Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1987. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1987. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

"The $5.98 E.P. - Garage Days Re-Revisited" - Metallica [Recenzja]


Po śmierci Cliffa Burtona, muzycy rozpoczęli poszukiwania nowego basisty. Wybór padł ostatecznie na Jamesa Newsteda. Na 1987 rok Metallika zobowiązała się do uczestnictwa w festiwalu Monsters of Rock. Ich wytwórnia, Vertigo Records, zasugerowała, by zespół wydał coś nowego, by w pełni wykorzystać promocję, która wiąże się z udziałem w tego typu wydarzeniem. Niestety, pierwsze wspólne sesje zaowocowały tylko nagraniem demo Blackened. Jakby tego było mało, James Hetfield złamał rękę i przez parę tygodni nie mógł grac na gitarze. W związku z tym muzycy postanowili nagrać przeróbki klasycznych kompozycji z lat 70. i 80.
Wszystko zostało nagrane w studiach w Santa Monica i Conway. By nie zdzierać z fanów zbyt wiele pieniędzy, a także by zabezpieczyć się na wypadek sklepów podnoszących ceny, całość zatytułowali The $5.98 E.P. Dodatkowo na okładkę przyklejono naklejki z podpisami "Nie płać więcej!" i "Jeśli będą próbowali skasować więcej, KRADNIJ!"
Jak na EP-kę, wydawnictwo sprzedawało się całkiem nieźle i dziś wśród fanów jest pozycją wręcz kultową.

Bez żadnego przynudzania, od razu zaczynamy "z wysokiego C". Lars agresywną perkusją wybija pierwsze dźwięki Helpless, czyli klasyku Diamond Head. No i cóż tu właściwie powiedzieć o tym wykonaniu? Dobre, solidne, z mocą, bez przynudzania i z odpowiednią dawką energii i trashowego łojenia, którego można oczekiwać od Metalliki. 
The Small Hours Holocaust rozpoczyna się oczywiście o wiele mroczniej i klimatyczniej. Nie znaczy to jednak, że Metallica próbuje przerobić ją na jakąś balladę, absolutnie. To po prostu o wiele cięższy numer, może bez napieprzanki, ale jak najbardziej może się podobać zwolennikom takich kawałków jak For Whom the Bell Tolls, czy późniejsze Harvester of Sorrow i Sad But True.
Zupełnie bezbarwnie i bez pomysłu prezentuje się natomiast przeróbka The Wait Killing Joke. Niby gitary tną równo, Hetfield śpiewa w porządku, ale te 5 minut jakoś zbyt szybko przemija i nie bardzo angażuje.
Crash Course in Brain Surgery wypada niestety mocno bałaganiarsko. Budgie, mimo wszystko, trzymali fason i jakoś to się im wszystko kleiło, natomiast Metallica sprawia wrażenia, jakby nie do końca pamiętali jak idzie ta piosenka, więc zaczynają improwizować.

Również Last Caress/Green Hell Misfits jakoś szczególnie nie wciąga. Tu przynajmniej pojawia się już trochę większe ogarnianie granego materiału i - nie powiem - sporo energii. Jednak co z tego, skoro muzycy nie wnoszą tu nic ponad sprawdzone patenty. Ale, żeby być sprawiedliwym, powiem jednak, że to właśnie ten utwór z całej płyty najbardziej mi się spodobał i wywołał we mnie chociaż jakieś emocje podczas słuchania.

Jeśli mam być szczery, to żadna przeróbka na The $5.98 E.P. - Garage Days Re-Revisited mnie szczególnie nie porwała. No, może trochę ostatnia. Ot, czterech kumpli się zebrało, by sobie pograć piosenki, które znają i lubią. I pod tym względem jest to zdecydowanie rzecz udana i, jeśli ktoś lubi garażowe granie, to z pewnością ta EP-ka do niego przemówi. Ja jednak czekam na coś więcej niż porcja prostego, mało wnoszącego do oryginałów grania starych, sprawdzonych numerów. Jeśli ktoś chce żywiołowe granie, to Kill 'Em All będzie lepsze. Jeśli ktoś chce płytę pełną znakomitych numerów w dobrym wykonaniu i przestrzennym, klarownym brzmieniu, to Ride the Lightning i Master of Puppets będą lepsze. Ta EP-ka natomiast szczególnie do mnie nie przemawia i żadna piosenka tutaj nie ujmuje mnie na tyle, bym chciał się nad nią pochylić, lub wrócić do niej po jakimś czasie. Solidna porcja grania, acz absolutnie nie zachwycająca i mało angażująca

Ocena: 3/10


The $5.98 E.P. - Garage Days Re-Revisited: 25:05

1. Helpless - 6:39
2. The Small Hours - 6:43
3. The Wait - 4:55
4. Crash Course in Brain Surgery - 3:10
5. Last Caress/Green Hell - 3:3

niedziela, 23 sierpnia 2020

"Michał Bajor live" - Michał Bajor [Recenzja]

