimo, że Black Sabbath po powrocie Osbourne'a do składu nie wykonywała już tego utworu, to wszedł on poniekąd w poczet klasyków zespołu. Mocna, dynamiczna sekcja rytmiczna (zwłaszcza genialne bębnienie Warda), nieustępująca gitara i śpiewający z pasją Ozzy; to brzmi jak przepis na wielki hit. Rzeczywiście, Never Say Die, jako drugi singiel Black Sabbath (obok Paranoid) zagwarantował zespołowi wejście do zestawień, a także to właśnie z nim Sabbaci wystąpili w niezmiernie wówczas popularnym programie Top of the Pops. Uwielbiam ten kawałek i uważam, że naprawdę świetnie rozpoczyna longplay, dając genialny rozpęd.
People going nowhere, taken for a ride
Looking for the answers that they know inside
Searching for a reason, looking for a rhyme
Snow white parasite, partners in crime

Don't they ever have to worry?
Don't you ever wonder why?
It's a part of me that tells you
Oh, don't you ever, don't ever say die
Never, never, never say die

Zespołowi wcześniej już zdarzyło się eksperymentować z syntezatorami (jak np. w Who Are You?) i Johhny Blade zdaje się kontynuować tę tradycję. Chociaż tutaj pojawiają się one tylko w tajemniczym i mrocznym wstępie, a potem wysuwają się na pierwszy plan raczej okazjonalnie.. Potem kompozycja jest jak najbardziej w porządku. Zwrotki nigdy szczególnie mnie nie zachwycają, jednak naprawdę znakomicie wypadają bardzo melodyjne refreny. Rewelacyjnie wypada też zmiana nastroju w połowie utworu, gdzie robi się zdecydowanie masywniej i ciężej. Według Butlera, tekst piosenki opowiada o bracie Billa, który w młodości zwykł zadawać się z gangami słynącymi z brutalności. Reasumując: uważam, że piosenka jest trochę przydługa, ale dużo się za to dzieje i słucha się tego naprawdę znakomicie.

Life has no meaning and Death's his only friend
Will fate surprise him, where will he meet his end?
He feels so bitter, yeah, he's so full of hate
To die in the gutter, I guess that Johnny's fate

Rivals all across the land
He kills them with his knife in hand

Junior's Eyes to pierwszy utwór napisany przez Black Sabbath z myślą o nowym wokaliście. Dave Walker zdążył nawet zaśpiewać jej wczesną wersję w telewizji wraz z zespołem. Po swoim powrocie do studia, Ozzy Osbourne dokonał porządnej selekcji materiału, odrzucając zdecydowaną większość piosenek, które nie były napisane na niego. Zdecydował się zostawić sobie jednak Junior's Eyes, jednak zmieniają tekst, by mógł opowiadać o dziecku, które straciło ojca. Trudno nie rozpatrywać tego w kontekście autobiograficznym, gdyż ojciec Osbourne'a zmarł w 1977 roku, czyli parę miesięcy przed nagrywaniem longplaya. Zaczyna się dość tajemniczo, lekko jazzująco, z bardzo emocjonalnymi wokalami Ozzy'ego. W refrenach mamy zaś typowe dla zespołu dociążenie. Potem mamy jednak powtórzenie tych samych patentów, co nie znaczy że jest nudno. Wszystko zagrane jest z pasją, a solo Iommiego zasługuje na uwagę. Rewelacyjny utwór; jeden z moich ulubionych na płycie.

Junior's eyes, they couldn't disguise the pain
His father was leaving and Junior's grieving again
Innocent eyes watched the man who gave everything
Junior's sorrow, he knew what tomorrow would bring

They're coming home again tomorrow
I'm sorry it won't be for long
With all the pain I've watched you live within
I'll try my hardest not to cry
When it is time to say goodbye

Hard Road rozpoczynamy bardzo dobrym, motorycznym riffem. Potem jednak jest  już trochę nudnawno. To bardzo prosty, mało angażujący i szybko wypadający w ucho wypełniacz. Utwór opowiada o trudnej sytuacji, w której znajdował się zespół w trakcie nagrywania płyty. Sytuacja była nienajlepsza, więc i utwór jest dość kiepski.

Old men crying, young men dying
World still turns as Father Time looks on
On and on
Children playing, dreamers praying
Laughter turns to tear as love has gone
Has it gone?

Nieco więcej życia ma w sobie bez wątpienia Shock Wave. Mamy tu konkretne riffowanie, rewelacyjne wokale Ozzy'ego i... to właściwie wszystko. Bo tak naprawdę brakuje tu momentów, o które można by się uchem zaczepić i które zostałyby z nami na dłużej. Podczas słuchania utwór jednak jak najbardziej wciąga i słuchając go można jak najbardziej dać się porwać. Aczkolwiek, warto pamiętać, że to raczej przyjemność 5-minutowa (bo tyle właśnie trwa kompozycja)

Ghostly shadows from the other world
Evil forces in your mind
Trapped between the worlds of life and death
Frozen in the realms of time
Look behind you

