Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1980. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1980. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

"One-Trick Pony" - Paul Simon [Recenzja]


Każdy artysta po wielkim sukcesie swojej płyty, kułby żelazo póki gorące. Ale nie Paul Simon. Ten, po wielkim sukcesie Still Crazy After All These Years, na 5 lat zamilkł, jeśli chodzi o premierowy materiał. W międzyczasie podpisał kontrakt z Warner Bros., zrywając tym samym swój dotychczasowy - z Columbia Records. 
Album One-Trick Pony wydano równolegle z filmem o tym samym tytule, w którym zresztą Paul zagrał. I jedno, i drugie ma dokładnie te same piosenki, jednak w różnych wersjach. 8 piosenek na albumie to oczywiście rzeczy nagrane w studiu, jednak dwie pozostałe zostały nagrane podczas koncertu w Agora Theatre and Ballroom w Cleveland, Ohio, we wrześniu 1979 roku. Podczas nagrań przez studio przewinęło się parę znanych muzycznych nazwisk (Eric Gale, Richard Tee, Tony Levin czy Steve Gadd).
Płytę najlepiej dziś pamiętamy dzięki nominowanemu do nagrody Grammy przebojowi Late in the Evening. Mimo że statuetki piosenka nie wygrała, to płyta trafiła na bardzo poczesne miejsce zestawień na całym świecie, a także pokryła się złotem i srebrem, co można uznać za spory sukces.

Zaczynamy album od razu z grubej rury, a więc z największego przeboju, który udało się Simonowi stąd wylansować. Late in the Evening to jednak coś więcej, niż tylko zwykły radiowy numer pod nóżkę. To przede wszystkim znakomity numer z tekstem, który może nieco przypominać historie z niektórych utworów Simon & Garfunkel (jak choćby Save the Life of My Child lub The Boxer). Cała opowieść jest po prostu wiarygodna, a to wszystko obudowano żwawą i pogodną melodią, która dodaje tu przystępności i po prostu może się podobać. Mamy tu rewelacyjne wstawki na gitarze elektrycznej i świetne wokale Paula. Zdecydowanie Late in the Evening to udana kompozycja, która potrafi zaciekawić i zaintrygować słuchacza.

The first thing I remember
When you came into my life
I said I'm gonna get that girl
No matter what I do

Well I guess I'd been in love before
And once or twice I been on the floor
But I never loved no one
The way that I loved you

And it was late in the evening
And all the music seeping through

Jeszcze lepiej wypada delikatne That's Why God Made the Movies, które może przywoływać klimat Still Crazy After All These Years. Tekstowo, jest to zbiór dość przykrych, acz zaskakujących historii, które kończy pointa: "I dlatego właśnie Bóg stworzył filmy". Ciekawe, nie powiem. Muzycznie może i jest bez zaskoczeń, ale kto powiedział, że sprawdzone nie może ponownie zadziałać? Tu jak najbardziej się to udało i świetnie się tego słucha.

I was born my mother died
She said bye-bye baby, bye-bye
I said "Where you going?"
"I'm just born"
She said I'll only be gone for a while
My mother loved to leave in style
And that's why God made the movies

Simon ponownie podbija puls. Tym razem przy pomocy tytułowego One-Trick Pony. Warto zauważyć, iż jest to jedno z dwóch nagrań na żywo. I od razu to czuć; ta energia, świeżość i surowość koncertu jest momentami wręcz namacalna, szczególnie jeśli mowa o wokalach i znakomitej solówce gitarowej. Sama kompozycja jest w porządku i niczego jej nie brakuje, choć nie ma też co liczyć na nie wiadomo co. 

He's a one trick pony
He either fails or he succeeds
He gives his testimony
Then he relaxes in the weeds
He's got one trick to last a lifetime
But that's all a pony needs

Poziom ekscytacji ze słuchania spada jednak przy How the Heart Approaches What It Yearns. To kolejna piękna, delikatna i łagodnie płynąca balladka, tylko brakuje tu czegoś wyjątkowego, co sprawiłoby, że aż chce się słuchać. No, szkoda.

In a fever
I distinctly hear your voice
Emerging from a dream, the dream returns
How the heart approaches what it yearns

Paul stara się nieco zróżnicować, dodając kolejny utwór w średnim tempie, jednak również Oh, Marion brakuje tej iskry, która nie pozwoliłaby nam się od niej oderwać. A tymczasem, powiedziałbym nawet, że robi się nieco nużąco.

The boy's got brains
He just don't use them that's all
The boy's got brains
He just refuse to use them and that's all
He says, "The more I get to thinking
The less I tend to laugh."

Ace in the Hole nawet nie zwrócił mojej uwagi. Przeleciał sobie i równie szybko uleciał z mojej pamięci.

Some people say Jesus that's the ace in
The hole
But i never met the man so i don't
Really know
Maybe some Christmas if i'm sick
And alone
He will look up my number
Call me on the phone and say

Poziom powoli wraca na właściwe tory przy okazji Nobody. Niby to kolejny wolny walczyk, który nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale słucha się tego bardzo dobrze, a dodatkowo warto zwrócić uwagę na rewelacyjny tekst. I znów robi się pięknie.

Who makes the bed that can't be made
Who is my mirror, who's my blade
When i am rising like a flood
Who feels the pounding in my blood
Nobody

Jonah ewidentnie stara się kontynuować ten trend, ale nie da się nie zauważyć, że jest po prostu "tym drugim". Żeby oddać cesarzowi co cesarskie, muszę wspomnieć jednak o tym, że bez wątpienia jest to pełna uroku kompozycja, która wypada naprawdę bardzo zgrabnie i ślicznie. Po prostu nie wytrzymuje porównania z poprzednikiem.

They say Jonah, he was swallowed by a whale
But I say there’s no truth to that tale
I know Jonah
He was swallowed by a song

Zdecydowanie słabiej wypada natomiast zupełnie bezbarwne God Bless the Absentee. Praktycznie nie ma się o co tu uchem zaczepić.

Lord, i'm a working man
And music is my trade
I'm traveling with this five-piece band
And i play the ace of spades
I have a wife and family
Who don't see much of me
God bless the absentee

Long, Long Day jest natomiast już po prostu irytujące. Ponownie mamy tu ślamazarne tempo, które absolutnie nic ze sobą nie niesie, poza kolejnymi czterema minutami odtwórczego i nudnego grania. Lepiej nawet o tym nie wspominać.

I sure been on this road
Done nearly fourteen years
Can't say my name's well known
You don't see my face in rolling stone
But I sure been on this road


Powiem bez ogródek: One-Trick Pony to po prostu słaby album. Jak na standardy Paula Simona, to nawet żenująco słaby. Przykre, że twórca, który jest odpowiedzialny za takie utwory jak The Sound of Silence, Bridge Over Troubled Water, The Boxer, Kathy's Song, Me and Julio Down By the Schoolyard, Still Crazy After All These Years czy 50 Ways to Leave Your Lover (a to tylko te, które od razu przyszły mi do głowy, zapewne brakuje tu kilku kolejnych tytułów), dopuścił, by pod jego szyldem ukazała się taka miernota, jak ten album. Dziwi to tym bardziej, że przecież miał sporo czasu, by materiał dopracować. Nie wiem, na co przeznaczył ten czas, ale z pewnością nie na dopieszczanie kompozycji. Wiem jednak jedno: ta płyta nie powinna się ukazać. Może i jest tu parę dobrych piosenek, jednak to wydawnictwo po prostu jest niegodne nazwiska autora.

