Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2020

"ReLoad" - Metallica [Recenzja]


Jeszcze przed wydaniem Load nie było tajemnicą, że Metallica pracuje nad kilkudziesięcioma nowymi utworami. Muzycy trąbili o tym na prawo i lewo, jednocześnie zastanawiając się na głos, czy nie wyjdzie z tego dwupłytowy album. Tak się jednak nie stało. Muzycy zostali zaproszenie do udziału w objazdowym festiwalu Lollapalooza, więc nie starczyło im czasu, by wszystko dokończyć. Ostatecznie wydali tylko te utwory, które akurat były skończone. Tak właśnie powstał album Load. Wydając go jednak obiecali sobie, że po festiwalu wezmą się za resztę.
Po zakończeniu Lollapaloozy zrobili sobie miesiąc przerwy. Po tym czasie z powrotem weszli do studia, by dopracować rozgrzebane utwory w różnym stopniu ukończenia. Jak wielokrotnie podkreślali muzycy, nie były to odrzuty, bądź też utwory słabsze, a jedynie piosenki, którym sporo brakowało do finalnych sznytów. Wzięli się za nie więc teraz. Dłuższe rozstanie z tymi kompozycjami sprawiło, że mogli spojrzeć na nie świeższym okiem i dodać parę nowych pomysłów. Zdecydowali się kontynuować poszerzanie horyzontów, które rozpoczęli przy okazji Load. 
Sesje muzycy wspominają skrajnie różnie. James Newsted był zachwycony. Lars Ulrich twierdził, że była to mordęga. Po kilku miesiącach wyjechali do Europy na parę koncertów, a przy okazji dopracowali parę nagrań w tamtejszych studiach, m.in. nagrywając gościnne wokale Marianne Faithfull. To właśnie The Memory Remains, kompozycja z jej udziałem, została wydana jako pierwszy singiel zapowiadający album i stała się wielkim przebojem. Publiczność najwidoczniej pogodziła się już z myślą, że Metallika "się sprzedała".
ReLoad ukazał się 18 listopada 1997 roku, jednak sprzedawał się znacznie słabiej niż poprzednie albumy (co w sumie nie dziwi, bo od "Czarnego Albumu"  prawie każdy kolejny album aż do Death Magnetic zaliczał tendencję spadkową). Mimo kiepskich recenzji, muzycy byli zadowoleni z nowego materiału i chwalili go za zupełnie nowy kierunek w ich dotychczasowych nagraniach.

Fuel to bez wątpienia bardzo dobre otwarcie. Energiczne, naładowane powerem po brzegi, nieprzeholowane i, co najważniejsze, wcale nie tracące na chwytliwości. To jeden z najmocniejszych fragmentów płyty, a jednocześnie jeden z najbardziej pamiętanych, i wciąż wykonywanych regularnie podczas koncertów. Otwarcie i już mamy powód, by pokładać wiarę w Metallice, że a nuż odkują się po bardzo słabym Load.


Fuel is pumping engines
Burning hard, loose and clean
And I burn, churning my direction
Quench my thirst with gasoline
So give me fuel, give me fire
Give me that which I desire


Jeśli ktoś czyta tę recenzję, to zakładam, że zna tak podstawowe piosenki Metalliki jak For Whom teh Bell Tolls, Master of Puppets, Fade to Black, Enter Sandman, One, Nothing Else Matters czy The Memory Remains. Wobec tego chyba pominę sobie pisanie na temat tego ostatniego utworu, bo jest to rzecz ogólnie znana i przez jednych lubiana, przez innych mniej. Ja osobiście uwielbiam tę kompozycję. Nie zaskoczę chyba, jeśli powiem że najlepszym momentem jest dla mnie pierwsze wejście Marianne Faithfull, które nawet po dziesiątkach odtworzeń jest w stanie wywołać u mnie gęsią skórkę. Powalający i odpowiednio ciężki kawałek, który uzależnia od pierwszego przesłuchania i ciężko się od niego uwolnić.


Heavy rings hold cigarettes
Up to lips that time forgets
While the Hollywood sun sets behind your back

And can't the band play on?
Just listen, they play my song
Ash to ash
Dust to dust
Fade to black


Nieidealnie, ale jak najbardziej ekscytująco prezentuje się Devil's Dance. To utwór, który od pierwszych nut urzeka ciężarem, niskimi gitarami i znakomitymi wokalami Hetfielda. Jednak piosenka tak trwa i trwa, a wciąż nie ma jakiegoś rozładowania napięcia, przez co siedzimy 5 minut i czekamy na jakiś punkt kulminacyjny, który pozwoliłby nam nieco spuścić parę. A tak pozostaje wrażenie, że robione to było jakoś na pół gwizdka i na kolanie. Ktoś zapomniał dopisać jakichś porządnych refrenów, które wpadły by w ucho. Jeśli byłyby dobre, to można by utwór nazwać jednym z najlepszych. A tak jest średnio.


