Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2020. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 listopada 2020

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]


Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną większą tragedią okazało się zdiagnozowanie demencji u Malcolma Younga w 2014 roku. Zespół planował wtedy trasę związaną z nadchodzącym nowym albumem Rock or Bust. Niestety, Malcolm musiał zrezygnować z koncertowania, by skupić się na leczeniu. Zmarł 3 lata  później, 18 listopada 2017 roku.
Był to cios dla zespołu nie tylko z przyczyn osobistych, ale i muzycznych. Odpowiadał on bowiem za lwią część repertuaru ACϟDC. Grupa stanęła więc przed prawdziwym wyzwaniem - stworzyć pierwszy album bez jego pomocy. Musieli sięgnąć głębiej do szuflad i wygrzebać parę niewykorzystanych pomysłów, które pisał z myślą o poprzednich płytach. Za ich dokończenie wziął się Angus Young i udało się skompletować 12 nowych utworów. Sam Angus mówił o tej płycie: "Ten album jest w pewnym sensie dedykowany pamięci Malcolma, mojego brata. To nasz hołd dla niego, tak samo jak Back in Black był hołdem dla Bona Scotta".
Ale po kolei, bo śmierć Malcoma była tu bardziej istotna, ale wypadałoby przybliżyć nieco okoliczności nagrywania i dlaczego w związku z tą płytą fani mieli wiele obaw (oprócz oczywiście śmierci jednego z głównych kompozytorów). Pod koniec 2014 roku ACϟDC wyruszyło w 17-miesięczną trasę promującą Rock or Bust. Już na samym początku muzyków spotkał cios, bowiem perkusista Phil Rudd został aresztowany za próbę zabójstwa i posiadanie narkotyków. Na szybko trzeba było znaleźć zastępstwo. Na jego miejsce trafił Chris Slade, który grał już z ACϟDC w latach 90. (na płycie The Razors Edge i trasie ją promującej). O wiele poważniejsza komplikacja pojawiła się w 2016 roku. Brian Johnson wygłosił wtedy oświadczenie, że traci słuch, co tłumaczył jednak nie działalnością muzyczną, a swoim zamiłowaniem do samochodów wyścigowych. Tak czy siak, musiał jednak na jakiś czas zaprzestać koncertowania i poddać się leczeniu. Ostatnie 10 koncertów najpierw przełożono, a potem w roli wokalisty zaprezentował się na nich Axl Rose (wokalista Guns N' Roses).
Sporo fanów obawiało się więc, czy ACϟDC w tej sytuacji nagra w ogóle kolejną płytę. Już przy okazji Rock or Bust musieli bazować na odrzutach z Black Ice, bo Malcolm nie był w stanie napisać nic nowego. Więc z czego mieliby nagle uzbierać kolejną nową płytę (pamiętajmy, że Rock or Bust trwało niewiele ponad pół godziny, więc tego materiału nie było już wtedy za dużo)? A skoro Brian się wycofał, to znaczy że Axl będzie wokalistą? Chyba mało kto był do tego przekonany. 
W sierpniu 2018 roku pojawiły się jednak doniesienia o nagrywaniu nowej płyty. Mało tego, pojawiły się nawet zdjęcia wchodzących do studia Angus Younga, Briana Johnsona, Phila Rudda i Steviego Younga (bratanka Malcolma, który zastąpił go w zespole). Wtedy właśnie zaczęto plotkować, że chyba wreszcie nadchodzi nowy album. Przez kolejne 2 lata co parę dni w internecie pojawiały się "nowe, sensacyjne" doniesienia o nowej płycie ACϟDC. Jednak zespół milczał i ludzie chyba powoli przestawali wierzyć, że faktycznie muzycy nad czymś pracowali.
1 października 2020 roku pojawił się wreszcie pierwszy oficjalny trailer nowego albumu - parę taktów Shot in the Dark, który stał się wiodącym singlem płyty. 7 października piosenka trafiła do internetu i została ciepło przyjęta. Długo wyczekiwany krążek zatytułowany ostatecznie PWRϟUP ukazał się 13 listopada 2020 roku.

Już od pierwszego utworu - Realize - wiemy, że to wciąż to samo ACϟDC, co zawsze i panowie nie zamierzają tu redefiniować swojej muzyki. Już na dzień dobry dostajemy mięsisty i szybki riff, za którym w parze idą: hard rockowy, czadowy kawałek, świetna melodia, chrypiące wokale Johnsona i znakomita sekcja rytmiczna. Piosenka ta była znana fanom jeszcze przed wydaniem longplaya, bowiem udostępnioną ją w sieci 11 listopada - 2 dni przed premierą płyty. To po prostu ACϟDC - i tyle powinno wystarczyć za rekomendację, bądź zniechęcenie. Energetyczny kawałek z wykopem, ale tyle wystarcza, by świetnie się bawić przy jego słuchaniu, serio. Jeden z najlepszych momentów płyty. 

When we recall and
Realize
Make you realize

I've got the power to hypnotize
Make a play, mesmerize
Feel the chills up and down your spine
I'm gonna make you fly

Mocne wejścia perkusji przerywane ostrą i melodyjną gitarą? Skądś to chyba znamy. Rejection to już bardziej "kroczący" kawałek, niż ostre i energetyczne Realize. Szczerze mówiąc, bardziej przekonuje mnie ACϟDC w wydaniu ostrzejszym i szybszym, ale i Rejection posłuchałem z przyjemnością, choć brakuje tu dobrej, wpadającej w ucho już od pierwszego przesłuchania, melodii. Gdyby poświęcić trochę więcej czasu na dopracowanie refrenów, byłoby dużo lepiej, a tak - jest tylko poprawnie.

If you reject me
I'll take what I want
Disrespect me
And you get burned
Best keep me satisfied
Or you know I'll eat you alive
If you reject me
I'll take what I want

Mimo że nie nazwałbym się wielkim fanem ACϟDC, skłamałbym, mówiąc, że nie czekałem na premierę ich nowego albumu, gdy tylko w mediach pojawiły się pierwsze przecieki. Gdy wreszcie zaczęły się zapowiedzi, byłem podekscytowany i z niecierpliwością wyczekiwałem pierwszego singla. A gdy wreszcie w sieci wylądował pierwszy singiel, Shot in the Dark, podczas pierwszego odsłuchu cieszyłem się, jak dziecko. To przecież dokładnie takie ACϟDC, jakiego wszyscy oczekiwali. Świetny riff, melodia, którą ciężko wyrzucić z głowy, rewelacyjna solówka Angusa, no i śpiewane chóralnie refreny. Już przy pierwszym przesłuchaniu piosenka bardzo mi się spodobała, a po n-tym kontakcie - tym razem w konfrontacji z resztą albumu - wywołuje we mnie niemniejszą radość słuchania. Jeden z lepszych momentów PWRϟUP.

I need a pick me up
A Rollin' Thunder truck
I need a shot of you
A tattooed lady wild
Like a mountain ride
I got a hunger, that's the loving truth

You got a long night coming
And a long night pumping
You got the right position
The heat of transmission

Through the Mists of Time wypada może mniej ostro, ale wciąż jest to kawałek, który niesie ze sobą naprawdę sporą porcję energii. Może nie ma takiego hitowego zacięcia jak Shot in the Dark, ale co z tego? Słucha się tego wybornie.

See dark shadows
On the walls
See the pictures
Some hang, some fall
And the painted faces
All in a line
And the painted ladies
Yeah, the painted ladies

Nietypowo zaczyna się za to Kick You When You're Down, bowiem pierwsze, co słyszymy, to wokalizy. Dopiero potem wchodzi niewyobrażalnie chwytliwa i energetyczna gitara, a utwór tylko się rozwija, prowadząc w naturalnej konsekwencji do refrenów, które ciężko wyrzucić z głowy. To nieco inny numer od tych czterech poprzednich, co przynosi fajne odświeżenie. Chociaż też, bez obaw, jest to wciąż ACϟDC, a więc wszystko jednocześnie jest na swoim, dobrze ugruntowanym, miejscu. Jednakże, jak dla mnie, piosenka bez wątpienia przykuwa uwagę i wybija się in plus względem reszty.

