Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul McCartney & Wings. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul McCartney & Wings. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2019

"Wings At the Speed of Sound" - Wings [Recenzja]


W 1976 roku zespół Wings wreszcie miał już wyrobioną renomę. Po nieudanym początku (Wild Life, w pewnej części Red Rose Speedway) w końcu udało im się wybić za sprawą dwóch genialnych sztosów (Band On the Run i bardziej demokratycznego Venus And Mars). Ludzie zrozumieli, że Paul McCartney wrócił na dobre i znów jest liczącym się graczem na muzycznej scenie. Wylała się jednak na niego fala krytyki, jako że zbyt często to właśnie jego głos i jego piosenki pojawiały się na płytach Wingsów, zabierając miejsce, które mógłby przecież ustąpić pozostałym członkom zespołu. Zaczęto mówić, jakoby Wings było "tylko jego trampoliną do sławy" (swoją drogą, ciekawe po co po rozpadzie Beatlesów McCartneyowi jakakolwiek "trampolina do sławy"). Paul - zawsze wrażliwy na krytykę i zdanie publiczności - postanowił na kolejnym albumie dopuścić więc do głosu pozostałych Wingsów w jeszcze większym stopniu niż miało to miejsce na Venus And Mars (gdzie funkcję głównego wokalisty ustąpił Denny'emu Laine'owi i Jimmy'emu McCullochowi w dwóch piosenkach).
Po powrocie z trasy po Australii w listopadzie 1975 roku, zespół Wings udał się na krótkie wakacje, podczas których mógł spędzić nieco czasu z rodzinami. Nie trwały one jednak długo, gdyż w styczniu 1976 wrócili do studia Abbey Road, gdzie rozpoczęli nagrywanie nowego krążka. Sesje nie trwały długo, gdyż zakończone zostały już pod koniec lutego. Warto zaznaczyć, że był to pierwszy album od czasów Red Rose Speedway, który nagrany został w całości w jednym miejscu. Wcześniej nie miało to miejsca ze względu na fanaberie McCartneya (Band On the Run), a także zapracowanie związane z przeciągającą się trasą koncertową (Venus And Mars).

Pierwszy utwór, a zarazem jeden z największych przebojów McCartneya, Let 'Em In, otwierają dźwięki wibrafonu. Po chwili wchodzi właściwy rytm napędzany znakomitą perkusją i prostą, acz efektowną linią fortepianu. Śpiew Paula jest tu bardzo delikatny, a melodia wpada w ucho i ciężko jej po przesłuchaniu nie nucić. Przyznam się szczerze, że - jeśli chodzi o tekst - to nie za bardzo rozumiem, o co tu chodzi. Wiadomo natomiast, kim są wprowadzone do niego przez McCartneya postaci: "autntie Gin" to ciocia Paula, a "brother Michael" to jego brat; "Martin Luther" to Martin Luther King, "Phil and Don" są bardziej znani pod pseudonimem The Everly Brothers, natomiast "uncle Ernie" to rola, którą odgrywał Ringo Starr w adaptacji rock-opery Tommy zespołu The Who. Sama piosenka charakteryzuje się ciekawym aranżem (oprócz dęciaków pojawiają się tu także m.in. rogi), świetnymi wejściami perkusji i uzależniającą wręcz melodyjnością. Lepszego otwarcia dla płyty Paula chyba nie można sobie wyobrazić.


Someone knocking at the door
Somebody ringing the bell
Someone's knocking at the door
Somebody's ringing the bell
Do me a favour
Open the door
And let 'em in

W The Note You Never Wrote obowiązki głównego wokalisty przejmuje gitarzysta Denny Laine. Ta piosenka to już zdecydowanie inna bajka. W odróżnieniu od swobodnego i pozytywnego Let 'Em In, mamy tu do czynienia z ponurą, wyciszoną balladą, która wręcz poraża swoim niepowtarzalnym klimatem. Co do wokalu Laine'a, ciężko mi powiedzieć o nim coś więcej poza tym, że po prostu "jest". Pasuje do tej kompozycji jak ulał, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym. Delikatne perkusjonalia, przecudowna gitara akustyczna i genialne solo gitary elektrycznej. Piosenka zdecydowanie warta polecenia. Mocna rzecz.


Later on, the story goes
A bottle floated out to sea
After days, when it had found the perfect spot
It opened up
And I read the note
That you never wrote to me

Nie musimy długo czekać na powrót Paula-wokalisty, gdyż pojawia się on ponownie już w kolejnym numerze - She's My Baby. Jest to kolejna optymistyczna, radosna miłosna piosenka, jakich pełno w repertuarze McCartneya i ten utwór powiela wady i zalety tej formy twórczości ex-Beatlesa. Z jednej strony ma w sobie pewien urok, niewinność, lekkość i wręcz zaraźliwy optymizm. Z drugiej jednak jest banalny, zachowawczy, przesłodzony i zapomina się go zaraz po przesłuchaniu. Mimo wszystko oceniam ten numer pozytywnie, gdyż te 3 minuty to porcja naprawdę fajnego grania. Niezbyt wyszukanego, no ale przecież muzyka nie zawsze musi być tylko z najwyższej półki.

She's a baby in the morning time
When the sleep is in her eyes
Then the world is waking up
She has arisen
Oh believe me, I ain't lying


Beware My Love rozpoczyna się od razu po zakończeniu She's My Baby. Otwiera go prosty motyw na gitarze akustycznej wraz z połączonymi wokalami Paula i Lindy. Piosenka wydana została jako singiel, ale nie odniosła większego sukcesu. Nie ciężko zrozumieć dlaczego; bynajmniej nie dlatego, że jest słaba. Po prostu niemal hard rockowy kawałek ma małe szanse zaistnienia w radiowym mainstreamie. Piosenka może spokojnie konkurować z Rockshow z poprzedniej płyty. Mamy tu świetne gitary elektryczne, szarpaną perkusję i wrzaski McCartneya. Jedyną wadą piosenki jest... dość szczątkowa melodia. Nawet nie mam pretensji do Paula, że mało śpiewa, ale o to, że gdy już jego głos się pojawia, to poza znakomitymi wokalizami (ale do tego McCartney zdążył nas już przyzwyczaić) nie ma w linii melodycznej niczego, o co można by się uchem zaczepić. Koniec końców ten kawałek to dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, chociaż skłonny byłbym raczej zaliczyć go in plus w ogólnym rozrachunku płyty.

Beware my love, he'll bowl you over
Beware my love, before you're much older
He'll sweep you up under his carpet
You'd be in luck if you could stop it
Come on now

W Wino Junko Paul-wokalista ponownie usuwa się w cień, robiąc miejsce gitarzyście, Jimmy'emu McCullochowi. Piosenka ta to jednak pierwsza wtopa na płycie. Banalna, nijaka, niewarta zwrócenia na nią uwagi. I nie jest to kwestia wokalu, ale samej kompozycji, która jest po prostu słaba. Nie pomagają tu nawet przeróżne smaczki aranżacyjne, zmiany tempa, nietypowe instrumenty i tym podobne bajery, które potrafiły czasem poddźwignąć nawet słabsze kompozycje. Dla Wino Junko nie ma jednak ratunku.