Tyle samo trwa również Air Dance, jednak to już utwór zupełnie innego kalibru. Mimo całej sympatii, którą darzę Shock Wave, to jednak bardzo prosty hard rock, w którym niewiele ciekawego się dzieje. Tutaj jednak mamy kompozycję o charakterze niemal progresywnym. Zaczynamy rewelacyjną harmonią gitarową Iommiego. Po chwili przechodzimy jednak do podkładu tworzonego przez gitarę akustyczną i fortepian. Do tego dochodzą jeszcze delikatne i liryczne wokale Osbourne'a. W refrenie przerywają je jednak pobrzdękiwania Tony'ego na gitarze elektrycznej. W środku mamy jednak ciekawe, psychodeliczne zawieszenie, które przywodzić może na myśl utwór Planet Caravan z albumu Paranoid. Nagle ponownie przerywamy ostrym wejściem gitary elektrycznej i przechodzimy do niemal jazzowego motywu. To bez wątpienia jeden z ciekawszych utworów w repertuarze Black Sabbath.

And as the seasons turn the days to years
She holds her pictures, hears the silent cheers
The days grow lonely for the dancing queen
And now, she dances only in her dreams

In days of romance
She was the queen of dance
She'd dance the night away

Poziom znacząco spada jednak przy Over to You. To nijaki kawałek w średnim tempie, w którym muzycy starają się przykryć niedostatki kompozycyjne nieco bardziej rozbudowaną warstwą instrumentalną. Oprócz fajnie brzmiących refrenów nie ma tu nad czym nawet się pochylić. Niepotrzebny wypełniacz.

Tears full of sadness
Sealed in my cell
Whispering secrets
What do they tell
Mad politicians
Can't tell it true
I handed my children
Over to you

Pewnego dnia, gdy Ozzy wszedł do studia, zobaczył nagle zespół jazzowy, który gra motyw przewodni Breakout. Pomyślał wtedy (tu cytat): "Do chuja z tym, wychodzę". Dodaje także: "Krótko mówiąc, Breakout, jak dla mnie, był już lekkim przegięciem". Ozzy odmówił zaśpiewania tego utworu, dlatego pojawia się tu w wersji instrumentalnej. Rzeczywiście, nie bardzo rozumiem sensu umieszczania utworu instrumentalnego z dęciakami w roli głównej na album Black Sabbath. 
Nie najlepiej wypada też wieńczący całość Swinging the Chain. To kolejna kompozycja, której zaśpiewania odmówił Osbourne, w efekcie czego jako wokalista występuje tu Ward. Jego głos nie jest jednak dobry do takich kompozycji. O ile Bill odnajdywał się jeszcze w It's Alright, tak tutaj brzmi po prostu okropnie. Ale, mówiąc szczerze, dopasował się tym samym do poziomu tej piosenki, która jest naprawdę słaba, nie do zapamiętania i bez jakiegokolwiek motywu przewodniego. 

Yes, we're sad and sorry
Really sorry that it happened that way
Yes, we're sad and sorry
We cannot go on in those days


Never Say Die! to zdecydowanie najsłabszy album klasycznego składu Black Sabbath. Początek mógł tego jeszcze nie zapowiadać, bo pierwsze 3 utwory to prawdziwy miód na uszy. Potem jednak robi się nieco wtórnie, przewidywalnie i sztampowo, a ciekawiej wypadają tylko Air Dance i, ewentualnie, Shock Wave. Czuć, jakby z zespołu trochę zeszło powietrze, a sama płyta brzmi bardzo wymuszenie. Gdzieś znikł ten mrok i niepowtarzalny klimat, który unosił się nad albumami Black Sabbath, a zamiast niego mamy dość proste, motoryczne i tworzone chyba na autopilocie, piosenki. W wokalach Ozzy'ego nie czuć już tej pasji i niespożytkowanej energii (poza paroma momentami), riffy są wyprane z pomysłów, i właściwie tylko Geezer i Bill prezentują wciąż wysoki poziom, trzymając to wszystko w jako takich ryzach. Oczywiście, to nie jest tak, że Never Say Die! to koszmarny longplay, który najlepiej omijać z daleka. Absolutnie. To wciąż kawał całkiem niezłej i przyzwoitej muzyki, która potrafi dać kopa, jednak jak na taki zespół, jak Black Sabbath, ten album to po prostu zwykłe popłuczyny.

Ocena: 5/10


Never Say Die!: 45:41

1. Never Say Die - 3:50
2. Johnny Blade - 6:28
3. Junior's Eyes - 6:42
4. A Hard Road - 6:04
5. Shock Wave - 5:15
6. Air Dance - 5:17
7. Over to You - 5:22
8. Breakout - 2:35
9. Swinging the Chain - 4:06

niedziela, 24 listopada 2019

"Bad Boy" - Ringo Starr [Recenzja]


Ringo nie wiodło się najlepiej. Po komercyjnej porażce albumu Ringo the 4th, Starr uznał że pójście w disco to jednak nie najlepszy dla niego kierunek. Razem z Vinii Poncia postanowili więc kolejny materiał zrealizować w nieco mniej campowym stylu. Po raz drugi obyło się bez znanych gości wśród autorów i muzyków, po raz kolejny Ringo uznał że lepiej jest coverować niż pisać i po raz kolejny odniósł klęskę. Płyta została zmieszana z błotem, nie odniosła sukcesu i nie była nawet notowana na żadnych listach sprzedaży.
Cały album został nagrany w ciągu dziesięciu dni w listopadzie 1977 roku, z wyjątkiem kilku orkiestracji nagranych 8 marca 1978. Płytę wydano 21 kwietnia 1978 roku.

