Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

"Dehumanizer" - Black Sabbath [Recenzja]


W 1991 roku, po jednym z koncertów zespołu Dio, do garderoby lidera przyszedł Geezer Butler, by się przywitać ze starym kolegą. Od słowa do słowa, Butler sięgnął po bas i razem z liderem Ronniego zagrali The Mob Rules i Neon Knights. Tak fajnie się przy tym bawili, że uznali topór wojenny za zakopany, a Butler zaproponował Dio powrót do Black Sabbath. 
Zespół po kilku płytach wydanych z Martinem był dosłownie na skraju przepaści. Krążki sprzedawały się bardzo słabo i były jednoznacznie miażdżone przez krytykę. Iommi wiedział, że jedyną okazją by odbić się od dna, byłaby współpraca z jakimś wielkim nazwiskiem, który mógłby przywołać na myśl najlepsze czasy Black Sabbath. Dio był idealnym wyborem, tym bardziej że ze swoją własną grupą święcił akurat spore sukcesy. Nagrywanie rozpoczęli więc w składzie: Ronnie James Dio, Tony Iommi, Geezer Butler i Cozy Powell. Perkusista jednak, przez problemy zdrowotne, musiał zrezygnować z nagrywania. Dio chciał więc zwerbować Simona Wrighta ze swojego zespołu, jednak Iommi i Butler się nie zgodzili, nie chcąc silniejszej dominacji Ronniego w zespole. Zamiast niego ściągnęli Vinny'ego Appice'a i tak oto reaktywował się skład, w którym nagrano bardzo dobry Mob Rules 11 lat wcześniej. 
Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż niedługo potem Dio odszedł ponownie z Black Sabbath. Ozzy Osbourne koncertował wówczas w ramach swojej pożegnalnej trasy No More Tours i poprosił swój macierzysty zespół, by wystąpił na dwóch koncertach jako support. Dio się nie zgodził, nazywając Ozzy'ego klaunem i powiedział, że jest zbyt poważnym muzykiem, by grać przed takim pajacem. Opuścił więc Black Sabbath. A szkoda, bo album zebrał dobre recenzje i pozwolił zespołowi na nowo zaistnieć na listach sprzedażowych. 

Już od pierwszych dźwięków otwierającego całość Computer God czuć, że Black Sabbath ponownie sięgnęło po zdecydowanie cięższe brzmienie, które przed laty zapewniło im na stałe miejsce w annałach heavy metalu. Także i Dio nieco zelżył, jeśli chodzi o teatralną manierę. Brak tu może dostatecznie wyrazistej melodii, ale wszelkie niedostatki nadrabia zdecydowanie muzyka, która jest fenomenalna. Walcowaty riff i rewelacyjne zwolnienie w środku z balladową wstawką. Gdy już nieco się uspokoimy, to panowie ponownie przyspieszają i atakują ze zdwojoną siłą, miażdżąc galopadą, która przywodzić może na myśl pierwsze dwie płyty z Dio. Można by więc rzec, że ten kawałek to jakby pogodzenie dwóch obozów fanów: walcowaty początek to hołd dla ery z Ozzym, natomiast zwolnienie i końcowe przyspieszenie to nawiązanie do czasów Heaven and Hell. Wspaniały numer.

Deliver us to evil, deny us of our faith
Robotic hearts bleed poison
On the world we populate
Virtual existence with a supherhuman mind
The ultimate creation, destroyer of mankind
Termination of our youth
For we do not compute

Jeszcze ciężej niż Computer God wypada natomiast After All (The Dead). Momentami (zwłaszcza w mostkach) utwór zdaje się nawiązywać do kultowego już kawałka Black Sabbath. Co tu dużo mówić, ta piosenka po prostu powala od początku do końca. Ciężki, walcowaty klimat, mocarne riffy Iommiego, idealna sekcja rytmiczna i mroczne wokalizy Dio.

What do you say to the dead?
Will you forgive me for living?
Can't believe the things that they said
Wonderful day for a killing
It's killing me

TV Crimes to jednak odejście od ciężkiego klimatu, który charakteryzował poprzednie dwie piosenki. Mamy tu typową dla epoki Dio galopadę, która przywodzić mogłaby momentami Iron Maiden, gdyby nie te niskie strojenia gitary. Kawałek zdecydowanie mniej przekonuje i wypada o wiele słabiej, głównie przez zawartość sztampy i dość zachowawczych patentów. Są dobre momenty (jak na przykład solówka), ale piosenka ogólnie wypada raczej słabo.