Snake, I am the snake
Tempting, that bite you take
Let me make your mind
Leave yourself behind
Be not afraid
I've got what you need
Hunger I will feed


James pewnego dnia kupił sobie nową gitarę i zaczął sobie coś na niej brzdąkać. W pewnym momencie zagrał motyw The Unforgiven z "Czarnego Albumu". Podczas gry przyszedł mu jednak do głowy pomysł na nieco inną linię melodyczną. Zaczął więc kombinować, jak by to przerobić, by nie kojarzyło się z The Unforgiven. W końcu uznał jednak, że ma to w nosie, i po prostu nazwał piosenkę: The Unforgiven II. W zasadzie, to piosenka poza tytułem nie ma nic wspólnego z poprzednikiem (może trochę początek). Przynajmniej muzycznie, gdyż tekstowo można traktować to spokojnie, jako kontynuację tamtej historii. Zła wiadomość jest taka, że nie dorównuje poprzedniczce. Dobra jest natomiast taka, że wstydu nie przynosi i można słuchać ją ze sporą dozą satysfakcji, mają uzasadnione poczucie, że oto Metallica wreszcie nagrała balladę, którą można włączyć w poczet jej najlepszych utworów tego rodzaju (tak bardzo po macoszemu potraktowanemu na Load).


Lay beside me, tell me what they've done
Speak the words I want to hear, to make my demons run
The door is locked now, but it's open if you're true
If you can understand the me, then I can understand the you

Lay beside me, under wicked sky
Through black of day, dark of night, we share this paralyze
The door cracks open, but there's no sun shining through
Black heart scarring darker still, but there's no sun shining through
No, there's no sun shining through


Czy Better Than You zasługuje na nagrodę Grammy? Moim zdaniem nie. A jednak ją dostał. Nie jest to pierwsza, ani nie ostatnia niezrozumiała dla mnie decyzja kapituły "muzycznych Oscarów". Jak dla mnie to po prostu banalny, motoryczny i dynamiczny kawałek w starym, dobrym stylu. Panowie grają z jajem, jak zwykli to czynić dawniej. Cieszy też solówka Hammetta, która pozwala przywołać w pamięci jego dawne wyczyny, porzucone nieco ostatnimi czasy na rzecz większych eksperymentów brzmieniowych. Jednak, kończąc temat Better Than You, jest to bez wątpienia kolejny bardzo udany utwór, acz nie wybitny. Starzy fani Metalliki mogą poczuć się jednak jak w domu, mimo dość małego natężenia trashu (żeby nie powiedzieć: zerowego).


Lock horns, I push and I strive
Some how I feel more alive
Bury the need for it
Bury the seed
Bury me deep when there's no will to be


Nudnawo robi się jednak przy Slither. To wyjątkowo banalny i mało interesujący utwór, w którym nie dzieje się absolutnie nic, by warto mu było poświęcić choćby nikłą uwagę. 


Don't go looking for snakes you might find them
Don't send your eyes to the sun you might blind them
Haven't I seen you here before?
There ain't no heroes here no more


Carpe Diem Baby ma u mnie zapewnione pierwsze miejsce. Przynajmniej w kategorii "Najdurniejszy Tytuł Piosenki Metalliki". Szkoda jednak, że nie mogę umieścić go na żadnej liście najlepszych utworów. To kolejny po Slither tak odtwórczy numer, a do tego tak cienki, że prawie przezroczysty. Dodatkowo rozciągnięty do granic możliwości, co sprawia że słuchanie go trwa wieki i jest prawdziwą męką.


So wash your face away with dirt
It don't feel good until it hurts
So take this world and shake it
Come squeeze and suck the day
Come carpe diem, baby


Bad Seed to kolejna niewarta uwagi kompozycja, która nie wnosi nic nowego, a wręcz irytuje mieleniem wciąż tych samych patentów.


Swing the noose again
Pierce the apple skin
You bit more than you need
Now you're choking
On a bad seed


Where the Wild Things Are mogłaby spokojnie znaleźć się na Load, bowiem jest to kolejna ballada, która po prostu wypada sztucznie, wymuszenie i mało interesująco. Ot, kolejna niemrawa pozycja, która stara się włączyć do panteonu najlepszych ballad Metalliki. Powiem tak: nie ma szans. (Chociaż grunge'owe zabarwienia wypadają wcale nieźle i jest to jedyna rzecz, która broni tę kompozycję przed byciem kolejną porażką na całej linii). 


Steal dreams and give to you
Shoplift a thought or two
All children touch the sun
Burn fingers one by one, by one

Will this earth be good to you?
Keep you clean or stain through?


Prince Charming w niczym nie przypomina ballady, jednak ma jedną cechę wspólną z Where the Wild Things Are, a mianowicie: jest totalnie wymuszona, niemrawa i irytująca swoją powtarzalnością, banalnością i sztampowością. Kolejny knot.


And he wants to be called "father" now, me again, me
The marks inside your arms spell me, spell only me
I'm the nothing face that plants the bomb and strolls away
I'm the one who doesn't look quite right as children play


Fajnie, że muzykom chciało się poszerzyć instrumentarium o skrzypce i lirę korbową. Gorzej, że zmarnowano to na tak mdłą i po prostu słabą balladę, jaką bez wątpienia jest Low Man's Lyric. Banał goni banał. Jakby tego było mało, rozciągnięto to do ponad siedmiu minut. Nie dość, że banał, to jeszcze nuda.


