Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billy Joel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Billy Joel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2020

"The Stranger" - Billy Joel [Recenzja]


Mimo że Turnstiles przyjęto dość ciepło, to jej wyniki sprzedażowe nie zachwycały. Columbia Records była wściekła i podjęto decyzję, że jeśli następna płyta Billy'ego Joela też okaże się knotem, to trzeba będzie rozważyć wyrzucenie go z wytwórni, bo nie stać ich było na kolejne kiepskie wyniki. Joel miał więc nóż na gardle. Bardzo chwalił sobie nagrywanie Turnstiles ze swoim zespołem koncertowym i uznał, że kolejna płyta też zostanie tak nagrana. Potrzebował jednak producenta, który z miejsca jest gwarantem sukcesu. Wybór padł więc na George'a Martina - producenta Beatlesów. Ten jednak zażyczył sobie, by Billy nagrał album z muzykami sesyjnymi. Muzyk nie chciał się na to zgodzić, więc zrezygnował z usług Martina. Zamiast niego wybrał Phila Ramone, który zachwycił go brzmieniem Still Crazy After All These Years Paula Simona. 
Nagrania trwały 3 tygodnie, na przełomie lipca i sierpnia 1977 roku. Album ostatecznie zatytułowano The Stranger. Trafił do sprzedaży 29 sierpnia 1977 roku. Nikt nie spodziewał się jednak, jak wielki odniesie sukces. Recenzje były entuzjastyczne. Album spędził 17 tygodni na liście Billboardu Top 200 Albums. Cztery z dziewięciu utworów wytypowane na single i stały się wielkimi przebojami - podobnie zresztą jak i parę piosenek, które nigdy na singlu się nie ukazały. Po przekroczeniu progu 10 milionów sprzedanych egzemplarzy pokrył się diamentem i stał się najlepiej sprzedającym się albumem Columbia Records, wyprzedzając Bridge Over Troubled Water duetu Simon & Garfunkel.  Oprócz tego może dziś szczycić się siedmioma platynowymi i dwoma złotymi płytami. Album został nominowany w sumie do trzech nagród Grammy, z czego otrzymał dwie - obie dla piosenki Just the Way You Are. The Stranger do dziś pozostaje najbardziej znanym dziełem Billy'ego Joela i jednym z najlepiej się sprzedających. W 2007 roku, w 30. rocznicę wydania, ukazała się "Legacy Edition", zawierająca bonusowy dysk z koncertem z koncertu w Carnegie Hall w czerwcu 1977 roku. Ten występ jest o tyle ważny, że to właśnie tego samego dnia, we włoskiej restauracji nieopodal Carnegie Hall, po raz pierwszy spotkali się Billy Joel i Phil Ramone i podjęli decyzję o współpracy i nagraniu The Stranger. Ramone stał się dyżurnym producentem Joela i był odpowiedzialny za każdy jego kolejny album aż do The Bridge.

Zaczynamy od mocno zaangażowanej społecznie piosenki - Movin' Out (Anthony's Song). Joel krytykuje tu typową klasę robotniczą, której ludzie przyjeżdżają do Stanów celem "dorobienia się" i robienia się na siłę na burżuazję. Jak sam wspomina, "Anthony" nie był nikim konkretnym, to mógł być "każdy Irlandczyk, Polak czy Włoch", a i same imiona w kolejnych zwrotkach są dość stereotypowe, jeśli mówimy o konkretnych grupach społecznych bądź narodowościowych, o których opowiada utwór. Muzycznie to także bardzo mocna rzecz z dynamicznym tempem, ostrymi partiami fortepianu, pełnymi pasji i wściekłości wokalami Billy'ego, no i naturalnie chwytliwą i ciężką do wyrzucenia z głowy melodią. Kompozycja stała się umiarkowanym przebojem i do dziś chętnie jest grana przez Joela na koncertach. Również i mi przypadła do gustu już od pierwszego przesłuchania, i mimo że często wracam do tej płyty (w następstwie czego: także do tego kawałka), to wciąż mi się nie znudziła i dostarcza sporo satysfakcji ze słuchania.

Anthony works in the grocery store
savin’ his pennies for someday
Mama Leone left a note on the door,
she said
“Sonny, move out to the country”
Workin’ too hard can give me
a heart attack
You oughta know by now
Who needs a house out in Hackensack?
Is that what you get with your money?

It seems such a waste of time
If that’s what it’s all about
If that’s movin’ up then I’m movin’ out

Billy'emu bardzo zależało, by motyw The Stranger został zagrany na jakimś dętym instrumencie. Gdy Phil Ramone usłyszał jednak, gdy Joel gwiżdże tę melodię, by mu ją zademonstrować, przekonał artystę, że o wiele lepiej będzie najnormalniejsze gwizdanie. Tak właśnie nagrano jeden z najsłynniejszych "gwizdanych" motywów w historii muzyki rozrywkowej. Fortepianowe interludium, no i oczywiście gwizdanie, sugerują, że utwór tytułowy będzie raczej delikatną, melodyjną i melancholijną balladą. Jednak nic z tych rzeczy, bowiem po chwili robi się znacznie bardziej rockowo, a Billy wyśpiewuje dość ponury tekst, w którym mówi, że każde z nas ma jakąś ukrytą osobowość, której często wstydzi się nawet przed sobą, w związku z czym przywdziewa maskę, która towarzyszy mu już do końca życia, bo nie potrafi się pogodzić z samym sobą. Mimo że w Stanach i na Wyspach ostatnim singlem promującym album było She's Always a Woman, to w 1978 roku w Japonii (a także w Australii, Nowej Zelandii i Francji) wydano jeszcze The Stranger, który stał się ogromnym przebojem, docierając niemal na szczytowe miejsca hitowych zestawień. Mimo że Joel wraca do tego numeru dziś raczej okazjonalnie (choć się zdarza), to jak dla mnie, jest to jeden z moich faworytów całego repertuaru pianisty. Uwielbiam to fortepianowo-gwizdane interludium (które pełni także rolę kody), nagłe rockowe przełamanie, mocne wokale Joela i świetny, transowy rytm. Znakomita piosenka.

Well we all have a face
That we hide away forever
And we take them out and show ourselves
When everyone has gone
Some are satin some are steel
Some are silk and some are leather
They're the faces of the stranger
But we love to try them on

Well, we all fall in love
But we disregard the danger
Though we share so many secrets
There are some we never tell
Why were you so surprised
That you never saw the stranger
Did you ever let your lover see
The stranger in yourself?

Aż wreszcie przychodzi pora na jedną z najpiękniejszych ballad miłosnych w historii muzyki rozrywkowej. Nagrodzona dwoma statuetkami Grammy Just the Way You Are. Najpierw trochę o jej historii: ciąg akordów tej kompozycji objawiła się Billy'emu we śnie, a wkrótce po niej powstał tekst, który Joel zadedykował swojej żonie. Co ciekawe, ani artysta, ani jego muzycy nie przepadali ostatecznie za tą piosenką, więc miała nie znaleźć się na płycie. Ostatecznie jednak Joel zdecydował o umieszczeniu jej w ostatecznym miksie po namowach dwóch bliskich mu przyjaciół, którzy akurat byli w studiu. Nieco inaczej wspomina to Ramone; owszem, potwierdza że na początku Just the Way You Are miało nie być na płycie, ale zdecydowali się ją umieścić na The Stranger z bardzo prozaicznego powodu - okazało się, że Billy nie ma wystarczająco nowego materiału, by zapełnić longplay. Jakby jednak nie było, chyba zgodzimy się z tym, że dobrze że Just the Way You Are tu jest. Bo to wspaniały utwór, z czarującymi solówkami saksofonu, wzruszającym, ale nie banalnym, tekstem, szczerymi zaśpiewami Joela i delikatnej aranżacji. Robi się romantycznie.

I need to know that you will always be
The same old someone that I knew
What will it take till you believe in me
The way that I believe in you

I said I love you and that's forever
And this I promise from the heart
I could not love you any better
I love you just the way you are

Prawdziwym mini-arcydziełem (zainspirowanym słynnym "Abbey Road Suite" z albumu Abbey Road Beatlesów) z pewnością można nazwać złożone i niebanalne Scenes from an Italian Restaurant. Piosenka dzieli się w zasadzie na 3 części. Zaczynamy od tej zatytułowanej "Italian Restaurant"; to utrzymana w średnim tempie balladowa stylistyka, oparta głównie na fortepianie i wokalach Joela. Poznajemy tu parę dwojga przyjaciół ze szkoły, którzy spotykają się po latach we włoskiej restauracji i wspominają stare czasy. Następnie przechodzimy do sekcji jazzującej, gdzie słyszymy waltornię, klarnet, trąbkę, czy też saksofon sopranowy. Po chwili mamy jednak solówkę na fortepianie, która w prostej drodze prowadzi do najbardziej dynamicznej części, wykonanej w typowo rock and rollowym stylu. Przyjaciele wspominają tu parę młodych kochanków, którzy za młodu się ożenili, a potem szybko rozwiedli, gdy czar zakochania prysł. No i po najdłuższej, rockandrollowej części mamy reminiscencję "Italian Restuarant" w nieco bardziej symfonicznej odsłonie. Uff, sporo tego. Piosenka trwa ponad 7 i pół minuty, ale - jak widać - nie ma kiedy się tu znudzić, bo cały czas dużo się dzieje i trzeba być stale czujnym, bo Joel i muzycy co chwila nas czymś zaskakują. Kolejny znakomity kawałek.