Gotta send me a plastic Jesus
There's a check in the mail today
That's what I need
Somebody to love

Ciężej wybrzmiewa znów Letters from Earth, jednak tu z kolei mamy nieco mniej wciągającą i angażującą muzykę, która nie wyróżnia się niczym szczególnym i jest dość mało oryginalna. Mimo, że dobrych momentów jest tu parę (choćby, znów, rewelacyjne solo Tony'ego), to kawałek jest raczej  średnio przekonujący. Nie jest najgorszy, ale to po prostu nie ten poziom.

Well it's a new world
And now I'm a stranger
Stranger than you know

I don't belong here
And I'm writing to you
With blood on my hands

O wiele lepiej wypada za to świetne i mega-ciężkie Master of Insanity. Parę nagłych "zwrotów akcji", ale przede wszystkim spójność. Cały kawałek jest bardzo konsekwentny, a kolejne motywy świetnie się ze sobą przeplatają, tworząc powalającą od pierwszego przesłuchania całość.

Your freedom is gone
He's taken everything
You ever had
But if you're strong you'll survive
You've got to hold on
Open your eyes

Time Machine to lekki spadek formy. Ponownie zrezygnowano tu z walcowatych riffów na rzecz bardziej hard rockowego klimatu, w związku z czym piosenka wypada nieco bardziej topornie i sztampowo, aczolwiek nie jest może jakoś bardzo tragicznie. Po prostu nie jest "aż tak dobrze".

You're living in a time machine
And you can choose just who you are
Someone that you've never seen
Someone you've never been
You're living in a time machine

Słabiej wypada także  Sins of the Father. Muzycy jakby nie mogli się zdecydować, czy ma to być kolejny miażdżący kawałek, czy też nieco żywszy numer w stylu Mob Rules, więc wyszła z tego dziwaczna hybryda, w której panowie cały czas błądzą, próbując sklecić z tego całość. Oczywiście, najlepszym momentem jest klimatyczny środek, gdzie najpierw mamy porcję dziwnych, tajemniczych odgłosów i bezbłędne granie Maestro Iommiego. Poza tym jednak jest naprawdę dobrze, ale - według mnie - zabrakło konsekwencji. 

You've been twisted into pieces
By the hands of your emotions
How much longer are you gonna pay
For yesterday
Sins of the father

Nie ma na Dehumanier stricte ballady, jednak najbliżej do tego jest chyba Too Late. Przynajmniej momentami, bo reszta to raczej ponownie ciężkie, mocarne i walcowate granie. Znów brak konsekwencji, ale tym razem wypadło to na tyle przekonująco, że i spójność wydaje się bardziej przemyślana, a piosenka wypada naprawdę nieźle.

Save me
I believe in your name
I've fallen down
But now I've found nobody to take the blame

Misery
Come to drag me away
When the hunter cries, no alibis
Get ready for judgement day

O ile co do poprzednich utworów można by mieć mieszane uczucia, to powrót wysokiej formy gwarantuje nam ultra-ciężkie, acz szalenie melodyjne I. Rewelacyjny riff gitary (momentami delikatnie nawiązuje do Into the Void), parę zmian tempa, świetne wokale Dio i melodia na poziomie. Wszystko tu idealnie ze sobą współgra, a utwór brzmi i nowocześnie, i staromodnie. Znakomity kawałek.

Yes, I am giant
I'm a monster
Breaking windows in houses
Buildings of glass
Rebel, rebel, holy outlaw
Ride together, don't try it
The power's in one

Również kończące płytę wypada bardzo ciężko i mocarnie. Buried Alive to po prostu kolejny świetny i zwalisty kawałek o rewelacyjnym riffie. Tylko tyle i aż tyle.

