Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1976. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2020

"Turnstiles" - Billy Joel [Recenzja]


Po trzech latach mieszkania w Los Angeles, Billy'emu zapragnął się powrót do swojego ukochanego Nowego Jorku. Owocem ponownego okresu fascynacji tym miastem były 3 piosenki, które Joel napisał z myślą o następcy niezbyt udanego Streetlife Serenade. Nie ciążyła teraz na nim presja poprzednika, a wytwórnia dała mu nieco więcej czasu na zebranie materiału, widząc że najwyraźniej Billy sukcesu Piano Man już nie przebije. Postawili więc na nim krzyżyk, a Joel - któremu udało się już wypracować tempo pracy - powoli pisał kolejne utwory między licznymi koncertami, które dawał wraz z zespołem. Na trasie muzycy nieźle się ze sobą zgrali i dobrze wiedzieli, od kogo czego można oczekiwać. Billy postanowił więc, że właśnie z nimi chce nagrać kolejny album.
Na początku producentem albumu miał być James William Guercio (późniejszy producent Chicago), a nagrania rozpoczęły się na Caribou Ranch, gdzie nagrywano wraz z zespołem Eltona Johna. Billy był jednak niezadowolony z rezultatów i w końcu wrócił do Nowego Jorku, nagrał wszystko od nowa z Billy Joel Band i sam został producentem. 
Płyta Turnstiles, ku zaskoczeniu wszystkich, zebrała bardzo dobre recenzje i cieszyła się sporą popularnością. Sporym przebojem został Say Goodbye to Hollywood, a także - niewydany nigdy na singlu - New York State of Mind, będący do dziś jednym z największych klasyków Billy'ego Joela. Tak czy siak, była dobrym krokiem w kierunku odbudowania kariery Joela po lekkim spadku, który bez wątpienia zaliczył za sprawą Streetlife Serenade.
Jeszcze parę słów o okładce. Zdjęcie zostało wykonane w nowojorskiej stacji metra, a postacie, które się na nim znalazły, miały przedstawiać kolejne piosenki. Tak więc elegancko ubrana para to I've Loved These Days, czarnoskóry mężczyzna o marsowym wyrazie twarzy - Angry Young Man, mężczyzna z książkami - James, dziewczyna ze słuchawkami - All You Wanna Do Is Dance, mężczyzna w skórzanej kurtce - Say Goodbye to Hollywood, babcia z wnuczkiem - Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway), no i sam Billy to New York State of Mind. Przyznam się jednak szczerze, że nie znalazłem nigdzie informacji, co jest tu reprezentacją Summer, Highland Falls.

Say Goodbye to Hollywood, który dostajemy już na samym początku, to z pewnością jeden z bardziej niedocenionych utworów w repertuarze Joela. Dziwi mnie, że nie stał się większym przebojem, bowiem absolutnie niczego mu nie brakuje. Ma bardzo chwytliwą melodię, wpadające w ucho refreny i fajne przyspieszenie w mostku, gdzie ujawniają się w pełni smyki. Znakomity utwór, udanie nadający rozpędu całemu albumowi i stanowiący całkiem obiecującą zapowiedź reszty longplaya.

Movin’ on is a chance that you have to take
Any time you try to stay – together
Say a word out of line
And you find that the friends you had
Are gone – forever
Forever

So many faces in and out of my life
Some will last
Some will be just now and then
Life is a series of hellos and goodbyes
I’m afraid it’s time for goodbye again
Say goodbye to Hollywood
Say goodbye my baby
Say goodbye to Hollywood
Say goodbye my baby


Summer, Highland Falls rozpoczyna typowe dla Joela preludium fortepianowe. Poza tym jednak, nie bardzo jest tu na czym ucho zaczepić. Utwór płynie łagodnie, delikatnie, no i ogólnie bardzo miło się tego słucha. Co z tego jednak, skoro po chwili już go zapominamy? Wypełniacz, bez którego nic by ta płyta nie straciła.

How thoughtlessly we dissipate our energies
Perhaps we don’t fulfill each others fantasies
And as we stand upon the ledges of our lives,
With our respective similarities
It’s either sadness or euphoria


Równie słabo wypada sztuczne All You Wanna Do is Dance, które - wbrew pozorom - ma w sobie mało taneczności i energii. To wymuszony, skoczny utworek z ograniczonym aranżem, mało chwytającą melodią i wymuszonymi wokalami. Słabizna.

Oh, baby you don’t get turned on by the radio
Oh, baby you got nothin’ to play on your stereo
“Why don’t the Beatles get back together?
Why don’t nobody sing of romance?
Oh, baby, all you wanna do is dance

Oh, baby I think you are lost in the seventies
Oh, baby the music she ain’t what she used to be
You don’t understand what they’re saying
Givin’ it every chance
Oh, baby, all you wanna do is dance


Zupełnie inaczej sprawa się ma z 6-minutowym, epickim New York State of Mind. Całość rozpoczyna nieco jazzowe preludium na fortepianie. Następnie dochodzi do niego sam wokal Billy'ego śpiewający melodię równie chwytliwą, co nieoczywistą. Później mamy jeszcze smyczki, podstawowe instrumentarium koncertowe i sporo miejsca na solówki saksofonu. Generalnie mógłbym tak o tej piosence tak pisać i pisać, ale prawda jest taka, że trzeba jej najzwyczajniej w świecie posłuchać, by zrozumieć jej fenomen. Jej niepowtarzalność i wyjątkowość. Bo jest to bez wątpienia kompozycja wyjątkowa, do której ja osobiście wracam regularnie. I zawsze z wielką przyjemnością.

It was so easy living day by day
Out of touch with the rhythm and blues
But now I need a little give and take
The New York Times, The Daily News

It comes down to reality
And it’s fine with me ’cause I’ve let it slide
Don’t care if it’s Chinatown or on Riverside
I don’t have any reasons
I’ve left them all behind
I’m in a New York state of mind


Bardziej konwencjonalnie wypada James, czyli delikatna, wzruszająca ballada o męskiej przyjaźni. Mimo sporej dawki infantylizmu w tej piosence, nie umiem jednak napisać, że mnie to nie rusza. Ma coś w sobie, co nie pozwala mi się od niej oderwać, a wręcz nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że mi się podoba. Może nie dzieje się tu zbyt wiele, może nie jest to zbyt oryginalne lub wyróżniające się znacząco spośród reszty, ale słucha się świetnie.

James
You’ve been well behaved, you’ve been working hard
But will you always stay
Someone else’s dream of who you are?
Do what’s good for you
Or you’re not good for anybody
James


Po tych nieco wolniejszych kawałkach przychodzi jednak czas na istne fajerwerki. Jeśli ktoś na James zapadł w lekki letarg, to z pewnością wybudzi go z niego ultra szybkie Prelude Billy'ego Joela z zabójczą partią fortepianu, która przypominać może wystrzały z broni maszynowej. Trudno też potraktować cytat z The Ballad of Billy the Kid, jako coś innego niż sympatyczne mrugnięcie okiem Joela do swoich starszych fanów. Po drugim interludium fortepianowym, przechodzimy gładko do żwawego Angry Young Man z wpadającą w ucho melodią, świetnymi wokalami i niegłupim tekstem. Mimo że nie ma tu niczego nazbyt przebojowego, to piosenka na pewno zapada w pamięć i można się świetnie bawić przy jej słuchaniu.

There’s a place in the world for the angry young man
With his working class ties and his radical plans
He refuses to bend he refuses to crawl
And he’s always at home with his back to the wall
And he’s proud of his scars and the battles he’s lost
And struggles and bleeds as he hangs on his cross
And likes to be known as the angry young man


I've Loved These Days aż zapiera dech w piersiach. To pełna rozmachu ballada w starym hollywoodzkim stylu. Mamy tu piękną melodię, typowo romantyczny i pełny nostalgii tekst, no i znakomicie wypełniające całą przestrzeń wokale Billy'ego, który wtóruje potężna, symfoniczna aranżacja, która aż wbija w fotel. Przepiękny utwór.