My eyes seek reality
My fingers seek my veins
There's a dog at your back step
He must come in from the rain
I fall cause I let go
The net below has rot away
So my eyes seek reality
And my fingers seek my veins


Nieco bardziej ożywczo wobec tego prezentuje się Attitude. Naprawdę, to jak powiew świeżości po kilkudziesięciu minutach męczarni. Nie czarujmy się, nie jest to jakiś wybitny numer, ale pozwala przypomnieć, że na początku ReLoad naprawdę się dobrze słuchało. Ma kopa, można się wciągnąć i naprawdę poczuć tę energię. Wreszcie coś godnego uwagi.


Just let me kill you for a while
Just let me kill you for a smile
Just let me kill you once for me
I'm bored to death


Metallica nigdy nie była mistrzem w tworzeniu długich, progresywnych kompozycji. Można więc łatwo wyobrazić sobie moją reakcję, gdy zobaczyłem, że Fixxxer trwa ponad 8 minut. Już Load kończyło dłużące się niemiłosiernie The Outlaw Torn. Podobnie, jak i tam, tak i tutaj jest to po prostu kawał wymuszonego, zdecydowanie za długiego grania pełnego schematów i banałów. Jedyne, co może się podobać, to ciężki riff, przywodzący na myśl Black Sabbath z lat 80. Jednak poza tym - szkoda czasu.


Dolls of voodoo all stuck with pins
One for each of us and our sins
So you lay us in a line
Push your pins they make us humble
Only you can tell in time
If we fall or merely stumble



Czy ReLoad to sequel słabego Load? Nie. Przynajmniej nie całkiem. Na wstępie zauważyć trzeba, ze jest to album o wiele lepiej brzmiący, a także bardziej zróżnicowany. Nie wypada przez to tak męcząco jak jednowymiarowe Load. I ta płyta jest jednak stanowczo, zdecydowanie za długa, przez co i tutaj w pewnym momencie pojawia się znużenie i ewidentne poczucie zmęczenia materiału. Pierwsze 5 utworów to dosłownie miód na moje uszy; przez parę chwil miałem wrażenie, że wróciła ta stara, dobra Metallica. Potem jednak panowie jakby tracą impet i zaczynają coraz bardziej popadać w sztampę i sprawdzone patenty. Tu i ówdzie pojawiają się jeszcze jakieś ciekawsze momenty, jednak są one na tyle okazjonalne, że nie warto nawet o nich wspominać (no, może oprócz niezłego Attitude). ReLoad to więc album taki sobie, któremu sporo zabrakło do tego, by móc określić go "słuchalnym". Owszem, można, ale trzeba liczyć się z bólem głowy i znużeniem, które i tak nadejdzie, prędzej czy później.

Ocena: 4/10


ReLoad: 76:02

1. Fuel - 4:20
2. The Memory Remains - 4:39
3. Devil's Dance - 5:19
4. The Unforgiven II - 6:36
5. Better Than You - 5:22
6. Slither - 5:13
7. Carpe Diem Baby - 6:12
8. Bad Seed - 4:05
9. Where the Wild Things Are - 6:53
10. Prince Charming - 6:05
11. Low Man's Lyric - 7:36
12. Attitude - 5:17
13. Fixxxer - 8:15

środa, 1 kwietnia 2020

"The Big Picture" - Elton John [Recenzja]


Dzieje The Big Picture rozpoczynają się dokładnie tam, gdzie kończy się Made In England. Z myślą o tym drugim albumie, Elton wraz z Berniem Taupinem napisali utwór Live Like Horses. Było już jednak za późno, by znalazł się na płycie, więc muzyk postanowił że wykorzysta go przy pierwszej możliwej okazji. Taka nadarzyła się w 1996 roku, gdy Luciano Pavarotti zaprosił Eltona Johna do zaśpiewania duetu. Razem nagrali więc Live Like Horses, a dochód ze sprzedaży singla poszedł na Bosnia Warchild Charity.
Album zawiera sporo orkiestrowych aranżacji, stworzonych przez klawiszowca Eltona, Guy'a Babylona i Anne Dudley. Jest to ostatni album muzyka wydany w tysiącleciu, a także ostatni produkowany przez Chrisa Thomasa, który pełnił to stanowisko na prawie każdej płycie, zaczynając od The Fox z 1981 roku. W wywiadzie w 2006 roku, Elton przyznał że The Big Picture to najmniej ulubiona płyta Berniego Taupina z ich całej wspólnej dyskografii (według Eltona na to niechlubne miano zasługuje Leather Jackets).
31 sierpnia 1997 roku, w wypadku samochodowym, ginie księżna Diana. Cała Wielka Brytania jest zdruzgotana. Nie mniej załamany jest Elton, który był bliskim przyjacielem Diany. Na pogrzebie wykonuje utwór Candle In the Wind 1997 - nową wersję swojego przeboju z 1973 roku, do którego Taupin napisał nowy tekst, by był hołdem złożonym księżnej. Pogrzeb - i wykonanie tej piosenki - ogląda cały kraj. Nic dziwnego, że gdy 13 września ukazuje się singiel z podwójną stroną A Something About the Way You Look Tonight/Candle In the Wind 1997, ludzie rzucają się do sklepów. Dzięki temu Elton został wpisany do księgi rekordów Guinessa. Singiel ten to najlepiej sprzedający się w formie fizycznej singiel po 1950 roku, a także drugi najlepiej sprzedający w historii (lepsze było tylko White Christmas Binga Crosby'ego).
Oprócz Live Like Horses i Something About the Way You Look Tonight płytę promowały jeszcze dwa single: Recover Your Soul i If the River Can Bend. The Big Picture ukazało się w sklepach 22 września 1997 roku i okazało się kolejnym wielkim sukcesem Eltona; trafiło na wysokie miejsca list przebojów, pokryło się złotem 6 razy, a platyną - 8.

