Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1983. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1983. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2020

"Hearts and Bones" - Paul Simon [Recenzja]


Po sukcesie koncertu w Central Parku, Paul wrócił wreszcie do studia (przerwał pracę w nim właśnie ze względu na zaangażowanie się w ów koncert). No, może nie od razu, bo najpierw ruszył z Artem w trasę, która okazała się wielkim sukcesem. Dopiero po jej zakończeniu wszedł do studia, jednak... razem z Garfunkelem. Panowie uznali, że przyszedł czas, by znowu coś razem nagrać i ponownie połączyć siły. Simon akurat miał parę gotowych piosenek, więc zaczęli nad nimi pracować, a nowy album zatytułowali roboczo Think Too Much. Art zaczął dopracowywać harmonie wokalne, a wydanie zaplanowano wstępnie na 1983 rok, co miało zbiec się z kolejnym etapem ich wspólnej trasy, która miała tym razem objąć Amerykę Północną. Jednak panowie najwyraźniej przypomnieli sobie podczas pracy w studiu dlaczego się rozeszli, bo Paul oświadczył w końcu Warner Bros., że nie ma już sił i nie chce pracować więcej z Artem. I tak oto, na tle osobistych sprzeczek (nie do końca wiadomo dziś, z której strony wynikających; może z obu?) projekt został wstrzymany, a Simon z Garfunkelem rozstali się po raz kolejny.
Paul uznał jednak, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie kiedy już tyle nowych utworów mu się nazbierało. Zabrał się więc do roboty, i w 1983 roku ukazał się jego szósty solowy album, ostatecznie zatytułowany Hearts and Bones. Płycie nie udało się może wylansować żadnego przeboju i ogólnie okazał się raczej komercyjnym niewypałem, jednakowoż krytycy z miejsca docenili materiał i okrzyknęli krążek jego "najbardziej osobistym zbiorem piosenek; jednym z najambitniejszych i najlepszych".

Allergies, która otwiera album, to piosenka równie urocza i świetnie brzmiąca, co dość przewidywalna. Na szczęście, to drugie w ogóle nie przeszkadza w jej przyjemnym odbiorze. Mamy tu znakomitą melodię, świetny tekst, no i oczywiście rewelacyjny wokal Paula, do którego dochodzi jeszcze niebanalna aranżacja z solówką gitary elektrycznej (a więc rzeczą nieczęstą w piosenkach Simona). Ech, aż chciałoby się usłyszeć te refreny w duecie z Artem. No cóż, ale tak można właściwie powtarzać przez całą płytę, więc pozostaje nam tylko słuchać Allergies - a jest czego, mimo że dla osób obeznanych z twórczością Paula, nie będzie to żadna nowość, ani nic wyjątkowego.

My hands can't touch a guitar string
My fingers just burn and ache
My head intercedes with my bodily needs
And my body won't give it a break
My heart can stand a disaster
My heart can take a disgrace
But my heart is allergic to the women I love
And it's changing the shape of my face

Zdecydowanie delikatniej i akustyczniej wypada Hearts and Bones. Zdaję sobie sprawę, że tekstowo to naprawdę piękna rzecz, i wykonaniu nie mam absolutnie nic do zarzucenia, jednak... no, jak na ponad 5 minut muzyki, to trochę za mało się tu dzieje. Bądź co bądź, jest to album muzyczny, a nie tomik poetycki; kompozycyjnie to trochę mielizna, bo właściwie przez cały ten czas mamy jeden motyw, powtarzany w kółko i w kółko. Gdyby nie to - wszystko byłoby idealnie. Albo, gdyby piosenka chociaż była krótsza o połowę. A w takiej formie - niestety nudzi.

Thinking back to the season before

Looking back through the cracks in the door
Two people were married
The act was outrageous
The bride was contagious
She burned like a bride

Dynamiczniej wypada natomiast When Numbers Get Serious. Tu też niby jest powtarzalność, ale aż tak to nie męczy. To po prostu bardzo przyjemna i wesoła piosenka, przy słuchaniu której można naprawdę nieźle się bawić. Jednak nic poza tym.


I have a number in my head
Though I don't know why it's there
When numbers get serious
You see their shape everywhere
Dividing and multiplying
Exchanging with ease
When times are mysterious
Serious numbers are easy to please

W stylu najlepszych piosenek Simon & Garfunkel zdaje się wybrzmiewać Think Too Much (b). To akustyczna - choć nie zaaranżowana tylko na gitarę akustyczną - piosenka z wpadającą w ucho melodią i pogodnym śpiewem Paula. Rzecz tyle mało oryginalna, co angażująca.


The smartest people in the world
Had gathered in Los Angeles
To analyze our love affair
And possibly unscramble us
And we sat among our photographs
Examined every one
And in the end we compromised
And met the morning sun
Maybe I think too much

Dość nużąco - choć w zamiarze miało być dynamicznie - wypada Song About the Moon. To mało wciągająca i raczej nudnawa, lekka piosenka, w której najnormalniej w świecie brakuje szczerego luzu i radości. Takie granie nie wiadomo po co.


Hey Songwriter
If you want to write a song about a face
Think about a photograph
That you really can't remember
But you can't erase
Wash your hands in dreams and lightning
Cut off your hair
And whatever is frightening
If you want to write a song about a face
If you want to write a song about the human race

Think Too Much (a) wypada zdecydowanie mniej ciekawie niż poprzednia odsłona. Melodia została tu przykryta nieco bardziej elektryczną aranżacją, jednak w takiej formie zdaje się to wręcz jeszcze bardziej nużyć.


I had a childhood that was mercifully brief
I grew up in a state of disbelief
I started to think too much
When I was twelve going on thirteen
Me and the girls from St. Augustine
Up in the mezzanine
Thinking about God

Train in the Distance właściwie poza wykonaniem nie ma w sobie nic, na co warto zwrócić uwagę. Muzycy sobie grają, Paul sobie śpiewa, ale co z tego? Melodia nie ujmuje, tekst nie jest jakoś szczególnie oryginalny, a aranż jest tak powściągliwy, że właściwie nikt nie ma tu większej szansy zabłysnąć - ani muzycy, ani sam Simon jako wokalista.


Two disappointed believers
Two people playing the game
Negotiations and love songs
Are often mistaken for one and the same
Now the man and the woman
Remain in contact

Nie powiem, Rene and Georgette Magritte with Their Dog After the War wypada naprawdę ślicznie. Ma uroczą melodię, piękne wykonanie, a także delikatny i wzruszający tekst (powstały po zobaczeniu zdjęcia w albumie w domu Joan Baez, właśnie tak zatytułowanego). Dla mnie, obok Allergies jest to najlepszy utwór na płycie. Nic dziwnego, że Simon wrócił do niego kilkadziesiąt lat później, nagrywając jego odświeżoną wersję na In the Blue Light.


Side by side
They fell asleep
Decades gliding by like Indians
Time is cheap

When they wake up they will find
All their personal belongings
Have intertwined

Cars Are Cars zdaje się zapowiadać kierunek stylistyczny, który Simon obierze na Graceland. Mamy tu aranżację typową dla lat 80., a także chwytliwe refreny i melodię, która może uzależnić. Kolejny dobry utwór.


Similarly made
Similarly sold
In a motorcade
Abandoned when they're old
Cars are cars

Czymś więcej niż prostą pioseneczką próbuje też być The Late Great Johnny Ace, który opowiada m.in. o zamachach na Johna Lennona i Johna F. Kennedy'ego. I... to się udaje, bowiem to znakomity i najciekawszy utwór na płycie. Może nie najlepszy, ale z pewnością najbardziej godny uwagi i dający nadzieję, że Paul Simon potrafi nas jeszcze czymś zaskoczyć.