Things are okay with me these days
Got a good job, got a good office
Got a new wife, got a new life
And the family's fine
We lost touch long ago
You lost weight
I did not know
You could ever look so good after
So much time.

Nie będę oryginalny - mimo tylu lat z The Stranger, moim ulubionym utworem wciąż pozostaje Vienna. No i co ja poradzę, że przy każdym kontakcie ta kompozycja po prostu mnie rozbraja. Przepiękna melodia, rewelacyjny tekst, szczere i poruszające wykonanie Joela, no i symfoniczna aranżacja z solówką akordeonu do tego wszystkiego. Sam Billy uważa też Vienna za jeden ze swoich ulubionych własnych numerów. W pełni się z nim zgadzam, bowiem - naprawdę - w jego repertuarze, choć nie brakuje chwytających za serce kompozycji, ze świecą szukać drugiego tak szczerego, rozbrajającego, wzruszającego, a przy tym w ogóle niebanalnego utworu jak właśnie Vienna. Koniecznie do przesłuchania. I to nie raz.

Slow down you’re doing fine
You can’t be everything you want to be
Before your time
Although it’s so romantic on the borderline tonight
Too bad but it’s the life you lead

You’re so ahead of yourself
That you forgot what you need
Though you can see when you’re wrong
But you know you can’t always see when you’re right
You got your passion you got your pride


But don’t you know only fools are satisfied?
Dream on, but don’t imagine they’ll all come true
When will you realize
Vienna waits for you

Jeśli ktoś jednak zanadto rozpłynął się przy Vienna, to na nogi skutecznie powinien postawić Only the Good Die Young. Najpierw dynamiczne intro na fortepianie, a potem piosenka tylko się rozkręca, i ani na chwilę nie traci tempa. W chwili ukazania, stała się sporym przebojem, wywołując jednak sporo kontrowersji. Jest to bowiem opowieść o młodym chłopaku, który chce uprawiać seks ze swoją dziewczyną, jednak ta konsekwentnie odmawia. Uznaje więc, że to dlatego, że jest katoliczką, tak więc uświadamia ją, że w grzechu nie ma nic złego, jeśli tylko daje ci radość. Cenzura zabroniła puszczać utworu w radiu, jednak pomniejsze i prywatne rozgłośnie wciąż nadawały Only the Good Die Young na usilne prośby słuchaczy. Wiem, że się powtarzam i brzmię już monotonnie, ale napiszę to po raz kolejny: znakomity kawałek.

They say there's a heaven for those who will wait
Some say it's better but I say it ain't
I'd rather laugh with the sinners than cry with the saints
Sinners are much more fun…
And only the good die young

Mimo, że The Stranger jest bardzo rónym albumem, to o miano ulubionej piosenki mogą rywalizować u mnie tylko dwa numery: Vienna i She's Always a Woman, czyli kolejna opowieść o pierwszej żonie Joela. Była ona jednak także jego menadżerką, stąd wzmianki o tym, że "kradnie jak złodziej" lub "ujawnia tylko to, co chce byś zobaczył". Tekst ten ma jednak o wiele szersze pole interpretacyjne. Myślę, że każde z nas miało kiedyś taki obiekt zakochania, które kochaliśmy mimo licznych wad. Bo przecież taka właśnie miłość pojawia się w tej piosence; szczera, bezpretensjonalna, oddana i świadoma przywar drugiej osoby. Joel ozdabia to wszystko bardzo delikatną aranżacją i prostymi, acz emocjonalnymi wokalami, które po prostu muszą poruszyć. Ja na przykład przy każdym przesłuchaniu mam ciarki i czuję się wzruszony jak przy mało której miłosnej balladzie. Oto właśnie jest siła tego utworu: przeszywa swoją uniwersalnością i szczerością.

She can kill with a smile
She can wound with her eyes
She can ruin your faith with her casual lies
And she only reveals what she wants you to see
She hides like a child
But she’s always a woman to me

She can lead you to live
She can take you or leave you
She can ask for the truth
But she’ll never believe you
And she’ll take what you give her as long as it’s free
She steals like a thief
But she’s always a woman to me

Nastrój zadumy ostro przerywa najdynamiczniejszy numer na płycie - Get It Right the First Time. Mamy tu przede wszystkim mocny, rockowy anturaż i zaśpiewy, które po prostu muszą wpaść w ucho już od pierwszego przesłuchania. Mimo że piosence tej daleko do siły oddziaływania poprzednich, to wciąż bardzo dobre granie, które daje sporo radości i fajnie można się przy tym bawić.

I don’t believe in first impressions
For just this once I hope that looks don’t deceive
I ain’t got time for true confessions
I’ve got to make the move right now
Got to meet that girl somehow
I’ve gotta get it right the first time
That’s the main thing
I can’t afford to let it pass
You get it right the next time that’s not the same thing
Gonna have to make the first time last

Ten album nie mógł skończyć się jednak inną kompozycją, niż tą, w stylu której utrzymane jest Everybody Has a Dream. To kolejna refleksyjna, acz nie sztampowa ballada o zabarwieniu gospel. Poruszający tekst, emocjonalne wokale i podniosłe refreny, które obezwładniają. No i na sam koniec mamy jeszcze cudowną repryzę motywu z The Stranger. Coś pięknego... Wydawało się, że cały zapas łamiących serce i wzruszających kompozycji Billy już wyczerpał, ale Everybody Has a Dream udowodnił, że zawsze ma jeszcze coś w zanadrzu. 

While in these days of quiet desperation
As I wander through the world in which I live
I search everywhere for some new inspiration
But it’s more than cold reality can give
If I need a cause for celebration
Or a comfort I can use to ease my mind
I rely on my imagination
And I dream of an imaginary time
I know that everybody has a dream
Everybody has a dream
And this is my dream, my own
Just to be at home
And to be all alone…with you


Właściwe całe podsumowanie mógłbym ograniczyć do jednego zdania: The Stranger to jedna z najlepszych i najwspanialszych płyt, jakie miałem przyjemność wysłuchać. Dziękuję, dobranoc. Jednak wiadomo, że przydałoby się jakoś to uzasadnić. Napiszę więc tu parę zdań, jednak uprzedzam, że składać się one będą z samych superlatyw, więc jeśli ktoś liczył na jakiś nagły zwrot akcji po tych kilku akapitach, to uprzedzam, że go nie będzie. Przede wszystkim The Stranger to album, który zostawia słuchacza totalnie bezbronnym. Te piosenki, te teksty, te melodie po porostu poruszają i dotyczą rzeczy tak uniwersalnych i ludzkich, że ciężko przy nich się nie wzruszyć, lub porozmyślać. Czy to dotyczy zakochania, czy dojrzałej miłości, czy spotkań z przyjaciółmi po latach, podczas których wspominamy piękne, minione czasy, czy ukochanych miejsc, w które kochamy wracać, czy choćby marzeń. Tematem przewodnim tych utworów jest jednak często samotność, a także potrzeba miłości i akceptacji. Brzmieniowo jest to krążek zdecydowanie refleksyjny i melancholijny, jednak nie brak tu także dynamicznych momentów, które nie pozwalają nam popaść w letarg. Za to wielki plus dla Joela, że udało mu się znakomicie wyważyć klimat, nie popaść w skrajności, a przy tym nie ująć płycie spójności. Piosenki świetnie się ze sobą zazębiają, w związku z czym tworzą przemyślaną całość. No, myślę że wystarczy tych uzasadnień. Powtórzę więc to, co napisałem na początku, gwoli ścisłości. The Stranger to jedna z najlepszych i najwspanialszych płyt, jakie miałem przyjemność wysłuchać. Dziękuję, dobranoc.

