Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1971. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1971. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2020

"Nursery Cryme" - Genesis [Recenzja]


W 1970 roku muzycy wydali wreszcie swój pierwszy profesjonalny longplay. Jednak chwilę potem z zespołu odeszli perkusista i basista. Genesis było na granicy rozpadu. Postanowili jednak wziąć się w garść i po prostu poszukać nowych członków. Na pierwszy ogień poszedł perkusista, bowiem już w sierpniu na miejsce Johna Mayhewa wskoczył młodziutki, dobrze się zapowiadający Phil Collins, który wziął też na siebie obowiązki drugiego wokalisty. Niestety, muzycy mieli problem z zastąpieniem gitarzysty, Anthony'ego Phillipsa. W trasę ruszyli więc bez niego, mocno ograniczając swój repertuar przez brak tak ważnego instrumentalisty. W listopadzie dołączył do nich Mick Barnard, jednak reszta Genesis uznała, że prezentuje zupełnie inne podejście niż zespół, więc musieli się ostatecznie z nim dość szybko pożegnać.
W grudniu Peter Gabriel zamieścił w magazynie "Melody Maker" ogłoszenie, w którym pisał, że potrzebują gitarzysty, który gra więcej niż tylko stałe i dawno znudzone muzyczne formy. Zgłosił się do nich muzyk, który był ich fanem, widział ich na żywo i zapragnął z nimi grać. Nazywał się Steve Hackett. Wniósł do zespołu swoją miłość, którą była gra na dwunastostrunowej gitarze i całą masę nowych pomysłów, z których sporo mieli wykorzystać na kolejnej płycie. W takim oto składzie (Peter Gabriel - v, Tony Banks - k, Mike Rutheford - b, Phil Collins - d, Steve Hackett - g) Genesis ruszyło w trasę. Mieli zamiar nie tylko okrzepnąć muzycznie, ale także zacząć już pisać materiał na nowy album. Niestety, będąc w trasie jakoś im to pisanie nie szło, więc zapadła decyzja o poświęceniu czasu tylko na pisanie nowych piosenek.
W lipcu rozpoczęli więc trzymiesięczny "urlop", który mieli zamiar poświęcić na komponowanie i nagrywanie płyty. Muzycy zabukowali się w Luxford House (XVI-wiecznej posiadłości położonej we wschodniej części Sussex. Collins i Hackett nie do końca wiedzieli, czego oczekują od nich pozostali członkowie zespołu, a także na jakim są poziomie. Podczas gdy Hackett wciąż proponował nowe muzyczne rozwiązania, a także sugerował zakup melotronu, na którym Banks mógłby grać, na przemian z organami Hammonda, zamiast fortepianu, Collins był pracoholikiem, uwielbiał pracę z zespołem i w każdej chwili był gotów na wspólne granie, improwizacje, czy pisanie. Część materiału powstała w Genesis jeszcze za czasów Phillipsa i Mayhewa; teraz jednak został on odświeżony, a w wielu przypadkach napisanych praktycznie od nowa. 
Pisanie materiału nie zabrało muzykom zbyt dużo czasu i już w sierpniu mogli wziąć się za nagrywanie. Skończyli je w tym samym miesiącu. Album Nursery Cryme (gra słów: "nursery rhyme" oznacza niewinną dziecięcą rymowankę, a "crime" to morderstwo) ukazał się w listopadzie. Wytwórnia jednak nie zaangażowała się zbytnio w promocję, w efekcie czego płyta radziła sobie średnio. Została jednak zauważona przez prasę muzyczną, która oceniała ją raczej pozytywnie (choć nie wszyscy byli jednomyślni w tej ocenie). 
Okładką zajął się Paul Whitehead (ten sam, który odpowiedzialny jest za oprawę graficzną Trespass. Ilustracja odwołuje się do piosenki The Musical Box, a także wiktoriańskiej posiadłości, w której dorastał Gabriel. Pierwsza wersja okładki bardzo podobała się muzykom, ale kazali Whiteheadowi ją trochę bardziej "postarzyć". Tak więc artysta wrócił niedługo potem z tą samą ilustracją, tylko stylizowaną na XIX-wieczną rycinę.

Otwierający całość The Musical Box na pierwszy rzut oka nie przynosi zaskoczeń. Wciąż jest to stylistyka, którą poznaliśmy na Trespass. Przynajmniej tak 5 pierwszych minut, bowiem później rozpoczyna się już jazda bez trzymanki. Mamy ostre solo gitarowe, szaloną perkusję i takie przyspieszenie tempa, jakiego Genesis nam jeszcze nie fundowali. W ogóle cały utwór jest znakomicie skonstruowany, wielowątkowy, kolejne elementy świetnie się ze sobą przeplatają, a całość jest spójna. Trwa to 10 i pół minuty, a dzieje się tak wiele, że nie sposób się nudzić. Zachwyca także groteskowy tekst, w którym młody chłopak Henry zostaje nagle zdekapitowany podczas gry w krokieta. Gdy dziewczyna, która dokonała tego czynu, wchodzi do jego pokoju, odkrywa że w starej pozytywce chłopca ukryta jest jego dusza. Dojrzały Henry jest sfrustrowany i rozpiera go seksualne pożądanie. Do pokoju włamują się jednak siostry zakonne, które postanawiają zniszczyć pozytywkę, jak i duszę Henry'ego. Z tym dziwacznym tekstem wspaniale kontrastuje rozedrgana, nieokiełznana muzyka, która znakomicie oddaje dziwność i odrealnienie tej historii. Powiem tak: mimo niemałej sympatii do Trespass, The Musical Box bije cały poprzedni album na głowę.

While Henry Hamilton-Smythe minor was playing croquet
with Cynthia Jane De Blaise-William, sweet-smiling Cynthia
raised her mallet high and gracefully removed Henry's head.
Two weeks later, in Henry's nursery, she discovered his treasured
musical box. Eagerly she opened it and as "Old King Cole"
began to play, a small spirit- figure appeared. Henry had returned -
but not for long, for as he stood in the room his
body began ageing rapidly, leaving a child's mind inside. A lifetime's desires
surged through him. Unfortunately the attempt
to persuade Cynthia Jane to fulfill his romantic desire led his nurse to the nursery
to investigate the noise. Instinctively Nanny hurled
the musical box at the bearded child, destroying both.

Muzykę do For Absent Friends skomponował Hackett, a tekst napisał wspólnie z Collinsem. Wspomina jednak, że miał spore opory przed pokazywaniem utworowi Gabrielowi, jako że wraz z Philem byli wciąż "świeżynkami". Razem z perkusistą ograli więc tę piosenkę, a gdy w końcu zaprezentowali ją reszcie zespołu, stało się jasne, że musi to zaśpiewać właśnie Collins. Tak więc For Absent Friends to pierwsza kompozycja, na której możemy usłyszeć głos Phila Collinsa. Co do samej piosenki, jest to bardzo sprawnie skomponowany, przesympatyczny akustyczny numer. Trwa niespełna 2 minuty, więc nie ma kiedy się znudzić. I, to prawda, nie zapada może w pamięć, ale słucha się bardzo przyjemnie i miło do tego wracać.

Inside the archway,
the priest greets them with a courteous nod.
He's close to God.
Looking back at days of four instead of two.
Years seem so few (four instead of two).
Heads bent in prayer
for friends not there.

Leaving twopence on the plate,
they hurry down the path and through the gate
and wait to board the bus
that ambles down the street.

Po króciutkim For Absent Friends mamy już zdecydowanie dłuższy i bardziej rozbudowany The Return of the Giant Hogweed. To zdecydowanie ostrzejszy numer od poprzednich, z mocnymi partiami na organach Hammonda i świetnymi wejściami gitarowymi Hacketta. A jednak kompozycja wypada już nie tak dobrze, jak The Music Box. Nie trzyma poziomu przez cały czas i pojawiają się tu niepotrzebne dłużyzny i nieco zbyt toporne powtarzanie motywów. Słucha się tego wciąż bez bólu, jednak nie jest już tak równa, a w efekcie czego - mniej zachwycająca.