Who Needs a Heart to całkiem zgrabny otwieracz autorstwa duetu Starr/Poncia. Piosenka jest typowym, wpadającym w ucho średniakiem, tak charakterystycznym dla tej dwójki. Z tą różnicą, że refren jest tutaj zupełnie bez wyrazu i przemija, kiedy nawet nie zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z zakończeniem zwrotki. Kompletnie bezbarwny numer, co dziwne, bo openery akurat Ringo zawsze wychodziły.

Why does it hurt when you know who's to blame?
Why were the words softly spoken?
Why waste the time when we've been there before?
The ties that bind are almost broken

Tytułowy Bad Boy to utwór, który swoje 5 minut miał w 1957 roku. Ringo odtwarza go dość wiernie, ale brzmi to naprawdę fajnie. Może nie ma tu osiągania wyżyn interpretacyjnych, ale słucha się tego z niemałą przyjemnością i można się szczerze przy tym uśmiechnąć. Jest lepiej.
Pierwszym singlem promującym płytę został Lipstick Traces (On a Cigarette). Jest to kolejny cover, tym razem z roku 1962. Jeśli album - określany mianem "autorskiego" - reklamuje cover, to znak że coś tu jest nie tak. Szczególnie jeśli jest on wykonany tak płasko, bez zapału, bez energii i bez pomysłu. Lipstick Traces to wyjątkowo słaby numer. Starr miał szansę tu zabłysnąć, jednak tego nie wykorzystał. 
Heart On My Sleeve to kontynuacja całkiem bezbarwnego wykonawstwa. Piosenka miała być w zamierzeniu czarująca i relaksująca, jednak jest irytująca. Nie wiem jak Ringo to robi, że nawet tak dobrą melodię potrafi zepsuć. Piękna aranżacja, piękny utwór, tylko Starr coś trochę niedomaga. Niedomagała chyba też wytwórnia, skoro wyznaczyła ten numer, jako drugi singiel promujący płytę. No i jak tu się dziwić, że krążek się nie sprzedawał?
Where Did Our Love Go? wypada przynajmniej przyjemnie. Utwór ten w latach 60. wylansował zespół The Supremes ze słynnej wytwórni Motown. W wykonaniu Ringo czuć nawet odrobinę unoszący się duch tamtego klimatu. Całość została okraszona znakomitą orkiestracją, która jest największą siłą tego numeru. Powiedzmy, że całość wraca dzięki temu wykonowi na właściwe tory. W takim właśnie stylu Starr kończy stronę A longplaya.
Stronę B zaczyna też całkiem nieźle, bowiem Hard Times to całkiem udany żwawy i płynnie galopujący zapychacz. Nic z tego nie ma szansy na zapamiętanie, ale słucha się fajnie. Wreszcie Starr śpiewa tu z pasją, a dęciaki i chórki dobrze podbijają dynamikę. Ringo zdaje się łapać wiatr w żagle...

I tell her that I'd rather be alone
She gets the car and says she'll drive me home
She gives me hard times
But when she loves me, she loves me
She gives me hard times
But when she loves me, she loves me

Tonight to jednak raczej słabizna, choć teoretycznie niczego tu nie brakuje. Jest klimatycznie, jest fajna barwa Ringo, więc co jest nie tak? Chyba po prostu zbytnia zachowawczość. Wszystko jest tu za sztampowe i nie ma za grosz polotu.
Monkey See - Monkey Do wypada natomiast zdecydowanie lepiej. Całość fajnie buja, Ringo znowu śpiewa na miarę swoich możliwości, a dęciaki wpadają w ucho tak samo dobrze, jak rewelacyjny refren. Dla mnie to zdecydowanie najlepszy moment albumu.

Love has locked us up, peaches
Locked inside this zoo
Your bananas get thrown at me
And mine get thrown at you
Every night we fuss and fight
Like me and you know who
I guess love is always just

Love is monkey see and monkey do

Old Time Relovin' to jednak ponowna gleba. Piosenka wypada jakby muzykom po prostu się już nie chciało. A skoro muzykom się nie chce już grać, to i słuchaczowi nie chce się już tego słuchać. I tyle na temat tej zapchajdziury.

You and I always take from each other
Until there's nothing left to give no more
You and I are just like lightning and thunder
We never let the sun just shine

Dobrze, że chociaż na koniec Ringo pokazuje jeszcze klasę. A Man Like Me to bowiem rzecz naprawdę udana, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć na solowym debiucie muzyka - Sentimental Journey. Przepiękna orkiestracja i jedyny głos, który może tak szczerze wyśpiewać tak prostą treść. Naprawdę można odpłynąć. Szczególnie, że po tak słabej płycie przyda się słuchaczowi chwila relaksu przy naprawdę wartościowym nagraniu.