Od małego chłopaka gasiłem rodzicom telewizor i mówiłem, że ja umiem lepiej. Tak więc: śpiewałem, tańczyłem, zapowiadałem, robiłem miny... Z tego wynika, że nic nie spadło mi z nieba. Wokół mnie ludzie (...) wiedzieli, że zostanę artystą. No i w sumie teraz robię to, co sobie wymarzyłem od początku swojego życia: po prostu popisuję się. A najlepszą za to nagrodą są oklaski.
Michał Bajor urodził się 13 czerwca 1957 roku w Głuchołazach. Niedługo potem jednak wraz z rodzicami przeprowadzili się do Opola, gdzie jego ojciec dostał angaż w teatrze lalek. Jako aktor miał wejściówki m.in. do Amfiteatru, gdzie zabierał Michała i razem oglądali próby do I Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu (a także kolejnych edycji). Bajor od samego początku otoczony był więc artystami tej miary, co Wojciech Młynarski, Czesław Niemen czy Ewa Demarczyk, a ponadto ojciec, jako aktor, często zabierał go na różne przedstawienia. Michał od początku więc wiedział, że w przyszłości chce występować. Nieważne gdzie i w jakim charakterze. Rodzice zapisali go więc do szkoły tańca, a także do klasy fortepianu. Bajor godził te obowiązki, jednocześnie grając w amatorskim, dziecięcym teatrzyku organizowanym przez ojca.
W 1970 roku zadebiutował w eliminacjach do festiwalu w Opolu, śpiewając w zmyślonej francuszczyźnie (czyli po prostu coś tam chrząkając i co jakiś czas wtrącając słynne, francuskie "r"). Jury tak śmieszył mały chłopak, że przepychali go przez kolejne etapy, aczkolwiek na scenę ostatecznie nie trafił, gdyż był na to o 3 lata za młody. Michał wrócił więc 3 lata później na Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze,  który wygrał śpiewając piosenkę Siemionowna. Później pojawił się w Sopocie, a także krótko koncertował. Potem jednak nadszedł czas na kształcenie. Dostał się do PWST w Warszawie, skąd później trafił prosto na deski sceniczne (Equsus) i przed kamery filmowe (Wieczór u Abdona - debiut reżyserski Agnieszki Holland, gdzie zagrał u boku Beaty Tyszkiewicz).
Do piosenki jednak niedługo potem wrócił, gdyż w 1984 pojawił się na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, gdzie został dostrzeżony. Wystąpił na nim jeszcze 2 lata później, co doprowadziło go prostą drogą do Festiwalu w Sopocie, gdzie pojawił się już jako gwiazda. Zaśpiewał tam mini-recital, otrzymując Nagrodę Dziennikarzy i pokonując m.in. Edytę Geppert, która wyszła ze swoim Och, życie, kocham cię nad życie (piękną klamrą swoją drogą było to, że Bajor zinterpretował ten utwór niemal 40 lat później na płycie Moja miłość). To przełomowy moment w karierze Artysty. Uzbrojony w piosenki i tłumaczenia m.in. Wojciecha Młynarskiego, został okrzyknięty "polskim Charlesem Aznavourem". Nie trzeba było długo czekać na to, by zgłosiła się do niego wytwórnia, która wyraziła chęć nagrania płyty.
Album Michał Bajor live nagrany został podczas koncertów na przełomie lat 1986/1987, a więc na fali największych sukcesów Bajora, w Teatrze STU w Krakowie. Artysta wystąpił tam z orkiestrą ALEX BAND pod batutą Aleksandra Maliszewskiego. Płyta okazała się gigantycznym sukcesem, rozchodząc się w kilkuset tysiącach egzemplarzy i otworzyła Bajorowi drogę do sławy.

Mandalay to jeden ze sztandarowych songów Bertolda Brechta. Bajor po raz pierwszy zaśpiewał tę piosenkę w spektaklu Niebo zawiedzionych w Teatrze Ateneum. Trzeba przyznać, że utwór ten, ze względu na swój dynamizm znakomicie otwiera longplay. Mamy tu tekst pełen niecenzuralnych słów (opowiada zresztą dzieje pewnego domu publicznego w tytułowym mieście), znakomite, głośne wokale Bajora i świetnie zaaranżowaną orkiestrę z głośnymi, wybuchającymi co jakiś czas dęciakami. Znakomity utwór, który stał się jednym z większych przebojów Bajora i jest przez niego wykonywany na koncertach nawet 35 lat po premierze.

Szopa Starej Godam w Mandalay
Siedem desek u zielonych mórz
To jest dopiero burdel, że aż hej
W kolejce pode drzwiami piętnastu czeka już
Na zegarek patrz i raz i wiej
Czy to jeden chłop jest w Mandalay?
Dziwki są najlepsze, psia ich mać
Grosz ostatni warto na nie dać
No i teraz wszystko byłoby w porządku
Gdyby tamten w środku trochę szybszy był
Więc za spluwę i w te drzwiczki trach, trach
Bo tak czekać to już człowiek nie ma sił

Przed kolejnym utworem Bajor mówi parę słów do publiczności. Warto wiedzieć, że sam Artysta jeszcze nie jest tu tym gawędziarzem, którego można znać z jego współczesnych koncertów. Wtedy jest jeszcze dość oszczędny w słowach i dość lapidarnie zapowiada kolejno trzy piosenki Jacquesa Brela w tłumaczeniach Wojciecha Młynarskiego, które śpiewał w spektaklu Brel. Pierwszą z nich jest olśniewający Walc na tysiąc pas. Myślę jednak, że głównym źródłem ponadczasowości tego utworu jest interpretacja Bajora, który robi tu użytek ze swojej nienagannej dykcji. Sama kompozycja powoli się rozwija, więc na początku mamy doprawdy ślamazarne tempo, by pod koniec Artysta wyrzucał z siebie kolejne słowa z prędkością karabinu maszynowego. Przy każdym kontakcie z tym utworem, jestem jednakowo zahipnotyzowany i pełen podziwu dla wykonania Bajora.