Once upon a nightmare
Once upon a time
You're running from tomorrow
You got lost
And found that another
Day has turned to ashes
Taken by the wind
Frozen seeds of sorrow
Never to begin



Dehumanizer to powrót Black Sabbath do formy. Panowie znów grają ciężko jak niegdyś. Najpierw kwestia Dio: muszę przyznać, że na żadnej poprzedniej płycie Sabbathów nie wypadł tak przekonująco. Zarzucił na kołek swoją teatralną manierę, wysokie i kiczowate zaśpiewy, a zamiast tego skupił się na nieco bardziej oszczędnym, acz jeszcze bardziej efektownym śpiewie. Przynosi to efekty zahaczające momentami o ideał. Oczywiście zdarza mu się czasem za bardzo szarżować (TV Crimes), ale to raczej na zasadzie wyjątków. Co do Iommiego: udowodnił, że wciąż jest w stanie tworzyć chwytliwe i ciężkie riffy, o czym pozwolił nam nieco zapomnieć na poprzednich kliku płytach. Geezer i Vinny: trzymają się raczej na uboczu, ale pokazują klasę i nie ustępują ani na krok. Nad całym albumem zaś unosi się ponury i mroczny nastrój, potęgowany jeszcze przez ciężką i walcowatą muzykę, która przywodzić może na myśl takie płyty z repertuaru Sabbathów jak Master of Reality czy Sabotage. Czy to oznacza więc, że jest idealna? Nie. Muzycy, zdaje się, skupili się bardziej na ciężarze, niż na samych kompozycjach, w związku z czym sporo piosenek jest po prostu do siebie bliźniaczo podobnych i nie wyróżniają się z reszty peletonu. Postawiono bardziej na klimat, niż na wartość muzyczną. Jednym to bardziej odpowiada, drugim mniej. Ja Dehumanizer uważam za powrót do składu z Dio, nie tylko w wielkim stylu, ale także w stylu, który przebił poprzednie dwie płyty z Ronniem. Ani Heaven and Hell, ani Mob Rules nie powalało bowiem na kolana tak jak właśnie Dehumanizer.

Ocena: 8/10


Dehumanizer: 52:17

1. Computer God - 6:10
2. After All (The Dead) - 5:37
3. TV Crimes - 3:58
4. Letters from Earth - 4:12
5. Master of Insanity - 5:54
6. Time Machine - 4:10
7. Sins of the Father - 4:43
8. Too Late - 6:54
9. I - 5:10
10. Buried Alive - 4:47

piątek, 27 marca 2020

"The One" - Elton John [Recenzja]


Nad Eltonem czarne chmury zbierały się przez całe lata 80. W końcu jednak było ich zbyt wiele i po nagraniu albumu Sleeping With the Past, artysta udał się na odwyk. Zmagał się wówczas z uzależnieniem od narkotyków, alkoholu, a także z bulimią. Ośrodek opuścił zupełnie nowy Elton John, któremu nie w głowie już były szaleństwa i podbijania list przebojów. Zapragnął stworzyć album w pełni dojrzały, który powinien stworzyć artysta w jego wieku i z jego renomą na rynku muzycznym. O nowe teksty poprosił - standardowo - Berniego Taupina i tylko w komponowaniu jednego (Runaway Train) pomógł mu szwedzki perkusista i kompozytor - Olle Romo. 
Elton zaprosił też do nagrywania parę znanych nazwisk. Przez studio przewinęli się tacy muzycy jak Eric Clapton, David Gilmour, a na kilku nagraniach pojawiają się także Davey Johnstone, Kiki Dee i Nigel Olsson. Przez kilka ostatnich płyt Elton grał na pianinie elektrycznym Roland RD-1000. Na The One robi to po raz ostatni i od Made In England z powrotem zasiadł za "żywym" fortepianem Yamaha Disklavier.
Album okazał się wielkim powrotem Eltona na listy przebojów i jego największym komercyjnym sukcesem od 1975 roku. Na całym świecie trzykrotnie pokrył się złotem, a platyną aż 14 razy. Zebrał też bardzo dobre recenzje od krytyków.

Simple Life to zdecydowanie mocny numer na sam początek. Zaczyna się niespiesznie, by po chwili genialnie rozwinąć się w rewelacyjny i dynamiczny kawałek oparty głównie na motywie harmonijki. Już od pierwszego wejścia Eltona, słychać że jego wokale są o wiele niższe niż 3 lata temu na Sleeping With the Past. Całość jest dość prosta, jednak wypada absolutnie rewelacyjnie. Piosenkę wydano też jako singiel, co prawda, jako ostatni, który miał promować album. Utwór poradził sobie jednak znakomicie, spędzając 3 tygodnie na pierwszym miejscu list przebojów. Wersja singlowa zdecydowanie różni się jednak od albumowej i to nie tylko czasem trwania (1,5 minuty mniej). Przede wszystkim jest tam nieco szybsze tempo, wyraźniejsze brzmienie harmonijki na rzecz syntezatorów i bardziej dobitny beat perkusji. W obu wersjach piosenka robi jednak spore wrażenie. Gdybym jednak musiał wybrać, wybrałbym właśnie tę albumową, gdyż tutaj traktuję ją jako pierwszą część dyptyku, mimo że nie jest tak zapisana na liście utworów.