Long Way from Happiness rozpoczyna się lekko nowoczesnym brzmieniem. Ale spokojnie, to kolejna przepiękna i wzruszająca ballada w stylu Eltona. Wiemy to definitywnie już od pierwszego wejścia wokali, które są tu bardzo szczere, oszczędne, a jednocześnie przepełnione emocjami. Szczególnie pięknie wybrzmiewa solo fortepianu w mostku, które zgrabnie przechodzi w kolejną zwrotkę. To jedna z najpiękniejszych i najwspanialszych piosenek na krążku, która na stałe ma szczególne miejsce w moim sercu. Szkoda, że nie została większym przebojem, jednak z perspektywy słuchacza, nie ma to najmniejszego znaczenia. Najważniejsze że ten utwór po prostu jest i wypada tak samo poruszająco i ujmująco przy każdym przesłuchaniu.

And there's no second guess
We take no second bets
Chances are we're a long way from happiness
Don't cover up the road to love
With words that can't express
The truth implies you're high and dry
And you're a long way from happiness

O Live Like Horses powiedziałem już co nieco we wstępie, więc nie będę się już powtarzać. Tutaj mamy solową wersję Eltona i, moim zdaniem, umieszczenie tu tego w takiej formie było dobrym wyborem, szczególnie że niezbyt przepadam za duetem John/Pavarotti. Moim zdaniem występ wybitnego tenora był tu nieco na siłę i jego wejście burzyło klimat, tak pięknie budowany od pierwszych dźwięków. W refrenach pojawia się spora dawka patosu ze smykami, ale do tego Elton zdążył już nas przyzwyczaić. Jeśli dla słuchacza nie jest to przeszkodą, to z pewnością Live Like Horses będzie dla niego udanym utworem. Ja takie zabiegi wręcz lubię - acz nie w przytłaczającej ilości - więc ta kompozycja to dla mnie kolejny przepiękny moment krążka.

Someday we'll live like horses
Free rein from your old iron fences
There's more ways than one to regain your senses
Break out the stalls and we'll live like horses

Wciąż udanie wypada także The End Will Come. Szczególnie warty uwagi jest kontrast między spokojnymi, wyciszonymi i melancholijnymi zwrotkami, a nagłym zrywem w głośniejszych i bardziej wybuchowych - choć wciąż utrzymanymi w średnim tempie - refrenach. Fakt, że największe wrażenie robi to przy pierwszym wejściu, na początku, a potem zaskoczenie jest już nieco mniejsze. Chris Thomas chyba zdawał sobie z tego sprawę, więc w drugiej zwrotce darował sobie już te efekty i prowadzi piosenkę prosto i płynnie. Szczególnie fajnie wypada też solówka fortepianu między drugim a trzecim refrenem. Kolejny kawałek na poziomie.

And so they say, the end will come for us
And so the world slows down to let us off
Just hang it up and let it go, accept it if I must
But I don't believe, I don't believe that the end will come for us
No I won't believe the end will come for us

Uczciwie przyznać jednak trzeba, że The End Will Come blednie przy wspaniałym If the River Can Bend. Na początku mamy kolejną fajną sztuczkę producencką z jakby przytłumionymi wokalizami Eltona, jednak już z wejściem zwrotki wszystko jest tradycyjnie. Prawdziwym zaskoczeniem są jednak dynamicznie i potężnie brzmiące refreny z gospelowym chórem. Najpotężniej dotychczas brzmiący utwór i jeden z moich faworytów pretendujących do miana mojego ulubionego utworu longplaya.

If the river can bend
I'll find you waiting
Home at last from the wild sea
All the twists and turns
We've made together
All the boats you rocked
With your harmony
If the river can bend

Nieco słabiej wypada natomiast nudnawe Love's Got a Lot To Answer For. W mostku mamy naprawdę piękną melodię, jednak poza tym, to raczej zachowawcza, nijaka i bezpieczna ballada. Przyjemna w słuchaniu, jednak nie zostająca z nami na dłużej.

All I need is darkness
The best of all protection
Freedom's like the stars in the sky
Alone and cold and burning
Each one keeps its distance
If only we were stars, you and I

Oh I guess I must have been dreaming
To think that I believed in you at all
Now I just can't fight it
As the shadow of the night begins to fall

Jeśli ktoś przyparłby mnie do ściany i kazał mi wybrać najbliższy mi utwór z The Big Picture, to z bolącym sercem musiałbym postawić właśnie Something About the Way You Look Tonight. To utwór, który przywołuje echa przebojowych, pięknych i rozbuchanych ballad Eltona z lat 70. To też największy przebój krążka, głównie dlatego, że znalazł się na jednym singlu wraz z Candle in the Wind 1997. Jakby nie było, jest to jednak drugi najlepiej sprzedający się singiel wszech czasów i, co by nie mówić, naprawdę bardzo dobry utwór. Bardzo melodyjne zwrotki gładko przechodzą w nieco bardziej dynamiczne, acz wciąż charakteryzujące się pewną delikatnością refreny, które wypadają nad wyraz urodziwie. Szczególnie zwrócić uwagę warto na dyskretny, nie narzucający się aranż orkiestrowy, który stanowi piękne dopełnienie dla utworu i świetny wokalny występ Eltona, zwłaszcza w zakończeniu, gdzie daje ponieść się emocjom i funduje nam znakomite wokalizy do wtóru z niemal gospelowym chórem. Rewelacyjna piosenka; darzę ją ogromnym sentymentem i bardzo często do niej wracam.