Play with fire, getting hire
Higher than a nine foot flame
My soul is spent and so's the rent
But I'll go down again
Wino Junko, can't say no
Wino Junko, eyes aglow

I wreszcie przychodzi pora na największy singlowy przebój płyty. Silly Love Songs. Piosenkę, która podzieliła fanów McCartneyów. Jedni ją kochają, inni nienawidzą. Dla jednych jest to szczyt aspiracji Paula do bycia autorem przesłodzonych i miałkich popowych numerów, a dla innych - ironiczny McCartney, który potrafi naśmiewać się nawet z siebie. Być może się mylę, ale ja wyczuwam tu jednak sarkastyczny ton tej piosenki i mrugnięcie okiem do słuchacza. Z jednej strony Paul śpiewa przecież o tym, jak to bardzo ludzie lubią "głupiutkie, miłosne piosenki", po czym serwuje nam refren jakby żywcem ściągnięty z tego gatunku. Poza tym to naprawdę dobry muzycznie kawałek. Pomysłowe przejścia, wyraziste dęciaki, rewelacyjne melodie i przesłodzony śpiew Paula. Ja zaliczam się zdecydowanie do zwolenników tej piosenki, i gdy tylko jej słucham, nie potrafię się nie uśmiechnąć i nie dać się porwać tej optymistycznej energii. Nie jest to może kawałek, który zaliczyłbym do topowych osiągnięć Paula, ale z pewnością ma swój urok i czuję do niego ogromny sentyment. Warto podejść do tego z dystansem i z przymrużeniem oka. Większa szansa, że się spodoba.

You'd think that people would have had enough of silly love songs
But I look around me
and I see it isn't so
Some people want to fill the world
with silly love songs
and what's wrong with that?
I'd like to know
cos here I go again

I love you

Cook of the House to typowy dla lat 50. rock'n'roll. Napisał go McCartney, podczas - wspomnianego przeze mnie we wstępie - grudniowego urlopu Wingsów od koncertowania. Największą wadą tej piosenki jest jednak to, że... śpiewa w nim Linda. Nie bardzo przepadam za jej wokalem (chociaż to, co zrobił z nim Paul w Long Haired Lady na płycie Ram, to prawdziwe mistrzostwo świata) i ta piosenka zdecydowanie nie zmieni mojego podejścia. Brakuje w nim dynamizmu, od którego powinna kipieć ta kompozycja. Zamiast tego, brzmi leniwie, jakby nawet Lindzie już się nie chciało. Szkoda, bo potencjał był.

No matter where I serve my guests
They seem to like the kitchen best
'Cause I'm the cook of the house

The salad's in the bowl
The rice is on the stove
Green beans in the colander
And where the rest is
Heaven only knows

Time To Hide to jedna z dwóch (pierwszą było Wino Junko) kompozycji, których autorem nie jest McCartney. Napisał ją Denny Laine i to on także pełni w niej rolę wokalisty. Wino Junko, łagodnie mówiąc, nie wypadło najlepiej. A jak sytuacja przedstawia się w Time To Hide? Cóż, jest lepiej, ale tylko nieznacznie. Tutaj przynajmniej jest tu całkiem fajny refren, jednak ponownie: całość nie ma cienia szansy, by zapaść w pamięć i powiedzieć o niej coś więcej ponad to, że jest przeciętna. 

I've been on the run
Since the Good Lord knows when
And the day I die
I'll still be runnin' then
Runnin' from the days
When I would lay me down and cry

Baby, won't you let me have
A little time to hide

Must Do Something About It to jedyna piosenka w repertuarze zespołu Wings, w której rolę wokalisty pełni perkusista, Joe English. Wokalnie wypada dość przeciętnie. Nie pomaga mu jednak sama kompozycja, która także należy raczej do tych średnio się wyróżniających. Brak tu po prostu czegoś, o co można by się uchem zaczepić. Kolejny knot.

I've just seen another sunset on my own
All day long I've been alone
And I must do something about it
Yes I must do something about it

Played another losing card game with myself
Lonely joker on a shelf
And I must do something about it
Yes I must do something about it

San Ferry Anne to już jednak ciekawsza rzecz. Mamy tu delikatnie pobrzmiewające w tle dęciaki, znakomitą gitarę akustyczną, a także partie fletu. Paul śpiewa tu, jak natchniony; delikatnie, z wyczuciem, nie przeholowując. Piosenka, przy której zdecydowanie można się wyciszyć. McCartney sprawia wrażenie, jakby chciał wynagrodzić nam poprzednie niewypały. I na tej piosence w zasadzie Wings At the Speed of Sound powinno się już skończyć.

You've got a lot
And from what you've got
I'd say you're doing well, dear

Dressed like a dream
And if things are what they seem
You're looking swell, dear


Paul postanowił jednak zaserwować nam na koniec jeszcze Warm And Beautiful. Jeśli chodzi o poziom cukru w tej piosence - cukrzyk od samego przesłuchania mógłby dostać wstrząsu anafilaktycznego. Tak banalnej, przesłodzonej aż do zrzygania i miałkiej piosenki McCartney chyba jeszcze nie napisał. Jego cukierkowaty wokal podkreśla tylko megalomański tekst i słabiutką melodię, która wydaje się być średnią wszystkich "love songs", jakie popełnił ex-Beatles. Szkoda, że takie coś zaserwował nam na koniec, gdyż obniża to jeszcze bardziej (już i tak stosunkowo niską) ocenę całego longplaya.

A love so warm and beautiful
Stands when time itself is falling
A love so warm and beautiful
Never fades away

Love, faith and hope are beautiful
When your world is touched by sadness
To each his own is wonderful
Love will never die


Wings At the Speed of Sound to typowy dla solowego McCartneya średniak. Jest tu parę niezłych kompozycji, parę świetnych, a nawet kilka murowanych hitów (które takimi też się stały). Przeważają tu jednak knoty i piosenki całkowicie bez wyrazu. Koniec końców ich nadmiar sprawia, że samą płytę też łatwo zapomnieć. Mimo, że Paul rozpoczął z prawdziwym przytupem, pozwolił sobie jednak na umieszczenie dalej utworów, które nigdy nie powinny pojawić się na jakiejkolwiek płycie ex-Beatlesa. W efekcie o Wings At the Speed of Sound nie da się mówić inaczej, niż w kategorii artystycznego niewypału. Co z tego, że jest tu kilka genialnych sztosów, skoro zostały one obudowane nijakim i żenująco słabym otoczeniem? W efekcie zapominamy o nich równie szybko, jak i o całej płycie.

Ocena: 5/10


Wings at the Speed of Sound: 46:36

1. Let 'Em In - 5:10
2. The Note You Never Wrote - 4:21
3. She's My Baby - 3:08
4. Beware My Love - 6:28
5. Wino Junko - 5:21
6. Silly Love Songs - 5:54
7. Cook of the House - 2:39
8. Time to Hide - 4:32
9. Must Do Something About It - 3:43
10. San Ferry Anne - 2:07
11. Warm and Beautiful - 3:13

piątek, 2 sierpnia 2019

"Venus And Mars" - Wings [Recenzja]