And I won't break and I won't bend
But someday soon we'll sail away
To innocence and the bitter end
A I won't break and I won't bend
And with the last breath we ever take
We're gonna get back to the simple life again

Simple Life to bardzo dobry utwór. Jednak wypada jeszcze lepiej, gdy uznamy go za niejako wprowadzenie do piosenki The One. Utwór tytułowy to zdecydowanie najlepszy moment albumu i jeden z największych przebojów Eltona. Muzyk martwił się, że po odwyku - na który udał się niedługo po wydaniu Sleeping with the Past - nie będzie w stanie napisać już dobrej piosenki. Jak dzisiaj wiemy, bardzo się mylił, bo stworzył potem jeszcze wiele wartościowej, o wiele dojrzalszej muzyki, czego najlepszym przykładem jest właśnie The One. To przepiękna ballada o znakomitej melodii i wspaniałym tekstem Taupina. To, co mnie jednak najbardziej urzeka, to genialna interpretacja wokalna Eltona, który wkłada w wykonanie tej kompozycji całe serce. Piosenka ta została pierwszym singlem promującym album i zdecydowanie spełniła swoje zadanie, podbijając listy przebojów w Stanach, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Belgii, Francji, Włoszech, Norwegii, Polsce, Szwajcarii i Australii, a nawet zdobywając nominację do nagrody Grammy w kategorii Best Pop Vocal Performance - Male (statuetkę zgarnął jednak, za utwór Tears in Heaven, Eric Clapton, z którym, nomen omen, Elton zaśpiewał duet na omawianej tu płycie).

And all I ever needed was the one
Like freedom fields where wild horses run
When stars collide like you and I
No shadows block the sun
You're all I've ever needed
Baby you're the one

Poziom znacząco spada jednak przy Sweat It Out. To raczej nieciekawy, oparty na brzmieniu syntezatorów, utwór, przywodzący na myśl nie najlepsze momenty Reg Strikes Back. Melodia jest mało chwytliwa, a aranż zbyt przytłaczający; co razem tworzy raczej słaby i mało udany utwór.

No ceiling on hard living
Peace keepers keep on breathing
Can't deny eye for eye
It's open season
Dictate to my reason
She devils ruling Britain
Hey girl stick it in your purse
Call it treason

Jeżeli w jakimś utworze można było pokładać nadzieje, to właśnie w Runaway Train, czyli duecie Eltona Johna z legendarnym gitarzystą - Erikiem Claptonem. Panowie niby nie zawiedli; piosenka jest bardzo udana, chwytliwa i zawiera naprawdę dobre partie wokalne zarówno Claptona, jak i Johna, a także świetne wstawki gitarowe tego pierwszego. Niestety, całość cierpi na bolączkę Sweat It Out - zbyt przytłaczający aranż, który skutecznie zabija potencjał kompozycji. Może i jest dynamicznie, jednak zbyt plastikowo. Szkoda zmarnowanej szansy na naprawdę powalający numer.

Well we've rapped ourselves in golden crowns
Like sun gods spitting rain
Found a way home written on this map
Like red dye in my veins
In the hardest times that come around
The fear of losing grows
I've lost and seen the world shut down
It's a darkness no one knows

Równie nieciekawie prezentuje się także, niestety, miałkie i wtórne Whitewash County. Pseudo chwytliwy motyw syntezatorów, raczej mało przekonująca melodia i ogólnie piosenka bez wyrazu. 