We light our lamps for atmosphere
And hang our hopes on chandeliers
We’re going wrong, we’re gaining weight
We’re sleeping long and far too late
And so it’s time to change our ways
But I’ve loved these days


Na takie zakończenia warto czekać. Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway) to piosenka, której z pewnością słuchacz się nie spodziewa, gdyby miał oceniać po samym początku. Dość balladowo, melancholijnie... a po chwili Billy z zespołem uderzają z całą rockową parą i grają bez wątpienia najmocniejszy i najbardziej dynamiczny utwór na płycie, opowiadający o wizji apokalipsy. Świetne, dynamiczne wokale i wpadające w ucho refreny, przerywane zgiełkiem saksofonu. Rewelacja.

I’ve seen the lights go out on Broadway
I saw the ruins at my feet
You know we almost didn’t notice it
We’d seen it all the time on Forty second street

They burned the churches down in Harlem
Like in that Spanish civil war
The flames were everywhere
But no one really cared
It always burned up there before



Turnstiles to bez wątpienia krok w dobrą stronę po bardzo słabym Streetlife Serenade. Mimo wszystko, nie ma co się oszukiwać, nie jest to jeszcze album idealny, choć bez wątpienia miał sporo zadatków na to, by nim zostać. Szczególnie, gdy spojrzymy na całość przymykając oko na Summer, Highland Falls i All You Gotta Do is Dance. Poza nimi mamy tu przecież naprawdę ciekawe i angażujące piosenki. Najsłabiej z nich wypadłby James, jednak nawet taka naiwna pioseneczka ma swój urok i nie wyobrażam sobie bez niej Turnstiles. Nie brakuje tu tak genialnych sztosów jak New York State of Mind, pełne rozmachu I've Loved These Days, czy niemiłosiernie uzależniający Miami 2017 (Seen the Lights Go Out On Broadway). Jest więc Turnstiles krokiem w dobrym kierunku. Billy bez wątpienia złapał wiatr w żagle, choć nie jest to jeszcze szczyt jego twórczych możliwości.

Ocena: 7/10


Turnstiles: 36:22

1. Say Goodbye to Hollywood - 4:36
2. Summer, Highland Falls - 3:15
3. All You Wanna Do is Dance - 3:40
4. New York State of Mind - 5:58
5. James - 3:53
6. Prelude/Angry Young Man - 5:17
7. I've Loved These Days - 4:31
8. Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway) - 5:12

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

"A New World Record" - Electric Light Orchestra [Recenzja]


Po nagraniu Face the Music, a także trasie promującej, Jeff Lynne wziął się za pisanie nowych piosenek. Jak sam wspomina, formuła, którą nadał poprzedniemu albumowi okazała się strzałem w dziesiątkę; okazuje się, że o wiele swobodniej czuł się w takich kompozycjach, a materiał na A New World Record pisał się właściwie sam. Utwory powstawały w zawrotnym tempie, cały materiał nagrano w lipcu, po to by płyta mogła ukazać się już w sierpniu 1976 roku.
A New World Record okazało się wielkim sukcesem. Jako pierwsza płyta ELO, trafił do pierwszej dziesiątki w Wielkiej Brytanii. W UK i w USA pokrył się kilkukrotną platyną, a w pierwszym roku od wydania sprzedało się przeszło 5 milionów kopii. Album został doceniony przez krytyków i słuchaczy na całym świecie, dziś będąc jednym z najbardziej kultowych pozycji Electric Light Orchestra. Oprócz tego płyta przyniosła kilka wielkich przebojów, które dziś uznawane są za klasyki zespołu: Livin' Thing, Rockaria!, Telephone Line czy Do Ya. Warto wspomnieć też o okładce, zaprojektowanej przez Kosh - to właśnie tu po raz pierwszy pojawia się charakterystyczne logo Electric Light Orchestra. 

Tightrope rozpoczyna się dramatycznym symfonicznym interludium. W zasadzie najpierw słyszymy narastające brzmienie syntezatora i dopiero po chwili dołączają do niego smyczki tworząc iście epicki temat, rodem z Eldorado. To jednak zmyłka, bo po chwili wchodzi prawdziwe rockowe brzmienie oparte na gitarze. Jednak smyczki towarzyszą nam już do końca. Należy zwrócić tu uwagę na świetną melodię i wpadające w ucho refreny. Utwór nigdy nie został wydany na singlu, a mimo to stał się jednym z większych przebojów zespołu i był grany na każdej trasie Electric Light Orchestra (a także jej późniejszego wcielenia - Jeff Lynne's ELO). To bardzo zgrabny, przebojowy i wpadający w ucho utwór, znakomicie otwierający longplay.

They say some days you're gonna win
They say some days you'e gona lose
I tell you I got news for you
You're losing all the time, you'll never win, no
If you believe that's how it's gonna be, I'd better put you down
Get off your tightrope up there, come down on the ground
You gotta save me now, you better turn around

Przyznam się, że mogę być nieobiektywny co do utworu Telephone Line, gdyż dla mnie jest to po prostu jedna z najpiękniejszych piosenek, jakie kiedykolwiek napisano. To przepiękna, beatlesowska w brzmieniu ballada, która stała się największym przebojem ELO w Stanach Zjednoczonych. Warto jednak też powiedzieć co nieco o tym sygnale telefonicznym, który słychać na nagraniu. W rzeczywistości nie jest to nagrany sygnał, a jego odtworzenie na Moogu. Panowie zadzwonili z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych, pod numer, pod którym wiedzieli że nikogo nie zastaną, i wsłuchiwali się w sygnał, by jak najdokładniej go odtworzyć. Utwór od początku hipnotyzuje. Poruszający tekst wyśpiewany do delikatnych zwrotek, które prowadzą do absolutnie fenomenalnych refrenów ze słynnymi zaśpiewami: "Doo-wop, do-be-do-do-wop". Przepiękna melodia, emocjonalne wokale Lynne'a i świetne połączenie syntezatorów ze smyczkami. Jeden z najwspanialszych utworów Electric Light Orchestra. 

Hello! How are you?
Have you been alright
Through all those lonely, lonely, lonely, lonely, lonely nights?
That's what I'd say
I'd tell you everything
If you'd pick up the telephone

Hello! How you feelin'?
Are you still the same?
Don't you realize the things we did, we did
Were all for real, not a dream?
I just can't believe
They've all faded out of view

Podczas nagrywania operowego interludium, Mary Thomas zrobiła kilka podejść. Lynne zdecydował się jednak wykorzystać pierwsze. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Thomas w tym akurat podejściu się pomyliła. Zachował nawet jej "Oops!". Rockaria! to jednak utwór dość odległy od opery, choć kilkakrotnie pojawiają się w niej występy Mary. To mocny, rockowy i gitarowy numer o chropowatych wokalach Jeffa i tempie, które nie pozwala ani na chwilę odpuścić. Utwór stał się kolejnym sporym przebojem z albumu.

Come on I'll show you how to sing the blues
Now baby, come on over you got nothing to lose
Are you ready, hey, are you ready?
Oh, are you ready?
I want to show you how to rock and roll

Now listen here baby she, said to me
Just, meet me at the opera house at a quarter to three
'Cause I'm ready, yeah, I'm ready
Whoo, I'm ready
I'm gonna show you how to sing the blues

Mission (A World Record) to jedna z najbardziej poruszających piosenek ELO. Tekst śpiewany jest z perspektywy obcych, którzy przybywają z kosmosu, by nauczyć się życia od ludzi, zwabieni tym, jak pięknie wygląda Ziemia z kosmosu. Po wylądowaniu są jednak rozczarowani. Ludzie nie są tu radośni i nie żyją pełną życia. Skupiają się tylko, by żyć dzień po dniu, a ponadto jest tu sporo nieszczęścia i smutku. Całość okraszono iście kosmiczną muzyką. Syntezatory, dramatyczne smyczki i przepiękne wokale Lynne'a. Jedna z niesłusznie zapomnianych piosenek Electric Light Orchestra. Szkoda, że tak mało słuchaczy o niej dziś pamięta, bo to naprawdę wspaniały utwór.