Long ago in the Russian hills,
A Victorian explorer found the regal Hogweed by a marsh,
He captured it and brought it home.
Botanical creature stirs, seeking revenge.
Royal beast did not forget.
He came home to London,
And made a present of the Hogweed to the Royal Gardens at Kew.

Znacznie bardziej przypadło mi za to do gustu Seven Stones. Jak zawsze znakomicie spisują się instrumentaliści, jednak tym, co zawsze mnie porusza, jest od lat powalający Peter Gabriel. Jego melodyjne i teatralne partie wokalne są obezwładniające. Uwielbiam moment, gdy po refrenach, nagle śpiewa nieco ciszej, a "w pół zdania" wchodzi mu solo fletu. Wypada niezwykle egzotycznie i melancholijnie. Sama piosenka jest całkiem zgrabnie skomponowana, melodia może wpaść w ucho, a całość robi wrażenie podniosłej, acz nie nadmiernie pompatycznej. Bardzo, bardzo dobry numer.

Tinker, alone within a storm,
And losing hope he clears the leaves beneath a tree,
Seven stones
Lay on the ground.
Within the seventh house a friend was found.
And the changes of no consequence will pick up the reins from nowhere.

Sailors, in peril on the sea,
Amongst the waves a rock looms nearer, and not yet seen.
They see a gull
Flying by.
The Captain turns the boat and he asks not why.
And the changes of no consequence will pick up the reins from nowhere.
Nowhere.

Rozładowaniem tej powagi jest Harold the Barrel, czyli zdecydowanie bardziej skoczny i wesoły utwór. Tekst opowiada przemyślenia młodego chłopaka przed skokiem z okna; pełen jest czarnego humoru, głównie autorstwa Phila Collinsa, zainspirowanego autoironiczną In His Own Write Johna Lennona. Sam Collins śpiewa tu zresztą wraz z Gabrielem, a ich wokale zostały nałożone do siebie i od czasu do czasu jeden z nich wysuwa się na prowadzenie. Jasne, piosenka jest dość zachowawcza, monotonna i mało odkrywcza, ale ciężko nie dać się porwać tym uzależniającym refrenom. W gruncie rzeczy miło się tego słucha, choć do reszty materiału pasuje jak wół do karety.

If I was many miles from here,
I'd be sailing in an open boat on the sea
Instead I'm on this window ledge,
With the whole world below
Up at the window
Look at the window...

Harlequin traktuję tak samo jak For Absent Friends. Ot, miła, sympatyczna akustyczna miniaturka, która może w pamięć nie zapada, ale słucha się tego bardzo miło.

There was once a harvest in this land.
Reap from the turquoise sky, harlequin, harlequin,
Dancing round, three children fill the glade,
Theirs was the laughter in the winding stream, and in between.
Close your door, the picture fades again
From the flames in the firelight.

Powrotem do nieco bardziej okazałego grania jest The Fountain of Salmacis. Tu jednak już wkrada się czasem zupełnie niepotrzebny patos, który nie tylko owocuje dłużyznami, ale też dość nierównym tempem. Generalnie - mimo niezaprzeczalnych zalet - to piosenka strasznie się ciągnie, jest dość monotonna i niespecjalnie mi podeszła, szczerze mówiąc. Czuć, że muzycy mieli tu ambicje, ale nie bardzo wiedzieli jak je wykorzystać. A największe wrażenie z tych całych ośmiu minut na mnie robi solówka Hacketta. Magia.

The child Hermaphroditus was the son of Hermes and Aphrodite,
the result of a secret love affair. For this reason he was
entrusted to the nymphs of the isolated Mount Ida,
who allowed him to grow up as a wild creature of the woods. After his
encounter with the water-nymph Salmacis, he laid a
curse upon the water. According to fable, all persons who bathed in the
water became hermaphrodites.


Nursery Cryme to album, na którym Genesis kontynuuje drogę wytyczoną na Trespass. Nie ma tu żadnego progresu, ani regresu; to po prostu dokładnie to samo, acz trochę lepiej wyprodukowane i nieco mniej monotonne. Stylistyka pozostała jednak dokładnie identyczna, a Nursery Cryme spokojnie mógłby być ciągiem dalszym Trespass. Nie wiem, czy Genesis uznali, że mają już tak świetny styl, że nie trzeba tu nic dopracowywać, czy po prostu chcieli, by nowi muzycy dołączyli do poziomu tych trzech "dłuższych stażem" i w kolejny etap twórczości ruszyli z tego samego miejsca? Wszystko jedno. Najważniejsze jednak jest to, że mimo swych licznych wad, Nursery Cryme wstydu nie przynosi. Jeśli komuś podeszło poprzednie wydawnictwo, to jest spora szansa, że i tu znajdzie coś dla siebie. Mimo kilku nudniejszych momentów, ja stawiam ten album na równi z Trespass. Tu momentami niedomaga materiał, ale z kolei produkcja wydaje mi się bardziej klarowna, a i w muzykach czuć więcej zapału. No i Genesis zyskał świetnych muzyków: Hackett to czarodziej gitary, a Collins z Ruthefordem tworzą sekcję rytmiczną rodem z marzeń. Nursery Cryme to udany album, acz nie wybitny. Po prostu bardzo dobre wydawnictwo.

Ocena: 7/10


Nursery Cryme: 39:26

1. The Musical Box - 10:25
2. For Absent Friends - 1:48
3. The Return of the Giant Hogweed - 8:09
4. Seven Stones - 5:08
5. Harold the Barrel - 3:01
6. Harlequin - 2:56
7. The Fountain of Salmacis - 8:02

wtorek, 25 sierpnia 2020

"Killer" - Alice Cooper [Recenzja]


Po Love It to Death zespół bez wątpienia złapał wiatr w żagle. Za pisanie piosenek i nagrywanie wzięli się ponownie z Bobem Ezrinem, który miał niemały wpływ na wielki sukces poprzedniej płyty. I tym razem Alice Cooper odniósł wielki sukces, a Killer sprzedawał się bardzo dobrze, a także zebrał entuzjastyczne recenzje. Dziś uznawany jest za jeden z klasycznych albumów zespołu, z którego pochodzą tak kultowe utwory jak Under My Wheels, Halo of Flies czy Desperado.

Rozpoczynamy głośnym i mocnym akcentem, bo inaczej niż "jazgotliwym" początku Under My Wheels nazwać nie można. Po tej ferii gitar i perkusji po chwili jednak mamy naprawdę chwytliwą linię wokalną i motoryczną gitarę w tle. Wobec tego, jak utwór uzależnia i nie chce wypaść z głosy, wcale nie dziwi fakt, że stało się to jednym z największych przebojów Alice Cooper i po dziś dzień jest jednym z najczęściej granych przez Alice'a numerów na koncertach (więcej razy zaśpiewał tylko School's Out i I'm Eighteen). Bez wątpienia mamy tu od razu uderzenie z "wysokiego C", które stanowi udany wstęp do reszty longplaya. A sam fakt, że do mocnego, hard rockowego numeru dodano w aranżacji trąbki, bez wątpienia intryguje.

The telephone is ringing
You got me on the run
I'm driving in my car now
Anticipating fun
I'm driving right up to you, baby
I guess that you couldn't see
But you were under my wheels honey
Why don't you let me be

Be My Lover to klasyczna opowieść o rockandrollowcu, który rusza na "łowy" w poszukiwaniu jakiejś damy do towarzystwa. Również muzycznie jest tu dość konwencjonalnie i raczej nie ma co liczyć na większe fajerwerki, choć słucha się tego bardzo przyjemnie.