No a w trzecim takcie walca
przybył ktoś, tym kimś miłość jest,
w trzecim takcie tego walca
troje nas tańczy, po balu kres
Paryż rytm równiutko odmierza
i w tym rytmie serca nam drżą,
Paryż sam rytm walca odmierza
z nami radość wyśpiewać chce swą

Zupełnie zmieniamy jednak nastrój przy Jef. Już na wstępie zaznaczę, że jest to jedna z najpiękniejszych piosenek o przyjaźni, które słyszałem. Znów mamy tu wypełniony emocjami wokal Bajora, który próbuje pocieszyć przyjaciela, którego zostawiła kobieta. Utwór ten potrafi wzruszyć i chwycić za serce swoją szczerością, żarliwością i przejmującym wydźwiękiem.

Chodź, mam jeszcze parę stów, pójdziemy przepić je, niedrogie bistro znam
Chodź, gdy stracę parę stów też bracie nie martw się, jak król mam kredyt tam
Będziemy tęgo jeść krewetki, frytki, raz! krewetki, frytki bis! i wino pić do dna
Gdy nie pomoże to zmienimy lokal, bo madame Andre od dziś dziewczyny nowe ma
I świat się będzie śmiał i zaśpiewamy znów, jak kiedyś ile sił
Jak gdybym forsę miał
Jak gdybyś młody był

Następny to chyba najbardziej różniąca się aranżacyjnie piosenka w stosunku nie tylko do oryginału Jacquesa Brela, ale i choćby wykonania Bajora w spektaklu Brel. Absolutnie jednak nie jest to zarzut, gdyż w tej formie zyskała tylko dynamiczności i większej egzaltacji w wykonaniu. Kolejny znakomity utwór.

Następni wszystkich raz, ze wszystkich świata stron
Swą dłoń mi dajcie lecz nie pocieszajcie mnie
Następny

Że być następnym niż poprzednim lepiej jest
Że mimo wszystko to mniej upokarza cię
Następny

Na stryczek splatam sznur, nóż ostrzę nocą złą
Bo jeśli żyć to jak, jak żyć, by nie być wciąż
Następnym

Przyznam się, że chociaż to właśnie Brela Bajor najbardziej przybliżył polskiej publiczności, a także to właśnie z nim najbardziej jest dziś kojarzony (choćby przez nieśmiertelne Nie opuszczaj mnie), to ja zawsze wolałem tego Artystę w repertuarze innego giganta francuskiej piosenki, a mianowicie - Charlesa Aznavour. Ja wbity w kąt to tłumaczenie kompozycji Et moi dans mon coin właśnie "francuskiego Franka Sinatry". To jeden z większych przebojów Bajora, opowiadający o zazdrosnym mężczyźnie obserwującym swoją partnerkę podczas tańca z innym mężczyzną. Sam tekst jednak to poruszający zapis myśli człowieka porzuconego i czującego dojmującą samotność, co uwypukla tylko znakomita, oszczędna w środkach interpretacja Bajora.

On skinął głową, przeszył go dreszcz,
ty jego słowom
uśmiechy ślesz,
on zamilkł skromnie
brakło mu tchu
ty żal masz do mnie
że jestem tu

Okładka wznowienia CD z 1998 roku.
Co ciekawe, utwór Ogrzej mnie, tak dziś przecież kojarzony z Bajorem, nie był napisany dla niego. Otóż do Wojciecha Młynarskiego i Włodzimierza Korcza w 1986 roku zgłosiła się aktorka, Krystyna Janda, prosząc by napisali jej na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu piosenkę, w której ""mogłaby się wykrzyczeć". Młynarski napisał więc tekst, który dziś uznawany jest za jeden z lepszych liryków w dziejach polskiej piosenki, opowiadający zresztą o niemocy twórczej i będący błaganiem do Muzy, by zesłała na niego inspirację i pozwoliła napisać coś wybitnego. Korcz okrasił to znakomitą muzyką w stylu tanga. Janda wykonała ten utwór na PPA i wbiła publiczność w fotele, za co została nagrodzona owacjami na stojąco. Bajor, wiedząc że w Sopocie w 1986 roku będzie mógł się zaprezentować szerszej publiczności, czuł, że ta kompozycja może przynieść mu dużo szczęścia. Poprosił więc Jandę, by mu tę piosenkę pożyczyła. Artysta jednak wykonał ją w sposób tak przejmujący, że okazało się, iż ten utwór o wiele bardziej leży mu, niż prewykonawczyni. I w ten oto sposób Ogrzej mnie przylgnęło do Bajora i stało się jednym z jego sztandarowych utworów. Nic dziwnego; jego legenda jest jak najbardziej uzasadniona, bowiem to utwór - mówię serio - wybitny, który robi wrażenie przy każdym przesłuchaniu, nie tylko wspaniałym tekstem i świetną muzyką, ale i niepowtarzalną interpretacją Bajora, który wykonuje to w jedyny i niepowtarzalny sposób.