For many days, we travelled from a distant place and time
To reach a place they call the planet Earth
There was to be a celebration
On the mission of the sacred heart

The planet Earth from way up there is beautiful and blue
And floating softly through a rainbow
But when you touch down, things look different here
At the mission of the sacred heart

So Fine to zdecydowany kontrast do Mission (A World Record). To zdecydowanie dynamiczna, optymistyczna i ponownie wpadająca w ucho piosenka z rewelacyjnymi refrenami. Szczególnie ciekawie wypada przełamanie w połowie piosenki, gdzie, do wtóru Mooga i smyczków, pojawia się instrumentarium znane z kultury afrykańskiej. Co do samego utworu, Lynne przyznaje, że nie za bardzo wie, o czym to tak naprawdę jest. Po prostu napisał to na poczekaniu i zaśpiewał. Dodaje, że chciał stworzyć piosenkę przypominającą amerykańską muzykę. Nie bardzo, przyznam się szczerze, słyszę tę genezę, ale muszę powiedzieć, że uwielbiam ten kawałek i jest naprawdę rewelacyjny.

People walking hand in hand
Everybody's singing to the band
I want to be where the stars shine bright
And hear sweet music on a summer night

I want it so fine

Gdyby nie Telephone Line, mój faworyt z krążka mógłby być tylko jeden i byłoby to właśnie Livin' Thing. Uwielbiam w tej piosence dosłownie każdą sekundę. Od ciekawego tematu smyczkowego, który nagle przerwany zostaje częścią "piosenkową". Dynamiczne tempo i rewelacyjne rockowo-smyczkowe refreny, to coś co wpada w ucho od pierwszego przesłuchania i zapamiętuje się to na całe życie. Nie trzeba chyba dodawać, że utwór stał się międzynarodowym hitem i do dziś jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych piosenek zespołu. Dodam też, że jest jedną z moich ulubionych.

Sailin' away on the crest of a wave
It's like magic
Oh, rollin' and ridin' and slippin' & slidin'
It's magic

And you and your sweet desire
You took me, oh, higher and higher, baby

It's a livin' thing
It's a terrible thing to lose
It's a given thing
What a terrible thing to lose

Above the Clouds to kolejna fantastyczna piosenka, stanowiąca jednak spory kontrast do radosnych So Fine i Livin' Thing. To nieco tajemniczo brzmiący utwór, powoli się rozwijający, acz monotonny. Bardzo ciekawa kompozycja, zupełnie odmienna od reszty zawartości albumu. Nie ma tu oczywistego refrenu, który wpadałby w ucho, czy melodii która byłaby szczególnie zwracająca uwagę. Warto jednak posłuchać, bo to bardzo interesująca kompozycja.

I guess it's like a mountainside
You've got to climb it to the top
Floating in a sea of dreams
The only thing that you can see

Is the view above the clouds
Is the view above the clouds

I'm waiting here
But it's alright
It's alright, it's alright
Still, it's alright with me
You better believe me now

Do Ya to najstarszy utwór na płycie, gdyż jego początki sięgają jeszcze zespołu The Move, czyli początku lat 70. Jeszcze przed powstaniem Electric Light Orchestra, Jeff Lynne napisał ten utwór, by trafił na album zespołu Roy'a Wooda. Nie odniósł jednak większego sukcesu. ELO zaczęło jednak grać ten utwór na trasie w latach 1973-1975. Ludzie jednak nie kojarzyli tej piosenki, więc Lynne postanowił to nagrać ponownie, by wszyscy wiedzieli, że to jego utwór. Nagranie go pod nowym szyldem i w nowej aranżacji (i z nowym wokalem, bo pierwszą wersję śpiewał Wood) przyniosło rezultaty, bo piosenka stała się kolejnym wielkim hitem zespołu. Jeśli chodzi o zwrotki, to czuć tu nieco zagubienie Jeffa, bo mają one melodię raczej taką sobie, jednak riff gitary i wspaniałe, radosne refreny wszystko wynagradzają i zapamiętuje się na długo po przesłuchaniu. Znakomity utwór.

In this life, I've seen everything I can see, woman
I've seen lovers flying through the air hand in hand
I've seen babies dancing in the midnight sun
And I've seen dreams that came from the heavenly skies above
I've seen old men crying at their own graves sides
And I've seen pigs all sitting watching picture slides
But I never seen nothin' like you

Do ya, do ya want my love?

Krążek zamyka przepiękna ballada Shangri-La. Już od pierwszych dźwięków piosenka brzmi niemal jak zaginiony utwór George'a Harrisona. Swoją drogą sami Beatlesi - i Hey Jude - są tu nawet wspomniani w tekście. Wiem, że może brzmię monotonnie, no ale co ja poradzę. To po prostu kolejna fantastyczna piosenka. Tą wspaniałą balladą kończymy ten rewelacyjny album. A szkoda.

Clouds roll by and hide the sun
Raindrops falling on everyone
So sad
I'm getting out of love

My Shangri-La has gone away
Fading like The Beatles on "Hey Jude"
She seemed to drift out on the rain
That came in somewhere softly from the blue


To właśnie od A New World Record rozpoczęło się "prawdziwe" ELO. Wszystkie elementy są tu po prostu doskonałe. Całość jest perfekcyjnie skrojona pod radio, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Melodie wpadają w ucho, nie ma tu dwóch piosenek, które brzmiałyby tak samo, a jednocześnie są na wysokim poziomie i daleko im od banalnego popu, który wpadałby jednym uchem, a wypadał drugim. To naprawdę muzyka rozrywkowa z wyższej półki. To właśnie na tej płycie Lynne wypracował o wiele efektywniejszą symbiozę między instrumentarium rockowym a klasycznym. Co prawda produkcyjnie wszystko było dopięte na ostatni guzik już na Face the Music, jednak tam zabrakło po prostu świetnych utworów, a na całej płycie znalazło się ledwie parę dobrych kompozycji. Tutaj Lynne skomponował zestaw wspaniałych piosenek, które - mimo że bez wspólnego mianownika - tworzą razem idealną i spójną całość, a płyty słucha się wspaniale i ze sporą dawką emocji. Najmniej przypadła mi do gustu Tightrope, choć i tak trzyma poziom, jednak to co dzieje się później, sprawia że zapominamy o niej i dajemy się porwać. Telephone Line, Rockaria, Mission (A World Record), So Fine, Livin' Thing, Do Ya... No przecież ten album to praktycznie same złote strzały. Przyznam się szczerze, ta płyta po prostu mnie ujęła i wciągnęła bez reszty. Mimo, że są tu słabsze momenty, one nie mają dla mnie żadnego znaczenia, bo całościowo to po prostu wspaniały i zachwycający album, przebijający wszystko, co dotychczas zrobiło ELO. 