Ocena: 3/10


One-Trick Pony: 38:12

1. Late in the Evening - 4:02
2. That's Why God Made the Movies - 3:37
3. One-Trick Pony (Live at the Agora Theatre and Ballroom, Cleveland, Ohio, September 1979) - 3:53
4. How the Heart Approaches What It Yearns - 2:49
5. Oh, Marion - 4:00
6. Ace in the Hole (duet with Richard Tee) (Live at the Agora Theatre and Ballroom, Cleveland, Ohio, September 1979) 0 5:43
7. Nobody - 3:32
8. Jonah - 3:30
9. God Bless the Absentee - 3:17
10. Long, Long Day (with Patti Austin) - 3:57

wtorek, 14 kwietnia 2020

"Xanadu" - Electric Light Orchestra/Olivia Newton-John [Recenzja]


Po fali sukcesów, na jakiej płynęło ELO, kwestią czasu była rzecz, która wydarzyła się w 1980 roku. Mianowicie: producenci filmu Xanadu poprosili zespół o napisanie kilku piosenek, które miałyby znaleźć się w ów obrazie. Jeff Lynne przystał na to ochoczo i wziął się natychmiast za pisanie materiału. W trakcie prac okazało się jednak, że - zamiast całego longplaya, jak było to wcześniej ustalane - Electric Light Orchestra dostanie tylko jedną stronę. I to stronę B, podczas gdy na stronie A ze swoimi piosenkami ma zaprezentować się główna gwiazda filmu - Olivia Newton-John (a także w duetach z Cliffem Richardem, the Tube i Gene Kellym). Lynne był wściekły i do dziś twierdzi, że o wiele lepiej by to wypadło, gdyby pozwolono mu na zrealizowanie całej ścieżki dźwiękowej od początku do końca.
Na 6 singli wydanych z płyty, aż 4 były autorstwa Jeffa. Mimo, że film okazał się totalną klapą, zarówno artystyczną, jak i finansową, to soundtrack zebrał bardzo dobre recenzje i został ciepło przyjęty, okazując się kolejny sukcesem ELO. Wylądował na szczytach wielu zestawień, a także pokrył się platyną 6 razy, a złotem - 2.

Pierwszym singlem promującym płytę był, rozpoczynający całość, Magic. No cóż, nie jest to nic niezwykłego. Ot, zwyczajny, bardzo zgrabny i przyjemny przeboik w klimacie disco z delikatnym i miłym w odsłuchu głosem Olivii Newton-John. Piosenka jak ich wiele, ale bardzo przyjemna dla ucha.

Come take my hand
You should know me
I've always been in your mind
You know I will be kind
I'll be guiding you

Building your dream
Has to start now
There's no other road to take
You won't make a mistake
I'll be guiding you

Suddenly to z kolei duet Newton-John z Cliffem Richardem. Nie jest on jednak szczególnie zachwycający, a sama piosenka to nic innego, jak prosta i mało wpadająca w ucho ballada, choć - nie ukrywam - miła w odbiorze.

Suddenly
The wheels are in motion
And I
I'm ready to sail any ocean
Suddenly, I don't need no answers
'Cause I
I'm ready to take all my chances with you

Dancin' to kolejny duet, jednak tym razem z zespołem The Tubes. Ten utwór to z kolei dość ciekawe połączenie gitarowego rocka z jazzowym graniem i wyrazistymi syntezatorami. Pomysł wyjściowy był dobry, jednak sama melodia nie wciąga specjalnie, a piosenka wypada raczej mało interesująco i niemrawo.

Forget about the blues tonight
Sweet thing
Forget about the rules tonight
Sweet thing
I wanna dance with you
Until the sun comes creepin' through
I wanna dance with you
I won't stop pleasin' you

Najnudniej wypada jednak ckliwe Suspended in Time. Ta mało interesująca balladka to kolejne przynudzanie w niezbyt dobrym stylu, acz wciąż jest to dość przyjemne granie.

Keep me suspended in time with you
Don't let this moment die
I get a feeling when I'm with you
None of the rules apply
But I know for certain
Goodbye is a crime
So love if you need me
Suspended me in time

Whenever You're Away from Me to kolejny kawałek bez wyrazu, który może nie brzmi jakoś tragicznie, ale w ucho też nie wpada, i zapomina się o nim od razu po przesłuchaniu. Tak właśnie kończymy stronę A, należącą do Olivii Newton-John. Całe szczęście.

Whenever you're away from me
Wherever you go
You're never far away from me
I want you to know
I only have to close my eyes dear
And suddenly I'm where you are
You better never stray
'Cause I'll never be far away

Już od pierwszych dźwięków I'm Alive czuć zupełnie nową jakość. Lynne i reszta ELO proponują nam typowy dla siebie, szalenie melodyjny i chwytliwy, utwór ze zwariowanymi smyczkami w tle, acz niepozbawiony też nuty disco. Nie jest to może jakiś wspaniały kawałek, ale z pewnością - orzeźwienie po miernej stronie A, które deklasuje 5 poprzednich piosenek już pierwszymi dźwiękami.

I'm alive
And the dawn breaks across the sky
I'm alive
And the sun rises up so high
Lost in another world, far away
Never another world till today
But what can I say?
I'm alive, I'm alive, I'm alive

O wiele lepiej prezentuje się wybuchowe i elektronicznie brzmiące The Fall wydające się bardzo wyraźną zapowiedzią brzmienia mającego nadejść wraz z płytą Time. To dość mrocznie brzmiąca kompozycja, zwłaszcza w refrenach, i wybuchowymi refrenami, które stanowią fajny kontrast i nie brzmią niespójnie. Rewelacyjny i świeżo brzmiący numer, który wciąga już od pierwszych dźwięków i nie odpuszcza aż do końca.

I see the early glow, I hear you say hello
I watch the shadows fall, I don't see you at all
It's a lie, it's a lie
I see the autumn rain, falling on my window pane
I hear you say goodbye, I see a tear in your eye

Don't Walk Away to z kolei klasyczna ballada w stylu Electric Light Orchestra z pięknymi zwrotkami i bardzo beatlesowskimi refrenami, które przywodzą mi namyśl Telephone Line. Tu jednak mamy jeszcze lepsze budowanie napięcia, gdzie syntezatory przechodzą w motyw smyczkowy, który dodaje całości większej dramaturgii. To naprawdę wspaniała i bardzo delikatna piosenka, godna uwagi i zasłuchania.

Why do I say, don't walk away
You'll be the way you were before
When you don't want me anymore
Don't turn around, don't ever leave
A lonely room where empty days
Are gathering to meet me when you're gone
How in the world will I go on?

ELO umiało wypromować przebojowy singiel nawet dostając tylko połowę longplaya. Nawet jeśli ta połowa była tylko soundtrackiem do kiepskiego filmu, który okazał się totalną klapą. Nawet jeśli ta druga strona następowała po absolutnie niemrawej stronie pierwszej w wykonaniu "wschodzącej" gwiazdki kina. All Over the World to jednak bez wątpienia hit pełną gębą, przywołujący na myśl najlepsze przeboje Lynne'a. Od rozkręconego smyczkami i chórkami dyskotekowego początku, przez dynamiczne i pełne życia wokale, aż po uzależniające i wpadające w ucho refreny, które nie chcą odpuścić i męczą nas przez cały dzień po przesłuchaniu. To naprawdę rewelacyjny utwór, który wydaje się naturalnym przedłużeniem nawet nie Discovery, ale wręcz Out of the Blue.

Everybody all around the world
Gonna tell you what I just heard
There's gonna be a party all over the world
I got a message on the radio
But where it came from, I don't really know
And I heard these voices calling all over the world

All over the world, everybody got the world
Everybody everywhere is gonna feel tonight

Xanadu to również piosenka ELO, z tym że tutaj śpiewana przez Newton-John. Aktorka jednak wcale nie zaszkodziła tej piosence, bo - naprawdę - to wspaniały utwór, który Lynne wymienia po latach, jako jedną ze swoich ulubionych piosenek. Muszę przyznać, że i w moim rankingu jest dość wysoko. Złożona aranżacja, nie banalne rozwiązania melodyczne, no i świetna, wpadająca w ucho melodia. O wiele częściej wracam jednak do wersji śpiewanej przez Jeffa, która ukazała się w 2000 roku przy okazji trzypłytowej kompilacji Flashback, gdzie można znaleźć sporo ciekawych rarytasów. Między innymi właśnie tę piosenkę w wokalnym wykonaniu Lynne'a. Można sobie wybrać, która wersja lepsza, co nie zmienia faktu, że ten utwór to naprawdę wspaniała piosenka, pokazująca jak wiele straciła ta płyta tym, że nie oddano jej w całości ELO.