Na docenienie publiczności, jako solowy artysta, Paul McCartney musiał czekać najdłużej spośród reszty członków Fab Four. George Harrison wszedł do łask już za sprawą debiutanckiego All Things Must Pass, John Lennon dzięki swojemu arcydziełu - Imagine, a nawet Ringo Starr zdołał przegonić Paula o miesiąc ze swoją płytą Ringo. Mimo, że zarówno McCartney, jak i spora część jego fanów, wiedzieli, że piosenki Beatlesów takie jak Blackbird, Hey Jude, czy Yesterday, to tylko i wyłącznie jego dzieła, nie chciał śpiewać ich na koncercie. I to absolutnie nie ze dlatego, że chciał się odciąć od przeszłości. Obawiał się po prostu, czy publiczność nie zareaguje na ich wykonania myślą: "Nic godnego uwagi nie zrobił od lat, więc odcina kupony". Mimo, że Ram to absolutny klasyk dyskografii Paula, a Red Rose Speedway wydawała się powrotem do popowej formy, to dopiero Band On the Run zapewniło mu uznanie. Nie ma się co dziwić, gdyż to właśnie ten krążek można jednym tchem wymienić spokojnie obok największych klasyków płytowych Beatlesów, a także uznać za opus magnum solowej fonografii McCartneya. Dzięki temu mógł na koncertach wrócić do utworów macierzystego zespołu, przeplatając je utworami nagranymi pod własnym nazwiskiem.
Mimo, że Band On the Run wydane zostało pod szyldem Paul McCartney & Wings, ex-Beatles uznał, że po takim sukcesie, nie jest potrzebne już jego nazwisko przed nazwą zespołu, by zapewnić krążkowi powodzenie komercyjne. Trio przekształciło się na powrót w kwintet; do Paula, Lindy i Danny'ego Laine'a (składu, który odpowiedzialny był za nagranie Band On the Run) dołączyli Jimmy McCulloch, a także Geoff Britton (zagrał on jednak tylko w trzech utworów, gdyż na skutek kłótni z tym pierwszym został wykluczony z zespołu, a zastąpił go Joe English). Zmieniło się także podejście McCartneya, gdyż dopuścił do głosu także pozostałych muzyków, ustępując im nawet trochę czasu przy mikrofonie. Tytuł albumu pochodzi od rozpoczynającego go utworu, a okładkę zdobi zdjęcie dwóch bil wykonane przez Lindę McCartney.

Tytułowy Venus And Mars to krótki, ale jakże zgrabny i piękny utworek na początek. Jak dla mnie, jest to jedna z najpiękniejszych piosenek Paula. Spokojnie można odpłynąć przy tych cudownych dźwiękach...

Sitting in the stand of the sports arena
Waiting for the show to begin
Red lights, green lights
Strawberry wine
A good friend of mine
Follows the stars
Venus and Mars
Are alright tonight

Momentalnie przechodzi jednak w zdecydowanie żywszy Rock Show (wielowątkowość nasuwa na myśl otwarcie Band On the Run). Mamy tu do czynienia z ostrymi gitarami, rozwrzeszczanym Paulem i generalnie wszystkim, co tylko kojarzyć może się ze znakomitym, koncertowym wykopem. Mamy tu jednak zmiany nastroju, a także bogatą aranżację. Mimo, że patrząc na to z boku, może wydawać się on średniakiem, to w połączeniu z delikatnym Venus And Mars wybrzmiewa należycie mocno i znakomicie otwiera album. Co z tego, że jest trochę na siłę rozciągnięty? Brzmi to wszystko świetnie.

The lights go down
They're back in town, O.K.
Behind the stacks
You glimpse an axe
The tension mounts
You score and ounce, ole!
Temperatures rise as
You see the whites of their eyes

Love In Song to jedna z pierwszych piosenek, które zostały napisane na album. Sam Paul mówi o niej, że po prostu "przyszła do niego", gdy brzdąkał coś na 12-strunowej gitarze. Ostatecznie jest to jeden z trzech utworów, w których można usłyszeć perkusję Geoffa Brittona. Ciekawostką jest nietypowe instrumentarium, gdyż w piosence usłyszeć można - obok gitar i syntezatora Mooga - bas, na którym Bill Black grał w słynnym Heartbreak Hotel Elvisa, a także... butelki po mleku. Mimo, że piosenka sama w sobie nie jest specjalnie oryginalna, ujmuje swoją piękną melodią i niewinnością. Paul znany jest z tego, że łatwo mu przychodzą przesłodzone balladki, jednak tutaj wszystko zdaje się mieć swoje miejsce i McCartney nie przeholował. Dlatego brzmi to tak fantastycznie.

I can see the places that
We used to go to now
Happiness in the homeland

My eye cries out
A tear still born
Misunderstanding
Love in song

You Gave Me the Answer zdaje się być echem takich utworów z repertuaru Paula (a właściwie Beatlesów) jak Honey Pie czy When I'm 64. Beatles bardzo lubił składać muzyczny hołd dla pastiszu, na którym wyrósł i który tak bardzo uwielbiał jego ojciec. Na koncertach dedykował ten utwór Fredowi Asteirowi. I, rzeczywiście, ten utwór pasował by do niego jak ulał. Wobec wymienionych jednak przeze mnie poprzedników, You Gave Me the Answer, jednak ustępuje. To całkiem fajna piosenka, jednak bez szału. Mimo to, zdaje się mieć tu swoje nieodzowne miejsce i po wyrzuceniu jej, czuć by było pustkę.

Heading back to old familiar places
Places where the cobwebs blow away
I can forget the airs and graces

Shall we dance?
This is fun
We should do this more often

Zupełnie nie szkoda by mi jednak było Magneto And Titanium Man. Ta narracyjna wersja komiksowych opowieści bohaterów z komiksów Marvela to zupełnie nieciekawy numer, który zapomina się zaraz, gdy się skończy. Nie ratuje go nawet przyjemne solo gitary elektrycznej. Piosenka jest po prostu słaba i to zdecydowanie najgorszy moment krążka.

You was involved in a robbery
That was due to happen
At a quarter to three
In the main street

I didn't believe them
Magneto and Titanium Man
But when the Crimson Dynamo
Finally assured me, well, I knew

Letting Go to zaś zupełnie inna bajka. Mroczny, klimatyczny, o hipnotyzującym riffie i wpadających w ucho niebanalnych wokalach to najjaśniejszy punkt krążka. Jak wiele piosenek z repertuaru Paula, i ta opowiada o Lindzie. Między melodią a tekstem czuć jednak ciekawy kontrast; radosne słowa wychwalające małżonkę zostały tu bowiem zestawione z dość ponurą i pełną napięcia muzyką. Mocne wejścia dęciaków, znakomity bas, no i ta gitara... To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów McCartneya. Co ciekawe, i sam Paul zdaje się mieć do niego sentyment, gdyż - mimo, że nie był większym przebojem - lubi do niego wracać na koncertach nawet ponad 40 lat po wydaniu płyty. Utwór trwa 4 i pół minuty, a na mnie i tak wciąż największe wrażenie robi modulacja w okolicach trzeciej. Ciary...

She tastes like wine
Such a human being so divine
She feels like sun
Mother nature look at what you've done

Oh I feel like letting go

Venus And Mars (Reprise) to, jak sama nazwa wskazuje, powtórka z pierwszej odsłony Venus And Mars. Oprócz zmienionego tekstu, dodano tu też pogłos do wokalu Paula. Według mnie jest to jednak niepotrzebne i niepotrzebnie kaleczy tę przepiękną melodię. Umieszczenie takiej repryzy na początku strony B winyla, sugeruje jednak pewną ciągłość i przemyślane zestawienie utworów.

Come away on a strange vacation
Holiday hardly begun
Run into a good friend of mine
Sold me her sign
Reach for the stars
Venus and Mars
Are alright tonight

W Spirits of Ancient Egypt rolę głównego wokalisty przejmuje gitarzysta Denny Laine. Trzeba przyznać, że radzi sobie znakomicie. Słychać, że umiejętnościami nie dorasta do stóp Paulowi, jednak absolutnie nie przeszkadza to w słuchaniu piosenki. Kiedy trzeba, śpiewa nisko, za chwilę - wysoko. Fakt, że sama piosenka, należy raczej do średniaków, jednak mimo to brzmi to całkiem fajnie.