Ocena: 10/10


A New World Record: 36:20

1. Tightrope - 5:00
2. Telephone Line - 4:38
3. Rockaria! - 3:12
4. Mission (A World Record) - 4:24
5. So Fine - 3:55
6. Livin' Thing - 3:31
7. Above the Clouds - 2:16
8. Do Ya - 3:45
9. Shangri-La - 5:34

sobota, 28 marca 2020

"Technical Ecstasy" - Black Sabbath [Recenzja]


Po nagrywaniu Sabotage w otoczeniu prawników, pozwów sądowych i niespłaconych rachunków, Black Sabbath zaszyło się w Miami, pracując nad nowym albumem. Dla Ozzy'ego, Billa i Geezera, czas sesji to była istna sielanka. Jednak Tony nie był wcale taki wyluzowany. Podczas gdy reszta opalała się na plaży, on siedział w studiu majstrując przy nagraniach. Na poprzednich płytach szukał nowych brzmień, jednak tutaj trochę się zapędził. Od początku zapowiedział zespołowi, że chciałby, by ich nowa płyta brzmiała jak Queen albo Foreigner. Przeciwko takiemu konceptowi najbardziej protestował Ozzy; nie podobało mu się, dlaczego Black Sabbath ma brzmieć, jak zespoły, które się nimi inspirowały. Został jednak przegłosowany, gdyż pozostali członkowie grupy wierzyli, że Iommi wie, gdzie ich prowadzić. Poprzednimi razy jego intuicja się sprawdzała, więc może i teraz wypali.
Wiadomo, dłuższe siedzenie w studiu generuje większe koszty. Muzycy zespołu zaczynali działać też sobie coraz bardziej na nerwy. Najbardziej sfrustrowany był Ozzy, którego zdania nikt nie brał pod uwagę. Po zakończeniu trasy promującej album, odszedł z zespołu. Black Sabbath zastąpili go więc Dave'em Walkerem, z którym zaczęli pisać materiał na kolejną, płytę, którą przedstawili by światu nowego wokalistę zespołu. 

Rozpoczynamy o wiele bardziej hard rockowym utworem, niż cała wcześniejsza twórczość Black Sabbath. Generalnie Back Street Kids uznawane jest, mimo wszystko, za lepszy fragment longplay'a. Nie zgadzam się z tym; jak dla mnie, co więcej, to jeden z najsłabszych momentów. Owszem, pierwsze wejście tnącego i ostrego riffu jak najbardziej może się podobać, jednak po chwili piosenka traci nieco impet i wypada raczej wtórnie i nieciekawie.

Brought up in a back street living with the salt of the land
Seems that now my music's paying off my tax demands
So listen to the music, want to see you get so high
'Cause I'm a back street rocker and I will be till the day I die

Nobody I know will ever take
My rock and roll away from me

Lepiej prezentuje się złożony You Won't Change Me. Rozpoczynamy ciężkim riffem Iommiego, a potem wchodzi motyw organów. Następnie dobre wokale Ozzy'ego i bezbłędne gitary. Refren może jest już nieco pójściem na łatwiznę i odrobinę obniża ocenę utworu, ale i tak to jeden z lepszych momentów płyty. Szczególne wrażenie robi solówka i ogólny klimat kompozycji.

So listen to me now hear what I say
Please give me time and maybe love
If there's a God up there, well I hope he helps me
I need you now to set me free
'Cause it may be that it's over for me
If you don't hear the things that I say today
Nobody will change me anyway, no no way

Jedną z ciekawszych propozycji na płycie jest bez wątpienia It's Alright. Szkoda jednak, że to zupełnie nie w stylu Black Sabbath. Jest to lekko brzmiąca, beatlesowska (serio, brzmi jakby dla Sabbathów zaczął pisać Paul McCartney) balladka i to wykonywana nie przez Ozzy'ego, a przez Billa Warda. Owszem, jest to całkiem przyjemna i radosna piosenka, jednak dlaczego znalazła się na płycie protoplastów heavy metalu? Niepojęte.

Where to go and where to see?
It's always been that way and it can never be

It's alright, yes it's alright

Gypsy to kawałek raczej udany, acz trudny do oceny. Początek nie jest bowiem zanadto obiecujący i przypomina kolejny kawałek pokroju Back Street Kids. Po chwili jednak wchodzi nieco lepszy riff gitarowy, jednak wydaje się, że nic ciekawszego tu już się nie wydarzy. Niespodziewanie całość jednak nieco zwalnia i robi się trochę bardziej psychodelicznie. To właśnie ten fragment piosenki jest tym najlepszym. Dobre wokale Ozzy'ego, świetne riffowanie Tony'ego i wpadająca w ucho melodia. Jeden z lepszych utworów płyty.

Gypsy woman you're the devil in drag
You are the queen of all hell
You took my body, now you're wasting my soul
You've got my under your spell
And as the sun shines on another day
You're gonna take my mind as well, it's over

Dobre wrażenie robi też ciekawe, nieco funkowe All Moving Parts (Stand Still). To piosenka opowiadająca o transwestycie, który zostaje prezydentem USA. Butler wspomina, że w tamtym czasie Stany Zjednoczone były dość ograniczone i mizoginistyczne, jeśli chodzi o społeczeństwo, więc chciał poniekąd tym tekstem włożyć kij w mrowisko. Znakomita melodia podążająca za riffem, dobre wokale Ozzy'ego i ogólny całokształt utworu zdecydowanie mogą się podobać. Jak dla mnie to jeden z bardziej niedocenionych momentów longplay'a.

Since he passed the motion
They're building in the ocean
And he's saying all men should all be free
What a combination, peace and radiation
And he's saying free men should fight for me
Just like his momma, he seems to get his pleasure from pain
And the rain, ain't that strange? Very strange

Topornie wypada natomiast Rock 'N' Roll Doctor z powtarzanym do znudzenia prostym refrenem. Iommi zapewne chciał stworzyć tu połączenie rockowego Black Sabbath i wpadającego w ucho Queen. Niestety, wypadło męcząco i sztampowo. Piosenka może i jest dobra do potupania do rytmu, bądź też zagwizdania przy goleniu, jednak to zdecydowanie nie jest poziom, którego należy oczekiwać od muzyków tego formatu.

If you wanna feel groovy
Give the doctor a call
Doctor rock will help you
Anytime at all

Gotta se my rock and roll doctor

Dość ostro z perspektywy czasu ocenia się też łzawą She's Gone. No i po raz kolejny muszę się nie zgodzić z opinią publiczną, bowiem dla mnie to jedna z bardziej wzruszających i piękniejszych ballad z wokalem Ozzy'ego. Całość oparta jest na gitarze akustycznej i, zwłaszcza, na brzmieniu symfonicznym. Do tego dochodzi jeszcze emocjonalny i płaczliwy wokal Osbourne'a. Wypada bardzo przekonująco i szczerze.

You said you'd always love me - all my life
And then you said your last goodbye - yeah, goodbye
Why the sudden changes, why all of the lies?
I should have seen it in your eyes
The endless hours of heartache - waiting for you
My summer love has turned to rain - all the pain
The silent emptiness - of one sided love
My life means nothing now you're gone - oh my baby

Tu jednak nie zaskoczę; najlepszym utworem płyty jest bez wątpienia wieńczący całość rewelacyjny Dirty Women. Co więcej, uważam to też za jeden z najlepszych numerów Black Sabbath. Rozpoczynamy wpadającym w ucho refren i świetnymi, najlepszymi na płycie, wokalami Ozzy'ego. Tak ciężko na tej płycie to jeszcze nie grali. W podobnym tonie grają jakieś 3 minuty, jednak po chwili gitara sygnalizuje zmianę tematu i całość zdecydowanie przyspiesza. Potem jednak ponownie robi się nieco wolniej i głównym bohaterem zostaje Tony Iommi który przez kolejne 3 minuty funduje nam prawdziwą wywrotkę genialnych motywów gitarowych. Epicki kawałek i jeden z najlepszych klasyków Black Sabbath.