I told her that I came from Detroit City
And I played guitar in a long-haired rock and roll band
She asked me why the singer's name was Alice
I said "Listen baby you really wouldn't understand

Baby if you want to be my lover
You better take me home
Cause it's a long, long way to Paradise
And I'm still on my own"

Po leciutkim Be My Lover jeszcze bardziej majestatycznie i frapująco wypada długi, ponad ośmiominutowy Halo of Flies. Jak wspomina sam Alice, napisali tę piosenkę, by zobaczyć, czy są w stanie tworzyć długie, rozbudowane i mroczne utwory jak choćby King Crimson. No, umówmy się, Halo of Flies ciężko byłoby wejść na - dajmy na to - In the Court of the Crimson King, jednak w perspektywie tej płyty, i biorąc pod uwagę anturaż zespołu Alice Cooper, wypada naprawdę bardzo, bardzo dobrze. Mamy tu ponury nastrój, parę nagłych zrywów i zmian tempa, a jednocześnie całości daleko jest od bałaganiarstwa i przekombinowania. Nazwałbym kompozycję wręcz bardzo dobrze dopracowaną, przemyślaną i zaskakującą. Bo, co by o niej nie mówić, z pewnością potrafi zaskoczyć słuchacza. Zdecydowanie najambitniejszy i najlepszy moment Killer.

I've got the answers
To all of your questions
If you've got the money
To pay me in gold
I will be living
In old Monte Carlo
And you will be reading
The secrets I sold

Równie mrocznie i frapująco wypada Desperado. Do dziś nie wiadomo do końca, o kim jest ta piosenka. Według wywiadu radiowego, którego Alice udzielił w latach 70., historia tu opowiedziana powstała na kanwie jednego z bohaterów filmu Siedmiu wspaniałych, jednak w latach 90. twierdził już, że opowiada ona o Jimie Morrisonie, który zmarł w tym samym roku, w którym ukazał się Killer. No cóż, nie to jest tu najważniejsze. Ważniejsze jest bowiem to, że to cholernie intrygujący i po prostu bardzo dobry utwór. Jest tu tajemnica i szeptane zwrotki, które przechodzą w głośniejsze refreny. Hipnotyzuje.

I'm a gambler
And I'm a runner
But you knew that
When you lay down
I'm a picture
Of ugly stories
I'm a killer
And I'm a clown

You Drive Me Nervous to, jak sama nazwa wskazuje, nieco bardziej nerwowy i impulsywny utwór, który faktycznie brzmi, jak coś śpiewanego przez człowieka mającego zszargane nerwy, więc już za samą konsekwencję należy się plus. Sam utwór może nie jest szczególnie intrygujący, jednak urzeka swoim brzmieniem i klimatem.

You're out of state
You're thrown in jail
You ain't got the bread
To pay the bill
Your mom and papa come up and said
"Honey, where did we fall?"

Yeah, Yeah, Yeah to jednak najsłabszy fragment płyty, przynajmniej tak gdzieś do połowy, kiedy jest część śpiewana; wówczas nie wyróżnia się niczym i jest dość chaotyczny. W części instrumentalnej zaczyna się jednak coś dziać, mamy solo harmonijki, jazgoczącą gitarę i naprawdę można się wciągnąć. Mam więc spory problem z oceną tego numeru, jednak - by być fair wobec reszty - muszę zaliczyć go na minus.

You could be the devil
You could be the savior
Well I really can't tell
By the way that you behaviour
I'll take you off the boat
Put you under my wing

Żadnego problemu nie mam natomiast z oceną Dead Babies. To po prostu znakomita rzecz. Kolejny mroczny, nieco teatralny kawałek ze znakomitą oprawą muzyczną. Co ciekawe, po ukazaniu się płyty, utwór wywołał niemałe kontrowersje. Dziwić to jednak może ze względu na fakt, że jest on bardzo mocno przeciwko przemocy wobec dzieci, a sam utwór ma za zadanie poruszyć sumienie słuchacza tą okropną i poruszającą wizją. Jeden z moich ulubionych momentów płyty. Potrafi wjechać człowiekowi na psychę.

Little Betty ate a pound of aspirin
She got them from the shelf upon the wall
Betty's mommy wasn't there to save her
She didn't even hear her baby call

Dead babies, can't take care of themselves
Dead babies, can't take things off the shelf
Well we, didn't want you, anyway

Tytułowy utwór, zamykający płytę, to kolejny numer wypełniony niepokojącym brzmieniem gitar, dusznym klimatem i chrapliwymi wokalami Alice'a. Killer zamyka po prostu album w takim stylu, w jakim osadzona była cała reszta, za co niewątpliwy plus. No i to epickie instrumentalne zakończenie pełne niepokoju i frapującego nastroju. Po prostu rewelacja.

I came into this life
Looked all around
I saw just what I liked
And took what I found
Nothing came easy
Nothing came free
And nothing came all until they
Came after me


Killer to kolejny znakomity album zespołu. Jednak tu Alice Cooper idzie jeszcze krok dalej, poszerzając swój wachlarz stylów. Do mroku i unoszącego się nad Love It to Death frapującego klimatu dodano tu bowiem o wiele więcej teatralności, a momentami wręcz makabreski. Jednak o ile Love It to Death był po prostu pierwszym dobrym albumem Alice Cooper, tak Killer można uznać za ich pierwszy wielki album. Nie jest oczywiście idealny, bo znalazło się tu parę momentów, które ewidentnie odstają od reszty (jak choćby niemrawy Be My Lover, czy mało porywający Yeah, Yeah, Yeah), jednak za to pozostałe 6 piosenek to - moim zdaniem - utwory skończone i dopracowane w każdym calu. Mamy tu więc poruszające i niejednoznaczne teksty, szorstką i niepokojącą atmosferę makabreski, a także klarowną, choć absolutnie nie wypolerowaną produkcję Boba Ezrina. Podsumowując: Killer to po prostu znakomity album, na którym nie brak znakomitych utworów, ale nie obyło się też bez wpadek. Jednak o jego niewątpliwie wysokim poziomie świadczy fakt, że wpadki te nie są w stanie obniżyć (nie)przyjemności obcowania z tym materiałem.

Ocena: 9/10


Killer: 37:08

1. Under My Wheels - 2:51
2. Be My Lover - 3:21
3. Halo of Flies - 8:22
4. Desperado - 3:30
5. You Drive Me Nervous - 2:28
6. Yeah, Yeah, Yeah - 3:39
7. Dead Babies - 5:44
8. Killer - 6:57

czwartek, 20 sierpnia 2020

"Cold Spring Harbor" - Billy Joel [Recenzja]