Spirits of Ancient Egypt
Echoes of sunken Spain
Spirits of Ancient Egypt
Hung on the phone

Medicine Jar to kolejna piosenka, w której wokalistą staje się inny członek zespołu. W tym przypadku - Jimmy McCulloch. Mamy tu znakomite gitary, żywe tempo i stosunkowo szybkie wokale. Swoim zaśpiewem McCulloch przywodzi mi odrobinę na myśl Ringo i sądzę, że perkusista The Beatles również znakomicie poradziłbym sobie z tym utworem. Piosenka, mimo przyjemnego brzmienia, nie wyróżnia się jednak zanadto i po prostu przelatuje między uszami. Uwagę należy jednak zwrócić obowiązkowo na wysokie i pełne pasji sola gitary elektrycznej. Znakomita sprawa.

Dead on your feet
You won't go far
If you keep on sticking your hand
In the medicine jar

Call Me Back Again to powrót McCartneya do mikrofonu i warto zaznaczyć, że wraca z klasą, bowiem ten kawałek to przepełniony dęciakami i znakomitymi wokalami soulowy kawałek rodem z Nowego Orleanu. Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości, co do umiejętności wokalnych Paula, to zachęcam do wysłuchania tego numeru. To, co ex-Beatles wyprawia tu ze swoim głosem, to - doprawdy! - coś niesamowitego. Skutecznie stawia na nogi i przykuwa uwagę po poprzednich kilku niewypałach. 

Well, when I was
Just a little baby boy
Every night I would call
Your number brought me joy

Listen to What the Man Said to zdecydowanie hit pierwszej wody. Najbardziej znany kawałek z tego krążka, a zarazem jedna z najbardziej rozpoznawalnych piosenek McCartneya. Sam Paul wspomina, że gdy grał go ludziom na fortepianie, to wszystkim się podobało, jednak kiedy zostało to nagrane, to każdy czuł, że czegoś tu brakuje. Jakby z nieba spadł im Tony Scott, znany muzyk jazzowy, który swoim saksofonem uzupełnił braki. Dzięki temu piosenka brzmi rewelacyjnie i nie przeszkadza w słuchaniu jej nawet aż powalający poziom przesłodzenia - wysoki nawet jak na Paula. Melodia wpada w ucho i nucimy ją już po pierwszym przesłuchaniu. Znakomity kawałek, udowadniający, że McCartney - jak żaden inny Beatles - posiada wybitny wręcz talent do sklecania znakomitych przebojów. I Listen to What the Man Said zdecydowanie zaliczyć trzeba do tych hitów, które poziomem muzycznym zasługują na status hitu.

Any time, any day
You can hear the people say
That love is blind
Well I don't know but I say love is kind

Soldier boy kisses girl
Leave behind a tragic world
But he won't mind
He's in love and he says love is fine

Treat Her Gently (Lonely Old People) to kolejna, typowo "paulowa" ballada. Nie jest ani wybitna, ani szczególnie oryginalna, ale zdecydowanie przyjemna w słuchaniu i jak najbardziej można się rozmarzyć i wracać do niej z prawdziwą przyjemnością.

Here we sit
Out of breath
And nobody asked us to play
Old people's home for the day
Nobody asked us to play

Treat her gently
Treat her kind
She doesn't even know her own mind

Crossroads Theme to krótki, ale uroczy temacik. Nie bardzo wiem, po co się to znalazło, gdyż absolutnie nic nie wnosi do całości, ale nie przeszkadza mi zanadto, więc nie będę się czepiał.


Venus And Mars udowadnia, że Band On the Run nie był szczęśliwym trafem. Paul wreszcie odnalazł "złoty środek" i wrócił do kompozytorskiej formy. Płyta ma charakter rockowej suity; mimo, że nie można tu mówić o albumie koncepcyjnym, to jednak każda piosenka ma tu swoje miejsce i wszystko bardzo ładnie się ze sobą zazębia i współgra. Paul okazał się też bardziej liberalnym liderem i dopuścił "do głosu" także pozostałych członków zespołu (z dosyć słabym skutkiem, ale widać, że McCartney zdawał sobie sprawę, że w takim składzie może naprawdę osiągać kolejne sukcesy, więc wolał dbać o dobrą atmosferę w grupie). Koniec końców, Venus And Mars nie lśni może jakoś szczególnie jasno wśród innych pozycji w dyskografii Paula, jednak koniecznie warto się z nią zapoznać, gdyż znajduje się tu sporo dobrej i wartościowej muzyki. 

Ocena: 8/10


Venus and Mars: 43:10

1. Venus and Mars - 1:16
2. Rock Show - 5:35
3. Love in Song - 3:04
4. You Gave Me the Answer - 2:15
5. Magneto and Titanium Man - 3:16
6. Letting Go - 4:33
7. Venus and Mars (Reprise) - 2:05
8. Spirits of Ancient Egypt - 3:04
9. Medicine Jar - 3:37
10. Call Me Back Again - 4:57
11. Listen to What the Man Said - 3:57
12. Treat Her Gently (Lonely Old People) - 4:21
13. Crossroads Theme - 1:00

środa, 5 czerwca 2019

"Band On the Run" - Paul McCartney & Wings [Recenzja]