Ocena: 10/10


The Stranger: 42:34

1. Movin' Out (Anthony's Song) - 3:30
2. The Stranger - 5:10
3. Just the Way You Are - 4:52
4. Scenes from An Italian Restaurant - 7:37
5. Vienna - 3:34
6. Only the Good Die Young - 3:55
7. She's Always a Woman - 3:21
8. Get It Right the First Time - 3:57
9. Everybody Has a Dream - 6:38

wtorek, 15 września 2020

"Turnstiles" - Billy Joel [Recenzja]


Po trzech latach mieszkania w Los Angeles, Billy'emu zapragnął się powrót do swojego ukochanego Nowego Jorku. Owocem ponownego okresu fascynacji tym miastem były 3 piosenki, które Joel napisał z myślą o następcy niezbyt udanego Streetlife Serenade. Nie ciążyła teraz na nim presja poprzednika, a wytwórnia dała mu nieco więcej czasu na zebranie materiału, widząc że najwyraźniej Billy sukcesu Piano Man już nie przebije. Postawili więc na nim krzyżyk, a Joel - któremu udało się już wypracować tempo pracy - powoli pisał kolejne utwory między licznymi koncertami, które dawał wraz z zespołem. Na trasie muzycy nieźle się ze sobą zgrali i dobrze wiedzieli, od kogo czego można oczekiwać. Billy postanowił więc, że właśnie z nimi chce nagrać kolejny album.
Na początku producentem albumu miał być James William Guercio (późniejszy producent Chicago), a nagrania rozpoczęły się na Caribou Ranch, gdzie nagrywano wraz z zespołem Eltona Johna. Billy był jednak niezadowolony z rezultatów i w końcu wrócił do Nowego Jorku, nagrał wszystko od nowa z Billy Joel Band i sam został producentem. 
Płyta Turnstiles, ku zaskoczeniu wszystkich, zebrała bardzo dobre recenzje i cieszyła się sporą popularnością. Sporym przebojem został Say Goodbye to Hollywood, a także - niewydany nigdy na singlu - New York State of Mind, będący do dziś jednym z największych klasyków Billy'ego Joela. Tak czy siak, była dobrym krokiem w kierunku odbudowania kariery Joela po lekkim spadku, który bez wątpienia zaliczył za sprawą Streetlife Serenade.
Jeszcze parę słów o okładce. Zdjęcie zostało wykonane w nowojorskiej stacji metra, a postacie, które się na nim znalazły, miały przedstawiać kolejne piosenki. Tak więc elegancko ubrana para to I've Loved These Days, czarnoskóry mężczyzna o marsowym wyrazie twarzy - Angry Young Man, mężczyzna z książkami - James, dziewczyna ze słuchawkami - All You Wanna Do Is Dance, mężczyzna w skórzanej kurtce - Say Goodbye to Hollywood, babcia z wnuczkiem - Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway), no i sam Billy to New York State of Mind. Przyznam się jednak szczerze, że nie znalazłem nigdzie informacji, co jest tu reprezentacją Summer, Highland Falls.

Say Goodbye to Hollywood, który dostajemy już na samym początku, to z pewnością jeden z bardziej niedocenionych utworów w repertuarze Joela. Dziwi mnie, że nie stał się większym przebojem, bowiem absolutnie niczego mu nie brakuje. Ma bardzo chwytliwą melodię, wpadające w ucho refreny i fajne przyspieszenie w mostku, gdzie ujawniają się w pełni smyki. Znakomity utwór, udanie nadający rozpędu całemu albumowi i stanowiący całkiem obiecującą zapowiedź reszty longplaya.

Movin’ on is a chance that you have to take
Any time you try to stay – together
Say a word out of line
And you find that the friends you had
Are gone – forever
Forever

So many faces in and out of my life
Some will last
Some will be just now and then
Life is a series of hellos and goodbyes
I’m afraid it’s time for goodbye again
Say goodbye to Hollywood
Say goodbye my baby
Say goodbye to Hollywood
Say goodbye my baby


Summer, Highland Falls rozpoczyna typowe dla Joela preludium fortepianowe. Poza tym jednak, nie bardzo jest tu na czym ucho zaczepić. Utwór płynie łagodnie, delikatnie, no i ogólnie bardzo miło się tego słucha. Co z tego jednak, skoro po chwili już go zapominamy? Wypełniacz, bez którego nic by ta płyta nie straciła.

How thoughtlessly we dissipate our energies
Perhaps we don’t fulfill each others fantasies
And as we stand upon the ledges of our lives,
With our respective similarities
It’s either sadness or euphoria


Równie słabo wypada sztuczne All You Wanna Do is Dance, które - wbrew pozorom - ma w sobie mało taneczności i energii. To wymuszony, skoczny utworek z ograniczonym aranżem, mało chwytającą melodią i wymuszonymi wokalami. Słabizna.

Oh, baby you don’t get turned on by the radio
Oh, baby you got nothin’ to play on your stereo
“Why don’t the Beatles get back together?
Why don’t nobody sing of romance?
Oh, baby, all you wanna do is dance

Oh, baby I think you are lost in the seventies
Oh, baby the music she ain’t what she used to be
You don’t understand what they’re saying
Givin’ it every chance
Oh, baby, all you wanna do is dance


Zupełnie inaczej sprawa się ma z 6-minutowym, epickim New York State of Mind. Całość rozpoczyna nieco jazzowe preludium na fortepianie. Następnie dochodzi do niego sam wokal Billy'ego śpiewający melodię równie chwytliwą, co nieoczywistą. Później mamy jeszcze smyczki, podstawowe instrumentarium koncertowe i sporo miejsca na solówki saksofonu. Generalnie mógłbym tak o tej piosence tak pisać i pisać, ale prawda jest taka, że trzeba jej najzwyczajniej w świecie posłuchać, by zrozumieć jej fenomen. Jej niepowtarzalność i wyjątkowość. Bo jest to bez wątpienia kompozycja wyjątkowa, do której ja osobiście wracam regularnie. I zawsze z wielką przyjemnością.

It was so easy living day by day
Out of touch with the rhythm and blues
But now I need a little give and take
The New York Times, The Daily News

It comes down to reality
And it’s fine with me ’cause I’ve let it slide
Don’t care if it’s Chinatown or on Riverside
I don’t have any reasons
I’ve left them all behind
I’m in a New York state of mind


Bardziej konwencjonalnie wypada James, czyli delikatna, wzruszająca ballada o męskiej przyjaźni. Mimo sporej dawki infantylizmu w tej piosence, nie umiem jednak napisać, że mnie to nie rusza. Ma coś w sobie, co nie pozwala mi się od niej oderwać, a wręcz nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że mi się podoba. Może nie dzieje się tu zbyt wiele, może nie jest to zbyt oryginalne lub wyróżniające się znacząco spośród reszty, ale słucha się świetnie.

James
You’ve been well behaved, you’ve been working hard
But will you always stay
Someone else’s dream of who you are?
Do what’s good for you
Or you’re not good for anybody
James


Po tych nieco wolniejszych kawałkach przychodzi jednak czas na istne fajerwerki. Jeśli ktoś na James zapadł w lekki letarg, to z pewnością wybudzi go z niego ultra szybkie Prelude Billy'ego Joela z zabójczą partią fortepianu, która przypominać może wystrzały z broni maszynowej. Trudno też potraktować cytat z The Ballad of Billy the Kid, jako coś innego niż sympatyczne mrugnięcie okiem Joela do swoich starszych fanów. Po drugim interludium fortepianowym, przechodzimy gładko do żwawego Angry Young Man z wpadającą w ucho melodią, świetnymi wokalami i niegłupim tekstem. Mimo że nie ma tu niczego nazbyt przebojowego, to piosenka na pewno zapada w pamięć i można się świetnie bawić przy jej słuchaniu.

There’s a place in the world for the angry young man
With his working class ties and his radical plans
He refuses to bend he refuses to crawl
And he’s always at home with his back to the wall
And he’s proud of his scars and the battles he’s lost
And struggles and bleeds as he hangs on his cross
And likes to be known as the angry young man


I've Loved These Days aż zapiera dech w piersiach. To pełna rozmachu ballada w starym hollywoodzkim stylu. Mamy tu piękną melodię, typowo romantyczny i pełny nostalgii tekst, no i znakomicie wypełniające całą przestrzeń wokale Billy'ego, który wtóruje potężna, symfoniczna aranżacja, która aż wbija w fotel. Przepiękny utwór.

We light our lamps for atmosphere
And hang our hopes on chandeliers
We’re going wrong, we’re gaining weight
We’re sleeping long and far too late
And so it’s time to change our ways
But I’ve loved these days


Na takie zakończenia warto czekać. Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway) to piosenka, której z pewnością słuchacz się nie spodziewa, gdyby miał oceniać po samym początku. Dość balladowo, melancholijnie... a po chwili Billy z zespołem uderzają z całą rockową parą i grają bez wątpienia najmocniejszy i najbardziej dynamiczny utwór na płycie, opowiadający o wizji apokalipsy. Świetne, dynamiczne wokale i wpadające w ucho refreny, przerywane zgiełkiem saksofonu. Rewelacja.