You can count to me
I'll be there you'll see
I'll be there when you need a friend
When you're feeling down
That's when I'll be your clown
And we'll sing our songs to the end

'Cause a man like me belongs to the world
And the world is a great place to be
And a man like me just sings for the world
That goes round and round for free


Bad Boy to zdecydowanie jedna z najgorszych płyt w solowym dorobku Ringo (a pamiętajmy, że Starr nigdy wybitnym twórcą nie był). Muzycy i sam ex-Beatles brzmią tutaj, jakby byli już jedną nogą w samochodzie do domu. Jedyną osobą, która pokazała klasę i równy poziom podczas całego nieco ponad półgodzinnego materiału jest Jason Newton Howard, który zaaranżował orkiestracje. Poza nim wszyscy zasługują na naganę. Niemniej jest tu parę fajnych melodii, a w Starra raz na jakiś czas wstępuje chęć do zrobienia czegoś więcej niż odrobienia pańszczyzny. Za mało tego jednak na dobrą muzykę.

Ocena: 3/10


Bad Boy: 34:27

1. Who Needs a Heart - 3:48
2. Bad Boy - 3:14
3. Lipstick Traces (On a Cigarette) - 3:14
4. Heart on My Sleeve - 3:20
5. Where Did Out Love Go - 3:15
6. Hard Times - 3:31
7. Tonight - 2:56
8. Monkey See - Monkey Do - 3:36
9. Old Time Relovin' - 4:16
10. A Man Like Me - 3:08

poniedziałek, 18 listopada 2019

"London Town" - Wings [Recenzja]


Po gigantycznych sukcesach albumów Band On the Run, Venus And Mars i Wings At the Speed of Sound, a także trasy Wings Over America, Paul McCartney ostrzył sobie zęby na więcej. W lutym 1977 roku zaczął więc nagrywanie pod kątem wydania nowego albumu. Wingsi mieli nawet ruszyć w trasę, ale okazało się wtedy, że Linda McCartney jest w ciąży, więc Paul odwołał serię koncertów.
Jako że McCartney lubił nagrywać w ekscentrycznych warunkach, wynajął kilka łodzi cumujących na Wyspach Dziewiczych. Na jednym zamieszkał on z Lindą i rodziną, na jednym urządzono prowizoryczne studio nagraniowe, a resztę zajął zespół wraz z ekipą. Oprócz kilku piosenek nagranych w "prawdziwym studiu" resztę nagrań rejestrowano na pokładach, pod gołym niebem. Nie mogło to oczywiście obyć się bez konsekwencji: Denny Laine doznał udaru słonecznego, a inżynier dźwięku został porażony prądem. 
Przed nagraniami zespół Wings wypuścił singiel Mull of Kintyre. Piosenka stała się światowym megahitem, sprzedażowo pobijając nawet największy komercyjny sukces zespołu The Beatles, czyli utwór She Loves You. Paul nie czekał długo i wkrótce potem (a dokładnie 31 marca 1978 roku) wydał longplay zatytułowany London Town (chociaż pierwotnie nazwa miała brzmieć Water Wings) z czarno-białą okładką, na której znajdowali się McCartneyowie oraz Denny Laine na tle Tower of Bridge. Pozostali latem zrezygnowali bowiem z grania w zespole Wings (Joe English wyjechał do rodziny, a Jimmy McCulloch dołączył do zespołu Small Faces).

Album otwiera utwór tytułowy. London Town był również trzecim z trzech singli promujących płytę. Trafił na parę chwil na niskie pozycje na listach przebojów, ale za długo tam nie przetrwał. Ciężko się dziwić, bowiem to tylko miałka balladka bez wyrazu. Mamy tu niezłe wokale Paula (ale to już oczywistość) i przyjemny klimacik, jednak całość jest nazbyt przesłodzona i nie potrafi zaczepić się o ucho, tak by zapaść w pamięć na dłużej niż 4 minuty jej trwania. Mamy tu niby nagły gitarowy zryw pod koniec piosenki, ale jest on nazbyt bałaganiarski i kończy się zanim zdążymy w ogóle go zauważyć. Także utwór otwiera płytę może i udanie, ale sam jest raczej do zapomnienia.

Silver rain was falling down
Upon the dirty ground of London Town

People pass me by on my imaginary street
Ordinary people it's impossible to meet
Holding conversations that are always incomplete
Well, I don't know

Oh where are the places to go
Someone somewhere has to know
I don't know

Cafe On the Left Bank to już jednak rzecz zdecydowanie żywsza i lepsza. Nie jest to może rewelacja, ale słucha się z tego z prawdziwą przyjemnością. Można odczuć tu delikatną nutę disco, ale umiejętnie została tutaj połączona z soft rockiem. Słowem: ten jeden utwór wypada lepiej niż cały album Ringo the 4th, na którym perkusista The Beatles starał się połączyć oba te gatunki.

Dancing after midnight, sprawling to the car
Continental breakfast in the bar
English-speaking people drinking German beer
Talking far too loud for their ears

Cafe on the left bank, ordinary wine
Touching all the girl with your eyes

I'm Carrying to z kolei całkiem bezbarwna ballada. Paul znakomicie gra na gitarze akustycznej, a jego wokal brzmi nadzwyczaj lekko, jednak melodia jest za słodka, a tekst grafomański. Szkoda zmarnowanego potencjału, bo jakby dłużej nad tym posiedzieć, to może wyszłoby z tego coś wartego uwagi.