Już od początku Paul McCartney chciał by następca Red Rose Speedway był czymś wyjątkowym, ale - jak na złość - wszystko szło jak po grudzie. Ex-Beatles wymyślił sobie, że kolejny album nagrywany będzie w egzotycznym otoczeniu, dzięki czemu muzyka miałaby nabrać szczególnego kolorytu. Wyobrażał sobie, że cały dzień wylegiwać się będą na plaży, a nagrywać będą nocą. Poprosił więc kierownictwo EMI o spis wszystkich studiów, rozsianych po całym świecie (wiedział, że wytwórnia go posiada, gdyż George Harrison nagrywał wcześniej w Kalkucie). Już przed wyjazdem pojawił się jednak problem, gdyż Paulowi wykruszyło się 2/5 zespołu. Henry McCullough miał już dosyć tego, że przez perfekcjonizm McCartneya musiał na koncertach odtwarzać wszystko, co udało mu się kiedyś stworzyć, jeden do jednego. Mimo, że chciał wymknąć się ze schematu i ponieść się improwizacji, Paul kazał mu się powstrzymać i grać dokładnie tak, jak zostało to zarejestrowane na płycie. Następny odpadł Danny Seiwell, który miał do McCartneya pretensje pod kątem finansowym. Musieli być dostępni 24/7, a w zamian za to dostawali 70 funtów tygodniowo (a gdy upominali się o podwyżkę, Linda McCartney mówiła, że to oni powinni płacić Paulowi za samą możliwość grania z nim). Wściekły Seiwell odszedł więc przed wylotem; miał nawet spakowaną walizkę, a o odejściu poinformował Paula telefonicznie. Koniec końców, w samolocie do Lagos lecieli Paul, Linda i Denny Laine.
Już sama pogoda w Nigerii znacznie minęła się z przewidywaniami Paula, gdyż przywitała ich fala tropikalnych deszczy i podczas całego ich pobytu w Lagos rzadko kiedy się rozpogadzało. Największym problemem okazało się jednak samo studio, które było w opłakanym stanie; nie było ani jednego mikrofonu, stół mikserski i ekrany dźwiękochłonne nie nadawały się do użytku, odkryto w studiu gniazdo szczurów, a za oknami wciąż przechadzali się żołnierze z karabinami. Paul, Linda, Denny i Geoff Emerick (inżynier dźwięku) musieli więc sami zbudować to studio. Tyle dobrze, że chociaż większość muzyki była już wcześniej gotowa; Paul i Linda napisali je w Szkocji, toteż do nagrywek ruszali po obiedzie i trwały one do późnego wieczora, a nierzadko nawet do rana.
Paul był zafascynowali muzyką afrykańską i bardzo chciał wykorzystać na płycie trochę tamtejszych dźwięków poprzez zatrudnienie lokalnych muzyków. Pewnego dnia do studia przybył jednak Fela Ransome-Kuti, nigeryjski muzyk, i zaczął oskarżać McCartneya o kradzież lokalnego folkloru; zaczął go wyzywać, krzyczeć na niego i mu grozić. Dopiero, gdy Paul puścił mu taśmy, Ransome-Kuti zrozumiał, że Paul wcale nie chce kraść niczego z afrykańskiej kultury, a McCartney musiał zrezygnować ze swojego pomysłu na wykorzystanie tamtejszych wpływów muzycznych.
Paul był tez ofiarą ataków lokalnej policji i mediów, którzy podejrzewali go o to samo, co Fela Ransome-Kuti. W pewnym wydaniu "Lagos Evening Post" - który został dostarczony do studia - z pierwszej strony straszył nagłówek: Uważaj, to miasto przynosi pecha. Pewnego dnia, podczas spaceru, Paul i Linda zostali napadnięci przez grupkę pięciu uzbrojonych w noże bandytów. McCartneyowie musieli oddać im biżuterię, aparat fotograficzny, a także taśmy demo, które akurat mieli ze sobą. Znacznie spowolniło to proces nagrywania, gdyż były tam wszystkie teksty; oryginały zostały w Anglii, więc Paul musiał z pamięci wszystko odtworzyć. To wydarzenie mocno wpłynęło na jego psychikę; często się załamywał i był zestresowany. Podczas nagrywania Nineteen Hundred And Eighty Five, Paul poczuł, że ciężko mu się oddycha i stracił przytomność. Sprowadzony lekarz stwierdził skurcz oskrzeli spowodowany nadmiernym... paleniem trawki przez ex-Beatlesa.
Po powrocie do Anglii Paul wysłał taśmy do George'a Martina, który zmiksował to w 7 tygodni. Nikt jednak nie spodziewał się sukcesu, który odniósł album. Został uznany przez magazyn Rolling Stone za najlepszy album 1973 roku, zdobył dwie nagrody Grammy, a także był najlepiej sprzedającą się płytą 1974 roku, pokonując składankę Greatest Hits Eltona Johna.
Band On the Run można uznać za album koncepcyjny; każdy utwór porusza tematykę wyrwania się na wolność i ucieczki od legendy The Beatles. Sam koncept podkreśla też okładka, która jest jednym z bardziej rozpoznawalnych zdjęć muzycznych na świecie. Jest to bezpośrednie odniesienie do okładki zdobiącej album Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band. Tam Beatlesi - przebrani w bajowe kostiumy - stali w otoczeniu całego szeregu kultowych postaci. Tutaj Paul, w świetle reflektora, jest wraz z ośmioma innymi postaciami (wśród nich m.in. Linda, Denny, aktor Christopher Lee i dziennikarz Michael Parkinson). Wszyscy przedstawieni są jako grupa więźniów uciekających z więzienia. Fotografia jest bardzo dynamiczna, co uwydatniają wyrazy twarzy wszystkich osób. Początkowo na okładce znaleźć się miał tylko tytuł albumu, lecz wytwórnia wymogła nazwę zespołu i nazwisko McCartneya. Było to spowodowane względami komercyjnymi; zespół Wings był wówczas mało znaną marką, natomiast Paula znali wszyscy.

Jak wspomina Paul, pisanie utworu Band On the Run zaczął od zwrotu "If we ever get out of here". Mówić tak miał zwyczaj George Harrison podczas długich narad w siedzibie Apple. Ta piosenka to właściwie 3 połączone ze sobą płynnie fragmenty utworów (tak McCartney robił już przy okazji chociażby Uncle Albert/Admiral Halsey czy przebojowego Live And Let Die). Sam tekst prawdopodobnie opowiada o potrzebie ucieczki od monotonni, w którą Paul wpadł po rozpadzie The Beatles. Muzycznie rozpoczyna się od najbardziej wyciszonej, balladowej części, której trzonem są wpadające w ucho klawisze i znakomity riff gitarowy. Po chwili pojawia się jednak drugi fragment, o wiele bardziej dynamiczny. Gitary mają tu więcej do powiedzenia i to tu właśnie pojawia się wspomniany przeze mnie wers. Zanim się obejrzymy, mamy już kolejny motyw dęciaków, przechodzący następnie w najbardziej znaną melodię z tego utworu. Tu z kolei Paul wyśpiewuje tytułową frazę. Ta piosenka to istny killer i rewelacyjnie sprawdza się na koncertach (McCartney sięgał po nią nawet 40 lat po jej powstaniu). Utwór stał się ogromnym przebojem i trudno się dziwić. Niebanalna konstrukcja, wpadająca w ucho melodie i smakowity aranż. Wspaniała rzecz!

Well the night was falling
As the desert world began to settle down
In the town they're searching for us everywhere
But we never will be found

Band on the run, band on the run
And the county judge, who held a grudge
Will search for ever more
For the band on the run

Na albumie The Beatles Paul McCartney jedną piosenkę poświęcił swojej suczce (Martha My Dear). W przypadku utworu Jet mamy tu rzecz zainspirowanym labradorem Paula i Lindy o tym właśnie imieniu. W ucho wpada tu przede wszystkim wykrzykiwane co jakiś czas przez McCartneya tytułowe słowo, a sam tekst opiera się na chęci gnania przed siebie. Znakomity riff gitary, zjawiskowa gra na perkusji, no i znakomicie kontrastujące ze zwrotkami refreny. Uwagę zwraca także świetne solo na syntezatorze Mooga. Paul dorzucił do pieca i cały kawałek leci na łeb na szyję, dodając płycie ognia. Na początku McCartney nie życzył sobie by wykroić z tej płyty jakikolwiek singiel, uważając, że docenić ten album można tylko całościowo, lecz - przekonany przez ludzi z wytwórni - zdecydował się ostatecznie właśnie na Jet. Kolejny znakomity kawałek.

Jet, I can almost remember their funny faces
That time you told them that you were going to be marrying soon
And Jet I thought the only lonely place was on the moon


Bluebird to rzecz bardzo mocno czerpiąca z beatlesowskiego Blackbird. Oczywiście już na stopie samego tytułu mamy tu nasuwające się podobieństwo; pojawia się ono także jeśli chodzi o tematykę utworu, gdyż ponownie mamy tu potrzebę poszukiwania wolności, ale także potrzebę kobiecej emancypacji. Muzycznie jednak jest to rzecz bardziej złożona i mniej akustyczna. Główną rolę pełnią tu instrumenty perkusyjne i przepiękne solo na saksofonie Howiego Caseya. Jest to zdecydowanie najbardziej beatlesowski utwór na płycie - ta harmonia w refrenach... Można odpłynąć, gwarantuję.