Tonight it's hot down here
I can almost smell the rain
And I can almost taste the fear
Behind your name
Fans turning on the ceiling
I feel sticky as a chili dog
White boys howling in the evening
On that hollow log

Poziom podnosi jednak przepiękne i rozmarzone The North. No i jak tu nie uznawać Eltona za "tego od ballad", jak przy pierwszej możliwej okazji, za pomocą takiej delikatnej i melancholijnej piosenki przekreśla poprzednie 3 utwory. Mamy tu relatywnie prosty utwór, jednak obdarzony jest tak urokliwą melodią i świetnym wykonaniem Eltona, że po prostu musi zachwycać. Równie dobrze wypada tu nawet aranż, który skutecznie buduje ciekawy klimat. Gdy trzeba - jest głośniej, ale potrafi też momentami się nieco wyciszyć. Zdecydowany atut krążka.

The North was my mother
But I no longer need her
You trade your roots and your dust
For a face in the river

And a driven rain that washes you
To a different shore
There's a North in us all
But my North can't hold me anymore

Gdyby When a Woman Doesn't Want You okrasić nieco innym, prostszym i bardziej soulowym aranżem, spokojnie mógłby znaleźć się na Sleeping with the Past. Lubię myśleć o tej piosence, jak o Amazes Me tej płyty. No, umówmy się, do wspomnianego utworu sporo jej brakuje, ale i tak wypada bardzo przyjemnie, choć nie nazwałbym jej szczególnie zachwycającą.

Her voice invites
Her eyes say more than words
But her needs and complications
Can tear away the memory of last night's girl
And if you're weak
Yeah we're all weak sometime
The best things can wait
The best times they come
Oh when strength is kind

Poziom trzyma też równie przyjemne i delikatne Emily. Tu jednak pojawiają się już bardziej chwytliwe refreny z bardzo dobrymi wokalami. Całość jest nieco za bardzo jednowymiarowa i raczej słuchać tego należy raz na jakiś czas, ale - gdy przyjdzie co do czego - to wypada to naprawdę więcej niż przyzwoicie i utwór wypada bardzo sympatycznie.

The church bells ring out morning glory
When summer bends to the winter's rage
Emily walks through the cemetery
Passed a dog in an unmarked grave
The old girl hobbles, nylons sagging
Talks to her sisters in the ground
I saw a lie in the mirror this morning
I heard a prophesy all around

On Dark Street to jednak ewidentny wypełniacz i - co za tym idzie - gwałtowny spadek poziomu.

Oh and we must have got lost
Living on Dark Street
Looking for an exit
Sleeping on the concrete
You can't see it with your eyes
You can't find it with your feet
All I know is that we're lost baby
And we're living  on Dark Street

Elton do współpracy nad płytą zaprosił aż dwóch niezwykle utalentowanych gitarzystów. Duet z Erikiem Claptonem już był, natomiast przy Understanding Women muzykowi towarzyszy David Gilmour. Rzecz jasna, entuzjaści muzyki Pink Floyd mogą się srogo zawieść na tym utworze, nie znajdując tu zapewne nic interesującego. Jednak, z perspektywy reszty albumu, to naprawdę udana piosenka z ciekawą aranżacją ze smyczkami i dość mrocznym klimatem. No, a tego że wokale Eltona są świetne, a solówka Gilmoura - udana, to nawet nie wspominam, bo to oczywiste oczywistości.

Just let me be the final word
In the book we haven't written
I won't be another page
In understanding women

Prawdziwie przepięknym i klasycznie brzmiącym utworem jest jednak wspaniały The Last Song. Od początku urzeka swoim urokiem i wspaniałą, minimalistyczną aranżacją, opartą głównie na brzmieniu smyczków. Do tego dochodzą jeszcze liryczne wokale Eltona i refleksyjny tekst Berniego. Z pewnością The Last Song można uznać za rozliczenie muzyka ze swoją przeszłością po przebytym odwyku, który uświadomił mu, jak bardzo krzywdził siebie i osoby, którym na nim zależało. Lepszego zakończenia ten album mieć chyba nie mógł.