Walkin' the streets I wonder will it ever happen
Gotta be good 'cause then everything will be okay
If I could score tonight then I will end up happy
A woman for sale is gonna help me save my day
Dirty women, dirty women, dirty women, dirty women


Technical Ecstasy to pierwszy z serii "tych złych" albumów Black Sabbath. Przez lata przyjęło się, że to najsłabszy krążek nagrany z Ozzym i uosobienie złego longplaya. Nie zgadzam się z tym, a za najgorszy krążek z Osbourne'em uważać będę wciąż Never Say Die! Na Technical Ecstasy nie jest na pewno aż tak źle, jak mówią. Jest tu parę naprawdę rewelacyjnych momentów, które udowadniają, że Tony wciąż potrafił tworzyć znakomite riffy, a Ozzy - jak chciał - to wykrzesał z siebie czasem dobre melodie i wokale. Jedyny problem polega na tym, że nie tego wszystkiego jest zbyt mało. Niektóre eksperymenty (jak funkujące All Moving Part (Stand Still), przyozdobione brzmieniem organów You Won't Change Me czy orkiestrowe She's Gone) udały się, jednak jest tu też sporo niewypałów (jak dość nieudolnie hardrockowe Back Street Kids i Rock 'N' Roll Doctor). Najlepiej wypada finałowe Dirty Women, w którym Black Sabbath odsuwają eksperymenty na bok i po prostu robią swoje. Niestety, zdecydowali się iść z duchem czasu. Dziś wiemy już, że to nie był najlepszy pomysł, ale skąd muzycy mieli wtedy o tym wiedzieć?

Ocena: 6/10


Technical Ecstasy: 40:35

1. Back Street Kids - 3:47
2. You Won't Change Me - 6:42
3. It's Alright - 4:04
4. Gypsy - 5:14
5. All Moving Parts (Stand Still) - 5:07
6. Rock 'n' Roll Doctor - 3:30
7. She's Gone - 4:58
8. Dirty Women - 7:13

niedziela, 27 października 2019

"Wings Over America" - Wings [Recenzja]


Wings Over America to najbardziej znana koncertówka Paula. Wydany 10 grudnia 1976 roku potrójny winylowy album podsumowywał amerykańską część trasy Wings Over the World. Odniósł wielki sukces, a w USA dotarł nawet na szczyt zestawień. Na początku album miał zawierać tylko dwie płyty, jednak dzięki sukcesowi bootlegu Wings from the Wings (zawierał on cały koncert z 23 czerwca w The Forum, w L.A.) zdecydowano się na poszerzenie wydanego materiału. W trakcie selekcji, McCartney musiał przesłuchać ponad 900 godzin nagrań, by wybrać te finalne 115 minut. Mimo, że Joe English - perkusista Wingsów - twierdził, że materiały były praktycznie gotowe do wydania bo zmiksowaniu, to i tak trzeba było nanieść na nie w studiu wiele poprawek. Jimmy McCulloch - basista i gitarzysta - wspomina, że overdubbing trwał miesiącami. Głównym powodem, dla którego były one koniczne była Linda McCartney. Żona Paula nie potrafiła bowiem zbytnio ani grać, ani śpiewać. O ile studio dużo wybacza, to scena wszystko weryfikuje. McCartney nie dał jednak sobie nic wytłumaczyć i uparcie twierdził, że świetnie sobie radzi. Winę za overdubbing zrzucił na Denny'ego Laine'a - gitarzystę i wokalistę - który, mimo że potrafił śpiewać, miał problem z utrzymywaniem tonacji. Rzeczywiście, wymagało to poprawek, jednak nie tak znaczących jak u Lindy.

Album rozpoczyna się dokładnie jak wspaniałe dokonanie zespołu, czyli album Venus And Mars. Medley: Venus And Mars/Rockshow/Jet zawiera jednak także rockowy klasyk Paula z jego najlepszego solowego albumu - Band On the Run. Jednak po kolei; Venus And Mars wypada wspaniale i delikatnie. Rzecz jasna publiczność reaguje bardzo żywiołowo, gdy tylko słyszy pierwsze linijki wyśpiewane przez Paula. Trudno się dziwić. Zaskakuje, jak wprawnie potrafi zmienić nastrój i dostroić swój głos do zupełnego przeciwieństwa Venus And Mars, czyli do mocnego i dynamicznego Rockshow. Na płycie aranż może i był bogatszy, może i wokale bardziej dopracowane i tak dalej, jednak to właśnie w wersji koncertowej można w pełni docenić ten utwór. Koncertowa energia dodaje mu bowiem jeszcze większego kopa, dzięki czemu kawałek ten bez wątpienia potrafi postawić na nogi. Płynnie przechodzi on do równie żywiołowego Jet. Na tyle płynnie, że ma się wrażenie, że piosenka ta od początku była pomyślana, jako rozwinięcie Rockshow. Uwagę zwraca bardziej wysunięta gitara prowadząca niż w studyjnej wersji. Mimo kilku niedociągnięć względem pierwowzoru, numer wypada przekonująco, a 10-minutowy medley jak najbardziej udanie otwiera cały album.
Wings kontynuują kolejnym klasykiem z Band On the Run, czyli niemal hard rockowym Let Me Roll It. Nie ma rozczarowania. Brzmi wspaniale i żywiołowo, jak w oryginalne. Nic dodać, nic ująć.
W Spirits of Ancient Egypt pałeczkę głównego wokalisty przejmuje Jimmy McCulloch. Tak jak w pierwowzorze, nie zachwyca mnie ten numer, jednak na uwagę zasługują (ponownie) świetne partie gitary, a także znakomite wokalizy zarówno McCullocha, jak i Paula w refrenach, które wprowadzają "egipski" klimat.
W Medicine Jar wokalnie wkracza Denny Laine i robi to z przytupem, mimo że jego wokal nigdy specjalnie mnie nie zachwycał. Moim zdaniem, jeśli chodzi o skalę (a nawet trochę barwę), bardzo przypomina śpiew Ringo Starra. Laine zdaje się zdawać sobie z tego sprawę i pisał piosenki, które równie dobrze mógłby wykonywać perkusista Beatlesów. Na żywo wypada to po prostu poprawnie; energetycznie i żywiołowo, ale nic nad czym można by się zachwycać. Dobrze, że to właśnie ta szybka piosenka kończy pierwszą stronę pierwszej płyty winylowej wydawnictwa, gdyż wprowadza słuchacza w dobry nastrój i bez wątpienia zachęca do sięgnięcia po kolejne utwory.
Do mikrofonu powraca Paul i za pomocą piosenki Maybe I'm Amazed sprawia, że wokalne wyczyny jego kolegów z zespołu wydają się zaledwie supportem dla niego. Ta piosenka już nigdy na żywo nie zabrzmiała w ustach Paula tak potężnie, a zarazem melodyjnie. McCartney wyciąga tu wciąż bez problemów wszystkie nuty, a w refrenach wydziera się aż miło. To właśnie choćby dla takich wykonań warto sięgać po koncertówki ex-Beatlesa. 
Swoje wokalne wyczyny, które zapierają dech w piersiach, Paul kontynuuje w zjawiskowym Call Me Back Again. Zdarza mu się jednak nie utrzymać dźwięku tak długo, jak na płycie, jednak absolutnie nie jest to żadnym mankamentem tego wydania. McCartney śpiewa jak natchniony, Laine wywija na gitarze elektrycznej, a dęciaki podbijają całość.
Prawdziwy entuzjazm u publiczności wywołuje podkręcona Lady Madonna. Paul zasuwa na fortepianie zdecydowanie szybciej niż na wersji studyjnej i brzmi to świetnie. Cieszy fakt, że McCartney na tej trasie włączył do repertuaru kilka klasyków macierzystego zespołu; dotychczas nie śpiewał ich, tłumacząc się, że to wciąż jeszcze dla niego za trudne, by śpiewać piosenki Beatlesów skoro tak niedawno się rozstali. Dobrze dla muzyki, że Paul w końcu się z tym pogodził i do nich powrócił.
Szczególnie poruszająco wypada The Long and Winding Road. W tej wersji zdecydowanie ujęto tej piosence sporo patosu (chociaż najlepiej wypadło to na Let It Be... Naked), co tylko jej się przysłużyło. McCartney śpiewa tu wręcz intymnie i nie ma tu miejsca, na żadne rozdmuchane orkiestracje i chóry, które tylko przykrywały sobą wspaniałą melodię i głębię tego utworu. Tutaj jest to znakomicie słyszalne i ex-Beatles wypada tu nad wyraz przekonująco.
Lepiej niż w oryginale wypada zdecydowanie, kończący pierwszą płytę winylowego wydania, Live And Let Die. Szczególnie zachwycają dynamiczniejsze instrumentacje i świetne wokale Paula. Dopiero w wersji na żywo ujawnia się prawdziwa siła tej piosenki.
Drugą płytę rozpoczyna krótki urywek Picasso's Last Words z płyty Band On the Run. W oryginale zawierał on motywy z dwóch innych piosenek z krążka: Jet i Mrs Vandebilt. Tutaj zostały one jednak pominięte na rzecz innego ciekawego zabiegu...
... a mianowicie gładkiego przejścia do Richard Cory. Piosenka ta jest coverem utworu napisanego przez Paula Simona, a zaśpiewanego przez duet Simon & Garfunkel na ich drugim albumie Sounds of Silence. Brzmi bardzo fajnie i sympatycznie, aczkolwiek nie wnosi dużo do oryginału. Super jednak, że się tu znalazła, bo może poszczycić się dobrym wykonaniem i świetnym aranżem.
Przechodzimy do Bluebird, które zostało wzbogacone o 20-sekundowe intro w klimacie boosa novy. I to wykonanie jest po prostu wspaniałe. Muszę przyznać, że wokale Paula podobają mi się tu zdecydowanie bardziej niż na wersji studyjnej z Band On the Run, a już tam uznałem, że to jeden z najlepszych wokalnych popisów McCartneya. Ex-Beatles śpiewa tu z niezwykłym wyczuciem, dzięki czemu brzmi to cudownie, a słuchacz - gdy zamknie oczy - może bez problemu się rozmarzyć i odpłynąć.
McCartney, wracając do piosenek zespołu The Beatles, zdecydował się na same klasyki, a ponadto - na takie utwory, które bez wątpienia publiczność kojarzyć będzie, jako jego indywidualne prace. I've Just Seen a Face z albumu Help! wypada równie dynamicznie, co oryginał. Dokonano w nim pewnych kosmetycznych zmian pod względem budowy i układu kolejnych części utworu. Dzięki temu ciekawie się tego słuchało, nawet będąc tak dobrze zaznajomionym z wersją studyjną.
Blackbird. Paul musiał mieć sporo odwagi, umieszczać to w set liście tak blisko Bluebird. Już w 1973 roku, po wydaniu Band On the Run, sporo słuchaczy wskazywało podobieństwo do tego klasyka The Beatles z ich "Białego Albumu". McCartney postanowił pokazać słuchaczom, jak bardzo te piosenki są od siebie różne. Samo wykonanie jest bardzo wierne oryginałowi, a mimo to brzmi bardzo świeżo i przepięknie.
Gdy Paul postanowił powrócić do piosenek Beatlesów, stanął przed trudnym wyborem: co wybrać. Tyle znakomitych przebojów. Wybór jednego z tych utworów był jednak oczywisty i musiał się pojawić - Yesterday. Po reakcji publiczności słychać też, że to właśnie na ten numer najbardziej czekali tego wieczoru. Ja - jako słuchacz - zdecydowanie nie mam powodów do narzekań, gdyż Paul serwuje nam tu przepiękne wykonanie w nieco zmienionej aranżacji (smyczki zostały zastąpione dęciakami). Tak oto kończy się pierwsza strona drugiej płyty winylowej, bądź też pierwsza część zestawu kompaktowego.