The love, the echoes of long ago
You needed the world to know
They are in Xanadu

The dream that came through a million years
That lived on through all the tears
It came to Xanadu

A million lights are dancing and there you are, a shooting star
An everlasting world and you're here with me, eternally


Xanadu to mógłby być naprawdę dobry album. Naprawdę. Gdyby tylko oddać całość Lynne'owi. Sądząc po stronie B, Jeff aż kipiał pomysłami i chwytliwymi melodiami, które mogłyby sprawić, że dziś wymienialibyśmy Xanadu jednym tchem obok takich płyt jak Discovery, gdyby tylko oddano mu całość. Ale nie, producenci wiedzieli lepiej. Strona A to po prostu jedna, wielka papka bez wyrazu. Wszystko jest podporządkowane muzycznym trendom czasów, w których płyta powstała, więc dzisiaj brzmi to, w najlepszym wypadku, drewnianie. Nie powiem, Olivia Newton-John ma przyjemny wokal, a i same utwory są zgrabnie napisane, jednak całościowo wypada to jak jeden, wielki paździerz. Druga strona to jednak rasowe ELO w pełnym rynsztunku. Chwytliwe melodie, smyczki, brzmienie disco, bezbłędne wokale Lynne'a... Po prostu Electric Light Orchestra, którego można by oczekiwać po końcówce lat 70. Ja traktuję Xanadu jako EP-kę, i wracam tylko do strony B. Wówczas, ten mini-album ma u mnie ocenę 9/10. Jako że oceniam tu jednak płytę jako całość, wraz z częścią Olivii Newton-John, muszę tę ocenę obniżyć. Jak powiedział klasyk: "Nie chcem, ale muszem".

Ocena: 6/10


Xanadu: 41:34

1. Magic - 4:31
2. Suddenly - 4:02
3. Dancin' - 5:17
4. Suspended in Time - 3:55
5. Whenever You're Away from Me - 4:22
6. I'm Alive - 3:46
7. The Fall - 3:34
8. Don't Walk Away - 4:48
9. All Over the World - 4:04
10. Xanadu - 3:28

czwartek, 2 kwietnia 2020

"Live at Last" - Black Sabbath [Recenzja]


Przymiarki do wydania swojego pierwszego koncertowego albumu, Black Sabbath poczyniło już na początku lat 70., po ukazaniu się Vol. 4. Potem temat kilkukrotnie wracał jeszcze na tapetę, jednak za każdym razem coś stawało na drodze i owa płyta się nie ukazywała. Po rozwiązaniu współpracy z ich menadżerem, Patrickiem Meehanem pod koniec lat 70., ten postanowił wydusić z marki Black Sabbath tyle kasy, tylko się da. Wśród kilku ponownie wydanych longplayów, ukazał się także album koncertowy, zatytułowany Live at Last, nagrany podczas dwóch koncertów w marcu 1973 roku. Płyta ukazała się w lipcu 1980 roku, bez wiedzy i przyzwolenia członków zespołu. Meehan miał jednak prawo do tych nagrań, więc wydanie było legalne. Było to tym bardziej kłopotliwe dla Sabbathów, że w 1980 roku mieli już nowego wokalistę - Ronnie'ego Jamesa Dio, więc jeśli już mieliby wydawać jakąś koncertówkę, to raczej w nowym składzie (tak też się stało, gdy w 1982 roku ukazało się Live Evil - pierwsza oficjalnie wydana płyta koncertowa Black Sabbath), aniżeli promować okres z Ozzym, który dzięki większej komercjalizacji swojej muzyki, odnosił większe sukcesy niż macierzysty zespół w jakimkolwiek innym wcieleniu. Live at Last było więc zwalczane przez zespół i po jakimś czasie stało się niemal bootlegiem. W 2002 roku weszło jednak w skład dwupłytowego albumu Past Lives, a tym samym zostało oficjalnie zaaprobowane przez zespół. Album zebrał raczej mieszane recenzje w chwili ukazania.

Szybka i treściwa zapowiedź, głośne owacje i ruszamy z miażdżącym i dynamicznym riffem Tomorrow's Dream. Zwraca uwagę bardzo dobra forma wokalna Ozzy'ego, który śpiewa tu głosem pełnym pasji i niespożytkowanej energii. Bezbłędnie wymiata też Iommi, a sekcja rytmiczna nie ustępuje ani na chwilę. Mimo, że nie jest to moim zdaniem jeden z lepszych utworów Black Sabbath, to w roli otwieracza sprawdził się tu bardzo dobrze.
A teraz utwór zdecydowanie już bardziej znany zgromadzonej na koncercie publiczności, czyli potężnie brzmiący Sweet Leaf. Można było mieć obawy, co do wokali, gdyż w tym kawałku Ozzy zdecydowanie - w wersji studyjnej - się nie oszczędzał i wyciągał bardzo wysokie dźwięki. Tutaj generalnie odtwarza je dość dobrze i piosenka nie traci nic ze swojej mocy, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę rozkładające na łopatki, zagrane o wiele szybciej, solo maestro Iommiego. Wybija z butów.
Słuchacze na koncercie nie mogli wówczas jeszcze znać Killing Yourself to Live, gdyż album Sabbath Bloody Sabbath miał ukazać się dopiero pod koniec 1973 roku. Zespół jednak sprawił publiczności niespodziankę i dosłownie miażdży w każdej sekundzie tej piosenki. Czuć tu po prostu zapał i "świeżą krew", która zawsze towarzyszy muzykom, gdy prezentują nowe utwory. Dają czadu.
Jeden z moich ulubionych kawałków Vol. 4 - ciężki, walcowaty i miażdżący Cornucopia. Zaczynamy powolnym riffem, dalej robi się dynamiczniej, jednak wokale Ozzy'ego  są raczej mało przekonujące. Śpiewa raczej bez energii, automatycznie, a poza tym dość często zdarzają mu się fałsze. Żywiej wypada tylko w momentach, gdy zachęca publikę do zabawy. Poza tym jest jednak dość słabo. Nie mam jednak nic do zarzucenia instrumentalistom, którzy dają do pieca aż miło.
Fakt, że zespół promował wówczas Vol. 4 wyjaśnia, że najwięcej utworów na koncercie pochodzi właśnie z tego longplaya. Nie mogło więc zabraknąć tu poświęconego kokainie Snowblind. Tutaj Ozzy zdecydowanie wraca do formy, znowu daje czadu, wyśpiewuje kolejne zwrotki z pasją, i jak oszalały wykrzykuje "cocaine" po każdej. Całość zagrana jest dość wiernie w stosunku do pierwowzoru, a więc wypada bardzo przekonująco, ciężko i zachwycająco.
Embryo i, jak na płycie, przechodzimy do ciężkiego i dynamicznego Children of the Grave, które Ozzy nazwał "najbardziej mocarnym utworem", jaki zrobił z Black Sabbath. Rzeczywiście, piosenka robi wrażenie w dosłownie każdej wersji. Nie dziwi więc fakt, że i po przesłuchaniu tej z Live at Last, zostaje z nas mokra plama.
Stronę B otwiera War Pigs. Kolejny miażdżący utwór, którego nikt nigdy nie zagra tak, jak robił to oryginalny skład Black Sabbath. Porywający wykon, a pogubienie się Ozzy'ego w tekście dodaje mu tylko autentyczności.
O wiele wolniej i ciężej wypada natomiast Wicked World. Może to dziwić, bo Sabbaci swoje utwory na koncertach grali raczej szybciej niż na wersjach studyjnych. Tu jednak, bez wątpienia, kompozycja została dość mocno spowolniona, co dodaje jej, owszem ciężaru, ale jak dla mnie, niepotrzebnie się tylko ciągnie. Jednak to, co dzieje się potem, po prostu wybija z butów. Najpierw dostajemy fragment Into the Void, do którego Osbourne śpiewa jakiś wymyślony chyba na poczekaniu tekst. Dalej swoje gitarowe 5 minut dostaje Iommi. Te "5 minut" w praktyce trwa jednak o wiele dłużej; mamy więc kolejne, mniej lub bardziej natchnione, popisy, do całości wplatające jeszcze riffy Into the Void, Sometimes I'm Happy (gdzie dołącza do niego wokalnie Osbourne) i Supernaut (również z Ozzym i resztą zespołu). Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze solo perkusyjne i repryza Wicked World... Całość trwa prawie 20 minut i, nie oszukujmy się, są tu dłużyzny. Ogólnie jednak cały "medley" wypada całkiem przystępnie i angażująco, choć nie przez cały czas.
Nie mogło być innego zakończenia. Bez zaskoczeń: na finał dostajemy oczywiście Paranoid. Najpierw Ozzy droczy się z publicznością, pytając, co chcą usłyszeć, po czym mistrz Iommi zapodaje ten ikoniczny riff. Całe wykonanie jest jak najbardziej dynamiczne, porywające i poprawne.