'Cause I never thought I'd lose
I only thought I'd win
I never dreamed I'd feel
This fire beneath my skin
I can't believe you love me
I never thought you'd come
I guess I misjudged love
Between a father and his son


The One to zdecydowany krok w tył, w stosunku do Sleeping with the Past. Jest to jednak dobry punkt wyjścia do odbudowania swojej kariery na nowych warunkach. Elton, po odwyku, zdecydował się zaprezentować nieco inną muzykę. Mamy tu zdecydowanie więcej ballad, jednak John zdecydował się okrasić je nieco bardziej nowoczesnymi brzmieniami, w efekcie czego nie jest to album tak dojrzały, jak zapewne planował Elton. Jednak, nie oszukujmy się, płyta nie wypada tak sobie tylko ze względu na aranże. Znalazło się tu parę zdecydowanie słabszych piosenek, choć i nie brakuje tak genialnych sztosów, jak Simple Life, The One, The North czy The Last Song. Reszta to utwory dość przyjemne i z reguły trzymające poziom. Album nie jest więc tak dobry, jak można by oczekiwać od Eltona, jednak zdecydowanie wstydu nie przynosi i można naprawdę dobrze się bawić przy jego słuchaniu. 

Ocena: 6/10


The One: 58:07

1. Simple Life - 6:25
2. The One - 5:53
3. Sweat It Out - 6:38
4. Runaway Train - 5:23
5. Whitewash County - 5:30
6. The North - 5:15
7. When a Woman Doesn't Want You - 4:56
8. Emily - 4:58
9. On Dark Street - 4:43
10. Understanding Women - 5:03
11. The Last Song - 3:21

czwartek, 27 lutego 2020

"Time Takes Time" - Ringo Starr [Recenzja]


Ringo Starr w trakcie swojej kariery raczył swoich fanów premierowymi nagraniami dość nieregularnie. Zdarzało mu się przez pewien okres wydawać jeden album rocznie, jednak później z tą częstotliwością było różnie. Najdłuższy okres czasu, podczas którego słuchacze musieli czekać na nowy album Ringo zdarzył się między wydaniem niedocenionego Old Wave w 1983 roku, a Time Takes Time w 1992. Może dlatego większość krytyków uznała tę płytę za comeback Starra, co nie przeszkodziło im jednoznacznie zmieszać materiał z błotem.
Pierwsze przymiarki do nagrania płyty odbyły się już w lutym 1987 roku. Trwały one parę dni, po czym zostały wznowione dopiero w kwietniu, jednak znowu zostały przerwane, a termin powrotu do studia wyznaczono na sierpień, jednak - nie wiadomo z jakich powodów - nie doszło do tego. A szkoda, ponieważ miał w nich udział wziąć Elton John. Ostatecznie jednak, podczas koncertów ze swoim All Star Band, do Ringo doszła wiadomość, że wytwórnia chce wydać materiał z jednej z sesji nagraniowych. Starr pozwał ich więc, a wyrok ogłoszono dopiero w styczniu 1990 roku, na mocy którego wytwórnia nie mogła wydać płyty, lecz Ringo musiał pokryć z własnej kieszeni koszty nagrywania. W marcu 1991 roku Starr podpisał kontrakt z inną wytwórnią, Private Music.
Ringo na początku zatrudnił czterech producentów, chcąc, na podstawie ich pracy, wybrać jednego, z którym będzie tworzył nowy album. Ostatecznie jednak producentami zostali wszyscy, Jeff Lynne, Don Was, Peter Asher, Phil Ramone. Płytę nagrywano sporadycznie między marcem a wrześniem 1991 roku, a ukończono ją w lutym 1992. W skład albumu weszły piosenki napisane dla Starra przez innych twórców, z czego 3 współtworzył ex-Beatles.
Płyta ukazała się 22 maja 1992 roku z Stanach Zjednoczonych, 29 czerwca w Wielkiej Brytanii. Ringo uznał, że nie był tak bardzo zadowolony ze swojej płyty od czasu Ringo z 1973 roku.

Weight of the World oprócz roli otwieracza, dostał tez bardzo trudną rolę promowania albumu. Nie udźwignął ciężaru promocji, gdyż nie udało mu się nigdzie wedrzeć do pierwszej dwudziestki notowań, jednak jako otwieracz sprawdza się całkiem nieźle, a i jest to po prostu bardzo fajny utwór. Od pierwszych dźwięków wiemy, że to stary, dobry Ringo. Przez te wszystkie lata nic się nie zmienił i wciąż serwuje nam bardzo bezpieczną muzykę, nie porywając się na żadne wolty, ani rewolucje. To wszystko słychać po prostu w tym jednym numerze. Stonowane, acz przyjemne wokale, muzyka pięknie sączy się z głośników, a refren wpada w ucho i słucha się tego z satysfakcją. Samą piosenkę nagrano w lutym 1992 roku, a więc już na ukończeniu tworzenia albumu, ale bardzo się cieszę, że udało jej się załapać, bo bez wątpienia to znakomity numer, którego siłą jest też wspaniała produkcja Dona Wesa, na którą warto zwrócić uwagę. Jak na album Starra, nie mogło zabraknąć też tu wielkich nazwisk. W chórkach udziela się bowiem tutaj sam... Brian Wilson z zespołu The Beach Boys.