I was reading a magazine
And thinking of a rock and roll song
The year was 1954
And I hadn't been playing that long
When a man came on the radio
And this is what he said
He said I hate to break it to his fans
But Johnny Ace is dead


Nie twierdzę, że Paul Simon w latach 80. miał wciąż wyznaczać nowe trendy i szukać nowych rozwiązań muzycznych. Zrobił już wystarczająco dla muzyki rozrywkowej, więc do końca życia niech po prostu nagrywa dobre pyty w swoim stylu. A, i żeby tylko nie były tak nudnym recyklingiem starych pomysłów jak Hearts and Bones. Nie zamierzam się oszukiwać, że przy pomocy Arta ten album okazałby się diamentem. Te kompozycje po prostu są słabe, a że Garfunkel nigdy kompozytorem nie był, więc same jego wokale nic by tu nie dały. Bolałoby tylko bardziej, że Simon & Garfunkel nagrali tak wtórne i mało ciekawe utwory. Muzyka sobie tak właściwie po prostu płynie, ale żadna piosenka nie zmusza nas, by się zatrzymać i poświęcić jej większą uwagę. Po prostu leci i leci. A słuchacz może zanudzić się na śmierć. Paul wraca na poziom, którego można od niego oczekiwać, dopiero pod koniec, ale jest tego za mało, by uznać Heart and Bones za dobry album. Na całą płytę mógłbym właściwie wskazać tylko 5 godnych polecenia utworów (Allergies, Think Too Much (b), Rene and Georgette Magritte with Their Dog After the War, Cars Are Cars i The Late Great Johnny Ace). I to tyle. Mimo, że teoretycznie jest tu wszystko, co Paul grał już wcześniej, to jakoś mało tu "Simona w Simonie".

Ocena: 4/10


Hearts and Bones: 40:30

1. Allergies - 4:37
2. Hearts and Bones - 5:37
3. When Numbers Get Serious - 3:25
4. Think Too Much (b) - 2:44
5. Song About the Moon - 4:07
6. Think Too Much (a) - 3:05
7. Train in the Distance - 5:11
8. Rene and Georgette Magritte with Their Dog After the War - 3:44
9. Cars Are Cars - 3:15
10. The Late Great Johnny Ace - 4:45

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

"Secret Messages" - Electric Light Orchestra [Recenzja]


To musiało w końcu nastąpić. Secret Messages to ostatnia płyta ELO, która dostała się do Top 40, a także ostatnia, na której pojawili się basista Kelly Groucutt, dyrygent Louis Clark, a także prawdziwe, żywe instrumenty smyczkowe. Według fanów i krytyków jest to też ostatni godny uwagi album zespołu.
Jak mówi sam tytuł, materiał który się tu znalazł wypełniony jest ukrytymi wiadomościami. Lynne już raz zaserwował słuchaczom utwór, który nabiera sensu dopiero puszczony wspak (Fire on High z albumu Face the Music). Electric Light Orchestra często było posądzane o umieszczanie na swoich nagraniach ukrytych wiadomościach, które wychwalały Szatana. W Wielkiej Brytanii na okładkę dodano także napis: "Ostrzeżenie: zawiera ukryte wspak wiadomości", jednak w Stanach Zjednoczonych, i na kolejnych wydaniach,  już się tego pozbyto. Jednak również na obu stronach okładki można było znaleźć parę ukrytych wiadomości.
Początkowo Secret Messages miało być wydane, jako podwójny album, jednak CBS Records uznało, że to będzie zbyt kosztowne, więc Jeff był zmuszony zredukować zawartość do pojedynczego longplaya. Pierwszy wydany album albumu, Rock 'n' Roll is King okazał się być ostatnim Top 20 hitem w Wielkiej Brytanii. Płyta jednak całkiem nieźle poradziła sobie w zestawieniach.

Secret Messages nie mogło zacząć się inaczej niż właśnie ukrytą wiadomością. Najpierw odtworzony od tyłu głos, mówiący (po rozszyfrowaniu) "welcome to the show", a następnie nadana alfabetem Morse'a wiadomość o treści "ELO", co zresztą Lynne wykorzystał już na płycie On the Third Day. A teraz sama piosenka; jest ona raczej średnia, acz, bez wątpienia, przyjemna w odsłuchu. Mamy tu znakomite wokale Jeffa, ponownie nieco bardziej elektroniczny podkład i wpadające w ucho melodie, nie tylko w refrenach. Utwór zdecydowanie udany, acz nie zasługujący na jakieś szczególne pochwały. Po prostu miłe, pop-rockowe granie w stylu późnego Electric Light Orchestra.

Those secret messages that spill into the air
From far away, so far away
A flowing river of illusion running with confusion
Never gone, it goes on and on

The secret messages are calling to me endlessly
They call to me across the air
The messages across the atmosphere
They whisper in your ear, they're calling everywhere

Płynnie przechodzimy do saksofonu otwierającego Loser Gone Wild. Jest to z pewnością piosenka zupełnie odmienna od utworu tytułowego; to raczej powolna, rzekłbym wręcz: ślamazarna, ballada. Może nie brzmi to zachęcająco, ale to zdecydowanie godna uwagi kompozycja. Lekko jazzująca, z niespodziewanymi zmianami napięcia i mnogością nastrojów. Całość jednak nie wydaje się bałaganiarska, a wciąż wpada w ucho i wypada naprawdę przyjemnie. Lynne wokalnie udowadnia, że radzi sobie zarówno z delikatnymi balladowymi brzmieniami, jak i nieco szybszymi, dynamiczniejszymi momentami. Świetny numer.

I don't mind if violins don't play
I won't listen to them anyway
I don't care what people say
Some things just can't be arranged

But in the evening when the sun goes down
Crawl from the shadows, gotta get into town
Where the music is playing all across the night
There goes a loser, another loser gone
There goes a loser, another who's alone
There goes a loser, another loser gone wild

Nieco słabiej wypada natomiast nieco tradycyjniej brzmiący Bluebird. To raczej mało ciekawa, acz wciąż przyjemna, prosta piosenka o prostym rytmie i oczywistej, acz wpadającej w ucho, melodii. Lekki spadek poziomu, ale i tak nie jest źle.

The places that I go
Don't feel good anymore

I see it all
Rainbows in fall
I see her face upon my wall
But it's only make-believe

Fly away
Bluebird, fly away for me
To a place somewhere far across the sea

Średnio brzmi też balladowy Take Me On and On. To dosyć nudna piosenka, którą słyszeliśmy już od ELO wiele razy, tylko w bardziej przekonującym anturażu. Tym razem się Jeffowi nie udało. Płynie dosyć przyjemnie, ale praktycznie nic w głowie nie zostaje.

The chains that hold you
Those chains will soon be gone
Sail upon the ocean
Sail back to me

Take me on and on
Until the world has gone
Take me on and on

Mało przekonuje mnie też bardziej dynamiczne Four Little Diamonds. To raczej mało wyróżniający się, średni rocker i, jak się okazuje, nie jest to tylko moje odczucie, bo piosenka słabo poradziła sobie też na listach przebojów, gdy wydano ją jako singiel. Utwór prawie nie ma potencjału przebojowego i brakuje tu melodii, która wpadałaby w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu. 