Dalej McCartney serwuje nam You Gave Me the Answer z albumu Venus And Mars. Tym utworem rekompensuje nam zwolnienie przy poprzednich utworach. Świetnie wypadają tu partie harmonijki, na której zagrał Denny Laine, a także znakomite wokale Paula.
Muszę przyznać, że Magneto and Titanium Man nigdy mnie nie zachwycało, więc i tutaj ciężko mi to pochwalić. Szczerze mówiąc, wolałbym by Paul wykonał na przykład Wild Life, Nineteen Hundred And Eighty Five, czy choćby - co bardziej oczywiste - Mrs Vandebilt. McCartney zdecydował się jednak sięgnąć po średniaka z Venus And Mars. Brzmi to świetnie, jednak - niezależnie, jak dobre byłoby wykonanie - ciężko zachwycać się piosenką, która sama w sobie jest już średnia.
Do mikrofonu podchodzi Denny Laine i wyśpiewuje jeden z największych klasyków rocka, czyli Go Now, który największą popularność zyskał w wersji The Moody Blues. Mimo swoich ograniczeń wokalnych, Laine brzmi tu naprawdę dobrze (pytanie, na ile jest to zasługa overdubbingu), a sama piosenka porywa i słucha się tego świetnie.
Rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Paul i robi to w wielkim stylu; My Love to jeden z jego największych przebojów i ciężko się dziwić. Utwór ma bowiem przepiękną melodię i wcale nie takie głupie słowa. Dołożyć do tego delikatny, jedwabisty głos McCartneya i wspaniałe partie gitary Laine'a - i świetny wykon mamy właściwie gotowy. Tutaj wypada może nie tak powalająco, jak na Red Rose Speedway (brak orkiestracji jednak mocno rzuca się w uszy i ujmuje tej piosence nieco ze swojej potęgi), ale zwolennicy mniej rozbuchanych aranżacji, a także teorii "mniej znaczy więcej" powinni być jednak zadowoleni. Ja byłem.
Paul nie oszczędza nas i publiczności na koncercie i sięga po kolejny wspaniały przebój, przy którym nie da się po prostu wysiedzieć w miejscu. Listen to What the Man Said wypada równie radośnie i swobodnie, jak w wersji studyjnej i chwała Wingsom za to, że zbyt wiele tu nie zmienili. Wspaniały wykon, w którym dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy.
Let 'Em In to utwór otwierający album, który zespół promuje tą właśnie trasą, a więc Wings At the Speed of Sound. W tym wypadku otwiera też ostatnią, trzecią, płytę w wydaniu analogowym.Także i tutaj Wingsi postanowili dużo nie zmieniać względem aranżacji (poza tym, że zrezygnowano tu z gwizdania w bridge'u), co wyszło piosence na dobre. Paul śpiewa tu z wielką swobodą, a słucha się tego z niemałą przyjemnością.
W Time to Hide na wokalu wyręcza Paula ponownie Denny Laine (ostatni już raz na tym albumie) i robi to w typowy dla siebie sposób. Przyjemnie wyśpiewuje tak charakterystyczną dla siebie, prostą melodyjkę, która wpada w ucho i jest dobrą okazją, by trochę potupać sobie nóżką.
Silly Love Songs to jeden z największych przebojów zespołu Wings, więc na tym koncercie po prostu musiał zabrzmieć. Wykonanie nie wnosi absolutnie nic do oryginału, ale wypada równie radośnie i dynamicznie, więc można powiedzieć chyba, że piosenka nic nie straciła. I bardzo dobrze, bo słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.
Beware My Love to utwór, który po prostu do mnie nie trafia. Mamy tu może świetny tekst i wspaniałe wokale Paula, jednak ta piosenka praktycznie nie ma żadnej melodii i niestety wersja na żywo nic tu nie udoskonaliła. Wypada to bowiem tak bałaganiarsko i niedbale, jak na Wings At the Speed of Sound. Gdyby nie to, że album ten zawiera tak wiele świetnej muzyki, nie wiem czy po przesłuchaniu tego numeru chciałbym kontynuować słuchanie, bowiem ta piosenka kończy pierwszą stronę trzeciej płyty winylowej.
Drugą rozpoczyna jednak świetnie mroczny Letting Go. Szkoda, że gitara elektryczna została trochę schowana na rzecz zbyt głośnych klawiszy, na których bardzo słabo gra Linda. Gdy wchodzi wokal Paula wszystko jednak wraca do normy i piosenka brzmi zachwycająco. Szczególne wrażenie robi końcówka, która została rozbudowana o powtórzony kilkakrotnie refren, tylko w nieco szybszym tempie. Po przesłuchaniu tego, wersja studyjna już zawsze wydaje mi się wybrakowana. Ale wynagradzam sobie słuchanie jej partiami gitary elektrycznej, które tam można bez problemu wysłyszeć i się nimi zachwycić.
Nie było też możliwości, by nie pojawiło się tu Band On the Run. Ta wersja nie dodaje może dużo od siebie, ale i w przypadku tej piosenki, może to i lepiej. Uważam, że jest świetna w wersji oryginalnej i każda zmiana mogłaby jej tylko zaszkodzić, albo być uznawana za niepotrzebne grzebanie przy świętości. Wypada bardzo przekonująco i tyle wystarczy, by słuchać tego z przyjemnością.
Następnie Paul serwuje nam swój rockowy, zbanowany przez BBC, przebój Hi, Hi, Hi. Tutaj został jeszcze bardziej przyspieszony, dzięki czemu bezbłędnie dodaje energii o każdej porze dnia i nocy.
Cały ten potężny album koncertowy kończy Soily, czyli utwór napisany przez Paula w 1971 roku. Do usłyszenia był wyłącznie na koncertach Wingsów (a dla słuchaczy na nieoficjalnych rejestracjach tych występów), ale na szczęście ukazał się w wersji oficjalnej właśnie na tej płycie. Mówię "na szczęście", bowiem Soily to rock and roll z krwi i kości. Pokazuje, że McCartney świetnie się czuje pisząc tak dynamiczne i mocne piosenki. To piosenka, która równie dobrze sprawdziłaby się w roli otwierającej koncert, jak i w zamykającej. Tutaj akurat go zamyka i wypada w tym miejscu bardzo dobrze. 