As you're slipping down the wall
And you're headed for a fall
As you're slipping down the wall...

Why do they kick you when you're down?


Mocno wypada też Witch's Spell. Na szczęście muzycy kontynuują tu - podjęty na Kick You When You're Down wątek chwytliwych refrenów, które przecież nie zawsze się trafiają. Tu mamy zdecydowanie wpadającą w ucho melodię i świetną porcję gitarowego grania, która usatysfakcjonuje chyba nawet najbardziej sceptycznego wobec nowego wydawnictwa fana.

Let me tell you your fortune
It could be sinister
Or maybe not
Like a leopard
Can't change it's own spots

Ride a moon beam
See the starlight
My blaze in the night sky
See the witch's flight

Demon Fire to z kolei dobra wiadomość dla fanów Angusa Younga, bowiem to właśnie w tym numerze muzyk sobie najwięcej pograł. Śpieszę donieść, że jego gitara wciąż nie straciła na ostrości, chwytliwości i szybkości. Oczywiście, nie jest to jakaś gitarowa miniaturka, bowiem nie zapominajmy, że to kolejny świetny, chwytliwy utwór, w którym panowie wciskają gaz aż do oporu. To jeden z najbardziej energetycznych kawałków na nowej płycie, któremu po prostu nie sposób się oprzeć.

Yeah, born of no family
Born of no creed
Yeah, raised by Jekyll
Raised a bad seed
You better look around
Before you hit the ground
Gimme no quarrel
Life's all fine

Wild Reputation jednak, dla odmiany, coś za szybko mi przeleciało między uszami. Może dlatego, że to najkrótszy utwór na płycie? A może dlatego, że po prostu niczym szczególnym mnie nie zaciekawił?

In a one-horse town
They try to pull you down
And make you feel out of place
Don't care to look in your face

Ciężej wypada natomiast No Man's Land. Nie jest to już rytmiczne czadowanie, a raczej kroczący, acz wciąż chwytliwy, wypełniacz. Bo tak, niestety, ale No Man's Land daleko od najlepszych momentów płyty. Nie jest może słaby i słucha się go z przyjemnością, ale nie wyróżnia się niczym specjalnym, jak czyniły to np. Shot in the Dark czy Demon Fire.

Come on new plain
Come on need to get out
I said, come on new plain
Come on, don't you mess me about

You see
I tried and I found no way to get out
I said I tried and I found
There's no comin' back for me

Systems Down to jednak powrót do energetycznego czadowania. Chwytliwa gitara Angusa znów wyznacza szybszy rytm, a pozostali chętnie to podłapali i po raz kolejny dociskają gaz do dechy. Mocny kawałek, tylko słuchać.

We got a chain reaction
It needs immediate action
This furnace is about to blast

Systems are going down
Systems are burning out
And they all fall down

W Money Shot "są momenty". Sama piosenka jest bowiem dość średnia, ale poziom podnosi znakomite wykonanie. Dzięki temu słucha się tego bez bólu, ale i też bez specjalnej ekscytacji.

Feel in the rock 'n' roll mood
Gonna make you feel good
Might be a little dangerous
I believe, I believe, you will see, it could be
Contagious

Doctor, what's the antidote?
Lady, try the money shot
Doctor, what's the antidote?
Lady, just try the money shot
Best taken when hot

Wszystkie najlepsze cechy najlepszych momentów PWRϟUP zespół zawarł w Code Red. Zupełnie, jakby muzycy mieli świadomość, że trzeba zakończyć płytę czymś mocniejszym, by zostały lepsze wspomnienia po tej muzyce. Zgodnie z tą zasadą na sam koniec zostawili nam kolejną petardę, która już od pierwszego przesłuchania potrafi niemiłosiernie zniewolić słuchacza swoją energią i po prostu znakomitym brzmieniem. Mocniejszy moment albumu, który domyka go w wielkim stylu.

Loading up the memory
Erasing off this energy
Feeling like the old time blues
Crawling up the walls
Slipping on a waterfall
Better turn off that tune


Rock or Bust trwał niecałe 35 minut. Gdy więc pojawiła się informacja, że PWRϟUP będzie składał się z szkiców Malcolma, poważnie się zawahałem. Przecież już wtedy nie udało się zespołowi sklecić dłuższego longplaya, więc skąd nagle wytrzasną dosyć materiału na kolejną płytę? Udane single nie musiały wcale świadczyć o tym, że będzie to płyta udana - mogli wydać te 3 lepsze piosenki, nie zwracając uwagi fanów na te słabsze. Jednak, podczas słuchania, z każdą kolejną piosenką, moje wątpliwości topniały, wypychane przez najzwyczajniejszą w świecie ekscytację. To przecież ACϟDC, ludzie! Chyba nikt nie oczekiwał od nich wynalezienia prochu po tylu latach, kiedy ugruntowali sobie pozycję najbardziej zachowawczego zespołu rockowego w historii. I tak też się nie dzieje, bowiem to właśnie to ACϟDC, na które wszyscy czekali. Jedni powiedzą: "Ile można grać to samo?". Ja na to odpowiem: "Tak długo, dopóki robi się to dobrze". A fani ACϟDC z pewnością zawsze na nowy materiał będą czekać. Ja od czasu do czasu lubię do tej muzyki wrócić, a PWRϟUP przekonał mnie już od pierwszego przesłuchania. Swoją energią, czadem i - tak! - świeżością. To niesamowite, że tym gościom się wciąż jeszcze chce. I po prostu w każdej piosence słychać, że grają to z wielką przyjemnością. To spory wyczyn, grać cały czas to samo, wciąż porywając. I mnie PWRϟUP porwało bez reszty; od pierwszego do ostatniego numeru. Są oczywiście nieco bardziej monotonne momenty, ale wynagradzają je te bardziej udane, bowiem nie brak tu prawdziwych "złotych strzałów". Mimo, że ta płyta nie jest arcydziełem, to uważam PWRϟUP, za jeden z najlepszych krążków w karierze zespołu. Może nie na równi z Back in Black czy Highway to Hell, ale z pewnością tuż za nimi. 

Ocena: 7/10


PWRϟUP: 41:03

1. Realize - 3:37
2. Rejection - 4:06
3. Shot in the Dark - 3:06
4. Through the Mists of Time - 3:32
5. Kick You When You're Down - 3:10
6. Witch's Spell - 3:42
7. Demon Fire - 3:30
8. Wild Reputation - 2:54
9. No Man's Land - 3:39
10. Systems Down - 3:12
11. Money Shot - 3:05
12. Code Red - 3:31

sobota, 12 września 2020

"WE ARE CHAOS" - Marilyn Manson [Recenzja]


Po bardzo dobrze przyjętych The Pale Emperor i Heaven Upside Down, odtrąbiono powrót Mansona do wielkiej formy sprzed lat. Jednak od czego tak naprawdę zaczęła się praca nad WE ARE CHAOS? Zacznijmy może od Bastionu - miniserialu powstałego na podstawie słynnej powieści Stephena Kinga o tym samym tytule. Marilyn wystąpił tam w epizodycznej roli, a przy okazji z zespołem i producentem Shooterem Jenningsem (muzykiem country) nagrał na ścieżkę dźwiękową cover The Doors - The End. Jak mówi, to było właśnie przyczynkiem do kierunku stylistycznego, który chciał obrać na kolejnej płycie. Potwierdził to kolejny singiel-cover God's Gonna Cut You Down.
W marcu 2019 roku muzyk poinformował na swoich mediach społecznościowych, że kończy właśnie pracę nad nowym albumem wraz z Jenningsem. Potem jednak internet zalała fala niepokojących informacji o odejściach i zwolnieniach kolejnych członków "ekipy Mansona". Najpierw ogłoszono, że odchodzi perkusista Gil Sharone, a następnie z ekipy odszedł Tyler Bates - producent The Pale Emperor i Heaven Upside Down, w dużej mierze odpowiedzialny za powrót Mansona na szczyty i ponowne nagrywanie przez niego dobrego materiału. Fani mogli więc zacząć się obawiać, czy na pewno odejście tego producenta, a związanie się z muzykiem country może przynieść dobre efekty? Manson przy coverach w stylistyce country (no, potraktowanego dość swobodnie) wypadał całkiem dobrze, jednak czy ma to jakiekolwiek szanse, gdy mówimy o autorskim materiale? Wątpliwości nie brakowało. W kwietniu 2020 roku Jennings i Manson ogłosili zakończenie prac nad nową płytą, którą nazwali "arcydziełem".
Pierwszy singiel (utwór tytułowy) ukazał się 29 lipca i z pewnością zostawił fanów nie mniej zdezorientowanych niż te promujące poprzednie płyty. Tego samego dnia ogłoszono także wydanie albumu WE ARE CHAOS 11 września 2020 roku (tak, w rocznicę zamachu na WTC). Dzień przed premierą ukazał się jeszcze kolejny singiel - Don't Chase the Dead. Krążek przyjęty został na całym świecie bardzo pozytywnie, a krytycy nazwali go jednym z najlepszych albumów Mansona, "a na pewno najlepszym od czasu Mechanical Animals" z 1998 roku.