Long time no see baby, sure has been a while
And if my reappearance lacks a sense of style
I'm carrying, something
I'm carrying, something for you

Backwards Traveller to króciutki, nieco ponad minutowy przerywnik. Ciężko o nim znowu cokolwiek napisać, poza tym że po prostu jest kolejnym elementem tej całkowicie bezbarwnej strony A (jak i całego longplaya zresztą). 

Hed, did you know that I'm
Always going back in time
Rhyming slang, auld lang syne my dears
Through the years

Przechodzi jednak gładko w oparty na syntezatorach instrumentalny Cuff Link. Sporą krzywdę zrobiło mu to, że jeden motyw rozciągnięty został do prawie dwóch minut. Przez to rzecz niemiłosiernie nudzi i zamiast wprowadzić ciekawe urozmaicenie, po prostu drażni.
Całkiem przyjemnym, delikatnym motywem rozpoczyna się natomiast Children Children śpiewane przez Laine'a. Niestety delikatność robi się drażniąca, a prostota aż kłuje po oczach. Okropnie to naiwne i nieprzyjemne.

I know a tiny waterfall
A magic little place
Where we can play together
And watch this fishes race

Children children where are you
Hiding in the forest playing in the rain
I hope you're not too far away
For me to see again

Docelowo Girlfriend pisane było dla innego artysty, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii muzyki popularnej, a mianowicie Michaela Jacksona, który rozstawał się wówczas ze swoim rodzinnym zespołem The Jacksons (a przed zmianą wytwórni The Jackson 5) i rozpoczynał karierę solową. Jackson w 1979 wydał swój przełomowy album Off the Wall, na którym scoverował ów utwór McCartneya. Mimo, że został wydany nawet jako singiel, był tam najsłabszym ogniwem. A jak to wypada na London Town? Otóż naiwność utworu w otoczeniu tak bezbarwnej melodii wydaje się zaskakująco ujmująca i naprawdę może się podobać. Zwłaszcza dzięki znakomitemu solo gitarowemu i rockowemu przyspieszeniu w łączniku. Świetna rzecz.

Girlfriend I'm gonna show your boyfriend
Show him the letters I've been saving
Show him how you feel inside
Then our love couldn't be denied
And we're gonna have to tell him
You'll gonna be a girlfriend of mine

Kończący stronę A I've Had Enough to całkiem udany przyspieszacz. Fajne gitary, chwytliwa linia wokalna i w ogóle fajnie to buja. Udało się to Wingsom, aczkolwiek o rewelacji absolutnie nie może jeszcze być mowy. Po prostu zgrabnie to wypada.

I earn the money and you take it away
When I don't know where you're from
I should be worried but they say
It'll pay for a bomb

Stronę B otwiera największy przebój albumu, czyli With a Little Luck. Czy zasłużenie? Trudno powiedzieć, bo jak dla mnie ten numer absolutnie niczym nie wyróżnia się z tego peletonu. Owszem, melodia jest nad wyraz urokliwa i nieprzesłodzona, co Paulowi wcale nie tak często się na tym longplayu udało, ale nie widzę tu na tyle zalet, by uznać to za wybitnie wyróżniający się numer. Jest po prostu w porządku i fajnie chwytliwy, więc nie dziwi mnie wybranie go na singiel, jednak poziomem daleko mu do innych wielkich singlowych przebojów ex-Beatlesa.

With a little luck we can help it out
We can make this whole damn thing work out
With a little love we can lay it down
Can't you feel the town exploding?

There is no end to what we can do together
There is no end
The willow turns his back on inclement weather
And if he can do it, we can do it, just me and you

Famous Groupies ma najwięcej charakteru na całej tej płycie. Mamy chłodny, rockowy podkład, pobrzmiewającą harmonijkę, narzucające się syntezatory i zadziorny wokal Paula. Bardzo dobra rzecz.

There was a lead guitarist
Who lived in Epping Forest
And all he ever wanted was to blow
When the girls were with him
He never lost his rhythm
And nobody knows what the famous groupies know
Nobody goes where the famous groupies go

W Deliver Your Children rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Denny Laine i ponownie mamy tu do czynienia z bardzo słabym utworem. Nawet nie zauważyłem, kiedy tak przeleciał mi między uszami. Nie zaabsorbował mnie nawet do tego stopnia, by chcieć tego posłuchać. Słabo.

Deliver your children to the good good life
Give 'em peace and shelter and a fork and knife
Shine a light in the morning and a light at night
And if a thing goes wrong you'd better make it right

Name And Adress czyli "Szamotania Ciąg Dalszy". McCartney uderza tu w bardziej rockowe dźwięki, jednak efekt jest słaby, żeby nie powiedzieć "żenujący". Kompletnie bez wyrazu i bez sensu.