Ogrzej mnie,
zażarta na ten świat niezgodo
z którą rozstałem się tak młodo
powróć, ogrzej mnie!
Rozżarz mnie
chwilo szaleństwa i radości
mej tożsamości, niezmienności
dowiedź - rozżarz mnie!
Mój świecie rozpal duszę moją aż do końca,
mój świecie zamień duszę mą w cząsteczkę słońca,
niech świeci w mroku, niech rozjaśnia dni parszywe
chcę mieć gorączkę! Give me fever!

Mój żołnierzyku to kolejna bardziej dynamiczna kompozycja. Jak przyznaje sam Bajor, tekst do tej piosenki Młynarski wygrzebał z szuflady. Bajor był wtedy jeszcze zbyt młodym wykonawcą, by tacy autorzy zdążyli napisać mu wystarczająco sporo piosenek, by mógł nimi wypełnić album. Ten więc jest z rodzaju tych, których po prostu jeszcze nikt nie zaśpiewał. Młynarski jednak fuszerki nie odstawiał, więc prezentuje on wysoki poziom. Szkoda tylko, że muzyka Aleksandra Bema jest dość mało atrakcyjna i niewiele się tu dzieje. Na szczęście sytuację ratuje znakomita aranżacja orkiestrowa i wokale Bajora, dzięki czemu utwór ten wypada naprawdę dobrze.

I nie przeszło mi przez myśl
kiedym sen dziecinny śnił
że się mogą bawić mną
tak jak bym z ołowiu był
Że pajacom nie drgnie brew
kiedy w kwiecie młodych lat
padnę, choć nie ołów - krew
nie dziecinny pokój - świat

O wiele ciekawiej wypada utwór Zabawa z muzyką Janusza Stokłosy do wiersza Ewy Lipskiej. Jest to bez wątpienia jeden z najambitniejszych artystycznie momentów albumu. Nie da się tu wyodrębnić refrenu i absolutnie nie można być pewnym tego, co za chwilę nastąpi, choć całość utrzymana jest w jednym klimacie, dzięki czemu wypada spójnie i przemyślanie. Do tego dochodzi jeszcze niejednoznaczny tekst przejmująco wyśpiewany przez Bajora.

Zabawa dziwnie się zaczęła
Ktoś nie chciał przerwać, gdy już zaczął
Kimś innym wojna się zajęła
Ktoś nagle gwiazdy w dzień zobaczył

Pierwszą w pełni autorską piosenką napisaną przez Bajora był Błędny rycerz. Myślę, że każdy artysta marzyłby o tym, by pierwszy utwór podarowali mu Wojciech Młynarski i Włodzimierz Korcz. Jako, że ten duet nie zawodzi, to i ta kompozycja jest bez wątpienia olśniewająca. Okazała, orkiestrowa aranżacja, znakomite wokale Bajora, w której może eksponować siłę swojego głosu, no i niebanalny tekst Młynarskiego. Kolejny wielki przebój Artysty.

Ludzie są jacy są,
ludziom niewiele się marzy,
mało chcą, grzecznie śpią,
przegrani, trwożni, szarzy.
A mnie gna, goni mnie,
myśl, że coś jednak się zdarzy,
że lśni w noc okno, gdzie
jest Dulcynea, moja nadzieja.

Na sam koniec mamy utwór zatytułowany - nomen omen - Początek drogi. Jest to bez wątpienia, jak zresztą mówił o tym sam Artysta, credo Bajora spisane dla niego przez Wojciecha Młynarskiego. Nie da się ukryć, że to właśnie tutaj mogła wybrzmieć najmocniej i najszczerzej piosenka śpiewana do swoich przodków przez młodego artystę, który rozpoczyna karierę i prosi ich, by ustrzegli go, przed pułapkami sławy. Przejmująca kompozycja, mądry tekst i rewelacyjne wykonanie Bajora. Czyli po prostu: tak jak na całej płycie.

Niech się na scenie me słowo prosto i jasno tłumaczy,
niech będzie co dzień na nowo przeciwko czemuś, za czymś
Chcę prawdę wyrwać spod maski i dodam szczegół zabawny:
chcę zbierać za to oklaski, ja jeszcze chcę być sławny.
A wy, gwiazdorzy kochani, ze swych dalekich gwiazd,
ech, bądźcie kolegami, szepnijcie mi choć raz,
gdy buchnie oklasków wrzątek, nie szczędźcie mi przestrogi,
że to dopiero początek, początek mojej drogi.