Late at night when the wind is still
I'll come flying through your door
And you'll know what love is for
I'm a bluebird

Touch your lips with a magic kiss
And you'll be a bluebird too
And you'll know what love can do
I'm a bluebird

O czym tak naprawdę opowiada Mrs Vandebilt? Paul zaczerpnął pomysł od pewnego bogatego holenderskiego rodu, który zdobył bogactwo dzięki budowie kolei, jednak ostatecznie zbankrutował. Z historii to tyle, cała reszta to wymysł Paula. Trzeba przyznać, że ten utwór to najbardziej żywiołowa i przebojowa część albumu. Mamy tu i solo saksofonu i żwawe zwrotki i wpadające w ucho zaśpiewy "Ho Hey Ho". Jest to jeden z moich ulubionych momentów płyty, a przez wiele lat był żelaznym punktem koncertów Paula. 

When your light is on the blink
You never think of worrying
What's the use of worrying?
When your bus has left the stop
You'd better drop your hurrying
What's the use of worrying?
Leave me alone Mrs Vandebilt
I've got plenty of time of my own
What's the use of worrying?
What's the use of hurrying?
What's the use of anything?

Let Me Roll It to rzecz po dziś uważana za pastiż stylu, który w swojej solowej twórczości prezentował John Lennon. Szczególne podobieństwo można zauważyć po zestawieniu tego utworu z Cold Turkey. Let Me Roll It to jednak rzecz z nieporównywalnie wyższej półki.  Tytuł to ponowna inspiracja Georgem Harrisonem, który w swoim utworze I'd Have You Anytime użył frazy "Let me roll it to you". McCartney wspiął się tutaj na wyżyny swoich rockowych możliwości, tworząc jeden z najsłynniejszych riffów w historii rocka (a na pewno najsłynniejszy w swojej solowej karierze). Utwór znalazł się na stronie B singla Jet, więc można powiedzieć, że odniósł spory sukces, jednak według mnie zasługuje na to o wiele bardziej niż utwór ze strony A. Mamy tu genialny wstęp klawiszowy, chwytliwy i ostry riff gitarowy przyprawiony echem, rockandrollowe zaśpiewy Paula i świetne solówki. Mój absolutny faworyt albumu i jeden z ulubionych songów McCartneya. Kończy stronę A albumu w wielkim stylu. Warto posłuchać, choćby po to, żeby się przekonać, że Paul to nie tylko gładziutkie i popowe melodyjki, ale i rock, którego nie powstydziłby się sam Lennon.

I want to tell you
And now's the time
I want to tell you that
You're going to be mine

I can't tell you how I feel
My hearts is like a wheel
Let me roll it
Let me roll it to you

Rozpoczynająca stronę B albumu Mamunia to pierwsza piosenka nagrana przez Wingsów w Nigerii. Samo słowo "mamounia" po arabsku oznacza "bezpieczną przystań" i jest to zarazem nazwa domu, w którym zatrzymali się Paul, Linda i Denny podczas wizyty w Afryce. Jest to najbardziej fantasmagoryczna i rozmarzona piosenka na płycie, oparta na rewelacyjnej linii basu i tekście nawiązującym do protestów studentów w UCLA (ale można też uznawać to za pochwałę przyrody i ekologii). Klimatem najwięcej czerpie z Afryki i jest jednym z najciekawszych utworów na płycie, choć uważa się ją powszechnie jako wypełniacz; ja tak nie uważam. Sądzę, że jest to kolejny znakomity utwór z piękną melodią i wpadającym w ucho słowem-tytułem.

The rain comes falling from the sky
To fill the stream that fills the sea
And that's where life began for you and me

No the next time you see rain it ain't bad
Don't complain; it rains for you
The next time you see L.A. rainclouds
Don't complain; it rains for you and me

No Words to jedyna piosenka, w pisaniu której pomógł Paulowi Denny Laine (razem napisać mieli jeszcze megahit Mull of Kintyre). Tekstowo jest to raczej prosta rzecz o relacjach dwojga ludzi. Napisany został podczas sesji do Red Rose Speedway, jednak nie trafił wówczas na płytę. Dobrze, że się tu znalazł. Jest to najkrótsza rzecz na albumie, jednak brzmi nad wyraz dobrze i ma naprawdę fajną melodię.

I want to give your love away
And end up giving nothing
I'm not surprised that your black eyes
Are gazing

You say that love is everything
And what we need the most of
I wish you knew that's just how true
My love was

Picasso's Last Words (Drink For Me) to piosenka, którą McCartney napisał poniekąd "na zamówienie". Otóż podczas pobytu na plaży z aktorem, Dustinem Hoffmanem, Paul powiedział, że potrafi napisać piosenkę na każdy temat i od ręki. Hoffman nie uwierzył i powiedział, żeby w takim razie napisał na temat, który pierwszy wpadł mu do głowy. Zahaczył wówczas okiem o nagłówek artykułu w gazecie, którą akurat czytał. Były tam ostatnie słowa, które Pablo Picasso powiedział przed śmiercią: "Pijcie za mnie, pijcie za moje zdrowie, bo wiecie, że ja nie mogę już pić". McCartney usiadł więc z gitarą, zaczął coś brzdąkać i powoli zaczęła krystalizować się z tego piosenka. Oniemiały Hoffman zaczął wołać swoją żonę, krzycząc: "Anno! Anno! On naprawdę to robi! Pisze piosenkę!". McCartney był nieco zaskoczony jego reakcją, gdyż dla niego nie było to nic niezwykłego. Chcąc podkreślić jednak ciągłość i nierozerwalność poszczególnych fragmentów albumu ze sobą, postanowił w studiu trochę zmodyfikować tenże utwór. Po znakomitym, akustycznym utworze pojawiają się więc motywy z Jet i Mrs Vandebilt. Stanowi to fajną i przemyślaną repryzę. Sama piosenka Picasso's Last Words (Drink For Me) to jedna z najbardziej interesujących rzeczy, które Paul skomponował. Najpierw jest delikatnie, akustycznie, potem mamy zdecydowanie bardziej optymistyczny fragment przechodzący we fragmenty poprzednich numerów, przeplatane powrotami motywów z omawianej tu piosenki. Zapiera dech w piersiach!

The grand old painter died last night
His paintings on the wall
Before he went he bade us well
And said goodnight to us all
Drink to me, drink to my health
You know I can't drink anymore

Nineteen Hundred And Eighty Five to już przykład klasycznego dla Paula piano-rocka. Data nie znaczy tu nic szczególnego; ta fraza wpadła po prostu McCartneyowi do głowy i przez długi czas miał tylko ją. Dopiero przy okazji pisania materiału na ten album, postanowił to dokończyć i powstał z tego kolejny wybitny utwór ze zmianami tempa i nastrojów, kapitalnymi wokalami i wpadającym w ucho riffie fortepianu. W moim prywatnym rankingu piosenek Paula ten kawałek okupuje wysoką lokatę i bardzo lubię do niego wracać. Ten utwór pełni jednak też przykrą rolę - kończy najwspanialszy album, jaki kiedykolwiek stworzył ex-Beatles.