Live at Last to bardzo udana koncertówka. To świadectwo, pokazujące w jak dobrej formie był wtedy zespół; kiedy nie zdążyły zawładnąć nimi wewnętrzne spory, a kokaina była rozrywką, a nie przeszkodą w kreatywnym tworzeniu nowych utworów. Ozzy śpiewa tak, jak tylko on potrafi, Iommi miażdży nas swoimi riffami, a sekcja rytmiczna trzyma wszystko w ryzach i nie ustępuje ani na chwilę. Można utyskiwać, że zabrakło takich utworów jak Iron Man, ale i w takiej formie koncertówka robi wielkie wrażenie. Nuży nieco zbyt przeciągnięty popis Iommiego i zdecydowanie na minus warto też ocenić mało selektywne brzmienie, sprawiające wrażenie - nomen omen - bootlegu, ale nawet z tym Live at Last to bardzo udany album, pozwalający usłyszeć Black Sabbath w swojej szczytowej koncertowej formie.

Ocena: 8/10


Live at Last: 57:08

1. Tomorrow's Dream - 3:04
2. Sweet Leaf - 5:27
3. Killing Yourself to Live - 5:29
4. Cornucopia - 3:57
5. Snowblind - 4:47
6. Embryo/Children of the Grave - 4:32
7. War Pigs - 7:38
8. Wicked World - 18:59
9. Paranoid - 3:10

wtorek, 31 marca 2020

"Heaven and Hell" - Black Sabbath [Recenzja]


Tony Iommi poznał Ronniego Jamesa Dio jeszcze, gdy wokalistą w Black Sabbath był Ozzy Osbourne. Panów przedstawiła sobie Sharon Arden (później - żona Ozzy'ego) i muzycy bardzo się polubili. Dużo rozmawiali i dyskutowali o ewentualnej współpracy, aczkolwiek w grę wchodziło bardziej formowanie nowego zespołu, niż inne wcielenie Black Sabbath. Po długiej rozmowie napisali nawet piosenkę, którą zatytułowali Children of the Sea. Iommi był z niej tak zadowolony, że zaproponował ją nawet Osbourne'owi, ale ten nie był zainteresowany, bo kompozycja średnio przypadła mu do gustu. (Chociaż Iommi twierdzi, że jest w posiadaniu taśmy demo, na której Ozzy śpiewa wczesną wersję tej właśnie piosenki).
Wszyscy w Black Sabbath mieli już dość Ozzy'ego. Przy poprzednich płytach wykazywał jeszcze jakieś zainteresowanie procesem tworzenia, natomiast przy nagrywaniu Technical Ecstasy i Never Say Die! ograniczył się tylko do nagrania wokali. Gdy pozostali próbowali napisać parę kawałków, on nagle wychodził (mówił: "Idę zrobić sobie herbatę"), po czym koledzy znajdowali go pijanego i nieprzytomnego, niezdatnego do żadnej pracy. Akurat w tym czasie Ronnie James Dio zakończył współpracę z zespołem Rainbow (przyczyną były jego ciągłe konflikty z gitarzystą - Ritchiem Blackmore'em). Iommi uznał to za zrządzenie losu. Jako lider zakomunikował więc Geezerowi i Billowi, że usuwa z zespołu Osbourne'a i zastępuje go Dio. Muzycy nie byli zachwyceni. Ward był bliskim przyjacielem Ozzy'ego i do dzisiaj twierdzi, że dla niego był to koniec Black Sabbath. Również Butler nie był tym zadowolony i zagroził Tony'emu, że jeśli tak się stanie, to on odejdzie wraz z Osbourne'em i założą własny zespół. Iommi jednak podjął decyzję i nie zamierzał jej zmieniać. 
Bill przeżywał wówczas ciąg alkoholowy, a Geezer, w wyniku trwającego rozwodu, popadł w narkotyki i depresję. Koniec końców, Tony i Ronnie sami musieli wziąć się za komponowanie nowej płyty. Dio - oprócz pisania tekstów i śpiewania wokali - na etapie prób wziął też na siebie grę na basie. Dotychczas za pisanie słów odpowiedzialny był Geezer. Na początku pomagał mu jeszcze Ozzy, ale gdy całość spadła na niego, czuł się już tym przytłoczony, więc lider, który sam pisze teksty, był dla Butlera z pewnością wybawieniem. Gdy Geezer wreszcie wrócił do studia, wspomina że powalił go materiał (a konkretnie: utwór Die Young), który usłyszał i natychmiast wziął się do roboty. Ciekawostką może być fakt, że Ronnie wcale nie był taki zapalony do przyłączenia się do zespołu, a zrobił to głównie z powodu... kiepskiej sytuacji finansowej, w której się znalazł po opuszczeniu Rainbow.
Wytwórnia niezbyt wierzyła w sukces Black Sabbath, więc nie chcieli finansować sesji. Iommi był jednak przekonany, że idą w dobrym kierunku, więc zapłacił za studio z własnej kieszeni, a - co za tym idzie - narzucono szybsze tempo pracy, bo liczyła się każda minuta. Album ukazał się 25 kwietnia 1980 roku i okazał się największym sukcesem zespołu od czasu Sabotage, a dziś uznawany jest za jedną z klasycznych płyt Black Sabbath.

Rozpoczynamy mocnym, dynamicznym i ostrym Neon Knights, który na płytę załapał się w ostatnim momencie. Jak Iommi podkreśla, pisanie szybkich utworów zdecydowanie jest dla niego trudniejsze niż tworzenie powolnych, ciężkich riffów. Po przesłuchaniu albumu uznał, że potrzebują jakiegoś mocnego, ostrego i dynamicznego kawałka, który najlepiej umieścić na otwarcie. W ostatniej chwili skomponowali więc Neon Knights i nagrano to w styczniu 1980 roku. Piosenkę wydano na singlu i stała się  ona największym przebojem płyty. Nie jest to mój ulubiony fragment krążka, jednak zdecydowanie to rewelacyjny numer, warty uwagi. Mamy tu solidny riff, świetne wokale Dio i dość prostą konstrukcję. Cały utwór dąży od punktu A do punktu B i po prostu to znakomity i ostry hard rockowy numer na otwarcie bez żadnych większych niespodzianek i zaskoczeń w środku.

Circles and rings, dragons and kings
Weaving a charm and a spell
Blessed by the night, holy and bright
Called by the tool of the bell
Bloodied angels fast descending
Moving on a never-bending light
Phantom figures free forever
Out of shadows, shining ever-bright

Utwór, od którego właściwie wszystko się zaczęło. Children of the Sea Dio i Iommi skomponowali jesienią 1979 roku i dzięki tej piosence Tony podjął decyzję o przyjęciu do składu Ronniego. Cóż powiedzieć, to naprawdę świetny numer. Ponownie, mamy tu raczej typową metalową balladę z zaostrzeniami, jednak brzmi to rewelacyjnie i jak najbardziej może się podobać. Znajdziemy tu rewelacyjne wokale Ronniego i solówkę Iommiego, która po prostu zachwyca. Świetna piosenka.