I’ve seen the lights go out on Broadway
I saw the ruins at my feet
You know we almost didn’t notice it
We’d seen it all the time on Forty second street

They burned the churches down in Harlem
Like in that Spanish civil war
The flames were everywhere
But no one really cared
It always burned up there before



Turnstiles to bez wątpienia krok w dobrą stronę po bardzo słabym Streetlife Serenade. Mimo wszystko, nie ma co się oszukiwać, nie jest to jeszcze album idealny, choć bez wątpienia miał sporo zadatków na to, by nim zostać. Szczególnie, gdy spojrzymy na całość przymykając oko na Summer, Highland Falls i All You Gotta Do is Dance. Poza nimi mamy tu przecież naprawdę ciekawe i angażujące piosenki. Najsłabiej z nich wypadłby James, jednak nawet taka naiwna pioseneczka ma swój urok i nie wyobrażam sobie bez niej Turnstiles. Nie brakuje tu tak genialnych sztosów jak New York State of Mind, pełne rozmachu I've Loved These Days, czy niemiłosiernie uzależniający Miami 2017 (Seen the Lights Go Out On Broadway). Jest więc Turnstiles krokiem w dobrym kierunku. Billy bez wątpienia złapał wiatr w żagle, choć nie jest to jeszcze szczyt jego twórczych możliwości.

Ocena: 7/10


Turnstiles: 36:22

1. Say Goodbye to Hollywood - 4:36
2. Summer, Highland Falls - 3:15
3. All You Wanna Do is Dance - 3:40
4. New York State of Mind - 5:58
5. James - 3:53
6. Prelude/Angry Young Man - 5:17
7. I've Loved These Days - 4:31
8. Miami 2017 (Seen the Lights Go Out on Broadway) - 5:12

niedziela, 6 września 2020

"Streetlife Serenade" - Billy Joel [Recenzja]


Po sukcesie Piano Man, Billy Joel rozpoczął intensywny okres koncertowania. Po prostu było na niego zapotrzebowanie, jednak był jeszcze za mało rozpoznawalny, by dawać wielkie solowe koncerty, więc wytwórnia załatwiała mu supportowanie coraz bardziej znanych gwiazd. Ostatecznie wcale nie tak krótko występował tuż przed The Beach Boys. Wspomina, że był wtedy nieprzyzwyczajony do takiego tempa pracy i ciężko mu było gospodarować czasem na tyle rozsądnie, by znajdować czas na pisanie materiału na kolejny album. A naciski ze strony wytwórni były coraz większe; domagano się nie tylko "po prostu" nowej płyty, ale miało to być coś, co popularnością dorówna świetnie sprzedającemu się Piano Man. Czas nagrań zbliżał się nieubłaganie, a Billy wciąż miał za mało piosenek, by skompletować krążek. Tworzył więc w pośpiechu, a i tak zabrakło mu czasu, by napisać wystarczającą liczbę utworów, więc na longplayu znalazły się także dwa utwory instrumentalne.
Nagrań Joel dokonywał wraz z muzykami studyjnymi (później, aż do River of Dreams zwykł nagrywać już raczej ze zgranym zespołem) przez prawie cały 1974 rok. W październiku w końcu ukazał się nowy album, zatytułowany Streetlife Serenade i zebrał kiepskie recenzje. Udało się mu wypromować właściwie tylko jeden średni hit, The Entertainer. Sam Billy ma o nim po latach dość kiepskie zdanie, wspominając zarazem, że o ile Piano Man był o życiu barowego muzyka i prostego faceta, tak Streetlife Serenade był już wycinkami z pamiętnika światowej gwiazdy. Prasa zrównała album z ziemią i był to początek fatalnych relacji Joela z krytykami, którzy w większości regularnie obsmarowywali już każdy jego kolejny album, zdając się ignorować docenianie ich przez publiczność, a także kolejne nagrody na koncie Artysty. 
Na sam koniec powiem jeszcze jedną ciekawostkę, tym razem odnośnie zdjęcia znajdującego się z tyłu opakowania. Widzimy na nim Billy'ego, siedzącego boso na odwróconym krześle. Wygląda na nim na bardzo wkurzonego. W rzeczywistości jest to jednak grymas bólu, bowiem zaledwie 2 dni przed sesją miał usuwanego zęba i podczas robienia zdjęć "bolało go jak jasna cholera".

Zaczynamy od Streetlife Serenader, czyli utworu, który spokojnie mógłby znaleźć się na Cold Spring Harbor. To bowiem akustyczna ballada o uroczej melodii, śpiewana przez Joela jedynie do wtóru fortepianu. Przynajmniej na początku może się tak zdawać, bo już po chwili ukazuje nam się brzmienie całego zespołu, i robi się już nam bardziej klimat Piano Man. Sam utwór - mimo że ma swój klimat - jest jednak dość mało przekonujący przez brak wyrazistej melodii, która miałaby choć najmniejszą szansę, by wpaść na dłużej w ucho. Otwarcie więc takie sobie, mogłoby być lepsze - na pewno to spory krok w tył, jeśli weźmiemy pod uwagę She's Got a Way i Travellin' Prayer z poprzednich dwóch płyt.


Streetlife serenader
Never sang on stages
Needs no orchestration
Melody comes easy

Midnight masquerader
Shoppin’ center heroes
Child of Eisenhower
New world celebrator


Od początku Los Angelenos to już zdecydowanie bardziej dynamiczny kawałek, a nawet spokojnie można by go nazwać najbardziej rockowym utworem Billy'ego do czasu tego albumu. Muzycznie jest jednak średnio ciekawy, mało się wyróżnia i brak tu jakiegoś punktu zaczepienia, albo myśli przewodniej. Jak nietrudno się domyślić, Joel napisał tę piosenkę pod wpływem miasta Los Angeles. Bez wątpienia musiało wywrzeć na nim niemałe wrażenia, jednak albo nie umiał przekuć tego w dobrą kompozycję, albo miał za mało czasu na jej dopracowanie, bowiem Los Angelenos wypada po prostu średnio - czyli ma swoje momenty, ale specjalnie nie zachwyca - choć plus za poszukiwania osadzone w rockowej stylistyce.


Hiding up in the mountains
Laying low in the canyons
Goin’ nowhere in the streets
With the Spanish names
Makin’ love with the natives
In their Hollywood places
Making up for all the time gone by
Los Angelenos
All came from somewhere
It’s so familiar
Their foreign faces


Pierwszym naprawdę godnym uwagi od początku do końca utworem na płycie jest The Great Suburban Showdown. To przepiękna ballada, mogąca przypominać choćby Turn Around, Why Judy Why czy You're My Home. Ma rozmach, rewelacyjną melodię, świetne wokale, i niebanalny tekst, który niekoniecznie musi być odczytywany jako love song. Dobrze, że wreszcie trafił się taki utwór, bo po dwóch bardzo średnich momentach można by już stracić wiarę w Billy'ego.


Flyin' east on a plane drinkin' all that free champagne
I guess I saw this comin' down the line
And I know it should be fun, but I think I should've packed my gun
Got that old suburban showdown in my mind
Sit around with the folks, tell the same old jokes,
Bored to death on Sunday afternoon
Mom and Dad, me and you and the outdoor barbecue
Think I'm gonna hide out in my room


Root Beer Rag to pierwszy na płycie utwór instrumentalny. Charakteryzuje się szybkim tempem i mocnym osadzeniem w stylu country. Partia fortepianu Joela zdaje się zapowiadać już początek Prelude/Angry Young Man z kolejnego albumu. Bardzo fajna ciekawostka.
Zupełnie bezbarwnie wypada natomiast Roberta, czyli kolejna próba zrobienia ballady z rozmachem. Niestety, w najlepszym wypadku, jest to próba nieudana, bowiem brak tu chwytliwej melodii, a sama muzyka raczej średnio angażuje. Słaby moment krążka, bez dwóch zdań.