Początek Red Black and Blue bez wątpienia ma swój klimat. Przetworzony głos Marilyna recytujący mroczny poemat do elektronicznych mrocznych odgłosów, które same w sobie mogą już wywołać dreszcze. Przerywa to rytmiczna perkusja wygrywająca monotonny rytm. Dołącza do niej po chwili Manson, który charakterystyczną dla siebie manierą "melodyjnie mamrocze" pierwsze wersy. Po chwili jednak sytuacja się rozwija, i najpierw mamy nieco więcej melodii, by przejść do wykrzyczanych refrenów, które mocno przywołują klimaty Antichrist Superstar. Kompozycja jest odpowiednio mroczna, ma w sobie agresję i mocne momenty, które bez wątpienia mogą się podobać. Mi słuchało się tego rewelacyjnie i pozwoliło rozwiać wątpliwości co do poziomu longplaya. Już po pierwszym odsłuchu miałem wielką nadzieję na to, że Manson wie, co robi i że utrzyma poziom.

Set fire to the tree of life
Not for death
Just to watch the suffering
Get high on the smoke and dance
In the ashes

This arrangement is deranged
Imagine us engaged in flames

Piosenkę We Are Chaos pierwszy raz usłyszałem w dniu premiery. Byłem wtedy bez wątpienia zaskoczony i nieco zagubiony. Owszem, Deep Six z The Pale Emperor i We Know Where You Fucking Live z Heaven Upside Down też pozostawiały niejednoznaczne odczucia, jednak chyba takiego zaskoczenia jak tu, to przy żadnym singlu Mansona jeszcze nie było. Już przy pierwszym kontakcie wydało mi się, że to bardzo mroczna piosenka, jednak po konfrontacji z resztą albumu wychodzi w sumie, że to jeden z pozytywniejszych akcentów. Oczywiście tylko na poziomie aranżacji, bowiem tekstowo jest to z pewnością pesymistyczny numer z niewesołym przesłaniem, rewelacyjnie wyśpiewany przez Mansona. Wiemy, że Marilyn inspiruje się Davidem Bowiem (czego dowodem choćby KILL4ME z poprzedniej płyty), jednak tak bardzo zakorzenionej w twórczości tegoż Artysty piosenki jeszcze nie napisał. Przecież to spokojnie mogłoby trafić na choćby Low czy The Next Day (rzecz jasna w innych aranżacjach). Manson dodaje tu jednak swojej niepowtarzalnej maniery i wprowadza element niepewności i mroku. Z początku trudno mi było się do tego przekonać, jednak przy którymś podejściu nagle zaskoczyło i dziś słucham tego numeru z przyjemnością (no, może przesadziłem, w końcu to Marilyn Manson) i uważam, że - chociaż jest to piosenka niereprezentatywna dla całości - to była niezłym wyborem na singiel.

If you say that we're ill, give us your pill
Hope we'll just go away
But once you've inhaled death
Everything else is perfume
Maybe I'm just a mystery, I could end up your misery
Maybe I'm just a mystery, I could end up your misery
In the end, we all end up in a garbage dump
But I'll be the one that's holding your hand

We are sick, fucked up and complicated
We are chaos, we can't be cured

Don't Chase the Dead wydano dzień przed premierą WE ARE CHAOS, by jeszcze bardziej zaostrzyć apetyty fanów na nowy krążek. Szczerze mówić, nie słuchałem tego przed ukazaniem się albumu, by nie psuć sobie niespodzianki. I bardzo dobrze, bo dzięki temu pierwsza konfrontacja - gdy następuje tuż po numerze tytułowym - była powalająca. Zgiełk, ostre gitary i znakomite melodie w zwrotkach, wyśpiewywane z chrypą. Refreny może są trochę pójściem na łatwiznę, jednak - co ciekawe - nie psują zanadto wrażeń z odsłuchu. Może i te klawisze można by sobie podarować, choć dodają całości nieco więcej melodyjności i klimatu. Słowem: piosenka nieidealna, ale słucha się jej dobrze, choć jest to jeden z najsłabszych (o ile nie najsłabszy) kawałek na płycie.

If tonight lasts forever
It won't matter if there's no tomorrow

Don't chase the dead
Or they'll end up chasing you

Lepiej (choć wciąż nieidealnie) prezentuje się Paint You with My Love. To utwór bez wątpienia bardzo melodyjny, z w miarę pogodną aranżacją i łagodnym śpiewem Mansona. Przynajmniej przez większość piosenki, gdyż gdzieś minutę do końca, nagle zaczyna się wydzierać. I robi to znakomicie, przyznaję - zaskoczył mnie tym i spowodował, że aż podskoczyłem. To właśnie ten moment jest najlepszym fragmentem utworu i sprawia, że warto wciągnąć się w klimat i zasłuchać, by takie zaskoczenie wybrzmiało dostatecznie mocno.

To kill the man behind the crowd
Would be viewed as amateur
Because the king is invisible
The king is invisible
And death is a profession

Żadnych zastrzeżeń nie mam natomiast do mrocznego i wolno płynącego Half-Way & One Step Forward. Jasne, narzekać będzie ten, co oczekuje od Mansona ostrej nawalanki. Ale jak dla mnie, Marilyn nie musi co chwila drzeć papy. Wystarczy, jak kawałek ma klimat, dobrą melodię, tekst i usłyszę tę niepowtarzalną manierę. I tu to wszystko dostaję, z odpowiednią dawką ponurego nastroju i industrialowych odgłosów w tle. Po dwóch nieco słabszych numerach, poziom się podnosi.

Half-way and one step forward
Past the point of no return

Ring all the bells you can ring
There's a crack in everything
That's how the sunlight gets in

Powaliło mnie natomiast Infinite Darkness. I to właśnie jest taki Manson, jakiego lubię najbardziej. Ostry, mroczny, wydzierający się i ze znakomitym, niejednoznacznym tekstem. Już po tym początku czułem, że to będzie dobre (wszak takie mariaże gitar i syntezatorów pamiętamy z Antichrist Superstar - mojej ulubionej płyty Mansona), jednak po chwili Marilyn intonuje mroczną, powolną zwrotkę. Myślę sobie: "Znowu zaskoczenie". Ledwo co zdążyłem dokończyć tę myśl w głowie, Manson dokłada do pieca i zaczyna swoje firmowe "darcie mordy". I super, bo robi to tak samo rewelacyjnie jak przed laty. I tak samo jak niegdyś - tak i teraz aż mam dreszcze, gdy go takim słyszę. Na takie utwory właśnie się czeka, gdy wychodzi nowa płyta "Antychrysta". Niby ponad 4 minuty już minęły, ale jak dla mnie to ten kawałek mógłby tak jeszcze długo trwać.

Black is real, you can't hide
Hearts are the darkest
When you see without the sun

You're dead longer than you're alive

Nie zwalniamy tempa, bowiem Perfume to kolejny mocny, rytmiczny i mroczny kawałek w stylu Mansona. Utwór niby prosty, ale Marilyn nie byłby sobą, gdyby nie przygotował nam tu paru zaskoczeń i mocniejszych momentów. W efekcie czego, gdy myślimy już na samym początku, że Manson zagrał najmocniejszą kartą, to w miarę jak numer płynie, nie można narzekać na nudę, bo dużo się tu dzieje i nie ma kiedy się znudzić.