Mimo, że to ojciec był dyplomowanym pianistą, to właśnie za zachętą matki czteroletni William Martin Joel zaczął uczęszczać na lekcje fortepianu. Sam był jednak średnio zainteresowany byciem pianistą; mówił, że jest lepszym organistą, a poza tym w ogóle pociągały go raczej inne rzeczy. Konkretnie: sport. A jeszcze konkretniej: boks. Odnosił nawet spore sukcesy, zdobywał lokalne uznanie, jednak gdy podczas jednej walki przeciwnik złamał mu nos, doszedł do wniosku, że bycie muzykiem jest bezpieczniejsze. Pokornie zasiadł więc ponownie za fortepianem i od tego momentu nie poświęcał się niczemu innemu. Mimo, że był pilnym uczniem, nie ukończył szkoły. Pracował bowiem już wtedy w barach jako pianista i przez swój wieczorny występ nie zdążył na egzamin z Angielskiego, co skończyło się oblaniem roku. Jak powiedział: "Chrzanić to. Jeśli nie dostanę się do Columbia University, pójdę do Columbia Records". Jak nietrudno się domyślić, na uczelnię się nie dostał, jednak ćwierć wieku później został pasowany na honorowego absolwenta dotychczasowej szkoły.
Jego zainteresowania muzyką już nic nie mogło powstrzymać. Po obejrzeniu słynnego występu Beatlesów w Ed Sullivan Show wiedział, że nic innego nie chce w życiu robić. Fab Four zainspirowali go, podobnie jak Elvis Presley czy The Everly Brothers, do tego, by samemu zostać muzykiem. Ciągnęło go w stronę popowych melodii. W 1965 roku dołączył do zespołu Echoes, którzy specjalizowali się w graniu coverów "brytyjskiej inwazji". Do studia po raz pierwszy wszedł w wieku 16 lat i zagrał na fortepianie w kilku piosenkach, które stały się umiarkowanymi, acz sezonowymi, przebojami. Następnie obijał się o kolejne zespoły, nagrywał z nimi pojedyncze single i płyty, z czego wszystkie okazywały się niewypałami. Na tym etapie też postanowił skrócić swoje imię - William - do łatwiejszego Billy.
Muzyk w końcu, zmęczony kolejnymi zespołami, w których miał niewiele do powiedzenia, zdecydował się rozpocząć solową karierę. Podpisał umowę z Family Productions opiewający na 450 tysięcy dolarów. To właśnie z tą wytwórnią Billy Joel nagrał swój pierwszy album, nazywając go Cold Spring Harbor (od małej wioski w Long Island). Wypełniło go 10 autorskich kompozycji muzyka. Co ciekawe, Joel na początku nie miał zamiaru być gwiazdą rocka i znanym Artystą. Chciał być autorem piosenek dla innych (tak jak choćby Elton John). Jak sam jednak wspominał w 2011 roku: "Powiedziano mi, że najlepszym sposobem na wypromowanie siebie i swoich piosenek jest nagranie płyty. Potem jedziesz w trasę, promując płytę grasz te piosenki, a ludzie mogą je usłyszeć i może im się spodobają." Niestety, na skutek błędu technicznego, taśma matka trafiła do produkcji uszkodzona. Muzyka na niej nagrana była więc nienaturalnie i sztucznie przyspieszona. Gdy Joel z dumą po raz pierwszy położył płytę na gramofonie i przyłożył do niej szpulę, załamał się po pierwszych kilku dźwiękach. Wiedział, że już za późno na naprawę szkód.
Jak można się nietrudno domyślić, album okazał się komercyjnym niewypałem, przepadając na listach przebojów. Dziś jednak - po naprawieniu błędów - jest pamiętany za sprawą utworu She's Got a Way, który stał się większym przebojem przy okazji jego ponownego nagrania na albumie Songs in the Attic w 1981 roku. W tej recenzji zajmuję się poprawionym wydaniem, który dziś jest dostępny w sprzedaży i do odsłuchu.

Rozpoczynamy najlepiej pamiętanym utworem z albumu, czyli przepięknym She's Got a Way. To oszczędnie zaaranżowana, ale przez to wypadająca jeszcze bardziej ujmująco i szczerze, miłosna ballada. Opowiada ona o ówczesnej żonie Joela. Muzyk śpiewa, że nie ma pojęcia, dlaczego akurat tak na niego działa, ale nie jest mu ta wiedza do niczego potrzebna, bo po prostu ją kocha. Aranżacyjnie całość oparta jest tylko na fortepianie i perkusyjnych talerzach, na których też zresztą zagrał Billy. Na ponownym wydaniu dołożono dodatkowo jeszcze, cicho brzmiące w tle, smyczki. Muszę przyznać, że czuję się trochę jak podmiot liryczny tej piosenki: uwielbiam ten utwór, można nawet powiedzieć, że kocham, za każdym razem mnie ujmuje. Ale nie wiem dlaczego. I nie chcę wiedzieć.


She's got a way about her

I don't know what it is
But I know that I can't live without her
She's got a way of pleasin'
I don't know what it is
But there doesn't have to be a reason anyway

She's got a smile that heals me
I don't know why it is
But I have to laugh when she reveals me
She's got a way of talkin'
I don't know why it is
But it lifts me up when we are walkin' anywhere


Dynamiczniej wypada You Can Make Me Free. To kolejna love song, tym razem jednak będąca jednoznaczną deklaracją skierowaną w stronę żony. Mamy tu znakomite wokale Billy'ego i urzekającą od pierwszego przesłuchania melodię, która wpada w ucho, i ciężko ją potem z głowy wyrzucić. To znakomity, popowy kawałek, który swoją lekkością i chwytliwością absorbuje od pierwszych dźwięków. Mamy tu już nieco bardziej złożoną aranżację, która jednak brzmi bardzo świeżo, dodając kompozycji żywiołowości. 


You can make me free

You can make me cry
You can make it so much better if you only try
And if I must wait a lonely lifetime
Until I am with you, my love
I will wait when you’ll be what I’m dreaming of
I can take the skies
I can soar like a bird
With his heart full of song, yeah, yeah
Won’t you color my eyes?
I’ve been writing so long


Everybody Loves You Know to już jednak opis zupełnie innej kobiety. Bohaterka tego utworu stała się sławna i czuje, że przez to jest lepsza od innych, pogardzając swoim rodzinnym miasteczkiem - Cold Spring Harbor. Mimo jej próżności, podmiot liryczny wciąż ją kocha i pragnie ją mieć, więc stara się być dla niej miły i utwierdzać ją w jej punktu widzenia, mając nadzieję na uzyskanie względów. To dość ironiczny i w gruncie rzeczy gorzki tekst o miłości do zapatrzonej w siebie kobiety. Znakomicie kontrastuje to z dość żywiołową kompozycją i bogatszym aranżem. Mi ten utwór przypadł do gustu nieco mniej niż poprzednie dwa, jednak jak już leci, słucha mi się go bardzo przyjemnie. Również do tej kompozycji Billy wrócił 10 lat później na Songs in the Attic.


You can walk away from your mistakes

You can turn your back on what you do
Just a little smile is all it takes
And you can have your cake and eat it too
Loneliness will get to you somehow
But ev’rybody loves you now


O wiele bardziej urzeka mnie natomiast balladowe i smutne Why Judy Why. To kolejna love song, jednak zaśpiewana z innej perspektywy, a mianowicie mężczyzny porzuconego, wciąż jednak nie potrafiącego się z tym pogodzić i zapomnieć o swojej jedynej miłości. Zostało to okraszone przepiękną aranżacją z płaczącymi w tle smykami i głośno brzdękającej gitary akustycznej. Potrafi chwycić za serce.


I never thought that she would say, say goodbye

But she did, and now I want to die, I want to die
I never thought that I would need, need a friend
Oh, but I did in the end
Tell me why Judy why


Odejściem od tematyki miłosnej jest Falling of the Rain. Jak dla mnie jest to niestety jeden ze słabszych momentów albumu, chociaż ma też swoje zalety. Bardzo świeżo wypada wiodący motyw i melodia, do której Billy wyśpiewuje nieco abstrakcyjny tekst. Jednak, jako trzecioosobowy obserwator, Joel nie wkłada w śpiew tyle emocji, więc może po prostu mój problem z tym kawałkiem wynika z tego, że niedostatecznie chwycił mnie za serce? W końcu każdy z poprzednich czterech utworów niósł ze sobą jakąś dawkę emocji, od których nie można było się uwolnić, a ten zdaje się wypadać po prostu, jakby był zupełnie z innej bajki (tekstowo, bo stylistycznie jak najbardziej przystaje do reszty).