In the misty morning, on the edge of time
We've lost the rising sun, a final sign
As the misty morning rolls away to die
Reaching for the stars, we blind the sky

Oh, they say that it's over
And it just had to be
Oh, they say that it's over
Poor lost children of the sea

Lady Evil otwiera bardzo krótkie, acz rewelacyjne solo basowe. To kolejny powrót do bardziej dynamicznego i raczej hard rockowego grania. Nie można jednak wypowiedzieć, że to słaby utwór, bo to całkiem zgrabna i wpadająca w ucho kompozycja. Sam Dio zarzeka się, że "Lady Evil nie opowiada o żadnej konkretnej osobie, tylko o starej wiedźmie mieszkającej gdzieś na bagnie". No cóż, mamy tu więc kolejny typowy dla twórczości wokalisty tekst. Świetnie przystaje on jednak do konwencjonalnej, acz jak najbardziej przyjemnej w odsłuchu muzyki.

There's a place just south of Witches' Valley
Where they say the wind won't blow
And they only speak in whispers of her name
There's a lady they say who feeds the darkness
It eats right from her hand
With a crying shout, she'll search you out
And freeze you where you stand

Zapytano kiedyś Dio o to, skąd czerpie inspiracje do pisania tekstów. Ten miał na to odpowiedzieć, że jego uwagę przykuwają chwytliwe tytuły. Zawsze nosił przy sobie notes, w którym zapisywał chwytliwe frazy, które zasłyszał, bądź też przyszły mu do głowy. Gdy trzeba było napisać tekst, otwierał ów zeszycik i szukał czegoś, co by tu najlepiej pasowało. Jak sam przyznawał, tytuł Heaven and Hell "pożyczył" sobie od piosenki zespołu The Easybeats. Co tu można nowego napisać o tej kompozycji? Że genialna rzecz? Powtarzano to już tysiące razy. Że rewelacyjny tekst? Było. Że riff, który zapamiętuje się na całe życie? Wiadomo. Właściwie w obliczu tego utworu, komentarz jest zbędny. Każdy fan rocka powinien po prostu chociaż raz w życiu posłuchać tego kawałka, chociażby po to, by nie zbłaźnić się w rozmowie samym faktem, że go nigdy nie słyszał.  Warto zapoznać się także z wersją koncertową, która była o wiele bardziej rozbudowana. Najważniejszy i najlepszy utwór płyty i całego okresu Black Sabbath z Ronniem Jamesem Dio.

Sing me a song, you're a singer
Do me a wrong, you're a bringer of evil
The Devil is never a maker
The less that you give, you're a taker

So it's on and on and on
It's Heaven and Hell

The lover of life's not a sinner
The ending is just a beginner
The closer you get to the meaning
The sooner you'll know that you're dreaming

Nie wiem, czy to kwestia konfrontacji z genialnym Heaven and Hell, ale Wishing Well to zdecydowanie słabszy moment albumu. Powrót do prostego i bardzo konwencjonalnego rockowego łupania z chwytliwym i melodyjnym (aż nawet trochę za bardzo) refrenem. To też zdecydowanie najbardziej optymistyczny kawałek płyty, który niepotrzebnie psuje tylko znakomity klimat longplaya.

Throw me a penny and I'll make you a dream
You find that life's not always what it seems
Then think of a rainbow and I'll make it come real
Roll me, I'm a never ending wheel

I'll give you a star
So you know just where you are
Don't you know that I might be your wishing well?
Your wishing well!

"Żyj szybko i umieraj młodo" - najbardziej oklepany motyw w muzyce rockowej. Łatwo więc domyślić się już na wstępie, jakim charakterem będzie obdarzony utwór Die Young. To oczywiście czysta, hardrockowa galopada (wzór dla Iron Maiden), jednak jakoś w połowie robi się ciekawiej za sprawą fajnego zwolnienia i ponownego, stopniowego powracania do pierwotnego tempa. Zdecydowanie wyższy poziom od Wishing Well.

Gather the wind
Though the wind won't help you fly at all
Your back's to the wall
Chain the sun and it tears away
And it breaks you as you run
Behind the smile there's danger
And a promise to be told
You'll never get old
Life's fantasy to be locked away
And still, to think you're free

Walk Away to ponownie spadek formy. Mamy tu kolejny sztampowy hard rock z motorycznym riffem, bardzo radio-friendly refrenem i świetnymi wokalami. Wszystko trzyma tu wysoki poziom, jednak nie jest to aż tak dobra kompozycja, by postawić ją w jednym szeregu ze znakomitą większością piosenek z tego albumu.

She moves in sunlight, never seen the night at all
Like a star in the midnight sky, burns before it falls
I've never been lonely and I can't imagine why
Maybe she could be the one to tell me, I guess it's do or die

Can't see her fire
Bit I can feel her heat, all right
It's rising higher
I'm walking the wire
Walk on by

Poziom jednak wraca przy rewelacyjnym Lonely is the Word. To posępny, mroczny i ponury utwór o samotności, opowiadany z perspektywy człowieka, który wszystko stracił. Mamy tu ciężki riff, świetne wokale i wprost powalające solo Iommiego. W ogóle nie czuć, że upłynęło aż 6 minut. Tak to jest, jak ma się do czynienia z dobrą muzyką. A Lonely is the Word to bez wątpienia wspaniała kompozycja.

It's a long way to nowhere
And I'm leaving very soon
On the way we pass so close
To the back side of the moon

Hey, join the traveler if you got nowhere to go
Hang your head and take my hand
It's the only road I know

Oh, lonely is the word


Heaven and Hell to już zupełnie inny Black Sabbath. Ponownie nad całym materiałem unosi się posępny, ponury klimat (po raz pierwszy od czasu Sabotage), a riffy Tony'ego znów zachwycają i nie wydają się jedynie bladymi cieniami przeszłości. Ronnie James Dio to kompletnie inny wokalista niż Ozzy Osbourne, więc - żeby polubić nowy Sabbath - trzeba lubić też jego. Nie każdemu musi odpowiadać jego bardzo teatralna maniera, która zastępuje tu dość oszczędny i prosty śpiew Ozzy'ego. Jeśli jednak lubi się muzykę, którą tworzy Dio, to Heaven and Hell jest prawdziwym arcydziełem. No właśnie, jeśli mówimy już o muzyce, którą tworzy Dio, warto poruszyć też kwestię samych kompozycji. Zmiana wokalisty to też kompletna zmiana stylu. Zniknęła wielowątkowość i rozbudowane solówki. Zamiast tego mamy prosty i mało wymagający hard rock. Można to lubić, albo i nie. Jak dla mnie muzyka nie musi zawsze być zaskakująca, prekursorska i ambitna. Warunkiem podstawowym jest jednak - jak to nazywam - słuchalność. Jeśli dobrze się tego słucha i mam z tego przyjemność, to uważam że płyta jest dobra. Tutaj wykonawczo jest na bardzo wysokim poziomie i mimo że aż 2 kompozycje na 8 są wyraźnie słabsze, to album zostawia po sobie bardzo dobre wrażenie.. To naprawdę udany longplay, spokojnie pokazujący że Black Sabbath to nie tylko Ozzy. Szkoda jednak, że ten tak świetnie otwarty tu rozdział, miał długo nie przetrwać.