So you wear your damage on your sleeve
But don't worry
It's all just tongue and cheek, yeah
Not a victim of fashion
More fascist than vogue
'Cause victim is chic
You're as famous as your pain
Victim is chic

If you conjure the devil
You better make sure
You got a bed for him to sleep in

Niczym nie ustępuje mu też mocny Keep My Head Together. W zasadzie pisanie o tego typu piosence, i zdradzanie co się tam dzieje, nie ma sensu i mija się z celem. Lepiej po prostu tego posłuchać i dać się ponieść tej energii, którą niby znamy od lat, ale przecież wciąż działa. 

Don't try changing someone else
You'll just end up changing yourself
I keep my head together
Better keep your head together

I fuckin' love you
I love fuckin' you
I eat glass
And I spit diamonds

Solve Coagula to w pewnym sensie rzeczy dziwaczna. Mianowicie: przecież to wszystko już było. Nawet na tej płycie. To już przecież słyszeliśmy. A dziwaczne jest to, że ta sama strategia wciąż działa i potrafi zaintrygować i wciągnąć. W refrenach mamy pewnego stopnia złagodzenie, jednak mroczny klimat całości jest utrzymany i może naprawdę zahipnotyzować. Może i wymieniłbym ten kawałek jako jeden z mniej udanych, jednak trzyma fason.

So you think you can sing or clap
Well, all you need is an ear
So listen

I'm not special, I'm just broken
And I don't wanna be fixed

No one else I
No one else I
Wanna be like
So I stayed the same
Like nobody else

A to co ma być? Znowu gitara akustyczna? Czyli jednak uderzamy w country? Nie całkiem, bowiem Broken Needle to coś więcej. To mroczna, poruszająca i chwytająca za serce - serio! - ballada, której nie sposób tak łatwo zaszufladkować. Jest tu gitara akustyczna, smyczki i wokale. No i fortepian, perkusja, i tak dalej, jednak to właśnie te 3 wymienione przeze mnie na początku elementy grają tu - nomen omen - pierwsze skrzypce. Emocjonalne wokale Mansona, szczery i do bólu gorzki tekst, no i ta melodia, która spokojnie może wywołać kolejne dreszcze. Tym razem jednak nie poprzez agresję, czy wrzaski. Nie tym razem. Tym razem to po prostu najbardziej odsłonięty Marilyn, jakiego słyszałem. I to właśnie tak mnie urzekło. Jeden z najlepszych utworów płyty - o ile nie najlepszy.

Are you alright?
'Cause I'm not okay
All of these lies
Are not worth fighting for
Are you alright?
'Cause I'm not okay
All of these lies
Are not worth fighting for

I am a needle
Dig in your grooves
Scratch you up
Then I'll put you away


Czy WE ARE CHAOS, zgodnie ze słowami Mansona i Jenningsa, to arcydzieło? Z pewnością nie. Czy to najlepszy album "Antychrysta Megagwiazdy"? Oj, nie. Czy to najlepszy album od czasu Mechanical Animals? Nie, bo po drodze trafił się choćby lepszy The Pale Emperor. Więc jaki to album. Po prostu bardzo dobry. Rzekłbym nawet, że niespodziewanie dobry, bo nie spodziewałem się usłyszeć jeszcze takiego Mansona. Takiej dawki mroku to nie było nawet na ponurym The Pale Emperor. Ze słabszych utworów wskazałbym tylko Don't Chase the Dead, Paint You with My Love i Solve Coagula. I to nie dlatego, że nie ma w nich niczego intrygującego. Po prostu odstają. A cała reszta prezentuje się naprawdę rewelacyjnie. Z pewnością zaskakuje też sama konstrukcja albumu. Na początek dostajemy mocny Red Black and Blue, a potem zwalniamy i trochę łagodzimy tempo. Myślimy sobie, że Manson pewnie przygotował nam melodyjny i umiarkowanie pogodny krążek z ładnymi melodiami. Jednak w pewnym momencie zaskakuje nas porcją mocnych, szybkich, agresywnych i mrocznych brzmień, które wręcz przytłaczają - w dobrym tego słowa znaczeniu, bowiem tego właśnie chce Marilyn. Byśmy poczuli się osaczeni, bezbronni i przygnieceni. I to tylko po to, by na sam koniec dobić nas najmocniejszym i najbardziej poruszającym fragmentem płyty - Broken Needle. Jak dla mnie, jest to album zdecydowanie zaskakujący. Zaskoczyło mnie to, że Manson nawet bez Tylera Batesa jest w stanie nagrać tak dobry i klimatyczny materiał. Jeśli ktoś nie lubił Marilyna Mansona - ta płyta tego nie zmieni, nie ma co do tego złudzeń. Jeśli ktoś jednak pogodził się z muzyką, którą muzyk gra od lat i ją lubi, to WE ARE CHAOS spokojnie może położyć go na łopatki. Przyznam się, że takiej dawki mroku i pesymizmu to się nie spodziewałem. Tak, to prawda, nie doceniłem Pana, Panie Manson. Wydał Pan udany album. Może nie powalający, ale na poziomie. Chapeau bas.

Ocena: 7/10


WE ARE CHAOS: 42:27

1. Red Black and Blue - 5:03
2. We Are Chaos - 4:00
3. Don't Chase the Dead - 4:17
4. Paint You with My Love - 4:29
5. Half-Way & One Step Forward - 3:16
6. Infinite Darkness - 4:15
7. Perfume - 3:33
8. Keep My Head Together - 3:49
9. Solve Coagula - 4:22
10. Broken Needle - 5:23

niedziela, 9 sierpnia 2020

"Rough and Rowdy Ways" - Bob Dylan [Recenzja]


Trzeba przyznać, Bob Dylan niezły numer wykręcił swoim fanom i słuchaczom na całym świecie. Po otrzymaniu Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku, wszyscy oczekiwali czegoś nowego od laureata, który ostatni premierowy materiał wydał 4 lata wcześniej. W 2015 i 2016 ukazały się płyty, na których Dylan podpiął się pod modny nurt The Great American Songbook. Tak więc, gdy słuchacze - i czytelnicy - oczekiwali czegoś nowego, bard wykręcił im numer, i w 2017 roku wydał trzypłytowy Triplicate - również z cyklu The Great American Songbook. Fani Boba musieli więc obejść się smakiem i na premierowy materiał czekać aż do 27 marca 2020 roku. Wtedy to właśnie w internecie opublikowany został 17-minutowy, w większości mówiony utwór Murder Most Foul, który chodził za Dylanem już od 8 lat. Na całym świecie kompozycja odbiła się szerokim echem; doceniono literacki kunszt Boba, a piosenka trafiła ponadto na pierwsze miejscu Billboardu. Tak, utwór, który ma 17 minut, trafił na szczyt listy przebojów. To się nazywa "wejście z kopa"!
Mimo tego, Bob Dylan opatrzył tę kompozycję podpisem, iż jest to po prostu prezent dla fanów w podziękowaniu za wsparcie i lojalność przez te wszystkie lata. Wciąż więc nie można było być pewnym, czy jest to zwiastun nowego albumu. Większość tych wątpliwości rozwiał jednak kolejny singiel, I Contain Multitudes, który ukazał się 17 kwietnia. Tak duża aktywność w przypadku raczej milczącego twórcy musiała przecież coś oznaczać. Nowy album został oficjalnie zapowiedziany 8 maja, wraz z ukazaniem się kolejnej nowej kompozycji - False Prophet. Ujawniono wówczas, że będzie to wydawnictwo dwupłytowe i zawierać także Murder Most Foul, co potwierdziło tylko przypuszczenia, iż był to singiel. Pełną listę utworów opublikowano 11 czerwca, w filmiku umieszczonym na oficjalnym kanale YouTube Boba Dylana.
Album ukazał się 19 czerwca i zebrał praktycznie same entuzjastyczne recenzje. Krytycy okrzyknęli Rough and Rowdy Ways wielkim powrotem Dylana i jednym z jego najlepszych krążków. Płyta nieźle poradziła sobie także w serwisach streamingowych, a także na listach sprzedażowych (srebro w Wielkiej Brytanii).