Michał Bajor live to zdecydowanie wydawnictwo do niejednego przesłuchania. Bajor już nigdy później nie był tak żarliwy, jak tutaj. Potem zaczął zwracać większą uwagę na teksty i znakomicie się do nich dostrajał (i takiego też Bajora wolę), jednak tutaj robi to bardzo intuicyjnie, przez co wypada bardzo młodzieńczo, szczerze i po prostu naturalnie. Jego głos jest tu bardzo mocno rozwibrowany, co sprawia, że niektórych ludzi może to po prostu odpychać, jednak moim zdaniem warto się z tym albumem zapoznać nawet mimo tego. Ja owo słynne vibratto bardzo lubię, choć raczej w nieco bardziej oszczędnej formie, jak na jego późniejszych płytach. Tu jednak, mimo to, jestem pod wielkim wrażeniem zarówno interpretacji, jak i znakomitego doboru repertuaru (który siłą rzeczy opiera się na piosenkach cudzych, bądź też przetłumaczonych), dzięki czemu całe wydawnictwo jest spójne, ma bardzo dobrze rozłożone akcenty i nie sposób się na nim nudzić. Rewelacyjny album.

Ocena: 9/10


Michał Bajor live: 41:16

1. Mandalay - 2:12
2. Walc na tysiąc pas (La valse a mille temps) - 5:30
3. Jef - 3:17
4. Następny (Au suivant) - 2:24
5. Ja wbity w kąt (Et moi dans mon coin) - 3:44
6. Ogrzej mnie - 3:55
7. Mój żołnierzyku - 3:32
8. Zabawa - 3:15
9. Błędny rycerz - 3:15
10. Początek drogi - 3:13

środa, 15 kwietnia 2020

"The Eternal Idol" - Black Sabbath [Recenzja]


Kolejny album i kolejny wokalista. Początkowo Iommi nowy materiał chciał nagrać z Ray'em Gillenem. Zrobili też ku temu przymiarki, komponując większość nowych utworów i nagrywając taśmy demo. W skutek nieporozumień, Gillen odszedł jednak z zespołu, a na jego miejsce "wskoczył" Tony Martin, którego rola ograniczyła się praktycznie do odśpiewania partii Gillena i częściowemu autorstwu dwóch utworów. Płytę nagrywano w kilku studiach i z trzema różnymi producentami, z czego każdy chciał mieć jak najwięcej do powiedzenia, więc dokonywali daleko idących zmian, którego nie mogły ostatecznie skończyć się spójną całością.
Płytę wydano 1 listopada 1990 roku i spotkała się z żenująco słabym zainteresowaniem (nawet biorąc pod uwagę Seventh Star). Prawie w ogóle się nie sprzedawała, a krytycy zrównali materiał z ziemią. Z miejsca skreślono więc nową odsłonę Black Sabbath.

Całkiem niezły rozpęd daje płycie The Shining. Jeśli chodzi o nowego wokalistę, to najbliżej mu do Ronnie'ego Jamesa Dio, nie tylko barwą, ale i często używanymi wyższymi rejestrami, które czasem mogą irytować. W tym kawałku jest to jednak raczej okazjonalne, a i sama piosenka wypada naprawdę w porządku, w stylu, którego można by oczekiwać od Black Sabbath (choć wciąż o mroku i posępnym nastroju można tylko pomarzyć).

As the page is turned and the story's told
From the visions he had seen
The house on the hill with the haunting eyes that call
No one left when madness came out
To play its game
If you stay too long, you'll finally go insane

Słabiej wypada natomiast pseudo-mroczny i tajemniczy Ancient Warrior. Jedyne, co ten utwór ma dobrego, to całkiem udany riff. Reszta jednak to klasyczne dla lat 80. "radio-friendly" metalowe granie, które nie wyróżnia się niczym szczególnym, a wręcz jest tak kiczowate i zachowawcze, że aż zęby momentami bolą. I jeszcze te sztuczne chórki w refrenach... No błagam...

There's no end there's no beginning to the old man's story
Does he still remember me from lives gone by?
I see his spirit rising upon the black of time
I've got nowhere to hide
Will he keep a place for me?

Podobnie nieciekawie i mało oryginalnie wybrzmiewa Hard Life to Love. To już o wiele bardziej rozpędzony i dynamiczny kawałek, jednak niezbyt interesuje i jest raczej wtórny, typowy dla wszystkich grających wówczas zespołów metalowych.

You're standin' in the rain with
No cover but you never complain
You're an angry young man face to
Face but your mirrors insane
It's a hard life to love

Jeszcze bardziej kiczowato wypada "podniosły" Glory Ride z absolutnie koszmarnymi i tandetnie brzmiącymi klawiszami, które mają piosence dodać odrobiny patosu i doniosłości. Takie przynajmniej było chyba założenie, jednak spokojnie można uznać, że się nie udało, bo i sam utwór kompozycyjnie nie ma raczej nic ciekawego do zainteresowania i jest to po prostu prawie 5 minut nijakiego i raczej mało oryginalnego grania.