But if it's all over baby, you know I'll understand
Maybe I'll hate to think of you with another man
Meanwhile I'm sitting here, I'm getting in a mess
If you want my love, leave your name and adress

Don't Let It Bring You Down brzmi całkiem zgrabnie. Nieźle rozwinięto tu motyw wiodący, a orientalny klimat nadaje tu nieco tajemnicy. Szkoda tylko, ze utwór nie rozwija się w żadną stronę, a tylko kręci się w kółko. Nie ma na co jednak narzekać, bo jeśli chodzi o tę płytę, to i tak jest to naprawdę bardzo dobrze.

Though some things in life are hard to bear
Don't let it bring you down

Should the sand of time run out on you
Don't let it bring you down

Morse Moose And the Grey Goose ma jedno z najlepszych rozpoczęć, jeśli chodzi o całą fonografię Paula. Tajemniczo, jakby z oddali, by po chwili przyłożyć z całą mocą syntezatorami i bezbłędnie rockującym wokalem McCartneya. Kiedy chce się już jednak załamywać ręce nad jednostajnością melodii, po chwili wprowadzona zostaje gitara akustyczna, która trzyma klimat, ale też nieco go urozmaica. Naraz w oddali słychać skoczną partię fletu, na którym gra McCartney. Wreszcie Paul stworzył coś na miarę swoich możliwości! Szkoda tylko, że musieliśmy czekać całą płytę, by usłyszeć najlepszy utwór albumu.

Right on down at the bottom of the sea
Tell me are you receiving me?
My name is Morse Moose and I'm calling you

The Grey Goose was a steady boat
People said she'd never float
One night when the moon was high
The Grey Goose flew away


Jako wierny fan Beatlesów i McCartneya przykro mi to mówić, ale London Town to porażka na całej linii. Wingsi najzwyczajniej w świecie się wypalili, a Paul postanowił ciągnąć to na siłę i stworzyć bardziej akustyczną płytę. Sam pomysł nie był zły (w przypadku McCartney jako tako to działało), jednak zabrakło tu po prostu dobrych piosenek. Melodie są miałkie, banalne, przesłodzone i nie sposób żadnej z nich zapamiętać. A to już naprawdę poniżej możliwości Paula, który słynął od zawsze z wpadających w ucho utworów. Jest parę dobrych elementów (zwłaszcza mocarne zakończenie), jednak są to tylko lekkie przebłyski. Koniec końców album może i trzyma poziom wykonawczo, ale autorsko to po prostu jedna, wielka KATASTROFA.

Ocena: 3/10


London Town: 51:29

1. London Town - 4:10
2. Cafe on the Left Bank - 3:25
3. I'm Carrying - 2:44
4. Backwards Traveller - 1:09
5. Cuff Link - 1:59
6. Children Children - 2:22
7. Girlfriend - 4:39
8. I've Had Enough - 3:02
9. With a Little Luck - 5:45
10. Famous Groupies - 3:36
11. Deliver Your Children - 4:17
12. Name and Address - 3:07
13. Don't Let It Bring You Down - 4:34
14. Morse Moose and the Grey Goose - 6:25

sobota, 23 marca 2019

"A Single Man" - Elton John [Recenzja]


Elton John wydając Blue Moves w 1976 był już zmęczony swoją karierą. Lata nieustannego koncertowania, nagrywania i komponowania wykończyły go i postanowił, że ów album będzie jego ostatnim, a on sam odchodzi z muzyki. Emerytura ta nie trwała jednak długo, gdyż nową płytę wydał 2 lata później (nigdy wcześniej nie kazał fanom tak długo czekać na nowe piosenki, więc część uwierzyła w jego odejście). Elton postanowił jednak pozmieniać parę rzeczy; najważniejszą okazało się zrezygnowanie ze współpracy ze swoim tekściarzem, Bernie'm Taupinem, którego zastąpił nieznanym nikomu Garym Osbournem (co poskutkowało nieco tendencyjnymi, naiwnymi tekstami). Zrezygnował ze współpracy ze swoim producentem, Gusem Dudgeonem, a z aranżerem, Paulem Buckmasterem (który pomógł Johnowi tylko z jednym utworem na tej płycie) spotkał się ponownie dopiero przy okazji albumu Made In England w 1995 roku.
Ruszając w trasę koncertową (tylko ze swoim perkusistą, Ray'em Cooperem) postanowił odwiedzić miejsca, w których nigdy nie był, jak Izrael czy Szwajcaria. Padł też wtedy pomysł, by udać się do ZSRR. Ciekawostką jest fakt, że A Single Man jest pierwszym albumem w historii wydanym oficjalnie w Rosji, gdyż wcześniejsze płyty artysty były przemycane tam na różne sposoby. Krążek ukazał się jednak pod zmienionym tytułem (Poyot Elton John, czyli "Elton John śpiewa"), a także ze zmienioną tracklistą (zabrakło piosenek Big Dipper oraz Part-Time Love ze względu na ich tematykę)

Płytę otwiera jeden z jej najmocniejszych punktów, czyli przepiękny Shine On Through. Powstał on już w 1977 roku, podczas sesji zatytułowanej (i wydanej) później jako The Thom Bell Sessions. Od razu słychać, że Elton śpiewa tu w zdecydowanie niższych rejestrach niż na poprzednich albumach. Mimo bogatej faktury, na pierwszy plan wysunięto - słusznie zresztą - fortepian i głos Johna, co pozwala skutecznie skupić się na samej piosence, a nie czuć się przygniecionym zbytnim patosem. Elton wkłada w śpiew jakby więcej serca i zaangażowania, dzięki którym utwór ten wypada nad wyraz poruszająco lecz nie ckliwie. Przepięknie.