I used to think she was the greatest thing
I really cared, gave her a diamond ring
She said, she'd rather die then ever leave me
Well, I never saw her face since then

And if the law don't get her, the I will
Four little diamonds

She must be somewhere on the open road
She always said she was a lonely one
She gets you down with her tales of woe
She took me for everything

Stranger odrobinę podnosi poziom, acz wciąż nie są to jakieś szczyty kompozytorskich umiejętności Lynne'a. To delikatna i wolno płynąca ballada ze świetnymi wokalami Jeffa i gitarą elektryczną. Najgorzej wypadają tu jednak klawisze, które brzmią tak tandetnie, jakby pochodziły z jakiegoś kiepskiego podkładu karaoke z linią melodyczną. Sam utwór jest jednak całkiem w porządku, ma parę uroczych momentów i miło się tego słucha.

On a cold and windy morning
I said goodbye to my old friends
They were hanging 'round the corner
They were staying 'til the end, 'til the end
On the other side of midnight
I was looking for a place to stay
And one thing's sure for certain
I ain't never going back again, no more

Znowu gorzej jest za to przy absolutnie bezbarwnym i nudnym Danger Ahead, czyli kolejnym wypranym z oryginalności rockerem, który brzmi jak niewydarzona kopia... innych nieudanych dynamicznych numerów z tej płyty. Zlewa się z resztą i niczym szczególnym się nie wyróżnia.


Look through a window, and you see her standin' there
She's the latest of the greatest, with the wind blowin' in her hair
The prima donna, she's back in town
And you'll see her for miles around

O wiele ciekawiej wypada natomiast oszczędny, delikatny, wyciszony i kameralny Letter from Spain. To lekko brzmiąca, klimatyczna piosenka z ciekawym brzmieniem i uroczą melodią. Warto posłuchać.


I read the papers this morning
I saw your photograph
You look good in the movie
It must be so much fun

Letter from Spain
From someone I once knew
Letter from Spain

Poziom trzyma też nie mniej interesujący i nieco dziwaczny Train of Gold. Ciekawie brzmiący i intrygujący podkład wypada bardzo dobrze, szczególnie w połączeniu z bardzo dobrymi wokalami Jeffa.


Looked through a window saw a velvet sky
A shade of green
A violin was playing soft and sweet
Like it was a dream
She rode a train of gold

Train of gold, train of gold
It took me so long to find out I was wrong
Now I wait for her in the night

Skoro już jesteśmy przy wokalach: na całej płycie Lynne śpiewa jakby mu się nie chciało, jakby odrabiał pracę domową. Jest jednak jeden wyjątek - wieńczący album utwór Rock 'n' Roll is King. To też największy przebój płyty i bez wątpienia najlepiej pamiętany. Mamy tu świetny, dynamiczny, rock and rollowy kawałek z mocnymi syntezatorami, perkusją i znakomitymi wokalami Jeffa, które przywodzą na myśl Roll over Beethoven. Nie bez wątpienia utwór odniósł dość spory sukces; to naprawdę najlepsza kompozycja na płycie, wykonana z pasją, sercem i zaangażowaniem. Czy warto było czekać całą płytę na ten numer? Nie sądzę (do innych dzieł ELO jednak mu brakuje), ale po drodze były i dobre momenty, więc też nie ma co aż tak narzekać.


Oh, let those guitars play
Play for me, play for me
Oh, let that song ring out
That's how it meant to be

Well, it rolls like a train that's a comin' on down the track
She rolled over Beethoven, and she gave Tchaikovsky back
She loves that drivin' beat, and she goes dancin' on down the street
She said, "Whamalamabamalama, rock 'n' roll is king"
Aww, rock on!


Co by nie mówić o Time, płyta miała w sobie sporo serca. Czuć, że o coś tam chodziło i Lynne naprawdę chciał nam opowiedzieć jakąś historię, zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Niczego takiego nie można jednak powiedzieć o Secret Messages. Przebłyski zdarzają się tu raczej rzadko, a cała płyta sprawia wrażenie skleconej na szybko i na odczepnego. Najgorsze jednak jest to, że rzadko zdarzają się tu wpadające w ucho melodie, które przecież były niegdyś znakiem rozpoznawczym ELO. Nie najlepiej wypadają też wokale, sprawiające wrażenie nagranych od niechcenia i bez większego zaangażowania. Zresztą jak cała płyta, bo - naprawdę - po prostu niemiłosiernie wieje tu nudą. Może i słucha się tego lekko - a momentami nawet przyjemnie - ale to bardzo niski poziom jak na Electric Light Orchestra. To po prostu album bez życia, bez polotu i bez miłości do muzyki, który sprawia wrażenie odrobionej pańszczyzny, czym w sumie faktycznie był.

Ocena: 5/10


Secret Messages: 42:47

1. Secret Messages - 4:44
2. Loser Gone Wild - 5:27
3. Bluebird - 4:13
4. Take Me On and On - 4:57
5. Four Little Diamonds - 4:05
6. Stranger - 4:27
7. Danger Ahead - 3:52
8. Letter from Spain - 2:51
9. Train of Gold - 4:20
10. Rock 'n' Roll is King - 3:49

czwartek, 9 kwietnia 2020

"Born Again" - Black Sabbath [Recenzja]


Tony Iommi i Ian Gillan znali się już od ładnych kilku lat. Po odejściu z Black Sabbath Ronnie'ego Jamesa Dio i Vinny'ego Appice'a w 1982 roku, zespół znowu był w rozsypce. Z perkusistą nie było problemu, bo ponownie do grupy wrócił Bill Ward, jednak znowu brakowało im gitarzysty. Iommi rozważał kandydatury m.in. Roberta Planta, Michael'a Boltona czy Davida Coverdale'a. Ostatecznie jednak, po sugestii menadżera, Dona Ardena, przyłączył się do nich Ian Gillan z zespołu Deep Purple. Napisali wspólnie parę utworów i myśleli nad założeniem supergrupy i wydaniem nowego materiału pod własnymi nazwiskami, ponieważ nowy materiał miał w sobie zarówno elementy twórczości Purpli jak i Sabbathów. W ostatniej chwili wytwórnia wymogła jednak w celach komercyjnych szyld Black Sabbath, na co panowie niechętnie przystali.
Po raz kolejny zmieniła się twórczość, szczególnie biorąc pod uwagę teksty. Geezer pisał o mrocznych aspektach życia ukrywając to często pod płaszczykiem czarnej magii. Ronnie lubił wchodzić w świat fantastyczny i to właśnie za jego pomocą przekazywać jakieś głębsze myśli. Teksty Iana miały często kontekst seksualny i dotyczyły rzeczy, które zdarzyły mu się bezpośrednio i postanowił je opisać. 
Bill Ward wspomina, że świetnie bawił się przy nagrywaniu Born Again, jednak nie doczekał trasy promującej album. Musiał odejść z zespołu na skutek pogłębiających się problemów z alkoholem. Zastąpił go Bev Bevan, znany ze współpracy z Electric Light Orchestra. Ward natomiast już nigdy nie wrócił do Black Sabbath, więc Born Again jest ostatnim albumem studyjnym, na którym pojawia się jako członek grupy. Również Gillan nie zagrzał w zespole miejsca na długo. Wszyscy zgodnie wspominają, że nie czuł się w grupie swobodnie, więc po zakończeniu trasy rozstał się z Black Sabbath.
Publiczność bardzo dobrze przyjęła nowy materiał. Sprzedawał się najlepiej od czasu Sabbath Bloody Sabbath, przebijając tym samym oba albumy wydane z Dio. Mimo wszystko zebrał raczej mieszane recenzje; część krytyków wychwalała nowe wcielenie Black Sabbath, a część bezlitośnie zrównała je z ziemią. No cóż, czyli - jak zawsze - najlepiej posłuchać samemu i przekonać się na własnej skórze.