Dressed to kill where eagles dare
The fate of a nation's at hand
Is this the answer to the prayers
Come the dawn, thru the blood
Red skies return with tears
In their eyes, and they
Recall thou shalt not kill

Nieciekawie wypada także Born to Lose. O ile jeszcze z poprzednich kawałków można było czerpać jakąś przyjemność i po prostu dać się ponieść, o tyle tutaj absolutnie nie ma mowy o żadnych miłych wrażeniach z odbioru. To po prostu okropnie sztampowy, nieciekawy i nieprzyjemny kawałek bez aspiracji by być czymś więcej niż zwykłym wypełniaczem.

I'll play your game
But if you lose you're gonna have to pay the price
Broken chains, like a prisoner free at last
The fear inside just up and died
Time will tell if I am wrong

Nie najgorzej wypada natomiast Nightmare. Rozpoczyna się raczej niespiesznie, by w końcu uderzyć potężnym riffem i potem płynąć dynamicznie, ale i nie bez ciężaru. Nie ma tu może mowy o jakimś powrocie do formy, czy też choćby nad wyraz dobrym numerze, ale w porównaniu do reszty materiału, piosenka brzmi naprawdę bardzo dobrze.

Silent screamer filled with fear
As the night time shapes a face
Then disappears
Scared forever into believing
That your mind has met the
Prince of whom you see

Scarlet Pimpernel to akustyczna miniaturka Iommiego. Gitarzysta dawno nie sięgał do tej formy, więc cieszy jej powrót, tym bardziej że jest naprawdę całkiem zgrabna. Można oczywiście zapomnieć o takich uroczych motywach jak w Orchid, Fluff czy Laguna Sunrise, ale jest naprawdę przyjemnie.
Lost Forever trzyma poziom i wypada całkiem przyzwoicie, mimo że to tylko kolejny dynamiczny i sztampowy metalowy kawałek.

All your life you're bin slipping and sliding
Trying to find a way
Sun won't shine but now it's your time to pay
There's no turning back as you look
The hangman in the eye
Now hell's just your death away
It's too late to say you care
When there's evil in your stare
You say you're not to blame

Na samym końcu czeka na nas jednak prawdziwa perełka, czyli - wreszcie! - ciężki, mroczny, posępny i tajemniczy Eternal Idol. Już od pierwszego wejścia riffu czuć klimat starego Black Sabbath, a perkusja w zwrotkach przywodzić może na myśl nawet utwór Black Sabbath. Bez obaw, nie mamy tu jednak do czynienia z autoplagiatem. Powolne i mroczne zwrotki kontrastują tu z wybuchającymi refrenami, w których Martin sięga po nieco wyższe dźwięki. Eternal Idol to bez wątpienia piosenka udana i najlepszy moment krążka, który pokazuje, że gdyby muzykom się chciało popracować nad repertuarem, to z tą płytą mogłoby być o wiele lepiej.

Child of tomorrow will die
Not even born
Jesus, our questions he never seems to hear
Dying for the answers may be price we pay
To find a key to our lives


The Eternal Idol to zdecydowany spadek formy i najsłabszy wówczas album Black Sabbath. Słychać, że zespół jest raczej mało zgrany, ale też nie ma co zwalać winy na dość ruchomy skład. Iommi proponuje w większości raczej odtwórcze i mało oryginalne riffy, opierając się w większości na sprawdzonych patentach, a także kierunku, który obrało w tamtym czasie większość zespołów metalowych. Co do Tony'ego Martina... czuć, że jest tu właściwie tylko na etacie. Dostał do odśpiewania partie innego wokalisty i dał tu próbkę swojego stylu, acz nie zaprezentował się jeszcze w stopniu, na który pozwalają jego ambicja, możliwości i warunki wokalne. Jeśli chodzi o same kompozycje, to zgrabniej wypada bez wątpienia końcówka, a na początku jest naprawdę słabo. Nie mają tu czego szukać fani mrocznego i posępnego Sabbathu z Ozzym, a nawet tego z Dio (ci mogą zadowolić się tylko utworem tytułowym). To jest Black Sabbath, w którym Tony Iommi podąża za trendami i zapomina o swoich korzeniach, w efekcie czego powstaje rzecz zdecydowanie zbyt mało sabbathowa. Nie słucha się tego może z bólem, ale raczej bez większej przyjemności.

Ocena: 3/10


The Eternal Idol: 42:42

1. The Shining - 6:00
2. Ancient Warrior - 5:28
3. Hard Life to Love - 5:00
4. Glory Ride - 4:49
5. Born to Lose - 3:43
6. Nightmare - 5:19
7. Scarlet Pimpernel - 2:05
8. Lost Forever - 4:03
9. Eternal Idol - 6:33

środa, 25 marca 2020

"Live in Australia with the Melbourne Symphony Orchestra" - Elton John [Recenzja]