Roberta, the night goes slowly
I know you’re workin’ but you must get lonely too
It’s tough for me, It’s tough for you
And I’m in in a bad way and I wanna make love to you
I wish you had the time

Roberta, I really need you
But I suppose that my small change won’t see you through
It’s tough for me, it’s tough for you

Streetlife Serenade udało się wypromować tylko jeden przebój, i to w sumie nawet nie za wielki. Mowa tu o The Entertainer. Na poprzednim albumie mieliśmy Piano Man, tu mamy The Entertainer. Spore zmiany, szczególnie jeśli chodzi o aranż, za co należy się spory plus Joelowi za dopilnowanie konsekwencji. Tam mieliśmy barowy styl z ograniczoną instrumentacją i wiodącym fortepianem, wszystko zaś w walcowym, biesiadnym tempie. Tu natomiast mamy większy rozmach i odrobinę elektroniki, wraz z bardziej dynamiczną muzyką, co może kojarzyć się z wielkimi koncertami. No i świetny, sarkastyczny tekst Joela, w którym m.in. krytykuje wytwórnię za to, że przycięła Piano Man na singiel do 3:05 min. (Ironią może być to, że również The Entertainer został przycięty do wydania na singlu). To zdecydowanie jeden z jaśniejszych elementów krążka, który wpada w ucho, świetnie płynie i po prostu może przyciągać uwagę. Nie dziwi fakt, że dziś jest to najlepiej (i w sumie jedyny) pamiętany utwór z tej płyty.


I am the entertainer, I bring to you my songs
I'd like to spend a day or two but I can't stay that long
I got to meet expenses, I got to stay in line
Got to get those fees to the agencies
And I'd love to stay but there's bills to pay
So I just don't have the time

I am the entertainer, I've come to do my show
You've heard my latest record, it's been on the radio
It took me years to write it, they were the best years of my life
It was a beautiful song but it ran too long
If you're gonna have a hit you gotta make it fit
So they cut it down to 3:05


Last of the Big Time Spenders drastycznie obniża jednak poziom, bowiem to kolejna niemrawa ballada, która absolutnie nic nie wnosi do całości, a wręcz nawet może irytować swoją nijakością i brakiem jakiegokolwiek polotu. Słuchanie Joela - mistrza ballad - grającego i śpiewającego coś takiego, może wręcz powodować ból.


It takes time to appreciate
Lord knows that you can learn to hate it
I believe, ’cause I’ve been there too
When it gets down to desperation
You make the best of the situation
I can tell, I’ve seen it thru


O Weekend Song to nawet nie chce mi się wspominać. Kolejny, pozbawiony jakiejkolwiek ikry utwór będący kolejną próbą rockowania, jednak na jego tle już Los Angelenos prezentuje się o klasę wyżej.


And it’s backbreakin’, boneshakin’, bellyachin’,
Hardworkin’, two more hours to go
Seven long years for the same corporation and
I ain’t got nothin’ to show
And tonight when I’m leavin’ I’ll be just breakin’
Even but i know it’s gonna be alright
I shake off my blues when you put on your shoes
We got some money to spend tonight


Souvenir wobec tej mielizny jawi się nam wręcz jako arcydzieło. Oczywiście, tak nie jest, to po prostu bardzo dobra, przepiękna ballada wyśpiewana przez Billy'ego tylko do wtóru fortepianu. To na dobrą sprawę jedyny utwór, który zarówno anturażem, jak i poziomem dorównuje Cold Spring Harbor. Jeden z najlepszych momentów Streetlife Serenade. Szkoda, że tak szybko się kończy.


A picture postcard, a folded stub
A program of the play
File away the photographs of your holiday
And your mementos will turn to dust
But that’s the price you pay
For every year is a souvenir
That slowly fades away
Every year’s a souvenir
That slowly fades away


Pewną ironią jest to, że tworzone na szybko kompozycje instrumentalne, do których Billy nie miał nawet czasu dopisać tekstów, wypadają lepiej niż połowa "kompletnych" utworów. Zarówno Root Beer Rag, jak i nieco bardziej rozbudowane The Mexican Connection są po prostu rewelacyjnymi momentami, które jak najbardziej mogą się podobać.


Na Streetlife Serenade Billy Joel robi wielki krok w tył, fundując nam po dwóch bardzo dobrych, krążek zwyczajnie przeciętny. Na poprzednich wydawnictwach pokazał swój niezwykły dar do tworzenia kompozycji, które sprawiają wrażenie, jakby były z nami od zawsze, natomiast tutaj dostajemy zestaw dziesięciu (a w zasadzie: ośmiu) piosenek, które w większości ni ziębią, ni grzeją. Jeśli mamy tu mówić o jakichkolwiek godnych uwagi utworów, to wymieniłbym tu tylko The Great Suburban Showdown, The Entertainer i Souvenir. I to w zasadzie tyle. A, no i obie kompozycje instrumentalne. Pięć utworów na dziesięć. Reszta ginie w mrokach niepamięci, a sama płyta pozostaje najmniej udanym wydawnictwem w katalogu Joela.

Ocena: 4/10


Streetlife Serenade: 37:41

1. Streetlife Serenader - 5:17
2. Los Angelenos - 3:41
3. The Great Suburban Showdown - 3:44
4. Root Beer Rag - 2:59
5. Roberta - 4:32
6. The Entertainer - 3:48
7. Last of the Big Time Spenders - 4:34
8. Weekend Song - 3:29
9. Souvenir - 2:00
10. The Mexican Connection - 3:37

czwartek, 27 sierpnia 2020

"Piano Man" - Billy Joel [Recenzja]


Cold Spring Harbor, mówiąc delikatnie, nie okazało się sukcesem. Mimo to, Billy Joel ruszył wraz ze swoim zespołem w trasę, jesienią 1971 roku. Supportował m.in. The Beach Boys, a jego występy zbierały z reguły pozytywne recenzje. Billy, oczywiście, cieszył się z tego, jednak irytowało go, że sam jeszcze nie może wystąpić w charakterze gwiazdy wieczoru. Z entuzjazmem zareagował, gdy zaproszono go, by zagrał na żywo w radiu w Filadelfii (występ ten jest dziś dostępny na Piano Man: Legacy Edition, jako dysk bonusowy). Specjalnie na tę okazję przygotował się do premiery swojej nowej piosenki, Captain Jack. Utwór spodobał się słuchaczom i przez pewien czas był sporym hitem na Wschodnim Wybrzeżu. Na piosenkę natrafił Herb Gordon z Columbia Records i postanowił ściągnąć Joela, widząc potencjał. W 1972 roku Billy podpisał więc kontrakt i przeniósł się do Los Angeles, gdzie miał zamieszkać na kolejne 3 lata. Jako, że życie w Kalifornii nie jest tanie, przez pierwsze pół roku pracował jako pianista w barze, jako Bill Martin. To właśnie na bazie zdobytego tam doświadczenia i odbytych tam rozmów, napisał piosenkę Piano Man.
Prawnie, Billy był jednak wciąż związany z Family Productions, jednak wytwórnia, mocno zniechęcona niepowodzeniem Cold Spring Harbor, z wielką radością odsprzedała swojego Artystę Columbia Records. Z pewnością pluli sobie w brodę, gdy Piano Man okazał się wielkim przebojem. Dla Joela był to moment przełomowy. Zyskał fantastyczne opinie branży muzycznej, sprzedawał się jak marzenie, a tytułowy utwór stał się jednym z największych przebojów muzyka, który po dziś dzień jest obowiązkowym punktem każdego koncertu. Do dziś pokrył się platyną aż sześciokrotnie i uznawany jest za jeden z najważniejszych albumów Billy'ego Joela, dzięki któremu przedostał się do publicznej świadomości.

Już sam początek zaskakuje, gdy mamy w pamięci zawartość Cold Spring Harbor. Tak dynamicznego nagrania próżno było tam szukać. Rytmiczna perkusja, do której po chwili dołączają bas i fortepian, no i oczywiście wokal Joela. Travelin' Prayer to piosenka o bardzo mocnym zabarwieniu country, czego zwieńczeniem zdaje się być solówka na banjo. Dość ciekawie wypada także tekst, w którym podróżnik prosi Boga, by otoczył opieką jego ukochaną, która jest gdzieś daleko. Jednak, reasumując, jest to po prostu udany i szybki numer, który daje niezły rozpęd już od samego początku, a jednocześnie daje do zrozumienia, że Piano Man nie będzie nawet próbował być następcą balladowego i akustycznego Cold Spring Harbor.