Trashed to, jak można by się domyślić, bardzo dynamiczny, hard rockowy numer. Granie jest o wiele bardziej pozbawione ciężaru niż poprzednie albumy Black Sabbath, ale piosenka ma naprawdę bardzo fajną melodię i refren, który potrafi wpaść w ucho. Panowie grają naprawdę dobrze, a utwór udanie rozpoczyna longplay.

Mr. Miracle, you saved me from some pain
I thank you Mr. Miracle, I won't get trashed again
Can you hear my lies
Don't you bother with this fool just laugh into my eyes

I was turning the tires burning
The ground was in my sky
I was laughing the bitch was trashed
And death was in my eye

Stonehenge to niemal 2-minutowy instrumental składający się z syntezatorów i odgłosów bijącego serca. Klimatyczne, ale raczej mało potrzebne.
Znakomicie wypada natomiast ciężki i walcowaty Disturbing the Priest, nie pozbawiony jednak dynamiczniejszych momentów. To naprawdę rewelacyjna piosenka z niskimi partiami gitary i wywołujących ciary wokalami Gillana. Panowie odrobinę pokombinowali z kompozycją, w związku z czym są momenty, w których mrok może przywodzić na myśl takie albumy jak Black Sabbath czy Master of Reality. Najlepszy kawałek na albumie, bez dwóch zdań.

The force of the devil is the darkness the priest has to fate
The force of the night will destroy him but will not disgrace
To get into his mind and to his soul you gotta set alight
The flames of doubt so deep inside, inside
The devil and the priest can't exist if one goes away
It's just like the battle of the sun and the moon and night and day
The force of the devil, that's we're all told to fear
Watch out for religion when he gets too near, too near

The Dark to kolejny krótki instrumental, bez którego płyta mogłaby się obyć, aczkolwiek wprowadza fajny, mroczny nastrój.
The Dark płynnie przechodzi w kolejny ciężki, acz nie pozbawiony zaostrzeń, Zero the Hero. Refreny zapadają w pamięć, a gitara Iommiego bezlitośnie wygrywa monotonny, walcowaty i ciężki riff.  Całość jest transowa, pojawiają się w niej różne dziwne odgłosy, a do tego wszystkiego dołącza jeszcze szalona, długa solówka Tony'ego. Całość sprawia wrażenie soundtracku do Armagedonu, co jest jak najbardziej komplementem, żeby nie było wątpliwości. Kolejny wyśmienity utwór.

You sit there, watch it all burn down
It's easy and breezy for you
You play your life to a different sound
No edge, no edge, you got no knife have you
Your life is a six lane highway to nowhere
You're going so fast you're never ever gonna get down there
Where the heroes sit by the river
With a magic in their music as they eat raw liver

W Digital Bitch mamy lekki spadek poziomu, bowiem to bardzo konwencjonalny, prosty i dość toporny hard rock, w którym raczej mało się dzieje. Zespół "łupie" od punktu A do punktu B, jednak całość jakoś się za bardzo nie klei i wypada nieciekawie i nudnawo.

She got so famous that she's on TV
She's got a proffesional smile
But I switch over 'cause she ain't for me
She disturbs me all the while

She looks so happy but she's got it wrong
She's always going faster
She sings her life to such a different song
She needs a loving and dominant master

Born Again to całkiem niezła, klimatyczna i mroczna kompozycja, jednak całkowicie psuje ją Gillan swoim nadmiernym popisywaniem wokalnym i forsowaniem głosu. Wszystko to wypada niespójnie i niszczy świetny nastrój. Nie jest jakoś bardzo źle, ale to trochę zmarnowany potencjał, który jednak trochę maskuje znakomicie rozbudowane zakończenie.

As you look through my door
Deep into my room
Can you feel the mighty wall of power
It's waiting, waiting in the glow
The distant shadows of forgotten champions
Those who live in me still
And will rise when we challenge and kill

Hot Line to kolejny kawałek, który trzyma klasę, aczkolwiek jak dla mnie, jest nieco za bardzo infantylny i banalny. To raczej prosty hard rock, gdzie Gillan znowu nadmiernie szarżuje wokalnie. Mimo, że tu jest to nieco bardziej uzasadnione, wciąż może irytować. Generalnie to raczej prosty numer, bez większego polotu, ale na poziomie.

Take me to the river baby drink my wine
When I'm going down won't you throw me a line
Lead me to religion take me up them stairs
When I take a tumble will you say me some prayers

Album kończy ciężkie Keep It Warm w stylu "starego, dobrego" Sabbathu. Jednak, poza ciężarem, właściwie mało tu dobrego i porządnego grania. Całość się rozjeżdża i brak jej wspólnego mianownika. Za dużo tu bałaganu, a za mało przemyślanego konceptu. 

Sweet woman are you feeling right
What was it that you did last night
You made me crazy you made me fly
I can't forget the hungry look in your eye
What's the matter with me?
I'm just a runner I was born free
But since I met you I can't leave you alone
I'm leaving now but I'll be coming home


Patrząc na okładkę Born Again raczej małe szanse, by wzbudziła w nas myśl: "To musi być naprawdę dobry album". Jest ona kiczowata i nieciekawa, ale warto mimo wszystko sięgnąć po tę płytę, bo to bardzo udany materiał, zważywszy na to, że to pierwsza współpraca panów. Ian Gillan świetnie odnalazł się w nowej sytuacji i dodaje kompozycjom mroku, ale potrafi też zaśpiewać dynamicznie, dzięki czemu Black Sabbath przyjmuje czasem delikatne barwy Deep Purple. Tony popisuje się naprawdę dobrymi riffami, a sekcja rytmiczna trzyma fason. Również kompozycyjnie całość stoi na wysokim poziomie; muzycy pokombinowali trochę, dzięki czemu piosenki nie rażą banałem, a momentami nawet zaskakują. Momentami jest nieco za bardzo infantylnie i banalnie i, z czystym sumieniem, mogę powiedzieć że w pełni podobały mi się tylko 3 piosenki, ale i tak oceniam ten materiał na plus. Podsumowując: Born Again to bardzo dobry album i aż szkoda, że ten skład dłużej nie przetrwał, bo jestem bardzo ciekawy, dokąd by panów zaprowadziło wspólne granie. Mogłoby być naprawdę ciekawie.

Ocena: 7/10


Born Again: 41:04

1. Trashed - 4:16
2. Stonehenge - 1:58
3. Disturbing the Priest - 5:49
4. The Dark - 0:45
5. Zero the Hero - 7:35
6. Digital Bitch - 3:39
7. Born Again - 6:34
8. Hot Line - 4:52
9. Keep It Warm - 5:36

wtorek, 3 marca 2020

"Too Low For Zero" - Elton John [Recenzja]