Już od samego początku czuć jednocześnie Dylana starego, jak i nowego. I Contain Multitudes to bowiem bardzo oszczędny blues z mówionym, rozwlekłym i naszpikowanym nawiązaniami do historii i kultury tekstem, do których tak bardzo nas bard przyzwyczaił przez ostatnie 60 lat. Jednak, jak bardzo rzadko, mówi tu tak otwarcie o sobie. Zdaje się wręcz otwierać przed słuchaczem, do którego zresztą kilkukrotnie się zwraca. Zapowiada tu, że "pokaże swoje serce, lecz nie całe, a jedynie tę znienawidzoną jego część". Po kilkunastu sekundach przestajemy zwracać uwagę na oszczędny podkład i skupiamy się już tylko na starczym, acz wciąż zadziornym głosie Boba, który wyrzuca z siebie kolejne linijki. Świetne, nostalgiczne otwarcie, które wprowadza nas w magiczną aurę longplaya.


You greedy old wolf, I'll show you my heart
But not all of it, only the hateful part
I’ll sell you down the river, I’ll put a price on your head
What more can I tell you? I sleep with life and death in the same bed
Get lost, madame, get up off my knee
Keep your mouth away from me

I'll keep the path open, the path in my mind

I’ll see to it that there's no love left behind
I'll play Beethoven's sonatas, and Chopin’s preludes
I contain multitudes


Zdecydowanie dynamiczniej i bardziej "piosenkowo" na tle I Contain Multitudes wypada False Prophet. To jeszcze brudniejszy blues, z tym że tu dodatkowo nieco bardziej rozbudowany, i to nie tylko na tle aranżacyjnym. Mamy tu melodię, która może nie wpada szczególnie w ucho na tyle, by nucić później jej refren, jednak odznacza się na tyle dobitnie, że ciężko tego nie zauważyć. Tekstowo, ponownie mamy tu inwokację, w której Dylan przybliża nam nieco siebie, swoją przeszłość i to, o co mu właściwie chodzi w tym życiu. Znakomita kompozycja i znakomity tekst.


Hello, stranger
Hello and goodbye
You ruled the land
But so do I
You lusty old mule
You got a poisoned brain
I'll marry you to a ball and chain

You know, darlin'
The kind of life that I live
When your smile meets my smile
Something's got to give
I ain't no false prophet
No, I'm nobody's bride
Can't remember when I was born
And I forgot when I died


W My Own Version of You mamy z kolei Dylana śpiewającego miłosną pieśń. Piosence tej daleko jednak do typowej "love song". Mamy tu tekst, w którym podmiot liryczny daje do zrozumienia, że sam wziął się za formowanie swojego ideału, nie próbując się dostosowywać. Jest w tym niezmierzony egoizm, ale również bardzo czytelne nawiązanie do Frankensteina Mary Shelley. Czy rzeczywiście tak jest? Dylan, jak to Dylan, nie mówi raczej zbyt wiele o swoich utworach, więc jak zwykle pozostają nam domysły. Z pewnością jednak jest to kolejny godny uwagi utwór utrzymany w tempie mrocznego walca, z chrypiącym Bobem i kolejnym znakomitym tekstem, w który warto się wgryźć i poświęcić mu chwilę czasu, gdyż naszpikowany jest całą masą nawiązań do popkultury.


I'll take the Scarface Pacino and The Godfather Brando
Mix it up in a tank and get a robot commando
If I do it upright and put the head on straight
I'll be saved by the creature that I create
I'll get blood from a cactus, gunpowder from ice
I don't gamble with cards and I don't shoot no dice
Can you look at my face with your sightless eyes?
Can you cross your heart and hope to die?
I'll bring someone to life, someone for real
Someone who feels the way that I feel


O ile jednak w My Version of You Bob mógł sprawiać wrażenie człowieka, który ma jeszcze jakąś nadzieję, o tyle I've Made Up My Mind to Give Myself to You to już typowy dla tego artysty gorzki utwór, który potrafi mocno wzruszyć. W ostatecznym rozrachunku, nie brak tu jednak też swoistej makabreski z dodatkiem czarnego humoru. Ten tekst w ustach każdego innego mógłby zabrzmieć sztucznie, jednak Dylan wyśpiewuje go w taki sposób, że ciężko nie uwierzyć w każde napisane słowo. Po prostu starszy człowiek spogląda wstecz i rozmyśla, pochylony nad szklanką whiskey, "na tarasie, zagubiony w gwiazdach"


My eye is like a shooting star
It looks at nothin' here or there, looks at nothin' near or far
No one ever told me, it's just something I knew
I've made up my mind to give myself to you

If I had the wings of a snow white dove
I'd preach the gospel, the gospel of love
A love so real, a love so true
I've made up my mind to give myself to you


Po gorzkim I've Made Up My Mind to Give Myself to You, mamy prawdziwie mroczny, przyozdobiony brzmieniem hiszpańskiej gitary, Black Rider. Znów, mamy nieco oszczędne brzmienie, jednak absolutnie nie przeszkadza to, by bluesowy klimat całości przeniknął nas do szpiku kości. "Black rider" to nawiązanie do poezji Stephena Crane'a. Kim jednak jest w tym tekście? Interpretacji może być wiele. Bob może śpiewać tu zarówno o starości, jak i o współczesnym świecie. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak to, że jest to prośba do Śmierci, która jeździ na białym koniu, zaś przyodziana jest w czarny płaszcz? To tylko jedna z możliwych interpretacji, jednak prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co Bob miał na myśli. Może to i lepiej?


Black rider, black rider, all dressed in black
I'm walking away, you try to make me look back
My heart is at rest, I'd like to keep it that way
I don't wanna fight, at least not today
Go home to your wife, stop visiting mine
One of these days I'll forget to be kind


Z możliwego letargu wybudzić nas jednak może ostrzejszy i głośniejszy Goodbye Jimmy Reed. Tu mamy z kolei blues w bardziej dynamicznej odsłonie, a Bob, żegnając Jimmy'ego Reeda (bluesmena) postanawia postawić diagnozę społeczeństwu, tym razem rozprawiając się z religią. Dylan żadnej nie wykpiwa, siląc się na obojętność (pamiętamy jego "chrześcijańską trylogię" z końcówki lat 70., wchodzącą w lata 80.), jednak wskazuje na to, że religia zewsząd nas otacza, i każdy powinien w coś wierzyć, by mieć punkt odniesienia w tym głośnym i wyniszczonym świecie. Rzecz jasna, jest to tylko jeden z poruszonych w tym tekście wątków, jednak zdaje się zdecydowanie się tu wybijać na tle typowej dla Dylana opowieści o bluesmenie, który nie miał w życiu łatwo.


I live on a street named after a Saint
Women in the churches wear powder and paint
Where the Jews, and Catholics, and the Muslims all pray
I can tell they're Proddie from a mile away
Goodbye Jimmy Reed, Jimmy Reed indeed
Give me that old time religion, it's just what I need


Motyw muzy pojawia się w poezji i literaturze od niepamiętnych czasów (jak choćby w "Iliadzie", gdzie obecność muz była przecież uwarunkowana wierzeniami). Tutaj Bob bierze ten motyw i nie stara się przy nim zanadto kombinować. W Mother of Muses prosi muzę o inspirację, jednak ta prośba przybiera bardziej formę błagania, czym Bob zdaje się mówić, że coraz ciężej pisać mu kolejne teksty. Choć może nieco na siłę upatruję się to podtekstu, a może to być po prostu figura poetycka? Delikatny podkład i lekko płynący wokal Dylana. Tylko tyle i aż tyle.