High upon a hill far away from the dusty crowd is a boy

With his eyes on the ground, his head is bowed.
He’s a fool and his mind is filled with hopeless dreams
And he waits, but he will not see the falling of the rain
No, he will not see the falling of the rain
Will it always be the same as we recall?
Does it touch you when the rain begins to fall?
Ah, but I don’t want to know and I don’t want to see
Another rainy day without you lying next to me, ah


Turn Around to jednak powrót do love songs. Ciekawe, że w drugiej zwrotce pojawia się nawet skrócone imię żony Billy'ego (Eliza). Tym razem Joel śpiewa o ponownym spotkaniu dwóch kochanków po długim rozstaniu. Całość, mimo że utrzymana w średnim tempie, jak najbardziej jest znakomitym uchwyceniem radości i ekscytacji z faktu, że znów mogą ze sobą przebywać. Mamy tu chwytliwą melodię, piękne wokale i szczery tekst. Kolejny udany utwór.


Oh, sweet lady,

Runnin’ like a stream
You don’t look back
Because you know hands are clean
You make believe
That the past was just a dream
You make believe the past was just a dream


You Look So Good to Me to kontynuacja zdecydowanie weselszego nastroju. Tu mamy po prostu zapis zwykłej ekscytacji i wdzięczności do drugiej osoby za to, że po prostu jest obok, czyniąc życie czymś wyjątkowym i radosnym. Znakomita piosenka z zabarwieniem country, co potęguje solówka harmonijki.


Ah, you look so good to me

With my eyes open wide I can see
Ah, you feel so good to me
And it’s so good when you’re here
‘Cause I’m free
I’m feelin’ the glory from that smile upon your face
You lifted me high above my ordinary place, uh huh
And I am so happy when I’m in your warm embrace


Tomorrow Is Today to jednak zupełnie inny klimat. Już na wstępie powiem, że - jak dla mnie - to jeden z najsmutniejszych utworów, jaki w życiu słyszałem. Napisany został, kiedy Billy przeżywał ciężkie chwile. Chorował na depresję, próbował nawet popełnić samobójstwo i trafił w związku do szpitala. Wciąż podłamany swoim życiem, pierwszą rzeczą, którą zrobił po hospitalizacji, było napisanie właśnie tej piosenki. Z tekstu wylewa się gorycz, rozczarowanie życiem i niechęć do wszystkiego, co go otacza. Tekst, smutny akompaniament fortepianu i łamiący się głos Joela. Łzy same mogą cisnąć się do oczu.



I’ve been livin’ for the moment
But I just can’t have my way
And I’m afraid to go to sleep
‘Cause tomorrow is today

People tell me life is sweeter
But I don’t hear what they say
Nothing comes to change my life
So tomorrow is today

I don’t care to know the hour
‘Cause it’s passing anyway
I don’t have to see tomorrow
‘Cause I saw it yesterday

So I listen for an answer
But the feeling seems to stay
And what’s the use of always dreaming
If tomorrow is today, oh


Nie zapominajmy jednak, że Billy jest też pianistą, więc znakomicie orientuje się też w klasycznym repertuarze. Nokturny były specjalnością choćby Fryderyka Chopina (i w ogóle wielu kompozytorów romantyzmu, jak choćby Schumanna). Nietrudno po piosenkach Joela wywnioskować, że i on sam uważa się za romantyka, więc i w jego repertuarze musiał znaleźć się nokturn. Ten gatunek może przybierać różne formy i daje sporą dowolność twórcy, jednak najważniejszy był w niej  klimat - melancholijny, ponury, smutny. Również i ten Billy'ego, zatytułowany po prostu Nocturne, urzeka gorzkim klimatem, ale i przepiękną melodią i kunsztem Joela, jako instrumentalisty.
Album kończy Got to Begin Again. Bez zaskoczenia - to kolejna raczej smutna i utrzymana w wolnym klimacie kompozycja. Tekstowo jednak, sporo tu nadziei na lepszą przyszłość, więc może jednak wyróżnia się czymś na tle reszty albumu? Tak czy siak, jest jednak tu co najmniej jedna wspólna cecha - wysoki poziom.


All the words have been spoken

And the prophecy fulfilled
But I just can’t decide where to go
Yes, it’s been quite a day
And I should go to sleep
But tomorrow I will wake up and I’ll know
That I’ve got to begin again
Though I don’t know how to start
Yes, I’ve got to begin again, and it’s hard



Przyznam się, że nie od razu pokochałem Cold Spring Harbor. Pierwsze podejście było zdecydowanie nieudane. Może wynikało to z tego, że oczekiwałem od Billy'ego Joela chwytliwych, żywiołowych kompozycji, które słyszałem w radiu. Gdy jednak zrobiłem drugie podejście, utonąłem i do dziś nie umiem się od tej płyty uwolnić. Album wypełniony jest przepięknymi, niebanalnymi kompozycjami, którym nie brakuje chwytliwych momentów, ale też po prostu szczerości w brzmieniu. Billy Joel, jak każdy początkujący muzyk, odkrył chyba, że o wiele łatwiej pisze się smutniejsze melodie, niż radosne. Krążek wypełniony jest więc nimi, ale na wyróżnienie zasługuje fakt, że żadna nie wchodzi w banał lub grafomanię. Również tekstowo mamy tu sporo szczerych i ujmujących momentów, które urzekają i potrafią chwycić za serce. Rozumiem frustrację Joela, gdy usłyszał tak zmasakrowaną wersję tych nagrań, bowiem to naprawdę bardzo dobry materiał, którego zbezczeszczenie powinno być uznane za przestępstwo. Może muzycznie nie ma tu zbyt odkrywczych rozwiązań, jednak całość ujmuje klimatem, szczerością i bezpretensjonalnością. Warto poświęcić czas na ten materiał, choć zaznaczam, nie jest on dla każdego. To piosenki do słuchania podczas nastrojowych wieczorów, lub w domowym zaciszu. Tę muzykę trzeba po prostu poczuć, nie wystarczy żeby grała gdzieś w tle, bo po prostu zasługuje ona na poświęcenie jej uwagi. W zamian za to potrafi odwdzięczyć się i to z nawiązką.

Ocena: 8/10


Cold Spring Harbor: 29:53

1. She's Got a Way - 2:51
2. You Can Make Me Free - 2:59
3. Everybody Loves You Now - 2:49
4. Why Judy Why - 2:58
5. Falling of the Rain - 2:38
6. Turn Around - 3:06
7. You Look So Good to Me - 2:29
8. Tomorrow Is Today - 4:40
9. Nocturne - 2:46
10. Got to Begin Again - 2:52

wtorek, 18 sierpnia 2020

"Love It to Death" - Alice Cooper [Recenzja]