Poprzednie kilka albumów nie wypaliło. I to nie tylko pod względem sprzedażowym. A Single Man (chociaż tu nie było jeszcze tak źle, bo Elton wrócił po rocznej przerwie, by promować album pojechał do ZSRR, a i jest tam parę niezłych numerów; aczkolwiek do klasyki Eltona bym tego albumu już nie zaliczał), Victim of Love, 21 at 33, The Fox i Jump Up! były jedynie bladymi cieniami największych dokonań płytowych Eltona Johna z lat 70. Muzyk poczuł się kompletnie zagubiony. Postanowił wszystko zrobić po staremu.
Artysta w końcu poddał się i przyznał Berniemu Taupinowi, że być może sukces wynikał z ich idealnej artystycznej symbiozy, a także poprosił starego przyjaciela o pomoc. Taupin nie dał się dwa razy prosić i napisał dla Johna całą płytę. Elton ściągnął też starą sprawdzoną ekipę muzyków, z którą świecił tryumfy w złotych latach swojej kariery: Davey'a Johnstone'a, Nigela Olssona i Dee Murray'a, do których dołączyli także Ray Cooper i Kiki Dee. Producentem został Chris Thomas. Cały album napisano i nagrano w 2 tygodnie, a więc w ekspresowym tempie. Elton zasiadł też za klawiszami syntezatorów, chcąc osiągnąć bardziej rockowe brzmienie, nie satysfakcjonując się tylko kompozycjami opartymi na fortepianie.
Tym razem Elton trafił jednak w dziesiątkę. Płyta okazała się wreszcie tak bardzo wyczekiwanym przez niego sukcesem i powrotem do popularności z lat 70. Album podbił listy przebojów i utrzymał się aż rok na liście Billboardu. Single stały się przebojami, z których dwóm udało się wejść do żelaznego kanonu Eltona (co wcale nie jest łatwe przy takiej ilości hiciorów, jakie artysta popełnił w latach 70., co już samo w sobie może świadczyć o skali sukcesu). Również sprzedażowo płyta poradziła sobie wyśmienicie: John zgarnął za nią 2 złote płyty, a także dziesięć platynowych (w tym pięciokrotną w Australii).

Zaczynamy dość nietypowo jak na płytę pop-rockową, bo balladą. Nie powiem jednak, by rozpoczęcie płyty od Cold As Christmas (In the Middle of the Year) wyszło albumowi na złe, bo kompozycja ta to bez wątpienia rzecz o wielkiej urodzie. Wbrew tytułowi absolutnie nie czuć tu atmosfery świąt, dzięki czemu spokojnie można słuchać tego o każdej porze roku, choć najlepiej nadają się do tego ponure, deszczowe, jesienne wieczory, gdyż piosenka ma dość smutny wydźwięk. Elton powiedział kiedyś, że smutne piosenki pisze się o wiele łatwiej niż radosne i pod nóżkę, i po tym numerze słychać, że w takim typie kompozycji czuje się jak ryba w wodzie. Może i nie dzieje się tu dużo, ale prostota całości działa na jej korzyść. Zwrotki są niespieszne, w refrenach jest już natomiast bardzo chwytliwie, a kolejne frazy zapadają w pamięć. Warto zwrócić uwagę na dźwięki harfy, a także na drugi głos, za który odpowiedzialna jest Kiki Dee (ta, z którą John stworzył mega-hit Don't Go Breaking My Heart). Przepiękne otwarcie.

And I call the kids on the telephone
Say there's something wrong out here
It's July but it's cold as Christmas
In the middle of the year

The temperature's up to ninety five
But there's a winter look in your mother's eyes
And to melt the tears there's a heat wave here
So how come it's cold as Christmas in the middle of the year

Zupełnie z innej bajki jest natomiast dynamiczny I'm Still Standing. Największy przebój Eltona z tej dekady. Podmiot liryczny deklaruje, że wciąż się trzyma, mimo porzucenia przez miłość życia. Sama piosenka to hit pełną gębą; od bezpośredniego otwarcia, szybkie zwrotki, wpadający w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu refren aż po zaśpiewy, które aż same się proszą, by je wyśpiewywać wraz z Eltonem. Muzyk mówił, że była to jego reakcja na nowe nurty w muzyce lat 80. (post-punk i New Romantic), a także próba utworzenia utworu, który mógłby stać się przebojem w nowej dekadzie i nowej muzycznej rzeczywistości. Piosenka, oczywiście, hitem się stała i do dzisiaj jest jednym z najpopularniejszych utworów w historii muzyki popularnej.

Don't you know I'm still standing better than I ever did
Looking like a true survivor, feeling like a little kid
I'm still standing after all this time
Picking up the pieces of my life without you on my mind

Utwór tytułowy to jednak ponownie powrót do formy balladowej. Too Low For Zero to mimo wszystko rzecz zdecydowanie odmienna od Cold As Christmas. Całość oparta jest na "martwych" dźwiękach syntezatorów i automatu perkusyjnego. Jak najbardziej przekonuje jednak melodia całości, która zdaje się korespondować z podkładem tylko symbolicznie. Śpiew Eltona jest rewelacyjny, a jego solówka na fortepianie - bardzo klimatyczna, tworząca ciekawe współbrzmienie z pojawiającą się od czasu do czasu gitarą elektryczną. Całość wpada w ucho i wypada bardzo ciekawie. Piosenka wydana też była jako singiel, jednak nie odniosła większego sukcesu. Mógł to być efekt zbliżającego się kolejnego wydawnictwa Eltona, lub też... nadmiaru przebojów od Johna w tym okresie. Album wypromował bowiem hity I'm Still Standing, I Guess That's Why They Call It the Blues, Kiss the Bride, a umiarkowanym powodzeniem cieszył się też Cold As Christmas. Mi osobiście utwór tytułowy z tej płyty niezbyt pasuje na przebój radiowy. To utwór nieco bardziej intymny, oszczędny, do posłuchania w zaciszu domowym. Chwytliwość nie zawsze przecież musi iść w parze z potencjałem przebojowym, co w przypadku Too Low For Zero jest jednak zdecydowanie zaletą przemawiającą na korzyść piosenki.

Cutting out cups of coffee
Switching off the late night news
Putting the cat out two hours early
It isn't any use
I'm too low for zero
Insomnia attacks
Watching flies with my eyes till sunrise
It's daylight when I hit the sack

Dynamiczniej wypada natomiast zdecydowanie Religion. Piosenka jednak dla mnie jest nieco zbyt nijaka i broni się tu właściwie tylko całkiem fajny refren z dynamicznym śpiewem Eltona, prowadzącym przyjemny dialog z gitarą elektryczną. Gitara ma tu zresztą też zaskakująco wiele do powiedzenia i pojawia się nad wyraz często. Nie dodaje jednak całości bardziej rockowego sznytu, aczkolwiek wynikać to może bardziej z reszty aranżu niż z gry Johnstone'a, bo ta jest - jak zawsze - na poziomie. Sam kawałek jednak nie ma sobą zbyt wiele do zaoferowania i zapomina się go dość szybko.

She was silent as he paid her
But the thanks she got was next to none
And as her car pulled out of the motel
She felt the presence of someone
And that's when she got religion
In the front of a compact Ford
Just a gentle voice on the stereo
Now she's a working girl who loves the Lord

Kolejny przebój i kolejny utwór, który uwielbiam. W I Guess That's Why They Call It the Blues Elton nawiązuje - jak sam tytuł wskazuje - do swojego ukochanego bluesa, choć nie jest to odwołanie nachalne. Bardziej chodzi tu chyba o sam tekst (niezbyt radosny, umówmy się), niż o melodię, która - mimo że bez wątpienia ma w sobie łatwo wyczuwalną nutę melancholii - jest raczej żwawa. W pisaniu tej kompozycji pomógł Johnowi Davey Johnstone, jednak zrobił to chyba w niewielkim stopniu, gdyż sam numer jest bardzo "eltonowy". Mimo, że kawałek nie jest aż tak popularny jak inne wielkie przeboje artysty z lat 80., to ma spory radiowy potencjał i w momencie wydania go na singlu cieszył się sporym uznaniem i popularnością. Warto odnotować też udział w tej piosence gościa specjalnego; solo na harmonijce zalicza tu bowiem wielki przyjaciel Eltona - Stevie Wonder. Jest to jeden z ulubionych utworów Johna, a więc jest też ograny na koncertach i - głównie dzięki temu - wszedł do kanonu i jest dziś jedną z wizytówek muzyka. Bardzo się z tego cieszę, gdyż odczuwam wielki sentyment do tej piosenki. Pamiętam, jak po raz pierwszy ją usłyszałem: dopiero poznawałem wówczas twórczość Eltona i słuchałem piosenek raczej z cyklu "the best of". Gdy trafiłem na I Guess That's Why They Call It the Blues, tak mnie zafascynowała i zahipnotyzowała, że przesłuchałem ją kilka(naście?) razy, zanim dopiero poszedłem dalej. Do dziś został mi do niej nieprawdopodobny sentyment i wracam do niej z przyjemnością.