Oh my mama said the time would come when I
would find myself in love with you
I didn't think
I never dreamed
That I would be around to see it all come true
Well I just can't get enought of that sweet stuff
My little lady gets behind


John Lennon w zasadzie od rozpadu The Beatles o solowej działalności Paula wypowiadał się w najbardziej pejoratywnych słowach, jakie wpadały mu do głowy. Jeden album to jednak zmienił. Band On the Run John ocenił jako zestaw znakomitych, wysmakowanych piosenek, które prezentują to, co w Paula muzyce najlepsze. Trudno się ze stwierdzeniem Lennona nie zgodzić. Jeżeli komuś nie przypadły do gustu ascetyczne McCartney, beatlesowskie Ram, surowe Wild Life i popowe Red Rose Speedway, to ten właśnie album jest ostatnią deską ratunku by przekonać się do twórczości Paula. Cała płyta to praktycznie przebój na przeboju. Klasyk goni klasyk, a McCartney jako tekściarz i kompozytor pokazał się z najlepszej strony. Nigdy już nie osiągnął takiej formy i nie nagrał tak znakomitego i - nie waham się użyć tego słowa - Wybitnego albumu. Jest to nie tylko moja ulubiona płyta z solowego katalogu Paula, ale moja ulubiona płyta któregokolwiek ex-Beatlesa i postawić ją mogę w jednym szeregu z najwspanialszymi dokonaniami Beatlesów. Nie może więc być innej oceny...

Ocena: 10/10


Band on the Run: 41:08

1. Band on the Run - 5:12
2. Jet - 4:09
3. Bluebird - 3:23
4. Mrs. Vandebilt - 4:40
5. Let Me Roll It - 4:51
6. Mamunia - 4:51
7. No Words - 2:35
8. Picasso's Last Words (Drink to Me) - 5:49
9. Nineteen Hundred and Eighty Five - 5:28

czwartek, 9 maja 2019

"Red Rose Speedway" - Paul McCartney & Wings [Recenzja]


W 1971 roku w skład grupy Wings wchodzili Paul i Linda McCartney, Denny Seiwell (perkusista) i Denny Laine (gitarzysta). W tym składzie zespół nagrał swój pierwszy album długogrający (dla Paula był to już trzeci krążek po rozpadzie Beatlesów), Wild Life. 24 stycznia 1972 dołączył do nich kolejny gitarzysta, Henry McCullough. W tym składzie wyruszyli w trasę po brytyjskich uniwersytetach, spontanicznie koncertując także w Europie.
W lutym zespół wydał singiel Give Ireland Back To the Irish (umieszczony na wznowieniu kompaktowym płyty Wild Life), który był politycznym manifestem-reakcją na brutalne stłumienie protestu, który odbył się 30 stycznia 1972 roku ("krwawa niedziela"). Piosenka została szybko zbanowana przez radio BBC i osiągnęła w Wielkiej Brytanii zaledwie 16. pozycję na listach przebojów (chociaż w Irlandii i Hiszpanii trafiła na szczyty notowań). Jako sarkastyczną reakcję na wspomniany zakaz emisji, Wingsi wydali - jako swój kolejny singiel - leciutką i prostą piosenkę dla dzieci, Mary Had a Little Lamb. Utwór ten poradził sobie lepiej tylko w nieznacznym stopniu. Kolejnym kontrowersyjnym singlem okazał się Hi, Hi, Hi zawierający seksualne aluzje, co zaowocowało ponownym banem (zamiast tego, w radiach puszczano stronę B, C Moon). Singiel dotarł jednak do wysokiego, 5. miejsca brytyjskich list przebojów.
Po zmianie nazwy zespołu z Wings na Paul McCartney & Wings (Paul tłumaczył tę decyzję tym, że  ich pierwszy longplay nie sprzedawał się, bo nie było na okładce jego nazwiska), muzycy wzięli się w marcu 1972 roku za nagrywanie następcy Wild Life. Co ciekawe, początkowo album był planowany jako wydawnictwo dwupłytowe. Ze względów komercyjnych, i by ograniczyć koszty wydawnicze, Paul zdecydował się jednak na ograniczenie listy utworów, w wyniku czego całość zmieściła się na jednym krążku. Na płytę trafiły 2 utwory napisane przez McCartneya podczas sesji do Ram, kiedy zespół Wings jeszcze nie istniał (Get On the Right Thing oraz Little Lamb Dragonfly). Podczas sesji do tej płyty nagrano także takie utwory jak Live And Let Die (motyw przewodni do filmu z Jamesem Bondem o tym samym tytule), I Would Only Smile (wykorzystanym później przez Laine'a na jego solowym albumie), a także Mama's Little Girl (który McCartney umieścił na stronie B singla Put It There w 1990 roku). 

Big Barn Bed został poniekąd zapowiedziany już na albumie Ram w piosence Ram On, a konkretnie w jej drugiej odsłonie. Paul wyśpiewuje tam pierwsze 2 wersy tej piosenki, z tym że tam sprawia to wrażenie luźnej improwizacji. Tutaj mamy już do czynienia z jak najbardziej dopracowanym utworem. Niesie on ze sobą masę pozytywnej energii, a chwytliwy refren po prostu musi uzależniać. Zwraca uwagę delikatne i krótkie solo gitarowe, a także nad wyraz zgrabne wokale Paula, który śpiewa tu powściągliwie, ale jednocześnie nie boi się odlecieć wokalnie na parę chwil, by po chwili jak gdyby nigdy nic wrócić do poprzedniego, dość zachowawczego frontu śpiewania. Może ambicji tu za grosz, ale otwieracz jak najbardziej udany.

Who you gonna weep on?
Who you gonna sleep on?
Who you gonna creep on next?

Weeeping on a willow
Sleeping on a pillow
Leaping armadillo, yes

My Love to jedyny większy przebój z tej płyty, ale za to jaki! Jest to jedna z pierwszych przesłodzonych (tutaj w dobrym tego słowa znaczeniu) miłosnych ballad Paula. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z godnym następcą Maybe I'm Amazed, chociaż - rzecz jasna - mu nie dorównującym. Delikatna melodia, emocjonalny wokal McCartneya, no i wspaniała solówka na gitarze. Początkowo miał zagrać ją Paul i miał na nią zupełnie inny pomysł. Do studia wszedł jednak Henry McCoullough i zapytał, czy on nie mógłby spróbować coś tu sklecić, po czym sięgnął po gitarę i zagrał dziś powszechnie znane solo. McCartneyowi spodobało się ono o wiele bardziej niż to, które sam sklecił i ustąpił mu miejsca na płycie. Wracając jednak do samego kawałka: nad wyraz udana i przepiękna rzecz.

Don't ever ask me why
I never say goodbye to my love
It's understood
It's everywhere with my love
And my loves does it good

Get On the Right Thing to utwór napisany przez Paula podczas sesji do Ram, sprzed powstania zespołu Wings. Dopiero jednak na tej płycie postanowił po niego sięgnąć i przyznam się szczerze, że pasuje tu jak ulał. Jest to jeden z bardziej kolorowych i zarażających optymizmem numerów McCartneya. Zaczyna się niepozornie, miło pulsującym basem i wtrącanymi co jakiś czas akordami fortepianu. Potem Paul zaczyna śpiewać dość mało melodyjną zwrotkę, lecz po chwili piosenka się rozwija i wraz z wejściem refrenu śpiewanego przez kobiece głosy, wszystko już gra. Brzmi to może bardziej jak demo, niż jak profesjonalnie nagrany utwór, ale usprawiedliwiam to faktem, że chciano tu uchwycić pierwotną i niczym jeszcze nie stępioną energię wynikającą z pierwotnego wykonu. Nie będę marudzić, bo piosenka jest naprawdę przyjemna i fajnie się tego słucha, chociaż muszę jednak oddać sprawiedliwość, że jest to najsłabszy numer płyty.