Ocena: 8/10


Heaven and Hell: 39:46

1. Neon Knights - 3:53
2. Children of the Sea - 5:34
3. Lady Evil - 4:26
4. Heaven and Hell - 6:59
5. Wishing Well - 4:07
6. Die Young - 4:45
7. Walk Away - 4:25
8. Lonely is the Word - 5:51

środa, 27 listopada 2019

"McCartney II" - Paul McCartney [Recenzja]


Paul McCartney w końcu zrozumiał, że Wingsi są już skończeni. Dwóch członków odeszło z zespołu; zostali tylko jego żona, Linda, Danny Laine i on sam. Po skończeniu nagrywania ich - jak się później okazało - ostatniego wspólnego albumu, Back To the Egg, McCartney wrócił na farmę w Szkocji z zamiarem nagrania pierwszego solowego materiału od czasu wydanej w 1970 roku płyty McCartney (płyta Ram była wydana pod szyldem Paul & Linda McCartney). Wtedy świat dopiero zaczynał poznawać syntezatory, a Paul wykorzystał je w swoim materiale w znacznym stopniu, celem ich spopularyzowania. Pierwszym utworem nagranym w ramach tej sesji był Check My Machine - hipnotyzujący instrumental - który nie trafił jednak na ostateczną wersję albumu. Podczas sesji do tej płyty Paul nagrał ponad 20 piosenek.
Po zakończeniu nagrań musiał wrócić jednak do Anglii, by zagrać ostatnią wspólną trasę z zespołem Wings. W międzyczasie wypuścił także swój pierwszy od 1971 roku singiel podpisany własnym nazwiskiem, czyli świąteczny mega-przebój Wonderful Christmastime/Rudolph the Red-Nosed Reggae (obie piosenki nagrano podczas sesji do tego albumu). Piosenka odniosła duży sukces w Anglii, jednak w Stanach przeszła prawie bez echa.
Podobnie jak McCartney, płyta ta została nagrana jako reakcja na rozpad zespołu. Podobnie jak na McCartney, Paul zagrał tu sam na wszystkich instrumentach. Podobnie jak McCartney, ta płyta została nagrana w warunkach domowych, w prowizorycznym studiu nagraniowym, na 16-śladzie. Zdecydowano się więc na nazwę McCartney II.

Płytę rozpoczyna największy przebój z tego albumu, a zarazem jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Paula - Coming Up. Już od samego początku określa jasno, w jakim kierunku zdecydował się tym razem pójść ex-Beatles. Mamy tutaj monotonną linię syntezatorów i wzorowo poprowadzone wokale. Jak wspomina sam Paul, wszystko zaczęło się od perkusyjnego rytmu, który zaczął wybijać zupełnie spontanicznie. Po jego nagraniu zaczął dodawać do tego bas i gitary i stopniowo budował resztę utworu. Nagranie jest zrealizowane bezbłędnie. Jest tu niewymuszona radość, swoboda i lekkość. Melodia wpada w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu. Jako renomę dlatego utworu warto przywołać słowa Johna Lennona, który - jak wiadomo - nie był raczej wielkim fanem solowej twórczości McCartneya. Powiedział on o tym utworze, że to "kawał dobrej roboty" i, gdy usłyszał tę piosenkę po raz pierwszy, uznał że Paul zrobił coś na tyle dobrego, że odezwała się w nim potrzeba dawnej rywalizacji autorskiej z czasów The Beatles i postanowił wrócić z muzycznej 5-letniej emerytury, by mu jak najszybciej odpowiedzieć czymś równie dobrym. Taka pochwała z ust Lennona niemało znaczy. Od siebie dodam tylko, że absolutnie podzielam jego zachwyt tą piosenką. 

You want a better kind of future
One the everyone can share
You're not alone, we all could use it
Stick around we're nearly there

Coming up
Coming up, like a flower
Coming up, I say

Najlepszy utwór albumu kryje się już pod indeksem drugim. Temporary Secretary to prawdziwy, zapomniany niesłusznie brylant. Chyba w żadnej piosence Paula nie ma tyle nowatorstwa i prekursorstwa co w tych trzech minutach. Hipnotyzujący beat niepokojących syntezatorów, zmiany nastrojów oparte na wciąż jednym i tym samym rytmie, niemożliwie wręcz uzależniający refren... Zalet tu co nie miara, ale prawda jest taka, że - by w pełni to zrozumieć - trzeba tego posłuchać. Zdecydowany highlight płyty i jeden z najlepszych utworów Paula w trakcie całej 60-letniej kariery. Beatles ponownie wyprzedził resztę muzycznego świata.

Mister Marks can you find for me
Someone strong and sweet fitting on my knee
She can keep her job if she gets it wrong
Ah, but Mister Marks I won't need her long
All I need is help for a little while
We can take dictation and learn to smile
And a temporary secretary is what I need for to do the job

Przyszła pora na nieco wytchnienia przy bardziej tradycyjnym graniu za sprawą On the Way. Mamy tutaj bluesową gitarą i dobiegający jakby z oddali wokal McCartney, który tęsknym głosem wyśpiewuje tekst o miłości. Znakomity efekt daje tu nałożony na niego pogłos, ale to właśnie gitara gra tu pierwsze skrzypce. Mimo, że pojawia się raczej epizodycznie, to każde jej wejście jest bezbłędne. Znakomite solówki zazębiają się z bezbłędnym basem i nurtującymi syntezatorami. Kolejny świetny kawałek, chociaż nie tak prekursorski jak 2 poprzednie. Jednak nie jest to absolutnie jego wadą, bowiem to prawie 4 minuty dobrego grania.

Well you know I'll always love you
But it would have been a lie
If I said that I could please you
Every moment that I try

Wouldn't want to see you crying
So I hope you don't mind
The things I say
On the way

Kolejny znany (choć już jednak nieco zapomniany) kawałek z tego krążka to niezwykle melodyjny Waterfalls. Nie ukrywam, że jest to mój kolejny faworyt z albumu. Jest to jedyna piosenka, która została napisana jeszcze przed rozpoczęciem sesji nagraniowych. Na początku miała nazywać się I Need Love, jednak Paul uznał, że to zbyt banalne. Spośród kilkunastu roboczych tytułów zdecydował się w końcu na Waterfalls. Przede wszystkim na wyróżnienie zasługuje tu świetny tekst i minimalistyczny podkład oparty jedynie na syntezatorze, elektrycznym pianinie i przebijającej się tu i ówdzie gitarze akustycznej. Jednak prawdziwą magią są tutaj znakomite wokale McCartneya. Tęsknym i zamyślonym głosem wyśpiewuje kolejne wersy, a słuchacza to ani trochę nie nudzi mimo dość długiego czasu trwania (prawie 5 minut). Magia.

Don't go jumping waterfalls
Please keep to the lake
People who jump waterfalls
Sometimes can make mistakes

And I need love, yeah I need love
Like a second needs an hour
Like a raindrop needs a shower
Yeah I need love every minute of the day
And it wouldn't be the same
If you ever should decide to go away

Stronę A albumu kończy lżejszy Nobody Knows. Jest to dynamiczny, krótki i bardzo przyjemny utwór. Perkusja jest tutaj wysunięta na pierwszy plan. Niestety Paul nie jest wybitnym perkusistą. Określiłbym to mianem "jakoś sobie radzi". Jego grę cechuje raczej "bębnienie" niż "granie". Najbardziej rzuca się to w uszy właśnie przy tym nagraniu. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to utwór przyjemny, aczkolwiek nic poza tym. Jest miło, jednak te 3 minuty przelatują między uszami i zapominamy o tej piosence bardzo szybko.

Which one of you can tell me
What is it I'm looking at
Anyone who can
Has got to be a crazy cat
'Cause I believe that
That nobody knows, no nobody knows
Lord I cannot tell you
Well that's the way I like it
Yeah now, nobody knows

Stronę B otwiera zaś instrumentalna zabawa Paula z syntezatorami, którą nazwał: Front Parlour. Nie jest to jednak - ponownie - nic specjalnego. Ot, fajne granie, żeby sobie leciało gdzieś w tle. Nie fascynuje jednak i nie absorbuje jak wcześniejsze utwory. Usprawiedliwić może to fakt, że był to pierwszy utwór zarejestrowany podczas sesji. Po przyjeździe do domu McCartney wniósł do kuchni swój sprzęt nagraniowy i zaczął na nim grać. Tak mu się spodobała akustyka tego pomieszczenia, że postanowił też to nagrać. 
Summer's Day Song to już jednak inna bajka. Jest to cudowny, piękny i nostalgiczny utwór obdarzony przepiękną instrumentacją i delikatnymi wokalami Paula.  Sam kawałek zainspirowany był muzyką klasyczną i jest próbą McCartneya zrobienia czegoś w tym stylu. Zdecydowanie może się to podobać.