Hey Lord, would you look out for her tonight
If she is sleepin’ under the sky
Hey Lord, make sure the ground she’s sleepin’ on
Is always warm and dry
Hey don’t you give her too much rain
But try to keep her away from pain
‘Cause my baby hates to cry


Jako drugi, dostajemy utwór tytułowy. Co tu dużo mówić, Piano Man to po prostu utwór-wizytówka Joela (zresztą jego koncerty z Eltonem Johnem reklamowano hasłem "Rocket Man i Piano Man na jednej scenie") i obowiązkowy punkt każdego koncertu. Tekst został napisany na podstawie obserwacji z półrocznego stażu Billy'ego jako pianisty barowego. Sama historia zresztą opowiadana jest z perspektywy barowego pianisty, a indywidualności nadaje jej fakt, że w tekście pojawia się nawet zwrot do pianisty: "Bill". Warto zaznaczyć, że opisane tu postaci są prawdziwe; barman w barze Joela naprawdę nazywał się John, przy ladzie siadywał Paul, który miał ambicje by zostać znanym pisarzem, a kelnerka to pierwsza żona Billy'ego - Elizabeth, która pracowała w tym barze właśnie jako kelnerka. Przyznam się, że wers "Paul is a real estate novelist" odnosiłem zawsze do Paula McCartneya, który śpiewał w The Beatles, że "I wanna be a paperback writer". Muzycznie, piosenka utrzymana jest w tempie walca, dzięki czemu przybiera wręcz barowy, knajpiany nastrój, a melodia, którą wyśpiewuje Joel, wręcz uzależnia i ciężko się od niej uwolnić. W głowę potrafią wbić się także partie harmonijki i szalenie melodyjne solo Billy'ego na fortepianie. Co ja tu dużo będę pisać, utwór absolutnie nie jest przeceniany i swoim poziomem zasłużył na kult, który się wokół niego wytworzył. Uwielbiam do niego wracać i za każdym razem słucham go z wielką przyjemnością. To chyba jedna z tych piosenek, które nigdy mi się nie znudzą.


It’s a pretty good crowd for a Saturday
And the manager gives me a smile
‘Cause he knows that it’s me they’ve been coming to see
To forget about life for a while

And the piano sounds like a carnival
And the microphone smells like a beer
And they sit at the bar and put bread in my jar
And say “Man what are you doing here?”

Sing us a song you’re the piano man
Sing us a song tonight
Well we’re all in the mood for a melody
And you’ve got us feeling alright


Podobać może się również Ain't No Crime, jednak jak dla mnie, nie dorównuje on dwóm poprzednim utworom. Jest to z pewnością dynamiczny numer z wpadającymi w ucho refrenami, jednak wydaje mi się nieco zbyt monotonny. Przez te 3 minuty po prostu za mało się dzieje, a piosenka nie jest w stanie utrzymać mojej uwagi. No cóż, przynajmniej wykonawczo nie mam jej nic do zarzucenia, bo wykonana jest naprawdę z werwą.


You got to open your eyes in the morning
Nine o’clock comin’ with out any warnin’
And you gotta get ready to go
Well now you tell me you love somebody
And you’ll love ’em forever
You may love ’em forever
But you won’t like ’em all of the time
Well now you tell me you need somebody for the rest of your life
You might have somebody
But you won’t want ’em ev’ryday


O wiele bardziej podoba mi się natomiast You're My Home, które spokojnie mogłoby znaleźć się na Cold Spring Harbor. Sama kompozycja napisana była przez Billy'ego dla jego ówczesnej żony, Elizabeth, jako prezent walentynkowy. Co ciekawe, napisał ją dla niej tylko dlatego, że po prostu nie stać go było na inny prezent, i sytuacja finansowa jedyne co pozwoliła mu jej dać, to piosenkę. Napisał więc poruszającą i szczerą balladę o delikatnej, acz wpadającej w ucho, linii wokalnej i pięknym tekstem pełnym młodzieńczego, żarliwego uczucia. Można się wzruszyć.


When you touch my weary head
And you tell me everything will be alright
You say use my body for your bed
And my love will keep you warm throughout the night
Well, I’ll never be a stranger
And I’ll never be alone
Wherever we’re together that’s my home


Jak sam wspomina, Joel miał wtedy wielkie ambicje. Do tego stopnia, że po wydaniu pierwszej płyty - która, przypomnijmy, poradziła sobie bardzo słabo - liczył, że spłyną do niego propozycje napisania muzyki do filmu. Nic takiego się jednak nie stało, więc "sam sobie napisał muzykę, która mogłaby trafić do filmu", a także napisał tekst, w którym opowiedział swoją wersję przygód Billy'ego Kida. Tak właśnie powstała piosenka The Ballad of Billy the Kid. Billy chciał zmierzyć się tu z tekstem impresjonistycznym, stąd tyle tu nazw miejscowości i regionów, a także niezwykle obrazowe opisy. Oczywiście, historia tu opisywana nie ma nic wspólnego z prawdziwymi losami rewolwerowca znanego jako Billy Kid. Muzycznie jednak da się usłyszeć tu fascynację westernami i ścieżkami dźwiękowymi choćby Ennio Moricone. Utwór trwa prawie 6 minut, jednak absolutnie nie ma co narzekać tu na nudę. Mamy tu przepiękną, orkiestrową aranżację, dynamiczne przerywniki, no i oczywiście znakomite wokale. Słowem: kolejny bardzo udany utwór.


From a town known as Wheeling West Virginia
Rode a boy with a six-gun in his hand
And his daring life of crime made him a legend in his time
East and west of the Rio Grande
Well he started with a bank in Colorado
In the pocket of his vest a Colt he hid
And his age and his size took the teller by surprise
And the word spread of Billy the Kid


Worse Come to Worst rozpoczyna typowo rockandrollowo-country riff, który po chwili rozwija się w nieco, powiedzielibyśmy wręcz, "biesiadną" aranżację. Niestety, piosenka ta jest raczej średnio ciekawa, a mnie nawet irytuje jej infantylność. Szkoda, że po raz kolejny: na dwie dobre piosenki, przypada trzecia - nieudana.


I don't know how but sometimes I can be strong
And if I don't have a car I'll hitch
I got a thumb and she's a son of a bitch
I'll do my writing on my road guitar
And make a living at a piano bar
Oh worse comes to worse I'll get along
I don't know how but sometimes I can be strong


Na szczęście po tej słabej piosence znów mamy coś zdecydowanie lepszego. Stop in Nevada charakteryzuje się balladowymi, wolnymi zwrotkami, które po chwili przełamują dynamiczne i chwytliwe refreny, których melodia wpada w ucho i ciężko się od niej uwolnić. Oczywiście, znów mamy tu aranżację mocno osadzoną w country, no i odrobinę gospelu w refrenach. Słowem: czego tu nie ma.


And though she finds it hard to leave him
She knows it would be worse to stay
He wouldn’t understand the reasons
That make a woman run away


If I Only Had the Words (To Tell You) to już jednak typowe, balladowe granie. Jeśli ktoś miałby więc ochotę na love song, to jest to zdecydowanie najlepsza pozycja na tej płycie. Nie ma tu absolutnie mowy o żadnej ckliwości, bądź też patosie; to po prostu przepiękna melodia i szczere, rozbrajające słowa wyśpiewane przejmująco przez Joela. No i te ciche smyczki w tle...


If I never find the song to sing you
If you always find it hard to comprehend
Well you know there wouldn’t be much meaning
If I had to sing those tired words again
Life goes on and on, and tonight will soon be gone
But if we try we can be sure


To aż śmieszne, że znów, po dwóch bardzo dobrych piosenkach, pojawia się rzecz słabsza. Na szczęście Somewhere Along the Line nie jest tak odstające jak Ain't No Crime czy Worse Come to Worst, jednak spadek poziomu jest widoczny bez dwóch zdań. Mamy tu po prostu zgrabną kompozycję, która niestety niczym się nie wyróżnia.


Hey it’s good to be a young man
And to live the way you please
Yes a young man is the king of ev’ry kingdom that he sees
But there’s an old and feeble man not far behind
Oh that surely will catch up to him
Somewhere along the line
That surely will catch up to him
Somewhere along the line


Na sam koniec dostajemy Captain Jack, czyli - można powiedzieć - piosenkę-sprawcę całego zamieszania, które się wytworzyło wokół Joela. Sam utwór był bardzo krytykowany po wydaniu płyty, ponieważ opowiada o człowieku zażywającym narkotyki, a także mającym niezdrowe zainteresowania seksualne i objawiającym fascynację pornografią. Billy bronił się jednak, mówiąc że jest to piosenka piętnująca takie zachowania, szczególnie że w tym tekście główny bohater pokazany jest jako osoba żenująca i godna politowania. Na pomysł napisania piosenki wpadł, siedząc przy oknie i wpatrując się w ulicę, gdy spostrzegł nastolatków kupujących heroinę od dealera, który nosił ksywę "Kapitan Jack". Tak właśnie w jego głowie narodził się pomysł na ten utwór. Muzycznie, jest to rzecz naprawdę interesująca. Mimo, że niewiele się tu na pozór dzieje, to te 7 minut zleciało w mgnieniu oka. Znakomicie stopniowane napięcie wybuchające przy okazji refrenów, świetna melodia, no i ten tekst. 