Wings Over America to zdecydowanie najlepsza koncertówka Paula, a także moja droga ulubiona, jeśli chodzi o któregokolwiek z Beatlesów (zaraz po The Concert for Bangladesh). McCartney postawił przed sobą bardzo trudne wyzwanie. Nie od dziś wiadomo, że podwójne albumy odstraszają słuchaczy, sugerując im przeładowanie i zbędne przedłużanie. Ale potrójne?! Mało kto się na to porywa. Lider Wings był jednak ambitny i założył sobie, że skoro na koncertach się uda, to i na płycie utrzyma uwagę słuchacza przez 2 godziny. Wiedział na pewno, że scena rządzi się swoimi prawami, więc zdawał sobie sprawę z ryzyka. Udało mu się jednak. Mimo bardzo długiego czasu trwania, album nie nudzi i słucha się go z niesłabnącym zainteresowaniem. Piosenki płynnie przechodzą jedna w drugą, miks sprawia, że słucha się tego z jakością porównywalną z wersjami studyjnymi, a i dobór utworów nie pozostawia wiele do życzenia. Paul stanął tu przed trudnym wyzwaniem, ale wyszedł z niego obronną ręką, serwując fanom znakomity album.

Ocena: 9/10


Wings over America: 115:33

CD 1:
1. Venus and Mars/Rock Show/Jet - 9:56
2. Let Me Roll It - 3:51
3. Spirits of Ancient Egypt - 4:04
4. Medicine Jar - 4:02
5. Maybe I'm Amazed - 5:10
6. Call Me Back Again - 5:04
7. Lady Madonna - 2:19
8. The Long and Winding Road - 4:13
9. Live and Let Die - 3:07
10. Picasso's Last Words (Drink to Me) - 1:55
11. Richard Cory - 2:50
12. Bluebird - 3:37
13. I've Just Seen a Face - 1:49
14. Blackbird - 2:23
15. Yesterday - 1:43

CD 2:
1. You Gave Me the Answer - 1:47
2. Magneto and Titanium Man - 3:11
3. Go Now - 3:27
4. My Love - 4:07
5. Listen to What the Man Said - 3:18
6. Let 'Em In - 4:02
7. Time to Hide - 4:46
8. Silly Love Songs - 5:46
9. Beware My Love - 4:49
10. Letting Go - 4:25
11. Band on the Run - 5:03
12. Hi, Hi, Hi - 2:57
13. Soily - 5:10

sobota, 28 września 2019

"Ringo's Rotogravure" - Ringo Starr [Recenzja]


O ile wobec George'a Harrisona, Paula McCartneya i Johna Lennona, publiczność zawsze miała wysokie oczekiwanie odnośnie ich najnowszych albumów, o tyle od Ringo Starra nie wiadomo było, czego się spodziewać. Karierę zaczął od średnich albumów z serii Great American Songbook, zaskoczył wszystkich rewelacyjnym i przebojowym Ringo, którego następcą z kolei był słaby Goodnight Vienna. 26 stycznia i 10 marca 1976 roku Ringo podpisał kolejny kontrakt z dwiema wytwórniami (kolejno: Atlantic w USA i Polydon w UK). Kontrakty opiewały na wydanie przez Starra siedmiu albumów w 5 lat. Pierwszy miał ukazać się w czerwcu. Ringo zwrócił się po raz kolejny z prośbą o pomoc do swoich byłych kolegów z The Beatles.
Nagrania płyty rozpoczęły się w kwietniu w Los Angeles. Pewnego dnia dołączyli do niego John Lennon i Yoko Ono, nagrywając z nim piosenkę, którą podarował mu Lennon: Cookin' (In the Kitchen of Love). Na lodzie kolegi nie zostawił też McCartney, który - po powrocie z olbrzymiej trasy Wings Over America - napisał i nagrał dla Ringo wraz z Lindą drugie głosy i część podkładu do piosenki Pure Gold. Harrison podarował Starrowi piosenkę I'll Still Love You (którą zresztą wcześniej podarował m.in. żonie Phila Spectora, z tym że wtedy nosiła ona tytuł When Every Song Is Sung). Niestety, ze względu na zobowiązania wynikające z wydawanym wówczas przez niego premierowym materiałem (Thirty Three & 1/3), George nie wziął udziału w nagrywaniu tego utworu.

Płytę rozpoczyna mocne uderzenie - A Dose of Rock 'N' Roll. Najpierw głośny łomot, wolna zwrotka i umiarkowany refren. Nic dziwnego, że ten właśnie utwór wybrany został na pierwszy singiel promujący album i stał się niezłym przebojem, osiągając maksymalnie 26. miejsce. Bardzo przyjemny numer i dobre otwarcie.


You better get your ripple soles out
Ease out all them mean controls
Take a dose of rock 'n' roll
And wash it down with cool clear soul

Turn on your radio start dancin' to the moon
That old heart radio
It's gonna get ya
Get ya in the mood

Kolejnym numerem na płycie jest Hey! Baby z 1961 roku, napisany przez Bruce'a Channela. Jest to jeden z największych przebojów wszech czasów, który w każdej wersji był gwarantem sukcesu, znany nawet największym muzycznym laikom. Wersja Ringo nie wnosi może nic nowego, ale nie tego oczekujemy przecież od Starra; oczekujemy po prostu przyjemnego wykonu i to właśnie dostajemy. Energetyczne dęciaki, barowe pianino i charakterystyczny wokal ex-Beatlesa wystarczają, by dobrze się tego słuchało. Nie dziwi również fakt, że Hey! Baby wybrane zostało jaki trzeci singiel promujący album.
Pure Gold to już jednak rzecz z zupełnie innej półki. Napisana przez Paula McCartneya sentymentalna ballada opowiada o ówczesnej partnerce Ringo, Nancy Andrews. Sam autor oraz jego żona, Linda, wspierają zresztą Starra w chórkach. Wyszła z tego piękna, melodyjna "paulowa" piosenka z piękną orkiestracją w tle. Nic dodać, nic ująć. Wspaniały numer. Najlepsza rzecz na pierwszej stronie płyty gramofonowej.
Tell me, is she everything I see
Or is she really not the one for me?
We know, and though some may disagree
But do they know the way we want to be?