And I guess that's why they call it the blues
Time on my hands could be time spent with you
Laughing like children, living like lovers
Rolling like thunder under the covers
And I guess that's why they call it the blues

Crystal rozpoczynamy dźwiękami wichury. Z pewnością mamy tu bardzo ciekawą hybrydę dźwiękową. Zaczynamy nieco bardziej "zautomatyzowanymi" dźwiękami, by po chwili przejść do akompaniamentu gitary akustycznej. Melodia jest dość jednostajna i ciężko oddzielić, gdzie kończy się zwrotka, a zaczyna refren. Dla jednych może być to zaleta, a dla innych - wada. Gdy słucham tego numeru, nie ma to dla mnie większego znaczenia, gdyż nie jestem jego wielkim fanem. Słucham go z przyjemnością i brzmi naprawdę dobrze, jednak nie rusza mnie w podobnym stopniu, co parę innych utworów na albumie. Jest więc bardzo dobrze, ale bez rewelacji.

And if she leaves me handle her with care
Don't hurt little Crystal
And if she calls you long distance just be there
Oh Crystal
The world is your oyster, you're a pearl
But he's a jewel and my friend
I'm sure that in the end, Crystal, you'll be his little girl
Oh Crystal

Zupełnie nie przemawia do mnie natomiast "przebojowy" Kiss the Bride. Piosenka bez wątpienia ma radiowy potencjał, melodię która jest wręcz stworzona do wpadania w ucho i nucenia jej przy pierwszym przesłuchaniu, jednak dla mnie ten numer jest po prostu zbyt infantylny i naiwny. Takie I'm Still Standing też od początku do końca pomyślane jest jako przebój, a mimo wszystko całość trzyma klasę i nie popada w banał. Kiss the Bride nie jest jednak ani specjalnie wyszukane, ani przyjemne w słuchaniu (przynajmniej dla mnie). 

Underneath her veil I could see a tear
Trickling down her pretty face
And when she slipped on the ring I knew everything
Would never be the same again
But if the groom would have known he'd have had a fit
About his wife and the things we did
And what I planned to say
Yeah on her wedding day
Well I thought it but I kept it hid

Równie dynamicznie wybrzmiewa Whipping Boy. Piosenka ma mniejszy potencjał przebojowy, jednak ma frazy wpadające w ucho, całościowo trzyma poziom, a i słucha się tego bardzo przyjemnie, mimo że po przesłuchaniu całkowicie wylatuje z głowy. Po kilku przesłuchaniach z pewnością ostanie się w muzycznej pamięci, ale pierwsze kilka podejść to jedynie 4 minuty przyjemności, która nie zostaje odnotowana na dłużej. Ale warto docenić.

It's this illegal kind of loving
That keeps my motor running
From the start to the finish line
It's a trashy kind of me that likes to believe
That I'm still trying, I'm still trying

Balladowo-syntezatorowe brzmienia powracają w Saint. I tu mamy zdecydowanie wzrost jakości. Niepozorny początek prowadzi do emocjonalnego refrenu, w którym tekst, tak przepięknie wyśpiewywany przez Eltona, po prostu rozdziera serce. Jasne, samo wykorzystanie tego motywu jest może odrobinę kiczowate, jednak ani trochę mi to nie przeszkadza. Dla mnie nie jest ważne, czy coś jest kiczem, czy nie wiadomo jak pionierskim rozwiązaniem. Priorytetem jest przyjemność z słuchania. A tego słucham z prawdziwą przyjemnością.

And heaven can wait
But you ought to be a saint
I got your very best intentions
Helping me along
And if I ever fail to mention
You were an overnight sensation
Well take it from me
My baby's a saint

Zaczęliśmy balladą i kończymy również balladą. Z ręką na sercu, nie umiem jednak stwierdzić, co jest piękniejsze, czy Cold As Christmas (In the Middle of the Year), czy rozdzierające serce One More Arrow. Mimo rozbudowanej aranżacji smyczkowej, całość sprawia wrażenie piosenki zdecydowanie bardziej intymnej i oszczędnej. Całość oparto tylko na fortepianie, smyczkach i - oczywiście - głosie Eltona w chyba najdelikatniejszej możliwej odsłonie. 

And he's one more arrow flying through the air
One more arrow landing in a shady spot somewhere
Where the days and nights blend into one
And he can always feel the sun
Through the soft brown earth that holds him
Forever always young


Mimo, że jest nierówna, nie trzyma poziomu i ma kilka oczywistych niewypałów, to uważam Too Low For Zero za jeden z najlepszych albumów Eltona lat 80. Moim ulubieńcem dekady chyba już na zawsze zostanie Sleeping With the Past, jednak nie mogę nie docenić tego hitowego albumu, który sprawia wrażenie nowego otwarcia w karierze Eltona. Jasne, The Fox i Jump Up! starały się trochę podnieść poziom, tak żenująco obniżony za sprawą Victim of Love i 21 at 33, jednak wychodziło im to nieco nieudolnie. Tu mamy zdecydowanie wytyczanie nowego kierunku, a nie tylko zmiany powierzchowne (czytaj: aranżacyjne). Elton nastawił się tu na przyciągnięcie zarówno młodych słuchaczy, jak i swoich stałych fanów. Połączył więc swoje znaki rozpoznawcze (chwytliwe melodie, umiejętne łączenie stylów), całość okrasił wówczas modnymi dźwiękami i wyszła rzecz zdecydowanie wspaniała i zachwycająca już przy pierwszym przesłuchaniu. Również wokalnie w Eltona wstąpił jakby nowy duch; na poprzednich albumach wysilał się tylko przy pojedynczych kompozycjach, natomiast tutaj na całym albumie śpiewa prosto z serca, jakby na nowo pokochał tworzenie muzyki i uwierzył po prostu w to, że znów da radę odnieść sukces i nas zachwycić. Odniósł sukces. I zachwycił. Too Low For Zero Elton najzwyczajniej w świecie pozamiatał i pozwolił ponownie uwierzyć, że jeszcze z nami nie skończył i nie ma zamiaru być reliktem minionych czasów. Panie i panowie, Elton John powrócił i znów jest w grze.