All at once you get sound in your ears
And your cloud disappears into yellow
Well you know they were wrong
Get on the right thing
Well you knew it all along
Get on the right thing
Believe me its so beacause I happen to know

One More Kiss to chyba najbardziej beatlesowski numer albumu. Delikatna, optymistyczna piosenka utrzymana w średnim tempie. Nie wiem, czemu ale kojarzy mi się bardzo z dokonaniami Ringo. Może to przez stylistykę country, a może przez niezbyt dużą rozpiętość dźwięków na wokalu. Przypomina to trochę przyśpiewki, które Paul serwował nam na swoim debiutanckim McCartney. Jest bardzo przyjemnie, ale nic z tego nie wynika. Nie uznaję tych ponad dwóch minut za zmarnowane, ale można było lepiej to rozwinąć.

Only one more kiss
I never mean to hurt you, little girl
Let's make it one to remember
Only one more kiss

Somebody's built a home for us
Someday we'll see it standing there
But like the wind that has to blow
I must be on my way

Znakomitym przykładem rozbudowanego i ciekawego utworu jest na pewno Little Lamb Dragonfly, czyli kolejny numer napisany jeszcze w czasach Ram. Jest to znakomity, akustyczny utwór charakteryzujący się świetnymi wokalami Paula. Gdyby jednak przez 6 minut miało się dziać to samo, trochę by nas to zanudziło. Paul zdaje sobie z tego sprawę, dlatego co chwila proponuje nam coś nowego. Sam McCartney mówi, że piosenka ta opowiada o śmierci jednej z owiec na jego farmie, ale pojawiają się też teorie o tym, że tekst opowiada o jego przejściu na wegetarianizm (My heart is aching for you little lamb), a nawet że jest to kolejna laurka w stronę Johna (Since you've gone I never know/I go on but I miss you so). O czym by to nie było, przyznam się szczerze że jest to jeden z moich ulubionych kawałków w całej solowej karierze Paula. Przy pierwszym przesłuchaniu wydawał mi się słaby, ale warto się w niego wsłuchać i dać mu szansę. Ja tak zrobiłem i warto było.

Dragonfly don't keep me waiting
I'm waiting can't you see me I'm waiting
When we try we'll have a way to go
Dragonfly you've been away too long
How did two rights make a wrong
Since you've gone I never know I go on
But I miss you so in my heart
I feel the pain
Keeps coming back again


Single Pigeon to piosenka, która śmiało może rywalizować z One More Kiss o miano Najbardziej Beatlesowskiego Utworu Płyty. O wiele bardziej przypada mi do gustu jednak ten drugi, chociaż i opisywanemu tu numerowi nie brakuje wdzięku. Jest to delikatna przyśpiewka z wiodącą rolą fortepianu (echa Honey Pie). Podoba mi się moment, kiedy wchodzą dęciaki, przez co cała piosenka nabiera jeszcze bardziej wodewillowego klimatu. Dobry kawałek.

Single pigeon through the railings
Did she throw you out
Sunday morning fight about Saturday night

When the Night zaczyna się tak, jakby był po prostu dalszym ciągiem Single Pigeon. Jest to też mój ulubiony fragment płyty z emocjonalnym śpiewem Paula i czarującymi chórkami. Całość ma nieco egzotyczny klimat, ale wciąż jest to porcja dobrego, pozytywnego grania. Bujające chórki i ciekawa zmiana w refrenie. Mój ulubiony moment pojawia się na koniec, kiedy to Beatles zaczyna śpiewać całym sercem, dodając piosence jeszcze więcej emocji. Świetny numer.

I never will forget the way
You taught me how to swing and sway
Oh darling, don't you know?

That ever since that special day
My mind can only contemplate
The magic that you show
Oh little darling, don't you know?

Loup (1st Indian On the Moon) to już wyprawa w rejony psychodelicznego okresu działalności Pink Floyd. Ten numer to totalny odjazd. Paul zabawia się syntezatorem i co chwila odlatuje w zupełnie nowe przestrzenie. Męski chór, kosmiczne odgłosy i pulsujący bas - oto właśnie Loup. Ciekawy eksperyment formalny dla kariery McCartneya.
Czas jednak odłożyć na bok te psychodeliczne eksperymenty, gdyż oto przed nami prawdziwy kolos, czyli 11-minutowy Medley: Hold Me Tight/Lazy Dynamite/Hands of Love/Power Cut. Zaczyna się delikatnym i powolnym Hold Me Tight. Numer powoli przyspiesza, jednak do końca utrzymany jest w raczej rozmarzonym klimacie. Jest to zdecydowanie mój ulubiony moment medleya, gdyż - mimo że piosenka to właściwie wciąż to samo - Paul fajnie to rozbudowuje, w efekcie czego powstała całkiem fajna przyśpiewka. W podobnym nastroju rozpoczyna się także Lazy Dynamite, który został uzupełniony o harmonijkę ustną i fajne wstawki gitarowe. Numer ten jednak się specjalnie nie rozwija, w efekcie czego mamy tu do czynienia raczej z jednostajnym graniem, choć nie można mu odmówić przyjemności ze słuchania. Luźniej natomiast prezentuje się Hands of Love, który wydaje się powrotem Paula do stylistyki "piosenek śpiewanych przy ognisku". Żwawa przyśpiewka oparta głównie na gitarze akustycznej. Proste, przesłodzone słowa i fajny wokal - ot i cały numer. W dokładnie identycznej stylistyce prezentuje się Power Cut, wzbogacony jednak o bardzo przyjemne solo. W gitarowych riffach znalazło się też miejsce na repryzę motywów z poprzednich fragmentów medleya. Koniec końców uważam ten składak za naprawdę dobrą rzecz i wprawkę dla Paula przed takimi mocarnymi, wielowątkowymi klasykami jak Live And Let Die czy Band On the Run. 

I can't get over myself
Falling into the hands of love
Just can't imagine myself
Falling head over heals in love

But when I saw you last night
I knew for the first time
That you were the one I'd been dreaming of


Red Rose Speedway sprawia wrażenie najlepiej wyprodukowanego solowego albumu Paula do 1973 roku. McCartney wreszcie poszedł po rozum do głowy i doszedł do wniosku, że dobra płyta to nie tylko dobre kompozycje ale i produkcja. Na szczęście o solidnych numerach też nie zapomniał, w efekcie czego ten krążek wypełniony jest świetnymi piosenkami. Głównie mamy tu do czynienia z optymistycznymi, popowymi utworami do potupania nogą i zapamiętania refrenów. Paul bardziej niż wcześniej sięga tu też do swoich beatlesowskich korzeni. Szkoda, że dziś Red Rose Speedway został przyćmiony przez sławę następcy i jest raczej zapomniany. Warto posłuchać, bo mamy tu popowego Paula w pełnym rynsztunku. Jeśli ktoś lubi McCartneya rockowego - niech omija z daleka. Jeśli lubi McCartneya popowego - zachęcam do wysłuchania. Jeśli jest fanem McCartneya na dobre i na złe - wiadomo, że jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 7/10


Red Rose Speedway: 42:13

1. Big Barn Bed - 3:48
2. My Love - 4:07
3. Get on the Right Thing - 4:17
4. One More Kiss - 2:28
5. Little Lamb Dragonfly - 6:20
6. Single Pigeon - 1:52
7. When the Night - 3:38
8. Loup (1st Indian on the Moon) - 4:23
9. Medley: Hold Me Tight/Lazy Dynamity/Hands of Love/Power Cut - 11:14

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...