Saturday night and you’re still hangin’ around
You’re tired of livin’ in your one horse town
You’d like to find a little hole in the ground for a while

So you go to the village in your tie-dye jeans
And you stare at the junkies and the closet queens
It’s like some pornographic magazine, and you smile

But Captain Jack will get you high tonight
And take you to your special island
Captain Jack will get you by tonight
Just a little push ‘n’ you’ll be smilin’



Mimo, że Piano Man okazało się dla Billy'ego Joela wielkim sukcesem i bez wątpienia słychać na nim progres, to jednak je stawiam go na równi z wydanym wcześniej Cold Spring Harbor. Przede wszystkim znalazło się tu miejsce dla aż dwóch słabych i jednego słabszego utworu, co jednak jest już zbyt rzucające się w oko. Poza tym, jeśli wyłączyć Piano Man, The Ballad of Billy the Kid i Captain Jack, to Joel nie proponuje nam tu nic nowego. Nie znaczy to jednak, że nie lubię np. ballad (You're My Home i If I Only Had the Words (To Tell You)). Bardzo lubię, jednak takie coś słyszałem już na Cold Spring Harbor. Pozostałe piosenki, mocno naznaczone stylem country są "po prostu" w porządku. A jednak, nie da się ukryć, że całościowo Piano Man robi niemałe wrażenie na słuchaczu i nie pozwala się od niego oderwać. Ewidentnie należy zauważyć progres Joela jako kompozytora i większą śmiałość w odchodzeniu od schematów, a także pochwalić należy klarowną i przestrzenną produkcję, która Cold Spring Harbor zostawia daleko w tyle (chociaż konkurować z tamtym brzmieniem, to - umówmy się - średni zaszczyt). Kończąc więc: na Piano Man widać progres, ale nie na tyle znaczący, bym mógł uznać go za rzecz bijącą na głowę Cold Spring Harbor. Mimo, że wydaje się być bardziej "do przodu", to w moim sercu oba te albumy stawiam na jednakowym poziomie.

Ocena: 8/10


Piano Man: 42:51

1. Travelin' Prayer - 4:16
2. Piano Man - 5:37
3. Ain't No Crime - 3:20
4. You're My Home - 3:14
5. The Ballad of Billy the Kid - 5:35
6. Worse Come to Worst - 3:28
7. Stop in Nevada - 3:40
8. If I Only Had the Words (To Tell You) - 3:35
9. Somewhere Along the Line - 3:17
10. Captain Jack - 7:15

czwartek, 20 sierpnia 2020

"Cold Spring Harbor" - Billy Joel [Recenzja]


Mimo, że to ojciec był dyplomowanym pianistą, to właśnie za zachętą matki czteroletni William Martin Joel zaczął uczęszczać na lekcje fortepianu. Sam był jednak średnio zainteresowany byciem pianistą; mówił, że jest lepszym organistą, a poza tym w ogóle pociągały go raczej inne rzeczy. Konkretnie: sport. A jeszcze konkretniej: boks. Odnosił nawet spore sukcesy, zdobywał lokalne uznanie, jednak gdy podczas jednej walki przeciwnik złamał mu nos, doszedł do wniosku, że bycie muzykiem jest bezpieczniejsze. Pokornie zasiadł więc ponownie za fortepianem i od tego momentu nie poświęcał się niczemu innemu. Mimo, że był pilnym uczniem, nie ukończył szkoły. Pracował bowiem już wtedy w barach jako pianista i przez swój wieczorny występ nie zdążył na egzamin z Angielskiego, co skończyło się oblaniem roku. Jak powiedział: "Chrzanić to. Jeśli nie dostanę się do Columbia University, pójdę do Columbia Records". Jak nietrudno się domyślić, na uczelnię się nie dostał, jednak ćwierć wieku później został pasowany na honorowego absolwenta dotychczasowej szkoły.
Jego zainteresowania muzyką już nic nie mogło powstrzymać. Po obejrzeniu słynnego występu Beatlesów w Ed Sullivan Show wiedział, że nic innego nie chce w życiu robić. Fab Four zainspirowali go, podobnie jak Elvis Presley czy The Everly Brothers, do tego, by samemu zostać muzykiem. Ciągnęło go w stronę popowych melodii. W 1965 roku dołączył do zespołu Echoes, którzy specjalizowali się w graniu coverów "brytyjskiej inwazji". Do studia po raz pierwszy wszedł w wieku 16 lat i zagrał na fortepianie w kilku piosenkach, które stały się umiarkowanymi, acz sezonowymi, przebojami. Następnie obijał się o kolejne zespoły, nagrywał z nimi pojedyncze single i płyty, z czego wszystkie okazywały się niewypałami. Na tym etapie też postanowił skrócić swoje imię - William - do łatwiejszego Billy.
Muzyk w końcu, zmęczony kolejnymi zespołami, w których miał niewiele do powiedzenia, zdecydował się rozpocząć solową karierę. Podpisał umowę z Family Productions opiewający na 450 tysięcy dolarów. To właśnie z tą wytwórnią Billy Joel nagrał swój pierwszy album, nazywając go Cold Spring Harbor (od małej wioski w Long Island). Wypełniło go 10 autorskich kompozycji muzyka. Co ciekawe, Joel na początku nie miał zamiaru być gwiazdą rocka i znanym Artystą. Chciał być autorem piosenek dla innych (tak jak choćby Elton John). Jak sam jednak wspominał w 2011 roku: "Powiedziano mi, że najlepszym sposobem na wypromowanie siebie i swoich piosenek jest nagranie płyty. Potem jedziesz w trasę, promując płytę grasz te piosenki, a ludzie mogą je usłyszeć i może im się spodobają." Niestety, na skutek błędu technicznego, taśma matka trafiła do produkcji uszkodzona. Muzyka na niej nagrana była więc nienaturalnie i sztucznie przyspieszona. Gdy Joel z dumą po raz pierwszy położył płytę na gramofonie i przyłożył do niej szpulę, załamał się po pierwszych kilku dźwiękach. Wiedział, że już za późno na naprawę szkód.
Jak można się nietrudno domyślić, album okazał się komercyjnym niewypałem, przepadając na listach przebojów. Dziś jednak - po naprawieniu błędów - jest pamiętany za sprawą utworu She's Got a Way, który stał się większym przebojem przy okazji jego ponownego nagrania na albumie Songs in the Attic w 1981 roku. W tej recenzji zajmuję się poprawionym wydaniem, który dziś jest dostępny w sprzedaży i do odsłuchu.

Rozpoczynamy najlepiej pamiętanym utworem z albumu, czyli przepięknym She's Got a Way. To oszczędnie zaaranżowana, ale przez to wypadająca jeszcze bardziej ujmująco i szczerze, miłosna ballada. Opowiada ona o ówczesnej żonie Joela. Muzyk śpiewa, że nie ma pojęcia, dlaczego akurat tak na niego działa, ale nie jest mu ta wiedza do niczego potrzebna, bo po prostu ją kocha. Aranżacyjnie całość oparta jest tylko na fortepianie i perkusyjnych talerzach, na których też zresztą zagrał Billy. Na ponownym wydaniu dołożono dodatkowo jeszcze, cicho brzmiące w tle, smyczki. Muszę przyznać, że czuję się trochę jak podmiot liryczny tej piosenki: uwielbiam ten utwór, można nawet powiedzieć, że kocham, za każdym razem mnie ujmuje. Ale nie wiem dlaczego. I nie chcę wiedzieć.


She's got a way about her

I don't know what it is
But I know that I can't live without her
She's got a way of pleasin'
I don't know what it is
But there doesn't have to be a reason anyway

She's got a smile that heals me
I don't know why it is
But I have to laugh when she reveals me
She's got a way of talkin'
I don't know why it is
But it lifts me up when we are walkin' anywhere


Dynamiczniej wypada You Can Make Me Free. To kolejna love song, tym razem jednak będąca jednoznaczną deklaracją skierowaną w stronę żony. Mamy tu znakomite wokale Billy'ego i urzekającą od pierwszego przesłuchania melodię, która wpada w ucho, i ciężko ją potem z głowy wyrzucić. To znakomity, popowy kawałek, który swoją lekkością i chwytliwością absorbuje od pierwszych dźwięków. Mamy tu już nieco bardziej złożoną aranżację, która jednak brzmi bardzo świeżo, dodając kompozycji żywiołowości. 


You can make me free

You can make me cry
You can make it so much better if you only try
And if I must wait a lonely lifetime
Until I am with you, my love
I will wait when you’ll be what I’m dreaming of
I can take the skies
I can soar like a bird
With his heart full of song, yeah, yeah
Won’t you color my eyes?
I’ve been writing so long


Everybody Loves You Know to już jednak opis zupełnie innej kobiety. Bohaterka tego utworu stała się sławna i czuje, że przez to jest lepsza od innych, pogardzając swoim rodzinnym miasteczkiem - Cold Spring Harbor. Mimo jej próżności, podmiot liryczny wciąż ją kocha i pragnie ją mieć, więc stara się być dla niej miły i utwierdzać ją w jej punktu widzenia, mając nadzieję na uzyskanie względów. To dość ironiczny i w gruncie rzeczy gorzki tekst o miłości do zapatrzonej w siebie kobiety. Znakomicie kontrastuje to z dość żywiołową kompozycją i bogatszym aranżem. Mi ten utwór przypadł do gustu nieco mniej niż poprzednie dwa, jednak jak już leci, słucha mi się go bardzo przyjemnie. Również do tej kompozycji Billy wrócił 10 lat później na Songs in the Attic.