Problemy sprzedażowe wydały się dla Eltona Johna sprawą drugorzędną, gdy jego głos zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Eksploatowany od lat 60. wokal w końcu musiał się zbuntować. Na początek roku 1987 zaplanowano więc operację strun głosowych. Dla muzyka było to spore ryzyko. Po zabiegu mógł zupełnie stracić głos, jednak było to konieczne dla jego zdrowia, a nie tylko higieny. Gdyby operacja się nie udała, Elton do końca życia mógłby już pozostać tylko pianistą i kompozytorem. Mimo zdecydowanych zaleceń lekarza, by do czasu operacji nie forsować głosu, Elton zdecydował się na dwumiesięczną trasę koncertową (Tour de Force) z orkiestrą po Australii i Nowej Zelandii, która - w razie niepowodzenia operacji - miałaby być tą pożegnalną. Od razu może więc rozwiążmy sprawę wokalu na koncertach: słychać, że głos Eltona jest bardzo wyeksploatowany i, mimo że jest w stanie wyciągnąć czasem wyższe noty, to często gardło odmawia mu posłuszeństwa. Dlatego też, mimo że zaangażowanie Johna jest słyszalne tu lepiej, niż na jakiejkolwiek innej koncertówce, nie zawsze radzi sobie ze wszystkimi dźwiękami. Podczas tych koncertów Elton często musiał kaszleć i pluć flegmą, a James Newton Howard wspomina jak przed jednym z koncertów wszedł do garderoby Johna, a ten nie był wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Dostał po tym zdarzeniu dyspozycję, by przez 4 dni nic nie mówić. Operacja, jak wiemy, udała się, jednak głos Eltona stracił część górnego rejestru na rzecz głębszej, niższej barwy, z tenoru stając się barytonem. Po koncertach i operacji Elton musiał zrobić sobie przerwę od śpiewania na kilka miesięcy, a Tour De Force okazało się być jego ostatnią trasą na kolejne 18 miesięcy, w trakcie których jego gardło musiało dojść do siebie, a on sam nauczył się innej higieny głosu, zamiast gardłem - śpiewając przeponą.
Koncerty podzielone były na 2 segmenty. Pierwszy przypominał regularne koncerty Eltona z 14-osobowym zespołem i krzykliwymi przebraniami, podczas którego grał takie utwory jak Philadelphia Freedom, Levon, Rocket Man, The Bitch Is Back, Daniel, Bennie And the Jets, Sad Songs (Say So Much), I'm Still Standing czy Heartache All Over the World z wydanego niedawno albumu Leather Jackets. W drugiej części koncertu na scenę wchodziła jednak orkiestra, którą dyrygował James Newton Howard, a Elton przebierał się za Mozarta i - oprócz kilku przebojów - grał utwory nieco mniej znane, acz stworzone właśnie do wykonywania z orkiestrą. 
Płyta ta to zapis właśnie tej drugiej części, nagranej podczas jednego z ostatnich koncertów tej trasy, 14 grudnia 1986 roku. Album wydano w 1987 roku i ostatecznie pokrył się w Stanach Zjednoczonych platyną, a singiel zawierający nową - czytaj: zaśpiewaną na żywo - wersję Candle In the Wind przebił popularnością pierwsze wydanie tej piosenki z 1973 roku, trafiając na 6. miejsce listy "Billboardu", a w Wielkiej Brytanii - na 5. 