With a smile
You pull the deepest secrets from my heart
In all honesty
I'm speechless and I don't know where to start

And I can't explain
But it's something about the way you look tonight
Takes my breath away
It's that feeling I get about you, deep inside
And I can't describe
But it's something about the way you look tonight
Takes my breath away
The way you look tonight

Niczego nie brakuje także The Big Picture, a jednak ta piosenka jakoś nigdy szczególnie do mnie nie przemawiała. Tym razem kontrast między zwrotką a refrenem wydaje się nieco wymuszony i dodany trochę na siłę. Również słabo prezentuje się tu melodia, bo nie ma tu nawet na czym ucha zawiesić. Wokalnie i wykonawczo jest na bardzo dobrym poziomie, jednak zawiodła tu sama kompozycja, więc i sama piosenka wypada też niestety blado.

And tell me do I fit in the big picture
Do I have a shot at the big part
'Cause I've been up all night looking at the big picture
I've got some good lines for my big star

Wanna be your main man in the big picture
What a deal to get a part like this

Kolejnym przebojem płyty było Recover Your Soul, aczkolwiek - nie oszukujmy się - na listy weszło raczej siłą rozpędu po oszałamiającym sukcesie Something About the Way You Look Tonight/Candle in the Wind 1997. Nie znaczy to jednak, że piosenka jest słaba. Jak najbardziej trzyma poziom i wypada więcej niż przyzwoicie, jednak nie dorasta do pięt kilku wcześniejszym numerom. Przede wszystkim mamy tu naprawdę dobre wokale w refrenach; jednak zwrotki są zupełnie bezbarwne. Ale dla refrenów warto się z tą piosenką zapoznać. Niezły utwór.

Spare your heart, save your soul
Don't drag your love across the coals
Find you feet and your fortune can be told
Release, relax, let go
And hey now let's recover your soul

Dużo dzieje się też w January. Aż chciałoby się powiedzieć, że za dużo. To potężnie brzmiący, symfoniczny utwór z przewodnią rolą smyczków. Jednak, jak się bardziej w to słuchać, to nietrudno się zorientować, że ten aranż przykrywa spore niedostatki kompozycyjne. To kolejna raczej średnia melodia, która nie wpada w ucho, acz bardzo przyjemnie sączy się z głośników i daje sporo przyjemności ze słuchania. Jednak, niestety, nic więcej.

Must have been the right month
Must have been a good time
Must have counted every cloud in the sky that night
Every single glass of wine

Must have learned some home truths
Sitting in that cool grass
Must have counted every blade in that emerald field
Every shooting star that passed

Podobnie sprawa się ma z balladowym I Can't Steer My Heart Clear of You. Dużo się tu dzieje, jednak bardziej w przestrzeni formalnej, niż kompozycyjnej. Kolejna raczej mało ciekawa ballada.

No I can't steer my heart clear of you
It's the way it's been, ever since you sailed
Out of a storm and into view
And should I drift away, the compass holds the clue
You control the weather
And I can't steer my heart clear of you

Całkiem fajnie - acz do poziomu, który mieliśmy na początku, wciąż daleko - prezentuje się natomiast Wicked Dreams z wpadającym w ucho motywem. Niestety, całość jest zanadto przeprodukowana i ciężko wyłowić z tego jakąś wartościową i oryginalną melodię. Są jednak całkiem udane momenty, a sam utwór zamyka krążek poprawnie.

Don't disturb me if you dare
And join me if you have the nerve
I'll show you where the best of me has been
Behind my eyes I'll wait for you
Imagine just what we could do
Come join me in my wicked dreams


Serce mi się kraje przy wystawianiu oceny The Big Picture. To jedna z moich ulubionych płyt Eltona Johna, jednak poziom jest tu bardzo nierówny. Formalnie to jakby kontynuacja Made in England, jednak trochę jej brakuje do tej siły i klasy. Początek - pierwsze 4 piosenki - to naprawdę cios za ciosem. Potem jednak jest już różnie i ciężko powiedzieć, żeby płyta trzymała poziom. Jest tu sporo kompozycyjnych niewypałów, które starano się zamarkować połączeniem nieco bardziej nowoczesnego i symfonicznego brzmienia. Na pewno czuć tu, że Eltonowi naprawdę zależy. Wokalnie daje z siebie wszystko i zaproponował nam parę dobrych melodii. Niestety, jest ich za mało, by uznać The Big Picture za jednoznacznie wspaniałą płytę. Jest jednak naprawdę bardzo dobra, klimatyczna i przeznaczona głównie dla stałych słuchaczy Eltona. Jeśli ktoś nigdy nie trawił jego stylu, to ten album tego nie zmieni. Dla fanów i wielbicieli jego muzycznego talentu - takich jak ja - ta płyta to prawdziwa uczta. Z sentymentu chciałbym dać więcej, jednak - obiektywnie rzecz ujmując - nie jest to jednak aż tak dobra płyta, jak widzi ją moje serce do muzyki Eltona.