You can walk away from your mistakes

You can turn your back on what you do
Just a little smile is all it takes
And you can have your cake and eat it too
Loneliness will get to you somehow
But ev’rybody loves you now


O wiele bardziej urzeka mnie natomiast balladowe i smutne Why Judy Why. To kolejna love song, jednak zaśpiewana z innej perspektywy, a mianowicie mężczyzny porzuconego, wciąż jednak nie potrafiącego się z tym pogodzić i zapomnieć o swojej jedynej miłości. Zostało to okraszone przepiękną aranżacją z płaczącymi w tle smykami i głośno brzdękającej gitary akustycznej. Potrafi chwycić za serce.


I never thought that she would say, say goodbye

But she did, and now I want to die, I want to die
I never thought that I would need, need a friend
Oh, but I did in the end
Tell me why Judy why


Odejściem od tematyki miłosnej jest Falling of the Rain. Jak dla mnie jest to niestety jeden ze słabszych momentów albumu, chociaż ma też swoje zalety. Bardzo świeżo wypada wiodący motyw i melodia, do której Billy wyśpiewuje nieco abstrakcyjny tekst. Jednak, jako trzecioosobowy obserwator, Joel nie wkłada w śpiew tyle emocji, więc może po prostu mój problem z tym kawałkiem wynika z tego, że niedostatecznie chwycił mnie za serce? W końcu każdy z poprzednich czterech utworów niósł ze sobą jakąś dawkę emocji, od których nie można było się uwolnić, a ten zdaje się wypadać po prostu, jakby był zupełnie z innej bajki (tekstowo, bo stylistycznie jak najbardziej przystaje do reszty).


High upon a hill far away from the dusty crowd is a boy

With his eyes on the ground, his head is bowed.
He’s a fool and his mind is filled with hopeless dreams
And he waits, but he will not see the falling of the rain
No, he will not see the falling of the rain
Will it always be the same as we recall?
Does it touch you when the rain begins to fall?
Ah, but I don’t want to know and I don’t want to see
Another rainy day without you lying next to me, ah


Turn Around to jednak powrót do love songs. Ciekawe, że w drugiej zwrotce pojawia się nawet skrócone imię żony Billy'ego (Eliza). Tym razem Joel śpiewa o ponownym spotkaniu dwóch kochanków po długim rozstaniu. Całość, mimo że utrzymana w średnim tempie, jak najbardziej jest znakomitym uchwyceniem radości i ekscytacji z faktu, że znów mogą ze sobą przebywać. Mamy tu chwytliwą melodię, piękne wokale i szczery tekst. Kolejny udany utwór.


Oh, sweet lady,

Runnin’ like a stream
You don’t look back
Because you know hands are clean
You make believe
That the past was just a dream
You make believe the past was just a dream


You Look So Good to Me to kontynuacja zdecydowanie weselszego nastroju. Tu mamy po prostu zapis zwykłej ekscytacji i wdzięczności do drugiej osoby za to, że po prostu jest obok, czyniąc życie czymś wyjątkowym i radosnym. Znakomita piosenka z zabarwieniem country, co potęguje solówka harmonijki.


Ah, you look so good to me

With my eyes open wide I can see
Ah, you feel so good to me
And it’s so good when you’re here
‘Cause I’m free
I’m feelin’ the glory from that smile upon your face
You lifted me high above my ordinary place, uh huh
And I am so happy when I’m in your warm embrace


Tomorrow Is Today to jednak zupełnie inny klimat. Już na wstępie powiem, że - jak dla mnie - to jeden z najsmutniejszych utworów, jaki w życiu słyszałem. Napisany został, kiedy Billy przeżywał ciężkie chwile. Chorował na depresję, próbował nawet popełnić samobójstwo i trafił w związku do szpitala. Wciąż podłamany swoim życiem, pierwszą rzeczą, którą zrobił po hospitalizacji, było napisanie właśnie tej piosenki. Z tekstu wylewa się gorycz, rozczarowanie życiem i niechęć do wszystkiego, co go otacza. Tekst, smutny akompaniament fortepianu i łamiący się głos Joela. Łzy same mogą cisnąć się do oczu.



I’ve been livin’ for the moment
But I just can’t have my way
And I’m afraid to go to sleep
‘Cause tomorrow is today

People tell me life is sweeter
But I don’t hear what they say
Nothing comes to change my life
So tomorrow is today

I don’t care to know the hour
‘Cause it’s passing anyway
I don’t have to see tomorrow
‘Cause I saw it yesterday

So I listen for an answer
But the feeling seems to stay
And what’s the use of always dreaming
If tomorrow is today, oh


Nie zapominajmy jednak, że Billy jest też pianistą, więc znakomicie orientuje się też w klasycznym repertuarze. Nokturny były specjalnością choćby Fryderyka Chopina (i w ogóle wielu kompozytorów romantyzmu, jak choćby Schumanna). Nietrudno po piosenkach Joela wywnioskować, że i on sam uważa się za romantyka, więc i w jego repertuarze musiał znaleźć się nokturn. Ten gatunek może przybierać różne formy i daje sporą dowolność twórcy, jednak najważniejszy był w niej  klimat - melancholijny, ponury, smutny. Również i ten Billy'ego, zatytułowany po prostu Nocturne, urzeka gorzkim klimatem, ale i przepiękną melodią i kunsztem Joela, jako instrumentalisty.
Album kończy Got to Begin Again. Bez zaskoczenia - to kolejna raczej smutna i utrzymana w wolnym klimacie kompozycja. Tekstowo jednak, sporo tu nadziei na lepszą przyszłość, więc może jednak wyróżnia się czymś na tle reszty albumu? Tak czy siak, jest jednak tu co najmniej jedna wspólna cecha - wysoki poziom.


All the words have been spoken

And the prophecy fulfilled
But I just can’t decide where to go
Yes, it’s been quite a day
And I should go to sleep
But tomorrow I will wake up and I’ll know
That I’ve got to begin again
Though I don’t know how to start
Yes, I’ve got to begin again, and it’s hard



Przyznam się, że nie od razu pokochałem Cold Spring Harbor. Pierwsze podejście było zdecydowanie nieudane. Może wynikało to z tego, że oczekiwałem od Billy'ego Joela chwytliwych, żywiołowych kompozycji, które słyszałem w radiu. Gdy jednak zrobiłem drugie podejście, utonąłem i do dziś nie umiem się od tej płyty uwolnić. Album wypełniony jest przepięknymi, niebanalnymi kompozycjami, którym nie brakuje chwytliwych momentów, ale też po prostu szczerości w brzmieniu. Billy Joel, jak każdy początkujący muzyk, odkrył chyba, że o wiele łatwiej pisze się smutniejsze melodie, niż radosne. Krążek wypełniony jest więc nimi, ale na wyróżnienie zasługuje fakt, że żadna nie wchodzi w banał lub grafomanię. Również tekstowo mamy tu sporo szczerych i ujmujących momentów, które urzekają i potrafią chwycić za serce. Rozumiem frustrację Joela, gdy usłyszał tak zmasakrowaną wersję tych nagrań, bowiem to naprawdę bardzo dobry materiał, którego zbezczeszczenie powinno być uznane za przestępstwo. Może muzycznie nie ma tu zbyt odkrywczych rozwiązań, jednak całość ujmuje klimatem, szczerością i bezpretensjonalnością. Warto poświęcić czas na ten materiał, choć zaznaczam, nie jest on dla każdego. To piosenki do słuchania podczas nastrojowych wieczorów, lub w domowym zaciszu. Tę muzykę trzeba po prostu poczuć, nie wystarczy żeby grała gdzieś w tle, bo po prostu zasługuje ona na poświęcenie jej uwagi. W zamian za to potrafi odwdzięczyć się i to z nawiązką.

Ocena: 8/10


Cold Spring Harbor: 29:53

1. She's Got a Way - 2:51
2. You Can Make Me Free - 2:59
3. Everybody Loves You Now - 2:49
4. Why Judy Why - 2:58
5. Falling of the Rain - 2:38
6. Turn Around - 3:06
7. You Look So Good to Me - 2:29
8. Tomorrow Is Today - 4:40
9. Nocturne - 2:46
10. Got to Begin Again - 2:52

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...