Sixty Years On to jeden z najbardziej rozbudowanych, symfonicznych kawałków w repertuarze Eltona, więc nie dziwi też fakt, że rozpoczyna tę płytę (i rozpoczynał też tę część koncertu). Najpierw delikatnie, potem mocne natężenie i po chwili ukojenie za sprawą przepięknego motywu harfy. Głos Eltona - co słychać już przy pierwszym wejściu - jest mocno "sfatygowany" i słychać, że jego gardło już jest na wyczerpaniu. Nie można jednak odmówić mu wyraźnie słyszalnej pasji i serca, a całe wykonanie brzmi naprawdę rewelacyjnie i w udany sposób otwiera longplay.
I Need You To Turn To to kolejny numer z albumu Elton John. Nieco już zapomniany, ale tym bardziej cieszy, że muzyk zdecydował się go przypomnieć. To przepiękna kompozycja, więc nie będzie zaskoczeniem, że i tu wypada przepięknie.
Kolejną piosenkę Elton zapowiada, jako jeden ze swoich ulubionych tekstów, które dostał od Taupina, po czym orkiestra zaczyna grać przepiękny motyw przewodni The Greatest Discovery. Przy każdym kontakcie z tą piosenką nie mogę wyjść z podziwu, jak piękna jest to melodia. Wszystko zagrane jest tu dość wiernie, w stosunku do oryginału, więc - co jasne - wypada naprawdę zjawiskowo.
Niemniej dzieje się też w rozbudowanym i patetycznym Tonight ze wspaniałego albumu Blue Moves. Nie ma o czym się za bardzo rozpisywać, bo całość zagrana jest bardzo podobnie, jak na wersji studyjnej. Oczywiście najbardziej rzuca się w oczy zmieniona linia wokalna; Elton w wersji na Blue Moves śpiewał momentami bardzo wysoko. Tutaj nie jest w stanie już wyciągnąć tych dźwięków, ale absolutnie nie rzutuje to na szczerość przekazu.
A teraz największy przebój z Blue Moves - Sorry Seems To Be the Hardest Word. I tutaj wysokie momenty Elton musiał zastąpić, jednak - ponownie - brzmi to równie dobrze.
The King Must Die to od zawsze moja ulubiona piosenka z albumu Elton John. Wolno się rozwijająca, bezbłędnie budująca napięcie, aż do wybuchowego finału.
Wreszcie dostajemy coś jednoznacznie dynamicznego, czyli potężnie brzmiące Take Me To the Pilot. Pierwsza zwrotka tylko do akompaniamentu fortepianu Eltona, po chwili dochodzi orkiestra i mamy już rozpędzone refreny. Żal, że nie wykorzystano w nich w pełni potencjału symfonicznego, ale wynagradza nam to w pełni rozbudowane zakończenie. W wersji studyjnej tę piosenkę po prostu wyciszono, ale, od kiedy usłyszałem wersję koncertową, już zawsze ta na płycie brzmi dla mnie jak wybrakowana.
Przychodzi czas na ponadczasowe (choć wtedy jeszcze nie tak popularne) Tiny Dancer. Bardzo poprawne wykonanie.
A teraz jeden z moich ulubionych utworów Eltona, czyli rozbudowane, barokowe Have Mercy On the Criminal, skonstruowane według metody Hitchcocka: zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem napięcie tylko wzrasta. Znakomite wykonanie.
Gdy po raz pierwszy trzymałem płytę w rękach, wiedząc w jakiej formie wokalnej był wóczas Elton, i spojrzałem na listę utworów, moje spojrzenie zatrzymało się na Madman Across the Water. To jedna z moich ulubionych piosenek Eltona, ale jednocześnie bałem się tego, jak tu wypadnie. Najgorsze co może być, to słyszeć, jak artysta masakruje na scenie twoją ulubioną piosenkę. Słuchałem więc z pewnymi obawami. Wstęp nieco inny od studyjnego, jednak potem... wszystko jest w jak najlepszym porządku. Oczywiście, Elton musiał nieco obniżyć dźwięki tu i tam, jednak generalnie wypada to równie powalająco, jak w wersji, którą wielbię. Nie było się czego obawiać.
Candle In the Wind w wersji z tej koncertówki zyskała większą popularność, niż oryginał z 1973 roku. Na pierwszym planie mamy Elton i jego fortepian, a orkiestra stanowi tylko subtelne tło.
Jedyny utwór z Tumbleweed Connection z tak rozbudowaną orkiestracją. Burn Down the Mission, oprócz oczywistych symfonicznych, ma też naleciałości rockowe, co słychać, gdy w motywie przewodnim uderza nas gitara elektryczna. Elton zmienił trochę riff fortepianowy w stosunku do wersji studyjnej i w takiej wersji o wiele bardziej mi się też podoba. Bardzo dobre wykonanie.
Oczywiście nie mogło też zabraknąć Your Song. To piosenka-wizytówka Eltona i każdy jej wykon jest na absolutnie najwyższym poziomie.
Kończymy z klasą, bowiem wykonanie Don't Let the Sun Go Down On Me naprawdę powala. Potężna symfonika, piękne wokale Eltona i chór, który nie brzmi patetycznie. Wspaniałe zakończenie.


Uwielbiam momenty twórczości Eltona, gdy ten łączył popowe i rockowe momenty z symfoniką. Od razu warto zaznaczyć, że Live in Australia with the Melbourne Symphony Orchestra jest kierowany właśnie fanów takiej stylistyki. Koncerty "pożegnalne" składały się z dwóch części: tej tradycjonalnej, rockowej i właśnie symfonicznej. John postanowił nadać tej koncertówce jakąś spójność, więc zdecydował się na wydanie nagrań tylko z części z orkiestrą. Jeśli dla kogoś symfonika kojarzy się więc z patosem i zbyt duża dawka jest dla niego niepożądana, to nie spodoba mu się ta płyta. Momentów dynamicznych jest tu jak na lekarstwo; głównie wypełniają go same wysokojakościowe ballady z patetyczną symfoniczną oprawą. Jest to album dla wszystkich, którzy lubią właśnie takie oblicze Eltona, w tym i dla mnie, bo to jedna z moich ulubionych płyt muzyka z lat 80. Jasne, jego gardło jest tu bardzo nadwyrężone, więc wokale nie dorównują tu wersjom z płyt. Ale czuć tu po prostu pasję i serce. W każdej piosence John daje z siebie wszystko, byle tylko zaśpiewać to najlepiej jak może. I wypada to docenić, a także dać szansę tej koncertówce, bo to ponad godzina znakomicie zagranej muzyki na wysokim poziomie.

Ocena: 9/10


Live in Australia with the Melbourne Symphony Orchestra: 73:46

1. Sixty Years On - 5:41
2. I Need You to Turn To - 3:14
3. The Greatest Discovery - 4:09
4. Tonight - 5:58
5. Sorry Seems to Be the Hardest Word - 3:58
6. The King Must Die - 5:21
7. Take Me to the Pilot - 4:22
8. Tiny Dancer - 7:46
9. Have Mercy on the Criminal - 5:50
10. Madman Across the Water - 6:38
11. Candle in the Wind - 4:10
12. Burn Down the Mission - 5:49
13. Your Song - 4:04
14. Don't Let the Sun Go Down on Me - 6:06

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...