Po porażce ich dwóch pierwszych albumów, zespół uznał że chyba jednak muszą coś zmienić w swojej twórczości, lub dalej będą tworzyć muzykę głównie dla siebie. Przeprowadzili się do Detroit, gdzie z bliska mogli podziwiać koncerty takich zespołów jak The Stooges czy MC5. Nasiąkali ich energią, muzyką i stylem bycia. Podczas jednego z koncertów w Kanadzie w 1970 roku, na zespół natknął się producent Jack Richardson, który odpowiedzialny był m.in. za wielkie przeboje The Guess Who. Menadżer grupy próbował przekonać Richardsona, że Alice Cooper są warci uwagi, ten jednak nie przejawiał większego zainteresowania. Zamiast tego, wysłał do studia młodziutkiego Boba Ezrina, który miał się zająć grupą. Warto tutaj wspomnieć, że Ezrin był zachwycony muzykami, a później stał się dyżurnym producentem nie tylko ich kolejnych płyt, ale także Alice'a Coopera, jako solisty, który Ezrina określał jako "jego George'a Martina".
Ezrin nie był do końca przekonany do muzyki zespołu, ale ujęła go teatralność połączona z hard rockiem, który prezentowali na scenie, a także oddanie fanów, którzy malowali się na wzór lidera i znali słowa do wszystkich piosenek, co w tamtych czasach nie było wcale takie częste. Ezrin próbował przekonać Richardsona, że warto poświęcić na nich swój czas, ale ten wciąż nie był przekonany. Zamiast tego, pozwolił zająć się nimi Bobowi.
Ezrin, wychowany na folku i klasyce, zachęcał zespół, by zaczęli tworzyć nieco bardziej proste piosenki. Początkowo muzycy oponowali, ale ostatecznie zaufali producentowi, i wypracowali nieco bardziej hard rockowe brzmienie, z domieszką psychodelii. To też pierwsza sytuacja, kiedy muzycy pisali albumy nie zawsze jako zespół. Na poprzednich płytach każda piosenka podpisana była nazwiskiem całej piątki, natomiast na Love It to Death mamy wyraźne zaznaczenie, że materiał nie powstawał już wspólnie, ale każdy przynosił do studia coś swojego, ewentualnie pisali w parę osób. Wyjątkami są tylko I'm Eighteen i Is It My Body napisane przez wszystkich. Część utworów Ezrin poskracał, czego najdobitniejszym przykładem jest utwór, który wydano na singlu.
Wytwórnia miała już nieco mniej zaufania do Alice Cooper, po tym jak ostatnie dwie płyty okazały się totalnymi niewypałami. Postanowili dać im ostatnią szansę, ale postawili warunek: chcą dobrego singla i, jeśli okaże się sukcesem, wydadzą kolejny album. Zespół zdecydował się na utwór I'm Eighteen, który początkowo trwał 8 minut i nosił tytuł I Wish I Was 18 Again. Piosenka okazała się strzałem w dziesiątkę, stając się pierwszym wielkim przebojem grupy. Niemałym echem odbił się też sam album wydany 8 marca 1971 roku. Zespół zebrał bardzo entuzjastyczne recenzje, dostał się wreszcie na listy przebojów i uchodzi dziś za pierwszy wielki album Alice Cooper, od którego zaczęła się ich "prawdziwa kariera".

Caught in a Dream to typowy dla hardrockowego boomu lat 70. Mamy tu więc kawałek naładowany energią aż do granic, dodatkowo jednakże ze świetną melodią (co wcale nie tak często się zdarza). Ja jednak polecam zwrócić uwagę nie tylko na warstwę muzyczną (choć popisy gitarzysty zasługują na jak najgłębszy ukłon), ale także na tekst, bowiem udanie zapowiada już koncept, któremu poddany jest cały album. Mamy więc zagubienie w dorosłym świecie, niepewność, ale i momentami rozczarowanie, kiedy wyobrażenia przyszło wreszcie skonfrontować z realnością. Reasumując: Caught in a Dream może wcale nie tak sporo dzieli od tych piosenek z Easy Action, jednak na uwagę zasługuje bardziej klarowna produkcja i więcej serca, wkładanego przez muzyków w wykonanie. A czasem i to już wystarczy, by nagrać naprawdę dobry numer. Bo Caught in a Dream to bez wątpienia kompozycja udana, choć nierzucająca na kolana.

I'm caught in a dream; so what
You don't know what I'm going through
I'm right in between so I'll
I'll just play along with you

Well, I'm running through the world with a gun in my back
Trying to catch a ride in that Cadillac
Thought I was living but you can't ever tell
What I thought was Heaven turned out to be Hell

Pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałem I'm Eighteen. Miałem wówczas siedemnaście lat, i - jak większość nastolatków - uwielbiałem zasłuchiwać się w mrocznych i depresyjnych piosenkach (dość powiedzieć, że w moim odtwarzaczu prym wiodła Nirvana), które tylko jeszcze bardziej podbijały mój ponury nastrój. Z tamtej perspektywy, I'm Eighteen było dla mnie jak cios obuchem prosto w potylicę. Gdy słuchałem Alice'a, aż na usta cisnęło mi się pytanie: "Jak ten gość wszedł mi do głowy, skoro napisał tekst, z którym tak bardzo się utożsamiam?". Oczywiście warstwa muzyczna, świetna, niepokojąca aranżacja z podkręconą do oporu harmonijką i elektrykiem, i podniosłą końcówką na organach, i tak dalej, i tak dalej. Ale wówczas bardziej działał na mnie tekst. Co ciekawe, dziś robi on na mnie wcale niemniejsze wrażenie i powala mnie szczeniacką szczerością i realną - wcale dojrzałą i zasadną - obawą przyszłości. Do tego wszystkiego mamy oczywiście bezbłędne wykonanie, znakomitą melodię, i rzeczy, o których nawet nie będę wspominać, bo z pewnością każdy ten utwór choć raz słyszał. Wobec jego zalet w ogóle nie dziwi mnie, że stał się on pierwszym wielkim przebojem zespołu, i rozpoczął podróż Alice Cooper na szczyt.

Lines from on my face and hands
Lines form from the ups and downs
I'm in the middle without any plans
I'm a boy and I'm a man

I'm eighteen, and I don't know what I want
Eighteen, I just don't know what I want
Eighteen, I gotta get away
I gotta get out of this place, I'll go runnin in outter space

Nieco mniej melancholijny jest bez wątpienia Long Way to Go. To już czysty, hard rockowy czad, który jak najbardziej może porwać. Mamy tu prostą melodię i motoryczny (do pewnego momentu) podkład, do którego rozwrzeszczany Alice wyśpiewuje typowy dla tego gatunku tekst. Mówiąc wprost: kolejny prosty, acz efektowny czad, który jak najbardziej może się podobać. Mnie przynajmniej od razu przypadł do gustu i świetnie mi się go słuchało.

Please don't waste your energy on me my friend
Cause we still got a long way to go
We'll meet again some day
But right now just go away
Cause I still got a long way to go

The silence is speaking
So why am I weeping
I guess I love it
I love it to death

Nieco bardziej złożony jest natomiast Black JuJu. Rozpoczyna się od długiego wstępu na perkusjonaliach, do których dochodzą po chwili organki. Ich narastające brzmienie jest niepokojące, jednak o wiele bardziej "przerażająco" wypada nagłe wejście nisko strojonej gitary. Dochodzi do nich jeszcze rozkrzyczany Alice, po to by po chwili muzyka nieco przycichła. Moglibyśmy wręcz uznać ją za pogodną, jednak maniera, z którą śpiewa wokalista, kompletnie odwraca nam interpretację o 180 stopni. Co chwila mamy ostrzejsze wejścia refrenów (o ile można je tak nazwać), przeplatane nieco spokojniejszymi, choć też naszpikowanymi grozą, zwrotkami i popisami instrumentalistów. Kompozycja trwa ponad 9 minut. Tak, wiem, to sporo, jednak zapewniam, że absolutnie nie ma tu kiedy się nudzić, gdyż klimat utrzymujący się nad całością wynagradza nam małe zróżnicowanie, jeśli chodzi o muzykę. Ciężko się oderwać. Każdy ma tu swoje 5 minut, i każdy wykorzystał je do oporu.

Touched by the toil and plunged into his arm
Cursed through the night through eyes of alarm
A melody black flowed out of my breath
Searching for death, but bodies need rest

Równie niekonwencjonalnie wypada Is It My Body, czyli utwór oparty w większości na prostym riffie gitary i nieskomplikowanej perkusji. Przynajmniej na początku, bowiem po chwili warstwa muzyczna się rozkręca. Do tego dochodzi jeszcze Alice z chwytliwą linią wokalną i porażająco aktualnym tekstem o młodych ludziach, którzy źle czują się ze swoim ciałem, do tego stopnia, że mają czasem wrażenie, iż nie należy ono do nich. Warto z tą świadomością podejść do tej kompozycji, i dopiero wówczas zwrócić uwagę, jak świetnie przedstawia ona tę zagubioną i rozchwianą emocjonalnie osobę. No i cóż mogę powiedzieć: po prostu kolejny, świetny numer.