Someone's sleeping
Through a bad dream
Tomorrow it will be over
For the world will soon be waking
To a summer's day

Frozen Jap to powrót do opartego na syntezatorach instrumentalu. Tutaj również mamy tu do czynienia tylko z podkładem, bez wkładu wokalnego ex-Beatlesa. I - ponownie - jest to tylko przyjemne. Doceniam epokowość tych nagrań instrumentalnych, jednak z perspektywy czasu robią one nieco mniejsze wrażenie i przelatują po prostu między uszami. Ciekawa jednak jest anegdota o tym, skąd wziął się tytuł tego nagrania; gdy McCartney po raz pierwszy to zagrał, zabrzmiało mu to bardzo orientalnie, więc uznał, że i taki tytuł byłby tu na miejscu. Zaczął więc od Crystalline Icicles Overhang the Little Cabin By the Ice-Capped Mount Fuij, ale niezbyt mu się to spodobało, więc kolejny brzmiał już Snow Scene In the Orient. Też nie. Żeby nie zapomnieć o docelowej stylistyce tytułu nazwał to, na szybko, roboczo Frozen Jap. I tak już zostało.
W Bogey Music ponownie pojawiają się wokale McCartneya. Mimo, że mamy tu ponowny wzrost jakościowy, nie jest to jeszcze poziom strony A. Jednak jest lepiej. Jest dynamicznie, wpada w ucho i ma fajną melodię.

If you little bogeys
Want to sing along
Clean your bogey act up
And learn the bogey song
Without bogey music
Life is incomplete
Without bogey music
Life is incomplete

Prawdziwą rewelacją jest jednak dopiero Darkroom. Jest to kolejny, mroczny, oparty na niepokojących syntezatorach utwór ze znakomitymi wokalami Paula. McCartney nie pamięta już, gdzie dokładnie usłyszał słowo "darkroom", ale bardzo mu się spodobało i pomyślał, jak wiele konotacji może to słowo wywoływać. Piosenka ma bardzo krótki tekst, jednak został on kilkakrotnie zapętlony i skupiono się tutaj bardziej na warstwie muzycznej, co zdecydowanie ma swoje odbicie w jakości. Znakomita rzecz. Co ciekawe, początkowo piosenka nie miała znaleźć się na albumie. Krążek był bowiem na początku planowany jako wydawnictwo dwupłytowe, jednak wytwórnia się na to nie zgodziła i trzeba było część utworów skrócić, a część całkiem usunąć. Darkroom na początku trwał prawie 4 minuty i zawierał kilka dziwacznych odgłosów i improwizacji, więc zasugerowano jego usunięcie. Paul zdecydował się jednak tylko na jego skrócenie, gdyż bardzo w niego wierzył. I słusznie, bo dzięki temu dostaliśmy kolejny znakomity kawałek.

Got a place we can go
Lights are low
Let me show you to my darkroom

Come a come along with me to my darkroom

To syntezatorowe szaleństwo, Paul kończy jednak delikatną i przepiękną balladą One of These Days. Ma to jeszcze piękniejszą melodię i jeszcze lepsze słowa od Waterfalls. McCartney wspiął się tutaj też na szczyt swoich wokalnych możliwości i śpiewa tu swoim najpiękniejszym i najbardziej romantycznym głosem. Można odpłynąć przy tych przepięknych dźwiękach. Są takie piosenki, których piękna nie sposób wyrazić słowami. One of These Days jest jedną z nich. Olśniewające zakończenie płyty.

One of these days
When my feet are on the ground
I'm gonna look around and see

See what's right, see what's there
And breathe fresh air, even after


McCartney II była w 1980 roku prawdziwym przełomem w świecie muzyki. Mimo, ze już wcześniej artyści nagrywali albumy w całości oparte na syntezatorach, to dopiero McCartney II okazał się przełomem. To właśnie mniej więcej w tym czasie miała miejsca eksplozja "fali syntezatorów", które zdominowały większość muzyki z lat 80. Nie śmiem twierdzić, że to ex-Beatles nakierował na ten kierunek cały muzyczny świat, jednakże był z pewnością jednym z pierwszych, który poddał się "nowej fali".  Zaryzykował i opłaciło się, bowiem McCartney II to jego wielki powrót do formy i najlepszy studyjny album od czasów Venus And Mars. Przebił też McCartney, stając się najlepszym - na ten moment - solowym albumem McCartneya (no, za dużej konkurencji też nie miał) i stanowił znakomitą zapowiedź do kolejnych poczynań Paula. Prawdziwa perła w dyskografii ex-Beatlesa. Szkoda tylko, że tak zapomniana.

Ocena: 8/10


McCartney II: 38:36

1. Coming Up - 3:53
2. Temporary Secretary - 3:14
3. On the Way - 3:38
4. Waterfalls - 4:43
5. Nobody Knows - 2:52
6. Front Parlour - 3:32
7. Summer Day's Song - 3:25
8. Frozen Jap - 3:40
9. Bogey Music - 3:27
10. Darkroom - 2:20
11. One of These Days - 3:35

niedziela, 7 kwietnia 2019

"21 at 33" - Elton John [Recenzja]


Elton John, mając 33 lata miał mógł się już pochwalić czternastoma albumami studyjnymi, trzema składankami, dwoma kompilacjami, jednym soundtrackiem i jedną EP-ką. W sumie na jego koncie było już 21 albumów. Dwudziesty pierwszy został wydany w 1980 roku, jako następca miernego Victim of Love, który był zbieraniną coverów zaaranżowanych w syntezatorowym stylu disco, tak bardzo typowym dla nadchodzącej dekady. Słuchając poprzednika, zdawało się że Elton sięgnął dna. Fani dali mu to chyba znacząco odczuć, gdyż za następny longplay muzyk wziął się porządnie (na Victim of Love nie zagrał nawet na klawiszach, a ograniczył się tylko do bezpłciowych wokali). Ponownie sięgnął po pomoc sprawdzonych muzyków (Nigel Olsson, Dee Murray, a także muzycy z zespołów The Eagles i Toto) i wrócił do tekstów Berniego Taupina (chociaż na 9 piosenek ten napisał tylko 3). Nagrania zrealizowano w sierpniu 1979 roku, a także od stycznia do marca 1980 roku. Podczas tych sesji nagrano ponadto 11 dodatkowych utworów (wyłączając strony B singli). 5 z nich ukazało się na kolejnym longplay'u artysty - The Fox. Ostatecznie płytę wydano 13 maja 1980 roku. Sprzedanych został 900.000 egzemplarzy w USA, więc otarła się o platynę, co już świadczy o tym, że dla Eltona był to krok naprzód w stosunku do Victim of Love.

Chasing the Crown miał w założeniu zapewne być prostym, dynamicznym otwieraczem miary The Bitch Is Back z albumu Caribou, jednak nie dostaje zdecydowanie do niego poziomem. Piosenka jest pozbawiona jakiejkolwiek oryginalności, a także sprawia wrażenie robionej na kolanie. Banalne refreny, zwrotki ze szczątkowymi melodiami i kobiece chórki, które w założeniu pewnie miały dodać podniosłości na miarę gospel. Kawałek nie jest zły, ale na pewno nie zachwyca tak, jakby chciał tego autor. Nawet gitarowe solo w środku piosenki wydaje się wtórne i wymuszone. Trwa 5 i pół minuty, mimo że całość można by streścić w czasie o połowę krótszym i mniej by wówczas bolało. Zaczyna się niezbyt obiecująco...