Maybe I haven't always been there just for you
Maybe I try but then I got my own life too
Every heart has a hunger
I'm not getting any younger
I got all the crosses I can bear

Równie przyjemnie wypada optymistyczny Don't Know a Thing About Love z wyjątkowo chwytliwym refrenem, kobiecymi chórkami i rytmicznym klaskaniem. Pozytywny nastrój utworu z pewnością udziela się też słuchaczowi, gdyż nie trudno nucić ten utwór już przy pierwszym przesłuchaniu. Ponownie warto pochwalić tu też produkcję. Przepięknie.

Everybody needs someone
A little love when the day is done
But it ain't easy, it's hard to do
There's no right and there's no wrong
We don't need science to get along
It takes a woman and a man
It's all there to understand

Mocniej i bardziej rockowo wypada natomiast znakomity Don't Go Where the Road Don't Go, za produkcję którego odpowiedzialny jest Jeff Lynne, co słychać już po pierwszych dźwiękach. Lider Electric Light Orchestra wypracował styl, który jest rozpoznawalny w mgnieniu oka i jest znakiem wywoławczym. Ja przepadam za twórczością Lynne'a, więc i już za samo brzmienie piosenka ma u mnie plus. Szczególnie, że kompozycyjnie nie jest tu najlepiej, więc sam aranż i produkcja ratują nieco ten kawałek. Linia wokalna jest nieco zbyt toporna, a refren mało chwytliwy, jednak dzięki interwencji Jeffa brzmi to całkiem nieźle i stanowi fajne, rockowe odświeżenie.

Seeing people on the freeway
Takes me back to where I started from
I was riding on the big wheel
I was walking in a midnight sun
Well, I did a lot of favors then
I asked for nothing in return
Now those friends have all disappeared
I guess there's still so much to learn

Zdecydowanie lżej, akustyczniej i delikatniej wypada natomiast przyjemne Golden Blunders. Jest to cover amerykańskiego zespołu The Posies, jednak - co dość nietypowe na Ringo - w chwili wydania wersji Starra, był ten kawałek relatywnie nowy, bowiem pochodzi z 1990 roku. Ex-Beatles sięgał raczej po oczywiste klasyki z lat 50. i 60. Słychać tu jednak, że Ringo wiedział, co robi, gdyż odnalazł się w tej kompozycji nad wyraz dobrze i świetnie sobie radzi z jej wykonywaniem. 

Disappointment breeds contempt
It makes you feel inept
Never though you'd feel alone at home
His and hers forever more
Throw your freedom out the door
Before you find out what's it for

Całkiem fajnie słucha się też równie chwytliwego All In the Name of Love. Na tle pozostałych numerów nie wyróżnia się zbytnio, ale brzmi fajnie i szczególnie podoba mi się solówka gitarowa w połowie utworu. Nie jest to nic wyjątkowego, ale z przyjemnością satysfakcjonuje. 

Said, it's all in the name, all in the name
No matter how you try, it's never, ever the same
It's all in the name, all in the name of love
Some say the man is crazy
Others gentle as a dove
But it's all in the name
All in the name of love

I znowu do akcji wkracza Jeff Lynne i znowu ratuje dość słabiutki utwór, bowiem o After All These Years nie da się powiedzieć nic innego. Piosenka niczym się nie wyróżnia, ma dość słabą melodię i naiwny tekst, a słychać że bez pomocy autotune'a Ringo nie poradziłby sobie nawet z jej zaśpiewaniem. Jednak warstwa muzyczna wypada tu naprawdę fajnie, dzięki czemu piosenka brzmi dynamicznie i może dodać skutecznie energii, jednak nie ma co oczekiwać fajerwerków. To po prostu słaba piosenka w dobrym wykonaniu.