What have I got
That makes you want to love me
Now is it my body
Or someone I might be
Or somethin' inside me

You better tell me
Tell me
It's really up to you
Have you got the time to find out
Who I really am

Jak można zacząć utwór o tytule Hallowed Be My Name, jak nie organami? Po chwili jednak całkowicie zmieniamy klimat za sprawą prostej, acz chwytliwej melodii i niepokojących wokali Alice'a i solówek gitarowych, które sprawnie wpisują się w nastrój. Mam już trochę dość pisania, że mamy tu "kolejny świetny numer z rewelacyjnym klimatem", więc po prostu nic nie napiszę i przejdę dalej.

Come all your sinners
Come now in your glory
And my ears will listen
To your dirty stories
You're fighting to go up
'Cause you're on your way down

Cursing their lovers
Cursing the bible
Hallowed be my name
Yelling at fathers
Screaming at mothers
Hallowed be my name

Second Coming. Ciężko cokolwiek konstruktywnego o tym napisać, poza tym, że świetnie trzyma poziom i kontynuuje posępny klimat unoszący się nad wszystkimi piosenkami.

I couldn't tell
If the bells were getting louder
The songs they ring I finally recognize
I only know
Hell is getting hotter
Devil getting smarter all the time

And it would be nice
To walk upon the water
To talk again to angels
On my side

Second Coming płynnie przechodzi w fortepianowe preludium do Ballad of Dwight Fry, czyli kolejnego bardziej znanego utworu płyty (choć zdecydowanie mniej w sensie stricte komercyjnym). Tu jednak piosenka głównie tekstem stoi. Historia opowiada o mężczyźnie, który opuścił swoją rodzinę, jednak nie powiem nic więcej, bo po prostu warto się w to wczytać. Muzycznie mamy sporo patentów typowych dla zespołu i klimatu płyty.

I was gone for fourteen days
I might been gone for more
Help up in the intensive care ward
Lyin' on the floor
I was gone for all those days
But I, was not all alone
I made friends with a lot of people
In the danger zone

See my lonely life unfold
I see it every day
See my lonely mind explode
Since I've gone away

Ballad of Dwight Fry przechodzi z kolei płynnie w Sun Arise, czyli zdecydowanie bardziej oszczędny i prostszy utwór, co jednak nie znaczy, że mniej udany. 

Sun Arise come every mornin'
Sun Arise come every mornin'
Sun Arise come every mornin'
Bringin' back the warmth to the ground


To niesamowite, jak wielka przepaść dzieli Easy Action od Love It to Death. O ile Pretties for You wydawało się po prostu żenującą podróbką psychodelicznych zespołów końcówki lat 60., a Easy Action zwrotem w bardziej piosenkowym kierunku, acz wciąż nie wyzbywając się psychodelii, to Love It to Death wydaje się być dopiero tym, co muzykom w duszy grało. Przyglądanie się kolejnym piosenkom było dla mnie wyjątkowo trudne przy pisaniu tej recenzji. Głównie dlatego, iż ciężko napisać cokolwiek, nie zdradzając jednocześnie zbyt wiele. Bo najlepiej słucha się tego bez żadnych spoilerów, wczuwając się w klimat. No właśnie, bo to klimatem głównie album ten stoi. Jak można się spodziewać, mamy tu sporo mroku, jednak Alice Cooper nie weszli jeszcze w tę groteskowo-makabreskową tematykę, więc postanowili opisać tu rozdarcie i emocjonalne rozchwianie młodego człowieka. Mamy tu sporo tekstów poświęconych problemowi dorastania i wchodzenia w dojrzałe życie, ale także problemy z akceptacją samego siebie i otaczającego świata. To na swój sposób straszne, że przez te wszystkie lata ten album nie stracił nic na swojej aktualności, i wciąż mogą odnaleźć się w nim młodzi ludzie. I to właśnie na tym polega głównie wielkość tej płyty - że nic, a nic się nie zestarzała. Teksty, jak teksty, ale muzyka i brzmienie po pół wieku od premiery wciąż brzmią świeżo, nie trącą myszką, a nawet mogą wywoływać dreszcze ekscytacji i niepewności. Love It to Death to po prostu wspaniały i nieprzewidywalny album, którym Alice Cooper de facto zapoczątkowali swoją obecność na muzycznej scenie. Oto narodziła się nowa gwiazda. 

Ocena: 8/10


Easy Action: 36:58

1. Caught in a Dream - 3:10
2. I'm Eighteen - 2:59
3. Long Way to Go - 3:04
4. Black Juju - 9:14
5. Is It My Body - 2:34
6. Hallowed Be My Name - 2:30
7. Second Coming - 3:04
8. Ballad of Dwight Fry - 6:33
9. Sun Arise - 3:50

sobota, 28 marca 2020

"The Electric Light Orchestra"/"No Answer" - The Electric Light Orchestra [Recenzja]


Mimo, że nazwę Electric Light Orchestra kojarzymy dziś z nazwiskiem Jeffa Lynne'a, to nie on był założycielem tego zespołu. Na pomysł dołączenia do muzyki rockowej instrumentacji klasycznej i "kontynuowania tam, gdzie skończyli Beatlesi" wpadł w 1968 roku lider zespołu The Move (wczesne wcielenie ELO) - Roy Wood, który współtworzył zespół z Trevorem Burtonem. Po odejściu Burtona, Wood zaproponował dołączenie do zespołu Jeffowi. Ten jednak odmówił, bo był zdania, że jego zespół, The Idle Race, sam odniesie sukces. Gdy jednak The Idle Race opuścił wokalista, Lynne w styczniu 1970 roku dołączył do Wooda.
12 czerwca 1970 roku ukazał się singiel The Move, na którego stronie B znalazła się pierwsza piosenka zespołu, który miał wkrótce przerodzić się w Electric Light Orchestra. Tą piosenką było 10538 Overture, do której Wood dodał partie smyczków. Początkowo trio (Lynne, Wood i Bev Bevan, perkusista) planowało nagrywać album jako The Move, a także równocześnie rozpocząć karierę pod nową nazwą. Po nagraniu albumu Looking On planowali wziąć się za nowy projekt. Jednak odpalenie ELO, ze względu na złożone brzmienie, które chcieli osiągnąć, wymagało nakładów finansowych przewyższających ówczesne możliwości muzyków. The Move postanowiło więc nagrać jeszcze jedną płytę pod starym szyldem, Message From the Country, przez co nagrania nowego albumu pod nową nazwą przesunęły się. W wyniku tego, album zatytułowany The Electric Light Orchestra ukazał się w sklepach dopiero 3 grudnia 1971 roku. Płytę nagrało pięciu muzyków, z czego w każdym kawałku pojawiało się tylko oryginalne trio - Lynne, Wood i Bevan. Całość ukazała się pod szyldem The Electric Light Orchestra.
Płyta ukazała się w Stanach Zjednoczonych dopiero w marcu 1972 roku i to pod innym tytułem - No Answer. Skąd taka rozbieżność w tytułach? Otóż całość wyszła przez bardzo zabawny zbieg okoliczności. Sekretarka z wytwórni w USA próbowała dodzwonić się do wytwórni z Wielkiej Brytanii, chcąc dowiedzieć się, jaki jest tytuł longplaya, który zobowiązali się wydać. Nikt nie odbierał. Owa sekretarka napisała więc na kartce "no answer", by zameldować szefowi, że nie udało się ustalić tytułu. Osoba decyzyjna wzięła to jednak za tytuł płyty i tak już poszło.
Singiel 10538 Overture okazał się sporym przebojem, trafiając do pierwszej dziesiątki zestawień w Wielkiej Brytanii. Zespół niejednokrotnie pojawiał się w tych samych programach telewizyjnych pod dwoma szyldami: raz jako The Move, raz jako The Electric Light Orchestra.