Oh my friend
So at last we reach the end
The lights go down on cue
I have wasted my time
But it tasted oh so fine
That my love still  shines, shines on through
And my love still shines, shines on you

W równie relaksacyjnym nastroju utrzymany jest Return To Paradise. Nie dorównuje jednak poprzednikowi. Melodia jest tu nieco bardziej mdła, lecz całość się nie rozłazi się i pięknie płynie z głośników. Charakteru dodaje piosence świetne solo trąbki (choć nie wysunięte zanadto do przodu). Refreny zapadają w pamięć, jednak nie ma w tej piosence niczego, czego Elton już wcześniej by nie zagrał, przez co utwór wydaje się wtórny. Przyjemnie, jednak za mało, by się wyróżnić.

Goodbye doesn't mean this has to be the end
Fading dreams grow cold as ice
And I got a feeling we will meet again
When we return to paradise

I Don't Care to pierwszy zdecydowanie żywszy kawałek na płycie. Zaczyna się mocnym, fortepianowym riffem, by następnie przejść do ostrych wokali Eltona. Tutaj refren jest o wiele bardziej oryginalny i do przodu, chociaż nie podoba mi się efekt nałożony na wokal Johna - według mnie zupełnie niepotrzebnie; irytuje to zwłaszcza w ostatnich frazach zwrotek i refrenów, przez co brzmi to sztucznie. Sam utwór jest naprawdę dobry, ale produkcja lekko ciągnie go w dół.

I got feet sticking out of my shoes
I got heat more than I can use
 I got love, I got all I need
I got soles that are wearing thin
I got holes where the rain gets in
I got you and that's enough for me

Big Dipper to znakomity utwór, w którym Elton sprawia wrażenie, jakby śpiewał to niedbale, od niechcenia, jednak dodaje to całości charakteru, dzięki czemu piosenka wypada naprawdę przekonująco. Mamy tu odrobinę gospel, a także co parę chwil przypominające o sobie dęciaki. Refren jest naprawdę pomysłowy, a muzyka świetna. Kolejny atut płyty.

Now I saw you talking to a cute little slip of a sailor
And it looked at firts like the whole thing would end as a failure
He had a thing about a quarter to four
And he just couldn't handle any more
He's got his own big dipper so he won't be needing your big dipper
He's got his own big dipper and he won't be needing yours

It Ain't Gonna Be Easy to najdłuższy kawałek płyty, a także jeden z dłuższych w całej karierze Eltona (przebija go chyba tylko Funeral For a Friend/Love Lies Bleeding), gdyż trwa przeszło 8 minut. Zaczyna go interesująca partia gitary elektrycznej, a po kilku chwilach pojawia się także John, śpiewający bardzo spokojnie do wtóry z gitarą i perkusją. Z każdą minutą wokal Eltona staje się coraz głośniejszy, a Tim Renwick (gitarzysta) wyczynia coraz to nowe popisy, które zapierają dech  w piersiach. Szkoda jednak, że piosenka nie rozwija się zanadto i opiera się cała właściwie na jednym patencie, który staje się okazją do kilku niezłych wokaliz Eltona i popisów gitarowych Renwicka. Szkoda, że nie wykorzystano potencjału z początku, który mógł zapowiadać świetny, progresywny numer, a tak jest "tylko" dobrze.

It ain't gonna be easy I can tell
Just how empty I'm feeling  you know damn well
I'm telling you it ain't gonna be easy from the start
Look out honey you're playing with my heart

W zupełnie innym klimacie utrzymany jest dyskotekowy Part Time Love. Utwór ten można by określić mianem "radio friendly", bo ma dokładnie wszystkie cechy potencjalnego radiowego hitu; wpadające w ucho wesołe refreny, radosną melodię i prostą budowę. Mimo oczywistości i przewidywalności, wszystko tu wypada naprawdę znakomicie i buduje udany numer. Z dystansem i bez zbytniego nadęcia - powrót do szalonego, radosnego Eltona, którego tak brakowało na Blue Moves. Świetna rzecz, dobra na poprawę humoru.

Part time love is bringing me down
'Cause I just can't get started with my love
Did I hear you saying that I'm too hard hearted
Wipe those stars from your eyes
And you'll get quite a surprise
Beacause you'll see everybody's got a part time love

Georgia to kolejna ballada z zabarwieniem gospel. Brzmi to jednak oryginalnie i pomysłowo. Można się rozmarzyć przy przepięknych refrenach i delikatnych zwrotkach. Mamy tu może trochę patosu i niepotrzebnego nadęcia, jednak nie przeszkadza to zupełnie w odbiorze całości, która jest naprawdę niezwykła i zasługuje na uwagę, szczególnie że tylko tutaj na płycie możemy usłyszeć partię na mandolinie. Podoba mi się bardzo moment, kiedy wydaje nam się, że to już zakończenie, a po chwili Elton pięknie domyka całość ostatnim refrenem. Cudo.