Sing of Sherman, Montgomery, and Scott
And of Zhukov, and Patton, and the battles they fought
Who cleared the path for Presley to sing
Who carved the path for Martin Luther King
Who did what they did and they went on their way
Man, I could tell their stories all day

I'm falling in love with Calliope
She don't belong to anyone, why not give her to me?
She's speaking to me, speaking with her eyes
I've grown so tired of chasing lies
Mother of Muses, wherever you are
I've already outlived my life by far


W Crossing the Rubicon ponownie mamy nieco bardziej dynamicznego bluesa, jednak wcale niemniej enigmatyczny tekst. O czym Bob tu opowiada? Jakie wydarzenie uważa za przekroczenie Rubikonu? Nie wiadomo, jednak Dylan absolutnie na tym się nie skupia. Dzieli się bardziej swoimi przemyśleniami, które ma już po fakcie. Nie zdradzając, o czym opowiada, pozwala nam postawić się w jego sytuacji i poczuć tę świadomość podjęcia odpowiedzialnej decyzji. W pewnej zwrotce pojawia się wers, który pozwala sugerować, że podmiot liryczny popełnił morderstwo. Czy o to chodziło Dylanowi? Jak zwykle w jego przypadku, odpowiedź może być tylko jedna: nie wiadomo.


I can feel the bones beneath my skin
And they're tremblin' with rage
I'll make your wife a widow
You'll never see old age
Show me one good man in sight
That the sun shines down upon
I pawned my watch, I paid my debts
And I crossed the Rubicon


Key West to wyspa na Florydzie, podczas pobytu na której niejeden artysta znalazł natchnienie (by wymienić choćby Ernesta Hemingweya i Tennessee Williamsa). Również i Bob postanowił opiewać piękno i zbawcze działanie tego miejsca w kompozycji Key West (Philosopher Pirate). Mamy tu sporo goryczy, gdy Dylan dochodzi do wniosku, że sporą część swojego życia zmarnował na bezsensowne czynności. Całość jednak, choć nie pozbawiona smutku i melancholii, ma jednak nieco rozmarzony klimat, który jak najbardziej wciąga. Rewelacyjne zwieńczenie pierwszej płyty albumu.


‪I was born on the wrong side of the railroad track
Like Ginsberg, Corso and Kerouac
Like Louis and Jimmy and Buddy and all the rest
‪Well, it might not be the thing to do ‬
‪But I'm sticking with you through and through ‬
‪Down in the flatlands, way down in Key West
‪I got both my feet planted square on the ground ‬
‪Got my right hand high with the thumb down ‬
‪Such is life, such is happiness
‪Hibiscus flowers, they grow everywhere here
‪If you wear one, put it behind your ear
‪Down in the bottom, way down in Key West ‬



Murder Most Foul to jedyny utwór, który znajduje się na drugim dysku Rough and Rowdy Ways. To niemal 17-minutowa kompozycja, której tematem przewodnim jest zabójstwo JFK w Dallas 1963 roku. Bez wątpienia było to wydarzenie, które wstrząsnęło nie tylko Stanami Zjednoczonymi, ale i całym światem. Ludziom, których wtedy nie było na świecie, trudno wyobrazić sobie to poczucie szoku, zagubienia i dezorientacji, które towarzyszyło wówczas Amerykanom, a sądzę, że nie tylko im. Jak widać w pamięci Boba utrwaliło się na tyle mocno, że ponad pół wieku później postanowił wrócić do tych czasów. Sam moment zabójstwa ukazany jest właściwie jednak tylko w pierwszej zwrotce. Kolejne dwie to jednak mariaż nawiązań do popkultury i ważnych postaci i wydarzeń tamtych lat. Czy jednak Dylan rzuca je w sposób losowy, opisując jakąś wydumaną historię, która przekształca się w kolejny niekończący strumień świadomości? Otóż nie tym razem, gdyż bard idzie o krok dalej. Bob najpierw opowiada nam pewną historię, osadzając nas w kontekście kulturowym. Następnie zarzuca nas różnymi tytułami, wydarzeniami i postaciami, przez co wzbudza w nas uczucie dezorientacji. Gdy już jesteśmy pogubieni (jak świadkowie tamtych wydarzeń, 22 listopada '63), Dylan funduje nam gorzkie przemyślenia, pokazujące, jak bardzo to morderstwo nas już dziś nie szokuje i o czym to świadczy. Gdy zaś przyzwyczaimy się do tego, że teraz jest czas na morały, Bob ponownie nas zasypuje i okręca wokół palca. Po prostu tańczymy, jak nam zagra. I na tym właśnie polega wspaniałość tego utworu. I dlatego właśnie Murder Most Foul (tytuł swoją drogą podkradziony z Hamleta) jest na tym albumie najważniejszą kompozycją i dlatego dostał specjalną płytę. Jest to tekst, w który należy się wgryźć i zdecydowanie nie wchodzi tak łatwo, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że trwa sporo ponad kwadrans, co czyni tę piosenkę najdłuższą w repertuarze Boba. Owszem, dla kogoś, kto nie zamierza wgryzać się w słowa, będzie to tylko przydługie recytowanie podstarzałego barda. Tym zdecydowanie tę kompozycję odradzam. Ale nie sądzę, by ktoś, kto zabiera się za Dylana - szczególnie mając na uwadze kulturową pozycję jego liryków - robił to dla samej muzyki. Jeśli jednak tak jest: niech omija ten utwór szerokim łukiem. Jeśli ktoś chce poświęcić mu trochę czasu i powoli go odkrywać na nowo przy każdym przesłuchaniu - serdecznie polecam.


It was a dark day in Dallas, November '63
A day that will live on in infamy
President Kennedy was a ridin' high
Hood day to be livin' and a good day to die
Being led to the slaughter like a sacrificial lamb
He said, "Wait a minute, boys, you know who I am?"
"Of course we do, we know who you are"
Then they blew off his head while he was still in the car
Shot down like a dog in broad daylight
Was a matter of timing and the timing was right
You got unpaid debts, we've cone to collect
We're gonna kill you with hatred, without any respect
We'll mock you and shock you and we'll put it in your face
We've already got someone here to take your place
The day they blew out the brains of the king
Thousands were watching, no one saw a thing
It happened so quickly, so quick, by surprise
Right there in front of everyone's eyes
Greatest magic trick ever under the sun
Perfectly executed, skillfully done
Wolfman, oh Wolfman, oh Wolfman, howl
Rub-a-dub-dub, it's a murder most foul



Na Rough and Rowdy Ways Bob Dylan jednocześnie pozostaje sobą, jak i wprowadza nieco zmian. Zwykle enigmatyczny i zamknięty w sobie muzyk tym razem postanawia opowiedzieć nam o sobie. Robi to jednak w tak zawoalowany i zagmatwany sposób, że nie sposób uśmiechnąć się z nostalgią, wspominając jego poprzednie liryki. Żeby odczytać prawdziwego Dylana, trzeba przebić się przez cały mur kontekstów i odniesień, czym Bob zdaje się nieco zachęcać nas do nieco większej czujności i zwracania większej uwagi na otaczającą nas rzeczywistość. A gdy już zwróci na to naszą atencję, bezpardonowo wbija szpilę, pokazując jak bardzo zdeprawowane jest współczesne społeczeństwo, które nieuchronnie zmierza ku zagładzie znanego nam świata. Niby nic nowego, jednak bard robi to na tyle przekonująco i brzmi tu tak gorzko, jakby mówił nam najoczywistsze oczywistości. Tak też jest, jednak robi to w sposób nieoczywisty, nad którym trzeba się pochylić i dać mu się pochłonąć.  I to właśnie w tym od ponad pół wieku drzemie magia i uniwersalność poezji Boba Dylana. Rough and Rowdy Ways zdecydowanie nie jest albumem, który można sobie puścić w tle i robić coś innego. By w pełni docenić jego piękno i wielowarstwowość, trzeba się zaangażować, pozwolić mu się zahipnotyzować i wsłuchać się w teksty. Dopiero wtedy można zrozumieć, jak przemyślane i niejednoznaczne dzieło wydał Dylan. Dobijający osiemdziesiątki bard po prostu znowu pozamiatał. Jak dla mnie, jest to zdecydowanie jedna z płyt roku. Nie spodziewałem się, że Bob jest w stanie na tym etapie kariery wydać dzieło tak niemodne i oryginalne zarazem. Mea culpa. A, i jeszcze jedno: moja ocena nie bierze się z tego, że Dylan to Noblista i jego nie wypada krytykować. Po prostu mnie kupił tą płytą w całości, a najlepszym dowodem na to, jak wielki wywarła na mnie wpływ jest to, że słucham jej regularnie od czasu premiery, a dopiero po niemal dwóch miesiącach poczułem się gotów, by coś o niej napisać. Po pierwszych przesłuchaniach dałbym jej 9/10, jednak w Dylana trzeba się wczytać, wsłuchać i dać mu szansę. Gdy już ją dałem i udało mi się nieco bardziej zagłębić w teksty, postanowiłem dać maksimum. Zbyt dużo? Być może, jednak uważam, że jest to album kompletny i niejednoznaczny. Jeśli Rough and Rowdy Ways to pożegnanie - choć mam nadzieję, że Bob jeszcze nie raz nas zaskoczy - to godne legendy jednego z najważniejszych artystów w historii muzyki. Ten album najlepiej podsumowuje wers z utworu Key West (Philosopher Pirate): "That's my story, but not where it ends". Mamy nadzieję, Bob. Mamy nadzieję.