Ta płyta nie mogła się zacząć niczym innym, niż właśnie 10538 Overture. Wszak to pierwszy oficjalny utwór Electric Light Orchestra. Może najpierw parę słów o samej kompozycji: to utwór w średnim tempie, oparty głównie na wpadającym w ucho motywie gitary i rewelacyjnych partiach smyczków. Tekst opowiada o zbiegłym więźniu, któremu Jeff wolał nadać numer niż imię. 1053 to numer konsoli w studiu, a Wood zaproponował dodanie do tej liczby także cyfry 8, by ładniej wybrzmiała fraza. Początkowo miał to być utwór na stronę B zespołu The Move. Po dodaniu partii smyczków panowie zorientowali się jednak, że to jest kierunek, w którym powinien podążać ich nowy projekt. Mamy tu świetną melodię, znakomite wokale Lynne'a, świetną, niemal barokową, warstwę instrumentalną i rewelacyjny klimat. Kompozycja ta to jeden z moich ulubionych utworów zespołu i najlepszy moment krążka. Nie ma jednak co się obawiać: przed nami jeszcze dużo dobrej muzyki.

Did you hear the news? It came across the air today
Someone had been found on the rocks down in the bay
Did you see him hide? Did you see him crawl?
Does his life mean more than it did before?

Jeśli ktoś potrzebuje dowodu na to, że ELO wywodziło się z późnych Beatlesów, to najlepiej posłuchać Look At Me Now. Toż to wcale nie tak daleki kuzyn Eleanor Rigby. Piosenka oparta jest głównie na smyczkach (choć nie tylko). To kompozycja Wooda i właśnie jego wokal w niej słyszymy. Znakomity, dynamiczny i pięknie zaaranżowany kawałek. Trzyma poziom.


The King of the castle brought her to her knees
Gave the Salvation Army girl a squeeze
Ah, look at me now feeling emotion
Ah, look at me now
Look at me now

Mniej przypada mi do gustu jednak Nellie Takes Her Bow Lynne'a. To całkiem udana ballada, jednak nie odpowiada mi połączenie wokali Jeffa z aranżacją, która wydaje się jakby zupełnie z innej bajki. Mimo, że sama kompozycja jest naprawdę miła, a melodia jest przepiękna, to trochę za dużo tu bałaganiarstwa. Przynajmniej w pierwszej części, bo tak gdzieś od połowy mamy nagły zryw, który zaskakuje i wypada naprawdę udanie. Potem kolejne zwolnienie z piękną partią skrzypiec i powrót do głównego motywu, który wykonany jest tu jednak znacznie lepiej. Reasumując: dziwny to utwór i druga połowa nie rekompensuje jednak w pełni chaotycznego porządku. Jest więc taki sobie; nie zachwyca.

Just a lonely girl
Who could not face a broken world
And so she acts out all her dreams
And wishes that's how it had been
But when the audience is near
It seems as though she doesn't even care

The Battle of Marston Moor (July 2nd, 1644) to kawałek instrumentalny. Na początku mamy co prawda jakąś narrację, ale potem to kompozycja oparta w całości na znakomitych partiach smyczków. Utwór trwa 6 minut, jednak ani chwilę nie nudzi i mamy tu parę świetnie ze sobą korespondujących wątków.

1st Movement (Jumping Biz) to kolejny utwór instrumentalny, jednak zupełnie inny od The Battle of Marston Moor (July 2nd, 1644). Tam mieliśmy bowiem całość opartą głównie na brzmieniu smyczków, natomiast tutaj motywem przewodnim jest riff gitary akustycznej. Oczywiście, smyczków jest tu bardzo dużo, jednak nie pełnią aż tak wiodącej roli, a stanowią jedynie tło. Kolejny znakomity numer.
Mr. Radio to utwór, który, w moim prywatnym rankingu, konkuruje z 10538 Overture o miano najlepszego utworu na płycie. Zaczynamy odgłosem strojenia radia, a potem mamy puszczony od tyłu fragment symfonii Mozarta. Następnie, jakby właśnie dobiegał z radia, podkład fortepianu i głos Lynne'a, który po chwili jednak, wraz z wejściem pozostałych instrumentów, ma już normalną rejestrację. Ten wspaniały utwór opowiada o mężczyźnie, którego zostawiła kobieta, i zostało mu już tylko radio, przy którym spędza teraz całe dnie. Po pięknych i urzekających zwrotkach mamy rewelacyjnie rozwinięty mostek. Najpierw partia na fortepianie, po chwili dochodzi do tego orkiestra i gładko wracamy do motywu przewodniego. Wspaniały utwór. Szkoda, że już nieco zapomniany, bo moim zdaniem to jedna z najlepszych piosenek ELO.

Hello, Mr. Radio, you're friendly station
So glad of your company, your morning music
My wife, she ran away, she left our home
And though you're here with me, I'm on my own

Poziom odrobinę spada przy Manhattan Rumble (49th Street Massacre). Jednak to kolejny naprawdę ciekawy utwór instrumentalny, w którym rolę przewodnią odgrywają dość mroczne motywy na fortepianie,
Mam prawdziwy problem z Queen of the Hours. Z jednej strony mamy tu jedną z piękniejszych melodii na płycie znakomicie wyśpiewaną przez Jeffa i pięknie towarzyszące jej wejścia skrzypiec. Jednak kontrastuje to z warstwą instrumentalną, która jest stanowczo za głośna, za mroczna i  zbyt dynamiczna. Wypada to więc bardzo niespójnie i bałaganiarsko. Zmarnowany potencjał.

Dawn is the death wish night has passed away
It left the sacred flower
Opened up the grave and bowed
Its life unto the queen of the hours

Queen of the hours, along, along, along
The path of time, of time
She is still, the clock shall tell the tale
When all is well, is well

Na sam koniec mamy jednak bardzo poprawną balladę Wooda Whisper In the Night. Tu wszystko już jest jak najbardziej konsekwentnie; piękna linia wokalna i delikatny podkład gitary akustycznej z lekko pobrzmiewającymi w tle smykami.

Snowflake bird she comes
Taking grey clouds from your door
Face the midnight sun
You have something to live for
Daughter of your dream shine a guiding light for me


Na The Electric Light Orchestra słychać, że muzycy mają pomysł na siebie, jednak w parze z tym idzie jednak kompletne zagubienie w studiu. Nie bardzo potrafią jeszcze realizować swoje pomysły i mają dość mgliste pojęcie o tym, jaki osiągnąć konsensus między rockiem a symfoniką. Zarówno Lynne jak i Wood zaprezentowali się tu zarówno z bardzo dobrej, jak i z nieco słabszej strony. No bo Jeff, obok 10528 Overture, Mr. Radio i Manhattan Rumble (49th Street Massacre) proponuje nam bałaganiarskie Nellie Takes Her Bow i Queen of the Hours. Wood natomiast z jednej strony rozczarowuje nieco dość topornymi liniami melodycznymi, jednak słychać że ma o wiele większe doświadczenie w komponowaniu, przez co jego utwory brzmią spójnie i konsekwentnie, czego nie można zawsze powiedzieć o Jeffie. Na żadnej płycie ELO nie ma aż tyle symfoniki, co tutaj. Lynne dopiero później nauczył się, jak tworzyć swoje unikatowe brzmienie (chociaż zalążki tego mamy już w 10538 Overture i Mr. Radio) i tutaj mamy jeszcze mocno nieokreślony zespół, który chce, ale brakuje mu umiejętności. Niezła płyta, jednak dość nierówna, bałaganiarska i wypada bardzo blado w stosunku do późniejszych osiągnięć grupy.


Ocena: 6/10


The Electric Light Orchestra: 41:30

1. 10538 Overture - 5:32
2. Look at Me Now - 3:17
3. Nellie Takes Her Bow - 5:59
4. The Battle of Marston Moor (July 2nd 1644) - 6:03
5. First Movement (Jumping Biz) - 3:00
6. Mr. Radio - 5:04
7. Manhattan Rumble (49th Street Massacre) - 4:22
8. Queen of the Hours - 3:22
9. Whisper in the Night - 4:50

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...