We didn't have the time to think things over
We had a lot of fun, we had some tears
Stepping out of loneliness
Now the road don't seem so long
After all these years
Rock and roll has got a reputation
Bad boys because a lot of fear
But I never meant to really hurt you
After all these years

Kolejny cover I Don't Believe You to już piosenka zespołu Jellyfish (warte odnotowania jest to, że muzycy tegoż zespołu zaśpiewali tu Ringo chórki). Piosenka brzmi całkiem nieźle, a i zaśpiewana jest też w porządku. Mamy tu rytmiczne klaskanie i nagłe zrywy, co tylko działa na korzyść utworu, więc koniec końców ocenić to mogę tylko na plus.

Said all that there is to say
If you look into these lonely eyes
It wouldn't take that much from you
To keep you satisfied
But the next time that you do me wrong
I'll be kissing you goodbye


Najostrzej na całej płycie wypada jednak rockowe Runaways. Ciche, spokojne zwrotki i nagle przyspieszenie i istna kakofonia gitar i perkusji. Na tę piosenkę warto zwrócić uwagę, gdyż zdecydowanie wyróżnia się z reszty i jest najciekawszą rzeczą, jaką Starr zaproponował na tej płycie.

Outside there's a runaway
The lights go down, the world goes rushing in
Neon light takes the light of day
Stars like dust start falling
Inside there's a loneliness
The demon tries to charm you with his smile
No time to dream or rest
In the caves of steel, faces are changing

Delikatniej wypada z pewnością urocza ballada, In a Heartbeat. Tu z kolei Ringo dodaje do wokalu nieco więcej emocji, ale i bez tego piosenka jak najbardziej się broni uroczą melodią, "beatlesowskimi bębnami" i ogólnym urokiem. Jedna z najpiękniejszych ballad Starra.

If your sky is full of rain
I'll help you find the sun again
I'll chase the clouds away for you
I'll find a brighter day for you
Any hour of the night
I'll be there as fast as lightning strikes
And when you're feeling all alone
I'll be the hand that you can hold

Kończymy jednak nie najlepiej, bo What Goes Around to zdecydowanie miałki kawałek, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia, bez jakiejś myśli wiodącej i rozłażący się w szwach już od pierwszych dźwięków. Ani to energetyczne, ani ładne, ani chwytliwe. Takie nijakie.

She was good, she was fine
And she made me think she was mine all mine
Until I looked in her eyes
And I read that girl between her lies, well
Something happened on the way to paradise
But every heartache has its day
And every cheating heart pays the price


Jeśli chodzi o poziom, to na pewno Time Takes Time nie zostanie drugim Ringo. Starr jednak bardzo dobrze bawił się podczas nagrywania tej płyty i to po prostu słychać. Kompozycje nie są jakoś bardzo wyjątkowe, cała płyta nie trzyma równego poziomu, a i Ringo nie zmienia w sobie nic a nic. Jednak całość wypada umiarkowanie przyjemnie i niesie ze sobą całą masę przyjemnej muzyki. Starr chyba zdał sobie sprawę, że zapraszanie gwiazd-muzyków nie uratuje słabych kompozycji. Zaprosił więc najbardziej wziętych producentów tamtych czasów, by pomogli mu wszystko złożyć do kupy i sprawić, że zabrzmi to przebojowo i świeżo. I to się udało, bo trzeba przyznać, że album brzmi naprawdę czysto, klarownie i na najwyższym poziomie. Mimo udziału aż czterech producentów, całość gra spójnie i nie rozjeżdża się (w 2013 roku na swoim New Paul McCartney zaprezentował jeszcze większość rozbieżność stylistyczną i udało mu się również stworzyć spójny i świetny album). Jeśli ktoś lubi Ringo, to i Time Takes Time przypadnie mu do gustu. Jeśli ktoś nigdy Starra nie trawił - to ten album niczego tu nie zmieni. Ringo wydał po prostu płytę dla swoich fanów i dla nikogo innego. No, może jeszcze dla siebie.

Ocena: 6/10


Time Takes Time: 40:04

1. Weight of the World - 3:54
2. Don't Know a Thing About Love - 3:49
3. Don't Go Where the Road Don't Go - 3:20
4. Golden Blunders - 4:06
5. All in the Name of Love - 3:42
6. After All These Years - 3:10
7. I Don't Believe You - 2:48
8. Runaways - 4:51
9. In a Heartbeat - 4:29
10. What Goes Around - 5:50

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...