I'm chasing the crown till he bites the apple
I was licking my lips till his Son come down
I'm chasing the crown, the crown, I'm chasing the crown
I'm taking a turn in the right direction
By leaving his soul in the lost and found
I'm chasing the crown, I'm chasing the crown

Jeśli chcemy mówić o jakimś przeboju z tego albumu, to wymienić można jedynie Little Jeannie, chociaż i tak nie mamy tu do czynienia z jakimś szczególnie oryginalnym numerem. Jednak trzeba przyznać tej piosence, że jest naprawdę dobra. Ma piękną melodię w zwrotkach i jeszcze lepsze refreny. Kawałek ten może nie może równać się z innymi hitami Eltona, jednak naprawdę miło się tego słucha. Usadowił się na zadowalających miejscach na listach przebojów na całym świecie, jednak Elton grał tę piosenkę tylko podczas trasy w 1980 roku, a także na dwóch koncertach z cyklu One Night Only w Madison Square Garden, co dobitnie pokazuje, że Little Jeannie jest niczym innym, jak tylko "hitem przelotnym". Zabłysnęła, miło się słucha, jednak ostatecznie w głowie dużo nie zostaje.

And I want you to be my acrobat, I want you to be my lover
Oh there were others who would treat you cruel
And oh little Jeannie, you were always someone's fool

Kolejnym singlem z płyty został Sartorial Eloquence i trzeba przyznać, że prezentuje się naprawdę nieźle. Początek - Elton śpiewający tylko do wtóru z fortepianem - zapowiada naprawdę fajny kawałek, jednak objawia się w pełni dopiero w refrenie, gdy do Johna dochodzi chór kobiecy wyśpiewujący podniosłą melodię. Oryginalności znowu w tym za grosz, ale chociaż jest miło.

You've a certain sartorial eloquence
And a style that's almost of your own
You've got the knack of being so laid-back
It's like talking to the great Unknown
You're got a self-sufficient swept-back hairdo
Pretty certain that you've got it made
Oh your life-style shows in the clothes you chose
Sitting pretty in the masquerade

Pierwszym utworem godnym zainteresowania jest jednak dopiero Two Rooms At the End of the World, czyli drugi na płycie efekt współpracy z Taupinem (na Chasing the Crown spuszczam zasłonę milczenia). Wyraziste dęciaki, mocne gitary, świetna melodia i dynamiczne wykonanie. I tyle. Wystarczy. Okazuje się, że jak Eltonowi się chce, to potrafi. Szkoda, że energii nie starczyło na cały longplay i trzeba było czekać aż na zakończenie pierwszej strony winylowej, by dostać kawałek godny nazwiska twórcy 21 at 33. 

But don't judge us by distance
Or the difference between us
Try to look at it with an open mind
For where there is one room, you'll always find another
Two rooms at the end of the world

Dobrze dzieje się też w White Lady White Powder, a konkretnie: w refrenach. Zwrotki prezentują się niestety słabiutko, ze szczątkowymi melodiami. W refrenach natomiast mamy sporą porcję dynamizmu i świetnie rozpisany "duet" Eltona z chórkami. Wreszcie też możemy posłuchać całkiem niezłego solo na gitarze, które pasuje do reszty utworu, nie sprawiając wrażenia, jakby było z zupełnie innej parafii. Reasumując: jest nieźle.

High-priced madness pays the tab
I've scraped too much of nothing from your plastic bag
I'm a catatonic son a bitch who's had
A touch too much of white powder

Dear God to natomiast piękna melodia, stanowiąca w warstwie tekstowej formę - jak nietrudno się domyślić po tytule - modlitwy. Trzeba przyznać, że Elton wkłada w wyśpiewanie tego sporo serca, dzięki czemu piosenka ma bardzo poruszający wydźwięk. Uważam też, że jest to jeden z najlepszych tekstów Gary'ego Osborne'a, który napisał dla Johna. Pięknie rozpisane chórki i niebanalna melodia. Jest to też najkrótszy kawałek na płycie (niecałe 4 minuty), co działa na jego korzyść, gdyż nie zdąży się znudzić.

Dear God, lend a hand
Is this really what you planned
Dear God, in you we trust
Though we've failed you, don't fail us

Kolejną jak najbardziej udaną jest oszczędne Never Gonna Fall In Love Again. Jest to zdecydowanie mój ulubiony utwór z płyty, gdyż Elton udowadnia tu, że nie trzeba dużo, by stworzyć piękną, zapadającą w pamięć, ale nie banalną balladę. Chwytliwe refreny, piękne zwrotki i znakomite, liryczne solo saksofonu altowego. Piosenka gładko płynie, a my wraz z nią. Nie ma tu żadnych niepotrzebnych efektów, które odwracałyby uwagę od melodii. Prosto i porządnie.

Never meant to be so friendly
Never made the room look nice
Never heed a word of warning
Never take my own advice
I got a brand-new problem
Pretty and she's 5 foot 10
I been in love three times this week
I'm just about to fall again

Kolejnym wolniejszym utworem (choć nie nazwałbym już tego balladą) jest Take Me Back. Ponownie mamy tu prostotę, a całość utrzymana jest w nieco w stylu country, co niestety pokazuje, że Elton nie przemyślał dokładnie wyboru utworów. Do reszty albumu pasuje jak pięść do nosa, co mocno wpływa na spójność płyty. Na innym longplay'u prezentowałaby się na pewno o wiele lepiej, gdyż to naprawdę dobry, prosty i chwytliwy numer z ciekawą solówką Eltona na Wurlitzerze. 

If you want my loving then take me back
If you're on your own little girl take me back
When the nights grown longer turning blacker than black
Open up your heart little girl and take me back

Na sam koniec Elton zostawił nam jeszcze jeden mocny cios, czyli żywiołowe Give Me the Love. Początek może tego nie zapowiada, jednak wybuchowy refren prezentuje się znakomicie, efektownie zamykając album. Znakomite chórki i dynamiczne wokale Eltona dopełniają pozytywnego wrażenia całości. Szkoda, że John nie przyłożył się do zwrotek, w efekcie czego stanowią tylko słabe otoczenie dla wspaniałych, wpadających w ucho refrenów.

You've been trying to build walls all around you
But you're lying 'cause I've already been through
And I've seen you trying to capture that feeling
But you're chasing  what you've never believed in


21 at 33 to album z kategorii nijakich. W głosie Eltona rzadko słychać zaangażowanie; przez większość płyty ma się wrażenie że odrabia tylko pańszczyznę. Żadna z piosenek nie sili się nawet na bycie oryginalną, lub choćby bycie czymś więcej niż tylko odcinaniem kuponów od poprzednich dokonań. Gorzej, że w porażającej większości mamy do czynienia z wtórnością najgorszego sortu. Mimo, że mamy tu tylko jedną poważną wtopę (Chasing the Crown), to i tak płyta wypada słabo. Jej słuchanie nie wiąże się z absolutnie żadnymi emocjami. Jest po prostu nijaka i przelatuje między uszami. Ciężko nawet zwalać winę na cokolwiek innego, niż "zaangażowanie" Eltona. Zdaje się, że nie stara się nawet robić czegoś więcej niż Obowiązkowej Corocznej Płyty Żeby Fani Mieli Co Słuchać. Szkoda jednak, że nie postarał się, by miało to jakiekolwiek aspiracji by być czymś więcej, niż Płytą Do Odłożenia I Zapomnienia. Jest lepsza od Victim of Love, co już daje jakąś nadzieję, jednak nie jest to wciąż poziom, którego oczekiwać by można od artysty miary Eltona Johna. 

Ocena: 5/10


21 at 33: 43:07

1. Chasing the Crown - 5:36
2. Little Jeannie - 5:14
3. Sartorial Eloquence - 4:45
4. Two Rooms at the End of the World - 5:40
5. White Lady White Powder - 4:34
6. Dear God - 3:47
7. Never Gonna Fall in Love Again - 4:09
8. Take Me Back - 3:52
9. Give Me the Love - 5:30

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...