Ocena: 10/10


Rough and Rowdy Ways: 70:33

CD 1:
1. I Contain Multitudes - 4:36
2. False Prophet - 6:00
3. My Own Version of You - 6:41
4. I've Made Up My Mind to Give Myself to You - 6:32
5. Black Rider - 4:12
6. Goodbye Jimmy Reed - 4:13
7. Mother of Muses - 4:29
8. Crossing the Rubicon - 7:22
9. Key West (Philosopher Pirate) - 9:34

CD 2:
1. Murder Most Foul - 16:54

sobota, 8 sierpnia 2020

"Whoosh!" - Deep Purple [Recenzja]


Po Now What?! i Infinite, które zostały bardzo dobrze przyjęte, panowie z Deep Purple postanowili kontynuować współpracę z Bobem Ezrinem. Producent zasugerował muzykom jednak, że koniec kariery nieuchronnie się zbliża, więc może warto by było nagrać coś w starym, dobrym stylu. Członkowie zespołu zareagowali na ten pomysł entuzjastycznie i wzięli się do pracy. Jak wspominają, praca nad płytą przebiegała w bardzo przyjaznej atmosferze. Nagrania, tak jak w przypadku poprzednich dwóch albumów, zrealizowano w Nashville. Pomysł na nazwę płyty narodził się po napisaniu wszystkich tekstów, czym zajęli się standardowo Ian Gillan i Roger Glover. Mimo, że płyta nie jest albumem koncepcyjnym, to muzycy zorientowali się, że wszystkie teksty opowiadają o kondycji współczesnego świata. Gillan zaczął więc rozmyślać nad życiem i uznał, że przemija ono w mrugnięciu oka, przy przelatywaniu wydając tylko odgłos: "whoosh". Stąd tytuł.
Pierwszą zapowiedzią albumu był singiel Throw My Bones, który ukazał się 20 marca 2020 roku. Kolejne, Man Alive i Nothing at All, ukazały się kolejno 30 kwietnia i 10 lipca. Początkowo Whoosh! miało ukazać się 12 czerwca, jednak z powodu pandemii COVID-19, przełożono premierę na 7 sierpnia. Płyta została bardzo ciepła przyjęta przez krytyków na całym świecie.

Od pierwszego przesłuchania (20 marca) bardzo się z Throw My Bones polubiliśmy. Nie ma żadnych przydługich wstępów, czy innych bzdur, a muzycy narzucają nam dynamiczne i mocne tempo. Mamy tu przede wszystkim nie tylko chwytliwy riff gitary, ale także rewelacyjne klawisze Dona Aireya (o którym nie raz jeszcze będę wspominać, bo błyszczy on na całym albumie). Nie zawodzą także Roger Glover na basie, Ian Paice na perkusji, no i oczywiście Ian Gillan, który funduje nam tu znakomite wokale, które z miejsca wpadają w ucho, a refrenów ciężko się pozbyć z głowy po przesłuchaniu. Bez wątpienia mamy tu otwarcie w przebojowo-hardrockowym stylu, który jak najbardziej przywodzić może na myśl najlepsze osiągnięcia Deep Purple. Podsumowując: Throw My Bones był nie tylko dobrym wyborem na singiel, ale także na otwarcie albumu, bo wyjątkowo zaostrza apetyt.

What's the rush? Who's to say?
You can't escape tomorrow, it's another day
I'm hanging here, I'm here on solid ground
'Cause heaven's full, or closing down

All I've got is what I need
And that's enough, as far as I can see
Why should I walk into the great unknown
When I can sit here, and throw my bones?

Drop the Weapon rozpoczynamy ciut brudnawym riffem Steve'a Morse'a i zwariowanymi klawiszami Aireya. Generalnie jednak, jako całość, piosenka wypada raczej średnio. Szkoda zmarnowanego wstępu, bo dalej robi się nieco zbyt sztampowo i oczywiście, a utwór nudzi swoją przewidywalnością i mało angażującą melodią. Czuć, że muzycy postanowili postawić tu na chwytliwe refreny, jednak nie porywają one zanadto, więc i reszta rozłazi się w szwach. Piosenka powstała podczas sesji do Infinite, jednak muzykom nie podobała się za bardzo, więc ostatecznie z niej zrezygnowali. Szkoda jednak, że dzięki ludziom z wytwórni, uwierzyli, że może z tego coś być. Jeśli już bym to gdzieś opublikował, to na jakimś dodatkowym dysku z bonusami dla najzagorzalszych fanów. Drugi utwór, a Purple już wyhamowują. 


Everybody shouting, working up a sweat
Stepping over lines, you know what happen next
More trouble than anyone can use
It's a predetermined thing, you lose your right to choose
No way to turn it around
You got no more time, no time to calm yourself down
Once you press the button man it's coming to a head
Pretty soon, babe, you'll be a long time dead


Równie intrygującym riffem rozpoczyna się We're All the Same in the Dark. Jednak, podobnie jak w Drop the Weapon, piosenka wypada naprawdę bardzo słabo. O ile jednak w poprzedniej piosence refren mógł dawać nadzieję, że muzycy mieli na czym się oprzeć, o tyle tutaj czegoś takiego brakuje. Za dużo tu chaosu, a za mało chwytliwych melodii i czegoś, co mogłoby sprawić, że utwór ten zostanie ze słuchaczem na dłużej. A tak... nudzi już na etapie słuchania.


Baby, won't you be my friend?
And love me right until the end?
You know that fashion come and fashion go
Melting like the summer snow

I don't know what you see in me
Some would say that we're miles apart
But when everything is said and done
And the lights go down


Nothing at All brzmi już jak typowa purplowa popisówka. A więc mamy tu rozbudowane partie instrumentów (zwłaszcza klawiszy) i średnie tempo. Wciąż jednak nie jest to piosenka, którą mógłbym z czystym sumieniem polecić. W porównaniu do poprzednich dwóch jest nieco lepiej, aczkolwiek sporo jeszcze brakuje do poziomu, którego można by oczekiwać od Deep Purple. Jedyna nadzieja w świetnych wstawkach Aireya i to właśnie dzięki temu muzykowi, warto poświęcić te prawie 5 minut na ten utwór, jeśli nie brak komuś determinacji.


And the junk that sails our seven seas
Is very nearly up to my knees
But the platitudes and pleasantries
Keep saying it's nothing at all


Zdecydowanie lepiej wypada natomiast No Need to Shout. Już od pierwszych sekund mamy tu porządne uderzenie hard rockową gitarą i przez te 3 i pół minuty ani na chwilę nie zwalniamy. Gillan funduje nam ostre i dynamiczne wokale, do których dochodzi jeszcze w refrenach kobiecy chórek (tak, wiem, jak to brzmi, ale naprawdę, wypada to całkiem nieźle). Wreszcie jest tu o co się zaczepić uchem i można na poważnie zaangażować się w słuchanie. Mimo, że to piosenka bardzo prosta, to wypada naprawdę zgrabnie i pozwala mieć jeszcze nadzieję, że Purple się dźwigną.