Ocena: 7/10


The Big Picture: 52:08

1. Long Way from Happiness - 4:47
2. Live Like Horses - 5:02
3. The End Will Come - 4:53
4. If the River Can Bend - 5:23
5. Love's Got a Lot to Answer For - 5:02
6. Something About the Way You Look Tonight - 5:09
7. The Big Picture - 3:45
8. Recover Your Soul - 5:18
9. January - 4:02
10. I Can't Setter My Heart Clear of You - 4:10
11. Wicked Dreams - 4:39

czwartek, 12 marca 2020

"Flaming Pie" - Paul McCartney [Recenzja]


Na kolejny solowy album McCartneya fani musieli czekać 4 lata. Jednak między Off the Ground a Flaming Pie stało się coś o wiele ważniejszego, co w sercach milionów fanów od lat wydawało się jedynie abstrakcją - zjednoczenie trzech Beatlesów. Paul McCartney, George Harrison i Ringo Starr ponownie zeszli się, by wypuścić w świat sześciopłytowe wydawnictwo pod zbiorczym tytułem Anthology (poprzedni tytuł, The Long And Winding Road, został zawetowany przez George'a, który nie chciał by rzecz Beatlesów nazywała się od piosenki Paula). Całość przyniosła kilka godzin prawdziwych rarytasów, czyli niewykorzystanych wersji piosenek Fab Four, nieudanych podejść w studiu, wczesnych szkiców, bądź też utworów nagranych ale ostatecznie nie wydanych z całego przekroju działalności zespołu. Prawdziwą sensacją okazały się jednak 2 całkowicie premierowe piosenki śpiewane przez całą czwórkę. Tak, czwórkę. Yoko Ono, spadkobierczyni dziedzictwa Lennona, chętnie przystała na pomysł z Anthology, a także wygrzebała z szuflady dwa wczesne szkice piosenek, które John napisał pod koniec życia i nagrał na kasety, z myślą o swoich solowych projektach. Paul, George i Ringo postanowili, że je dokończą i tak oto powstaną pierwsze nowe piosenki Beatlesów od 25 lat. Jakość nagrań była jednak bardzo słaba, więc Beatlesi uznali, że sami sobie nie poradzą i potrzebują producenta. Harrison zaproponował Jeffa Lynne'a, który był współtwórcą wielkiego sukcesu George'a, jakim był album Cloud Nine. Paul miał obawy co do tego, bo wiedział że Lynne zna już zarówno Harrisona jak i Ringo, więc może bardziej z nimi sympatyzować, a McCartney nie będzie miał prawa głosu. Jeff okazał się jednak wielkim fanem The Beatles, zachował obiektywizm i służył przede wszystkim muzyce. To głównie dzięki niemu piosenki Free As a Bird i Real Love okazały się takimi sukcesami artystycznymi, a ten pierwszy został naprawdę sporym przebojem i okrzyknięto go wielkim powrotem Beatlesów.
Jak łatwo się domyślić, wytwórnia nie radziła wówczas McCartneyowi wydawać nowego albumu, bo nie było tajemnicą, że w sprzedażowych wynikach nie ma szans, konkurując z The Beatles. Paulowi było też to na rękę, bo nie musiał martwić się nagrywaniem płyty, a więcej czasu mógł spędzać z Lindą, u której niedawno zdiagnozowano raka piersi. Paul nie chciał więc wyruszać w trasę koncertową, zamiast tego woląc spędzić czas ze swoją żoną. To właśnie w domowym zaciszu, przy Lindzie, zaczął tworzyć swój kolejny krążek, który jest określany jako "najcieplejsza płyta w jego karierze".
Chociaż piosenki na tę płytę powstawały już od dawna (Calico Skies powstało w 1991 roku, a Great Day - w 1992) pierwsze podejście do nagrania nowego albumu Paul podjął w lutym 1995 roku. O pomoc poprosił Jeffa Lynne'a, którego bardzo polubił podczas pracy nad Anthology i spodobała mu się współpraca. Lider Electric Light Orchestra, jako wielki fan Beatlesów, z radością wziął się do pracy. McCartney nie chciał jednak całkowicie poświęcić się pracy nad albumem, by nie tracić czasu, który mógłby spędzać z Lindą. Kolejne nagrania realizowane były więc dość sporadycznie w ciągu dwóch lat. Jako, że Jeff miał też inne zobowiązania, przy kilku piosenkach na stanowisku producenta zasiadł Steve Miller. Oprócz stanowiska producenta, Miller pojawił się też na płycie jako muzyk. W ogóle całe Flaming Pie to iście gwiazdorska obsada. Oprócz Paula i Millera mamy tu też m.in. Jeffa Lynne'a, George'a Martina, Ringo Starra, Lindę McCartney, a także Jamesa McCartneya - syna Paula.
Płyta okazała się wielkim przebojem na całym świecie, trafiając na poczesne miejsce na listach przebojów, a także w sumie 4-krotnie została odznaczona certyfikatem złotej. Została nawet nominowana do nagrody Grammy w kategorii Album of the Year, ale ostatecznie statuetkę otrzymał Bob Dylan za swoje Time Out of Mind. Ostatecznie jednak sprzedała się w ponad półtoramilionowym nakładzie, na co Paul z pewnością nie powinien narzekać. Została bardzo ciepło przyjęta i zebrała najlepsze recenzje od czasu Tug of War. Rok po premierze spotkała Paula jednak największa tragedia w jego życiu prywatnym - po długiej walce z rakiem zmarła Linda McCartney.  