Ocena: 8/10


Too Low for Zero: 44:06

1. Cold as Christmas (In the Middle of the Year) - 4:19
2. I'm Still Standing - 3:02
3. Too Low for Zero - 5:46
4. Religion - 4:05
5. I Guess That's Why They Call It the Blues - 4:41
6. Crystal - 5:05
7. Kiss the Bride - 4:22
8. Whipping Boy - 3:43
9. Saint - 5:17
10. One More Arrow - 3:34

poniedziałek, 23 grudnia 2019

"Pipes of Peace" - Paul McCartney [Recenzja]


Paul McCartney po Tug of War zdecydowanie złapał wiatr w żagle. Po wydaniu kilku średnio udanych płyt z Wingsami i jednej w ramach kariery solowej, poprosił o pomoc George'a Martina. Były producent nagrań Beatlesów postawił Paula do pionu, okiełznał jego ego i uświadomił mu, że w studiu nie ma dla niego znaczenia, czy McCartney jest legendą muzyki popularnej czy nie. Ex-Beatles opuścił więc pokornie głowę i wziął się do roboty. Powstało wiele materiału. Na tyle, że Paul rozważał wręcz wydanie albumu dwupłytowego. Martin jednak się nie zgodził. Po pierwsze, ciężej jest złożyć dwuczęściowe wydawnictwo, żeby cały czas trzymało poziom i nie nudziło. A po drugie, część piosenek było po prostu słabych, bądź też wymagających dopracowania. McCartney niechętnie się zgodził. I tak oto w 1982 roku na rynku pojawił się album Tug of War.
Płyta okazała się sukcesem; zdobyła szturmem listy sprzedaży, a i odbiór krytyki był nienajgorszy. Swoje do tego dołożył z pewnością wielki przebój Ebony And Ivory. Paul mógł odetchnąć. A nawet więcej. Ponownie uwierzył w swój geniusz i swoją nieomylność. Zobaczył, że wszystko, czego się dotknie, natychmiast okazuje się strzałem w dziesiątkę. Do nagrywania nowego albumu wrócił więc tylko na chwilę, gdyż uznał, że oto nadeszła chwila, kiedy powinien ponownie spróbować swoich sił w filmie. Zapalił się więc do projektu Give My Regards To Broad Street (film ostatecznie okazał się spektakularną klęską, co ponownie sprowadziło chyba Paula na ziemię). W pewnym momencie jednak McCartney, widząc że prace nad obrazem się przeciągają, nie chciał stracić swojej dobrej passy. Wrócił więc do nagrywania premierowego materiału.
Na stanowisku producenta ponownie zasiadł George Martin, a do studia zaproszono kolejnych znanych gości: Ringo Starra, Denny'ego Laine'a, Erica Stewarta, a także - odnoszącego wówczas jeszcze większe sukcesy niż McCartney - Michaela Jacksona. Paul wziął się za dopracowywanie utworów napisanych podczas sesji do Tug of War, a także napisał parę nowych piosenek. Do trzech piosenek nakręcono teledyski, które na okrągło leciały w muzycznych programach telewizyjnych. To wszystko zagwarantowało Pipes of Peace niebywałą popularność; w USA, Kanadzie i Anglii pokryła się ona platyną, a oba single wspięły się na szczyty list przebojów. 

Pipes of Peace rozpoczynamy niepokojącą i głośną orkiestracją, wprowadzającą nieco chaosu. Za chwilę jednak uspokoimy się za sprawą łagodniejszych dźwięków. Z wejściem wokalu Paula wiemy, że to jest to. Poziom Tug of War. Tytułowy utwór ma pełnić dokładnie taką rolę, jak tytułowy poprzedniego albumu, z tym że ten jest o wiele lepszy. Nagła zmiana nastroju w refrenie to jest coś znakomitego. Potem robi się jeszcze ciekawiej. A mimo, że ten kawałek jest zdecydowanie wyższych lotów, to jest niemożliwie wręcz chwytliwy i wpadający w ucho. Tak samo jak Tug of War, tak i Pipes of Peace przyrównywano do słynnego Imagine Johna Lennona. Moim zdaniem oba idealnie do tego pasują, jednak w moim osobistym rankingu to właśnie Pipes of Peace zajmuje wyższą pozycję. Co ciekawe, podkład pod zwrotkę nagrywano bardzo, bardzo długo. Mimo, że może sprawiać wrażenie bałaganiarskiego, Paul miał bardzo skonkretyzowane wyobrażenie, co do brzmienia i dopiero po około 30-tu podejściach osiągnął satysfakcjonujący efekt. Utwór wydany został na singlu i powstał do niego rewelacyjny teledysk. Zdobył szczyty list przebojów w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Nic dziwnego. Początek albumu i od razu najlepszy utwór płyty.

All around the world
Little children being
Born to the world
Got to give them all we can
Till the war is won
Then will the work be done

Help they to learn
Songs of joy instead of
Burn, baby, burn
Let us show them how to play
The pipes of peace
Play the pipes of peace

Jednak to Say Say Say stał się hiciorem z prawdziwego zdarzenia. Duet z Michaelem Jacksonem po dziś dzień jest jednym z najpopularniejszych utworów McCartneya, a także jednym z symboli lat 80. Dwóch najpopularniejszych wykonawców muzyki pop łączą siły i tworzą znakomity utwór. Właściwie nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku. Solo harmonijki, stonowane zwrotki McCartneya i wybuchowe refreny w wykonaniu obdarzonego jedynym i niepowtarzalnym wokalem Jacksona po dziś dzień robią wrażenie. Tak potężnej porcji energii od Paula już dawno nie słyszeliśmy. Ten utwór po prostu został stworzony, by być przebojem. I nim też się stał. Piosenka zawojowała cały świat, a ponadto powstał do niej znakomity teledysk z fabułą, bardzo w stylu ówczesnych teledysków Michaela. Warto zapoznać się także z remiksem tej piosenki z 2015 roku, gdzie użyto parę niewykorzystanych wokali i ciekawie rozbudowano cały kawałek. W każdej wersji ta piosenka to po prostu znakomity utwór.

You never ever worry, and you never shed a tear
You're sayig that my love ain't real
Just look at my face, these tears ain't drying

You, you, you can never say
That I'm not the one who really loves you
I pray, pray, pray everyday
That you'll see things girl, like I do

The Other Me to z kolei Paul w nieco spokojniejszej odsłonie. Nie jest to ballada, ale mamy tu raczej średnie tempo. Jest bardzo przyjemnie, jednak obniża odrobinę poziom. Nawet ciężko mi powiedzieć, co mi tutaj nie gra, bo teoretycznie wszystko jest na miejscu. Chwytliwe refreny, fajna melodia, dobre wokale, fajne rozwiązania aranżacyjne. A mimo wszystko chyba za bardzo czuć tutaj te syntezatory trącące już trochę myszką. Nie jest to jeszcze może natężenie ich użycia znane z innych disco hitów z lat 80., ale czuć tu mocne ciągoty Paula w tym kierunku. Tak czy siak, nie jest źle.

But if I ever hurt you
Well you know that it's not real
It's not easy living by yourself
So imagine how I feel

Bardzo przypadł mi do gustu natomiast zjawiskowy Keep Under Cover, który zaczyna się od Paula śpiewającego prawie acapella. Przejmujące. Po chwili mamy jednak nagły zryw i smyczki oznajmiają nam, że czas na zmianę nastroju. I rzeczywiście, rozwija się w zupełnie innym kierunku. Brzmi to, jak dwie (a w zasadzie nawet 3), połączone ze sobą piosenki na zasadzie losowej. Najpierw ballada, potem część dyskotekowa, rockowy bridge i powrót do dyskoteki. To po prostu musi robić wrażenie. Na mnie przynajmniej robi i uwielbiam ten utwór właśnie za takie ciekawe złożenie kilku teoretycznie nie przystających do siebie elementów i sprawienie, że ten kawałek jest po prostu coraz bardziej zaskakujący z każdą chwilą.