Talking about Georgia take me to your Southlands
I sometimes feel my life is rolling on
Georgia lead me through your heartlands
I need to see them one more time before I'm gone

Shooting Star to najkrótsza (nie licząc krótkiego interludium Reverie) piosenka na płycie, gdyż czas jej trwania nie przekracza trzech minut. Jest to bardzo oszczędna i delikatna ballada, gdzie możemy usłyszeć piękną partię saksofonu tenorowego. Dzieje się tu może niedużo, ale wystarcza, by stworzyć piękny i unikalny nastrój, przy którym spokojnie można się rozmarzyć.

And with the spotlight shining in your eyes
It's sometimes hard to find your way
But maybe some night you might
Think of me, shooting star

Najbardziej szaloną piosenką na płycie jest bez wątpienia Madness. Rozpoczyna się gnającym na złamanie karku riffem fortepianowym, który narasta kilka sekund, zanim pojawi się wokal Eltona. Zacznę może od tego, co mi się nie podoba, a mianowicie: melodie w zwrotkach. Jak dla mnie John poszedł tu na łatwiznę i brzmi to bardzo tandetnie i sztucznie. Lepiej robi się jednak w refrenach, które wpadają w ucho i sprawiają, że cała piosenka zapada w pamięć. Tekst utworu opowiada o konflikcie zbrojnym w Irlandii Północnej. Co jakiś czas przebija się jazgocząca gitara elektryczna, jednak głos Eltona całkowicie hipnotyzuje i wciąga, dzięki czemu chłoniemy każdą chwilę tej piosenki. Zmiany tempa, zwolnienia, zwroty akcji, długo by wymieniać. Szczególne wrażenie robi rozimprowizowana wokalnie końcówka, kiedy Elton wydziera się jak tylko może. Ten utwór to jedno z najlepszych świadectw kunsztu kompozytorskiego i geniuszu artysty. Wspaniała rzecz.

And it's madness, every time a victime dies
There is madness, burning in a blind man's eyes
And it's madness, hidden in the hate and pain
There is madness, burning in a wild man's brain
And it's madness, every time the bullets start
There is madness, burning in a poor man's heart

Reverie to króciutka (niespełna minutowa) fortepianowa wprawka, która ma właściwie 2 zadania, które spełnia znakomicie: dać nam chwilę oddechu po szalonym Madness i wprowadzić w nastrój największego przeboju płyty, a zarazem jednego z największych arcydzieł muzycznych Eltona dobitnie podkreślających jego wielkość, czyli Song For Guy. Jest to głównie instrumentalna piosenka (wokal pojawia się dopiero w końcówce, wyśpiewując kilkakrotnie jedną linijkę). Utwór powstał w domu Johna, gdy ten rozmyślał o śmierci - a konkretnie o swojej - i siedział przy fortepianie. Komponując dowiedział się o śmierci Guy'a Burchetta, który zginął w wypadku motocykliwym. Guy był pracownikiem należącej do Eltona wytwórni Rocket Records. John, postanowił zadedykować tę kompozycję zmarłemu koledze, stąd też tytuł. Całość kręci się wokół jednego motywu, który jednak jest rozwijany z prawdziwą pasją i wyczuciem. Co chwila przebijają się perkusjonalia i symfoniczna aranżacja, jednak główną rolę gra tu liryczny fortepian. Piękna melodia na długo zostaje w naszej głowie i potrafi porządnie wzruszyć. Wspaniałe zakończenie albumu.

Life isn't everything


A Single Man - mimo licznych superlatywów - to raczej średni album, z poważnymi aspiracjami ku dobremu. Nie brakuje tu pięknych melodii i jednych z najpiękniejszych fortepianowych zagrań Eltona w całej karierze. Czuć tu też znaczące zaangażowanie artysty, który w każdą piosenkę zdaje się wkładać całe serce i dawać z siebie wszystko, co zresztą dobitnie uwydatnia produkcja, która wysuwa Johna na sam przód, uświadamiając nam, co na tej płycie jest najważniejsze - i słusznie! Piosenki są piękne i wpadające w ucho, jednak oryginalności tu za grosz (z wyjątkiem paru kawałków). Większość dźwięków, które słyszymy, Elton nie raz już grał i śpiewał, tylko w bardziej przekonujących wersjach. Tutaj czasami słychać po prostu brak pomysłów i pójście na łatwiznę. Z perspektywy całej kariery Eltona: jeden z lepszych albumów. Z perspektywy lat 70. - jeden ze słabszych.

Ocena: 6/10


A Single Man: 48:46

1. Shine on Through - 3:45
2. Return to Paradise - 4:15
3. I Don't Care - 4:23
4. Big Dipper - 4:04
5. It Ain't Gonna Be Easy - 8:27
6. Part-Time Love - 3:16
7. Georgia - 4:50
8. Shooting Star - 2:44
9. Madness - 5:53
10. Reverie - 0:53
11. Song for Guy - 6:35

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...