Rozpoczynający całość refleksyjny The Song We Were Singing znakomicie wprowadza nas już w nastrój krążka. Przede wszystkim już od początku ujmuje nas ciepło samej kompozycji, bardzo dobra forma wokalna Paula i wpadający w ucho, delikatny refren. Cała piosenka jest bardzo stonowana, łagodna i przede wszystkim bardzo nostalgiczna. Paul jawi się tu ze swojej bardziej romantycznej strony. Można spekulować, czy wspomina tu czasy spędzone z Johnem, czy też może stanowić to rodzaj apostrofy do powoli umierającej Lindy, jednak nie ma to najmniejszego znaczenia. McCartney brzmi tu bardzo szczerze, co w kompozycjach tego typu jest najważniejsze. Bez prawdy byłoby to tylko grafomańskie stękanie. Paul jednak wypada bardzo przekonująco i ujmuje nas już od pierwszych dźwięków.

Take a sip, see the world through a glass
And speculate about the cosmic solution
To the sound, blue guitars
Caught up in philosophical discussion
Oh yeah

But we always came back to the song we were singing
At any particular time

The World Tonight było jedynym singlem z płyty wydanym w Stanach Zjednoczonych, a drugim w ogóle. Tutaj mamy już więcej bluesrockowej gitary i nieco mocniejsze dźwięki, aczkolwiek całość wciąż utrzymana jest w nieco bardziej refleksyjnym klimacie. Paul nie szczędzi nam jednak swoich ostrych, rockowych i zachrypniętych wokali; czujność uśpić mogą nie takie szybkie zwrotki z dość powściągliwym śpiewem McCartneya. Ex-Beatles profesjonalnie wydziera się jednak w refrenach, przekonując nas, że wciąż ma w sobie dość pasji i energii, by zaśpiewać tak przekonująco jak w Why Don't We Do It In the Road czy Helter Skelter 30 lat wcześniej. Bardzo dobry, dynamiczny i pure-rockowy utwór.

I don't care what you want to be
I go back so far I'm in front of me
It doesn't matter what they say
They're giving the game away

I can see the world tonight
Look into the future
See it in a different light
I can see the world tonight

If You Wanna to z pewnością kolejny dobry, rockowy utwór (w sam raz na prowadzenie samochodu), jednak wypada nieco słabiej od poprzednich dwóch. Wciąż to jednak bardzo fajny numer, który kojarzy mi się trochę ze stylem muzycznym Ringo. Nie trudno wyobrazić sobie też wokale Starra w miejscu Paula, gdyż McCartney śpiewa tu dość powściągliwie, bez specjalnego popisywania się lub bardziej przykuwających uwagę partii wokalnych. Sama piosenka też jakoś niespecjalnie ciągnie ku sobie, jednak jak leci, to słucha się jej naprawdę bardzo dobrze.

And if you wanna
If you wanna
If you wanna do it again
I'll take you to the coast for a holiday
You can be my guest
You can let me pay

Pierwszym prawdziwie powalającym utworem jest jednak hipnotyzujące Somedays. To niewyobrażalnie intymna, delikatna i szczera piosenka, w której Paul sięga po swoją najbardziej zniewalającą barwę. To głos człowieka zmęczonego życiem, który niejedno już przeszedł, aczkolwiek wciąż potrafi wykrzesać z siebie jeszcze energię, by powspominać stare dzieje i wyznać miłość swojej ukochanej. Warto zwrócić zdecydowanie uwagę na przepiękną oprawę orkiestrową, za którą odpowiedzialny jest tu George Martin. Sama piosenka jest bardzo prosta, jednak to właśnie w tym głównie drzemie jej siła i moc przekazu. Może jestem nieco bezkrytyczny, ale nie widzę w tej piosence żadnych wad. Wszystko tu po prostu jest na swoim miejscu.

Somedays I cry
I cry for those who live in fear
Somedays I don't
I don't remember why I'm here

No use reminding me, it's just the way it is
Who ran the race or came in first
Somedays I cry
I cry for those who fear the worst

Nad Young Boy Paul pracował już od dłuższego czasu, bowiem początki pracy nad nią sięgają 1994 roku. Dokończył ją dopiero przy okazji płyty nad tym albumem. Warto było czekać? Umiarkowanie, bowiem piosenka nie niesie ze sobą nic wyróżniającego, jednak charakteryzuje się sporą przyjemnością płynącą ze słuchania. Poza tym jednak nie sądzę, by zapaść miał komuś na dłużej w pamięć. Do zapomnienia.