And do I still believe in stories I've been told
Are all the things she brings me worth their weight in gold?
Oh yeah, pure gold

Autorski duet Ringo/Vini Poncia znany jest słuchaczom już z poprzednich płyt Starra i zwykle nie zawodził swoimi kompozycjami. O Cryin' jednak ciężko cokolwiek powiedzieć, poza tym, że po prostu "jest". Ta delikatna balladka country absolutnie niczym się nie wyróżnia i zapomina się ją chwilę po przesłuchaniu, chociaż przyjemnie się tego słucha.


I tried my best to get things over
Did everything that I could do
I didn't really want to hurt you
But you must have realised we were through

Now don't it make you feel cryin'
Watching a good love slowly die?
You and me could spend a lifetime tryin'
But we'd better off just to simply say goodbye

You Don't Know Me At All również wybrane było jako kolejny, po A Dose of Rock 'N' Roll, singiel mający promować płytę. O ile w przypadku pozostałych, wybór był oczywisty, tak w tej sytuacji, nie wiem co kierowało specami od marketingu. Piosenka ta jest całkowicie bezbarwna i słaba. Nie wpada w ucho, a wręcz słuchanie tego najzwyczajniej w świecie męczy. Zazwyczaj od Ringo wymaga się po prostu przyjemności w słuchaniu, jednak tutaj Beatles zawiódł na całej linii. Szkoda, że to właśnie tak słaby numer kończy stronę A winyla. Zostawia bowiem złe odczucia po umiarkowanie dobrej połowie albumu.

You say you know me
You really know me
But you don't know me at all
Thinkin' that I just don't care
Any minute I'm not there
Sittin' all alone, pickin' up the phone to call

Stronę B otwiera Cookin' (In the Kitchen of Love), czyli utwór, który dla Starra napisał jego przyjaciel - John Lennon. Sam Lennon gra tutaj na fortepianie, co jest jedynym znanym nagraniem muzycznym zarejestrowanym podczas jego 5-letniej muzycznej abstynencji. Piosenka zaś jest naprawdę udana. Może nie jest to coś o podobnych ambicjach, co muzyka prezentowana na solowych albumach Johna, jednak - jak na Ringo - rzecz naprawdę udana. Luźna, z dystansem, fajnymi chórkami, chwytliwym refrenem i kontrastującymi z nim wolniejszymi zwrotkami. Lennon nie odwalił fuszerki i dostarczył Starrowi jeden z najlepszych numerów na płycie.


Well, it's got to be high, it's got to be low
'Cause in between we just don't go
Just gotta sing, just gotta dance
Just gotta listen to the band


Piosenka od McCartneya znajduje się na pierwszej stronie płyty winylowej, natomiast utwory od pozostałych dwóch Beatlesów Ringo zdecydował się ustawić obok siebie. I tak po Cookin' (In the Kitchen of Love) Lennona następuje I'll Still Love You, napisane dla Starra przez George'a Harrisona. Piosenkę tę "cichy Beatles" napisał już w 1970 roku jako Whenever, a także nagrał ją podczas sesji do albumu All Things Must Pass pod tytułem When Every Song Is Sung, jednak nie znalazła się ona na płycie. Ciężko mi zrozumieć tę decyzję, gdyż według mnie jest to prawdziwy muzyczny sztos. Piękna melodia, cudowna orkiestracja i to płaczące solo gitary... Ciary! To już nie jest tylko przyjemne granie. To już muzyka z wyższej półki. Zdecydowanie najlepsza piosenka albumu i drugiej połowy lat 70., jeśli chodzi o karierę Ringo.

When every song is sung
When every bell's been rung
When every picture's hung
I'll stil love you

When every wind has blown
When every seed has sown
When everything is known
I'll still love you

To jednak nie koniec znanych nazwisk, bowiem piosenkę This Be Called a Song Ringo dostał od Erika Claptona. Tego numeru nie postawiłbym może w jednym rzędzie z piosenkami od reszty Beatlesów, jednak jest to rzecz jak najbardziej przyjemna, chociaż nie ma szansy na jakiekolwiek zapadnięcie w pamięć po I'll Still Love You. Warta jest jednak uwagi. Można też usłyszeć na nagraniu samego autora utworu, który gra tu charakterystyczna dla siebie gitarowe solo, skutecznie urozmaicając piosenkę. Świetna rzecz.

Stand over me
Look out for me
Help me write this song for you
If you split me
Don't you take too long
Just get thee gone

Las Brisas to utwór napisany przez Ringo wraz ze swoją ówczesną dziewczyną, Nancy, podczas wspólnych wakacji w Meksyku. Tam to właśnie poprosił o pomoc w nagraniu meksykański zespół, a sam zagrał na marakasach (i, rzecz jasna, zaśpiewał). Czy wyszła z tego rzecz warta uwagi? Ze względu na stylistykę, być może, jednak jeśli chodzi o sam utwór, to jest niestety słabiutki i szybko ulatuje z pamięci. Został wybrany na czwarty - ostatni - singiel i był to wybór chybiony, bo nie pomógł w promowaniu albumu i zaginął na listach przebojów. Ale, słuchając tego, trudno oczekiwać, by miało się stać inaczej.

Cross over the border
We'll take a sailing ship into the night

A sea without horizons
We'll have each others love to hold us tight
On a starless night

Obniżenia lotów ciąg dalszy. Lady Gaye to kolejny, niewyróżniający się przeciętniak w wolnym tempie. I na tym zakończę, bo ta piosenka jest tak bardzo nijaka, że ciężko o niej cokolwiek napisać.

Lady Gaye,
You're really not the woman you portray
Well, I don't mean that disrespectfuly
For you have always shared your home
With all who've come to love you like I do
To love you like I do

Spooky Weirdness to... właściwie nie wiadomo co. Dźwięki jak z horroru, głos przywodzący na myśl barwę Vincenta Price'a... I tyle. Nie wiem co ćpał autor tego pomysłu, ale powinien jak najszybciej to odstawić.


Ringo's Rotogravure to bardzo nierówna płyta. Starr zaczął całkiem nieźle, fundując nam przyjemną stronę A, kończąc jednak porażką. Pierwsze trzy utwory strony B są znakomite, jednak końcówka to kolejny spadek formy. Nie da się ukryć, że najlepsze utwory albumu to te, które zostały napisane dla niego przez pozostałych Beatlesów i Erika Claptona. Cała reszta to bowiem przeciętniaki, którym zwyczajnie brakuje polotu. Tym samym płyta dołączyła do grupki średniaków z jego fonografii, których słucha się przyjemnie, ale w głowie mało co - o ile cokolwiek - pozostaje.

Ocena: 5/10


Ringo's Rotogravure: 34:23

1. A Dose of Rock 'n' Roll - 3:24
2. Hey! Baby - 3:11
3. Pure Gold - 3:14
4. Cryin' - 3:18
5. You Don't Know Me at All - 3:16
6. Cookin' (In the Kitchen of Love) - 3:41
7. I'll Still Love You - 2:57
8. This Be Called a Song - 3:14
9. Las Brisas - 3:33
10. Lady Gaue - 2:57
11. Spooky Weirdness - 1:26

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...