Love, I'm going to pick you up in the morning
Love, I'm going to take you out on a journey
I don't know where I'm going to
But I know what I've been going through
Without you by my side

Zwalniamy za sprawą So Bad. To z kolei już ballada z prawdziwego zdarzenia, wydana jako strona B singla Pipes of Peace. Przywodzi mi nieco na myśl piosenki Wingsów (szczególnie z Red Rose Speedway i Venus And Mars, a może nawet trochę z London Town). Paul śpiewa tu bardzo wysoko, a refren jest ciekawym rozładowaniem. Nie jest to może jakaś rzecz zjawiskowa, ale nie można odmówić jej uroku i nieprzesłodzenia. McCartney ma niestety skłonności do zbytniego przeładowywania swoich ballad. Tu na szczęście dał sobie na wstrzymanie i dzięki temu powstała po prostu piękna piosenka. Może i "tylko tyle", ale jak dla mnie to "aż tyle".

There is a pain, inside my head
You mean so much to me
Girl, I love you, girl, I love you so bad

And if you leave, my pain will go
But that's no good to me
Girl, I love you, yes, I love you so bad

Stronę B longplaya rozpoczyna drugi duet Paula z Michaelem Jacksonem - The Man. Jest to zdecydowanie mniej znana piosenka i nic dziwnego. Nie jest wcale gorsza, skądże znowu. Po prostu jest mniej komercyjna. Rozpoczyna się fajną solówką na gitarze elektrycznej. Po chwili jej miejsce zajmuje jednak gitara akustyczna. Zwrotką panowie dzielą się na pół, a refren śpiewają razem. Wychodzi z tego znakomita i urocza balladka. Jest słabsza od Say Say Say, ale lepsza od obu piosenek, które powstały z połączenia sił Paula i Steviego Wondera na Tug of War. Fakt, że ciężko było stworzyć coś gorszego, ale ta piosenka naprawdę ma swój urok i bierze mnie całego.

And it's just the way he thought it would be
'Cause the day has come for him to be free
Then he laughs, he kicks then rolls up his sleeves
I'm alive and I'm forever
This is the man

Sweetest Little Show to z kolei odrobina country w wydaniu Paula. I jak dla mnie to dopiero ta piosenka jest z tych ewidentnie słabszych. Brak jej charakteru. Nawet ta fajna solówka na akustyku nic tu nie pomaga. Kawałek jest zupełnie bez wyrazu i jest pierwszą ewidentną wpadką na tym albumie. Szkoda, że przerywa tak dobrą passę. McCartney i Martin dwoją się i troją, żeby uczynić ją ciekawszą kilkoma zmianami tempa i nastroju, jednak słabej kompozycji to nic nie pomoże i panowie w tym wypadku chyba o tym zapomnieli.

Well they can treat you like a brother
Yeah they can treat you like a clown
But if they treat you like a lover
They've got the sweetest little show in town
You got the sweetest little show

Sweetest Little Show płynnie przychodzi w ewidentnie żwawsze Average Person. Mimo tak "ejtisowego" aranżu, to ten numer już przypadł mi do gustu. W tle dzieją się ciekawe rzeczy, fajne rozpędzone zwrotki, zwolnienie przed refrenem i ponowne dodanie czadu. Fajna rzecz, mimo że tak banalna i zdecydowanie niskich lotów. 

Well, I'm talking to a former engine driver
Trying to find out what he used to do
Tells me that he always kept his engine
Spit and polished up as good as new
But he said his only great ambition
Was to work with lions in a zoo
Oh to work with lions in a zoo
Yes dear, you heard right
Told me his ambition was to work with lions every night

Hey Hey to z kolei numer instrumentalny skomponowany przez Paula wraz z legendarnym basistą Stanleyem Clarkiem. Nie dziwi więc fakt, że jest to rzecz oparta głównie na sekcji rytmicznej, chociaż sporo do powiedzenia mają tu też dęciaki. Bardzo podoba mi się zupełna zmiana nastroju w połowie drugiej minuty. Tym fajniejszy jest powrót do głównego wątku i wybrzmiewa on chyba nawet jeszcze lepiej niż przy pierwszym kontakcie. Nieszkodliwy przerywnik, chociaż trochę niepotrzebny.
Ewidentnym nawiązaniem do Tug of War jest kolejny utwór - Tug of Peace. Na początku głosy dzieci i zgiełk, jak na jarmarku. Potem męski chór i ciekawe wprowadzenie rytmu. Do tego automat perkusyjny, dyskotekowo brzmiąca gitara basowa i mamy lata 80. w pełnej krasie. Niestety jest to rzecz słaba i odrobinę niewydarzona, wciśnięta tu trochę na siłę, chyba tylko po to, żeby w pełni podkreślić, że mamy tu do czynienia z dyptykiem. Bez tego byłoby lepiej.

It's a tug of war
No, no, your troubles cease when you learn to
Play the pipes of peace
What with one thing and another
It's a tug of war

Szczególnie, że na finał dostajemy monumentalne i rozbudowane Through Our Love (przynajmniej w sensie aranżacyjnym). Jest to przepiękna ballada, która po dość miałkiej zwrotce rozrasta się do rozmiaru wspaniałej pieśni o miłości. Potężna orkiestra dodaje jej mocy i prawdziwej wyrazistości. Głównie właśnie aranżem stoi ta piosenka, bo sama w sobie nie jest  może jakaś bardzo wybitna. Jednak dzięki orkiestracji zmienia się w kolejny wielki hymn o miłości. Wspaniałe i podniosłe zakończenie płyty.

Whenever you will be mine
Whenever you will be mine
I want to be with you
Just want to do whatever feels right
You've got the power of love
And love has the power to turn on the light


Pipes of Peace zostało zrobione według tej samej recepty, co powstało Tug of War. Paulowi w studio towarzyszy słynny wokalista R&B (tam: Stevie Wonder, tutaj: Michael Jackson). Paul robi z nim przebój, który od początku pisany jest pod kątem bycia hiciorem i zostaje też wydany jako pierwszy singiel promujący (tam: Ebony And Ivory, tutaj: Say Say Say). George Martin na stanowisku producenta. Płytę rozpoczyna utwór tytułowy, który jest odą do pokoju. Żeby nie było, ta płyta jest naprawdę bardzo dobra, jednak przypadła mi do gustu odrobinę mniej od Tug of War. Są tu piosenki znakomite, do których uwielbiam wracać (Pipes of Peace, Say Say Say, Keep Under Cover, The Man, Through Our Love), jednak znalazło się tutaj zdecydowanie więcej typowych wypełniaczy, które nic nie wnoszą do całości, a wręcz zaniżają poziom. Poza tym ta płyta jeszcze bardziej siedzi aranżacyjnie w latach 80., a - nie ukrywam - jest to dekada, której brzmienia wręcz nie cierpię. Owszem, produkcja wtedy została wzbogacona o zupełnie nowe bogactwa dźwiękowe, jednak wszechobecne syntezatory to coś, czego po prostu nie mogę ścierpieć. Mimo, że płyta nie jest jakimś wielkim atutem dyskografii Paula, to bardzo ją lubię i wracam do niej z przyjemnością.

Ocena: 7/10


Pipes of Peace: 38:58

1. Pipes of Peace - 3:56
2. Say Say Say (Duet with Michael Jackson) - 3:55
3. The Other Me - 3:58
4. Keep Under Cover - 3:05
5. So Bad - 3:20
6. The Man (Duet with Michael Jackson) - 3:55
7. Sweetest Little Show - 2:54
8. Average Person - 4:33
9. Hey Hey - 2:54
10. Tug of Peace - 2:54
11. Through Our Love - 3:28

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...