You preach to the converted, it's insane
We're here already swinging like a train
I can only hope that you won't ram it down my throat
Don't make me swallow it again


Podniosłym wstępem organów rozpoczyna się natomiast Step by Step i od początku bez wątpienia może się to podobać, a na pewno wciągać. Mimo, że bardzo różni się od No Need to Shout, to nie powiem by kontrast pomiędzy nimi, zaszkodził którejś. Step by Step jest utrzymany w średnim tempie, jednak wypada o wiele bardziej intrygująco niż takie cukierkowate Nothing at All. Mamy tu nieco patosu i tajemniczości, a atrakcyjności chwytliwym wokalizom dodaje także - a jakże - solówka Aireya. Kolejny bardzo udany kawałek.


Step by step
Rattle through the night
Don't look now
There's no end in sight

Step by step
Moving on through the graveyard shift
No way out
That's the truth 'bout the size of it


What the What zdecydowanie może się podobać, aczkolwiek wypada on dla mnie znacznie słabiej niż poprzednie dwa numery. Tutaj panowie postawili na proste, zdecydowane uderzenie z chwytliwymi refrenami. Wypada całkiem zgrabnie, jednak raczej średniak. Dobrze jednak, że chociaż słucha się tego bez bólu.


Five string guitars, and old skin drums
On a river boat shuffle, bunch a-drunken bums
No way of knowing when the temperature dropped
The moment was hot, there was no time to stop

So bad, we were so bad, we been so bad
What the what happened to you last night?


W podobnym tonie utrzymany jest także The Long Way Around, choć mamy tu może nieco mniej dynamizmu na rzecz odrobiny bardziej podniosłego brzmienia. Ogólnie nie jest źle, choć nie ma też specjalnie czym się zachwycać. Z całej piosenki najlepiej bronią się w miarę chwytliwe refreny, no i... Airey i jego zwariowana solówka. Szkoda, bo można było z tego wycisnąć więcej.


It's been a long time coming
I never thought it would last
I think about the future
Who knows what might have happened in the past

Nothing is real
But it feels pretty good all the same
I know you from somewhere
But I can't remember your name


Podobnie jak z Throw My Bones od razu się polubiliśmy, tak i The Power of the Moon od pierwszego przesłuchania mnie zahipnotyzował, zauroczył, i musiałem go sobie - przy pierwszym kontakcie z płytą - powtórzyć jeszcze dwa razy, zanim poszedłem dalej. Jak dla mnie, jest to absolutny faworyt, a zarazem najlepszy i najciekawszy utwór na tym krążku. Poetycki tekst, niebanalna melodyka, uzależniające refreny. Nie ma sensu, bym cokolwiek więcej o tym pisał, bo jeszcze Czytelnik gotów jest posądzić mnie o pewnego rodzaju grafomanię. Po prostu - jak dla mnie - warto było dostać ten album choćby ze względu na tę piosenkę.


Who am I to say things may not all be what they seem?
And how can I disturb the facts of life?
And who am I to speak about the fabric of a dream?
And who's to say that dreams cannot be right?

It's the power of the moon


Remission Possible to nieco ponad półtoraminutowy instrumental, który jak dla mnie jest po prostu kodą dla The Power of the Moon, sprytnie łączącą go z kolejnym utworem.
Man Alive to ciężki orzech do zgryzienia, przynajmniej dla mnie. Owszem, na nudę nie da się tu narzekać, bo dużo się tu dzieje, co chwila mamy zmianę klimatu, melodii i nastroju (chociaż dominuje tu raczej przygnębiający). Muzycy dają z siebie wszystko i czuć tu prawdziwą maestrię i chęć zrobienia czegoś nieoczywistego. Problem jednak jest taki, że utwór absolutnie nie ma szansy zapaść w pamięć, bo brakuje tu melodii, które by "żarły". Jednak jeśli "chwytliwości" nie uwzględnimy jako kryterium, to Man Alive bez wątpienia jawi się jako jeden z lepszych momentów Whoosh! Może nie wracam do tej piosenki za często, ale słucha się jej wybornie.

All creatures great and small

Graze on blood-red soil
And grass that grows on city streets
It's been a quiet town
Since the juice went down
Now something's washed up on the beach
A man alive


And the Address. Tak, to And the Address, które rozpoczynało Shades of Deep Purple. Czyżby jakiś sygnał od zespołu? Rozpoczęli tą piosenką swoją karierę, a teraz nagrali ją ponownie, by zamknąć ten album. Czy oznacza to, że Whoosh! będzie ich ostatnią płytą? Kto wie. Z pewnością nie można tu mówić o jakiejś próbie redefiniowania swojego emploi, gdyż kompozycja ta wykonana jest bardzo wiernie, więc niejednemu fanowi łezka może się w oku zakręcić.
Ktoś może jednak w tym miejscu powiedzieć: "Dlaczego napisałeś, że And the Address to ostatnia piosenka, skoro, jak byk, dalej jest jeszcze Dancing in My Sleep?" Otóż Dancing in My Sleep w ogóle na tej płycie miało nie być. Muzycy nagrali ten utwór, jednak uznali, że zupełnie nie pasuje klimatem do reszty albumu i postanowili tego tu nie wciskać, a album zakończyć And the Address. Wytwórnia miała jednak inne plany i olali pierwotny zamysł muzyków, dokładając na sam koniec jeszcze Dancing in My Sleep. Czy słusznie? Zdecydowanie nie, gdyż to po prostu bardzo słaby utwór. Mógłby ewentualnie trafić na jakąś wersję deluxe albumu, ale źle się stało, że psuje pierwotny koncept, a przy tym klimat albumu. Tych, co jeszcze nie słuchali Whoosh!, a mają zamiar uprzedzam: lepiej skończyć na And the Address.


I'm flying through the night
To the rhythm of the street
I don't know what happen, baby
But my blood rise every time we meet

I come alive
I get the feeling
Everything will be alright



Jak wypada Whoosh! wobec całego medialnego szumu, który wokół niego powstał? Z pewnością bowiem jest o tej płycie głośniej, niż o Infinite. Sam album wypada jednak dość przeciętnie. Ot, wiekowi panowie zebrali się po raz kolejny i postanowili zrobić renesans starych pomysłów, urozmaicając to i owo chwytliwymi, przebojowymi melodiami. Problem jednak w tym, że to nie zawsze się udaje. I mimo, że muzycy mają serce po dobrej stronie, Whoosh! jest po prostu płytą średnią. Nie powiem, że złą, ani nijaką, bo znajduje się tu trochę dobrej muzyki, jednak materiał, który się tu znalazł, zdecydowanie nie może stawać w szranki z najlepszymi czasami Deep Purple. Black Sabbath swoim 13, The Rolling Stones Blue & Lonesome, Paul McCartney Egypt Station, czy choćby Bob Dylan swoim Rough and Rowdy Ways pokazali, że powrót do korzeni może się udać. W przypadku Purpli udał się jednak połowicznie. Mamy tu więc sporą dawkę sentymentu i starych, ukochanych przez fanów patentów, jednak brak tu czegoś, co byłoby w stanie bardziej zaintrygować młodszych do odkrywania ich starszego repertuaru. Chociaż panom z Deep Purple chyba nawet nie o to chodziło. Nagrali płytę w swoim stylu dla swoich słuchaczy. I tym właśnie Whoosh! polecam zdecydowanie, bo nie powinni się zawieść. Pozostali, jeśli chcą słuchać, robią to własną odpowiedzialność, a efekt tej przygody jest dla mnie zbyt trudny do przewidzenia, bym próbował zgadywać. Raczej ani specjalnie nie zachwyci, ani nie zirytuje. Ot, przyjemna godzinka grania, które zapomni się zaraz po wyjęciu płyty.

Ocena: 6/10


Whoosh!: 51:29

1. Throw My Bones - 3:38
2. Drop the Weapon - 4:23
3. We're All the Same in the Dark - 3:44
4. Nothing at All - 4:42
5. No Need to Shout - 3:30
6. Step by Step - 3:34
7. What the What - 3:32
8. The Long Way Around - 5:39
9. The Power of the Moon - 4:08
10. Remission Possible - 1:38
11. Man Alive - 5:35
12. And the Address - 3:55
13. Dancing in My Sleep - 3:51

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...