He's just a young boy
Looking for a way to find love
It isn't easy, nothing you can say
Will help him find love
He's got to do it for himself
And it can take so long
He's just a young boy
Looking for a way to find love

Calico Skies to najwcześniej nagrana piosenka na płytę. Paul napisał ją podczas pobytu w Long Island. W sierpniu 1991 roku uderzył tam huragan Bob. McCartney, przerażony zniszczeniami, usiadł z gitarą akustyczną i zaczął coś tam brzdąkać. Jego celem było stworzenie ciepłej, optymistycznej piosenki, która mogłaby podnieść na duchu. Tak właśnie powstało Calico Skies. Całość została nagrana przez Paula (który zagrał na perkusji i akustyku i zaśpiewał) i wyprodukowana przez George'a Martina w trakcie jednodniowej sesji, 3 września 1992 roku. Piosenka do dziś jest najlepiej pamiętanym momentem krążka. Zgodnie z zamiarem Paula, jest to przepiękna, ciepła i rozbrajająca melodia, do której McCartney wyśpiewuje nieco naiwny tekst. Technika gry na gitarze, którą tu stosuje, przywodzi na myśl słynny Blackbird. Tak czy siak, utwór jest naprawdę udany, piękny, ciepły i stanowi jeden z lepszych momentów longplaya.

It was written that I would love you
From the moment I opened my eyes
And the morning when I first saw you
Gave me life under calico skies
I will hold you for as long as you like
I'll hold you for the rest of my life

Podczas pewnego wywiadu, dziennikarz spytał Beatlesów, skąd wzięła się nazwa zespołu. John Lennon był już nieco zmęczony pytaniami tego typu, więc postanowił, w typowy dla siebie sposób, zażartować z dziennikarza. Z kamienną twarzą powiedział: "Pewnego dnia mieliśmy wizję. Nawiedził nas mężczyzna stojący na płonącym ciastku i powiedział: Od tej pory będziecie nazywać się Beatles przez "ae"". 30 lat później McCartney śpiewa w swojej piosence: I'm the man of the flaming pie. Odniesienie do żartu Lennona, definitywnie rozstrzygające, kto odpowiedzialny jest za nazwę zespołu, czy tylko żartobliwe przypomnienie o poczuciu humoru Lennona? Tak czy inaczej, Flaming Pie przywodzić może wielki przebój The Beatles - Lady Madonna, głównie dzięki rockandrollowym partiom pianina, którego motyw wiodący wpada w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu. Cała piosenka powstała w trakcie improwizacji w studiu i zaczęła się właśnie od tego riffu, który przypadkiem wyszedł spod palców McCartneya. Na tym oparł głównie całą wesoła, optymistyczną piosenkę z zabawnymi chórkami i dynamicznymi wokalami. Piosenkę, dodajmy, jak najbardziej udaną.

I'm the man on the flaming pie
Now everything I do has a simple explenation
When I'm with you, you could do with a vacation
I took my brains out and streched 'em on the rack
Now I'm not so sure I'm ever gonna get 'em back

Zmieniamy nastrój przy kolejnym ciepłym i optymistycznym Heaven On a Sunday. Piosenka została napisana podczas rejsu statkiem, a jej nagrywanie z pewnością sprawiło Paulowi dużo przyjemności, tym bardziej że pojawia się tu jego syn - James McCartney - który gra na gitarze. Jamesa można usłyszeć tu także w chórkach, gdzie wspiera ojca razem ze swoją matką, Lindą. Sam utwór to kolejna, bardzo udana i delikatna kompozycja, z bardzo dobrym, zagranym z wyczuciem, solo gitarowym. 

Peaceful, like heaven on a Sunday
Wishful, not thinking what to do
We've been calling it love
But it's a dream we're going through

And if I only had one love
Yours would be the one I'd choose

I znowu robi się bardziej rockowo, a to za sprawą Used To Be Bad - duetu Paula ze Stevem Millerem. Piosenka jest niestety mało ciekawa, brak jej myśli przewodniej, i sprawia wrażenie, jakby był to jam, a nie pełnoprawny utwór. Zupełnie, jakby McCartney chciał wrzucić w to miejsce coś dynamicznego, ale nie miał za bardzo co, więc wrzucił cokolwiek. Wielka szkoda.

Well, no matter what you say
No matter what you do
You got one life to live
It's gonna come back home to you
I used to be bad
But I don't have to be bad no more
Yeah people, I learned my lesson
A long, long time ago

Niewiele lepiej wypada balladowe Souvenir, jednak nie jest to wciąż jeszcze jakiś zniewalający poziom. Utwór zdecydowanie nie może równać się z poprzednimi piosenkami tego typu, jednak słucha się tego naprawdę przyjemnie i sama kompozycja potrafi skutecznie zahipnotyzować i wciągnąć bez reszty. Magia jest jednak chwilowa, bo po zakończeniu piosenki - kompletnie ją zapominamy.

When you're fed up shedding too many tears
And your memories seem like just so many souvenirs
I will come to you to ease your pain

If you want me, tell me now
If I can be of any help, tell me how
Let me love you like a friend
Evrything is gonna come right in the end

Little Willow to piękne i szczere pożegnanie, które Paul napisał po śmierci Maureen Starkey - pierwszej żony Ringo. Jest to hołd jak najbardziej satysfakcjonujący muzycznie i otaczający słuchacza swoją ciepłą aurą. Przepiękne.

Sleep little willow
Peace gonna follow
Time will heal your wounds

Grow to the heavens
Now and forever
Always come too soon

Dzień po nagraniu Beautiful Night, w studiu Paula pojawili się Ringo Starr i Jeff Lynne. Dobyli instrumentów i zaczęli improwizować. Tak właśnie powstało Really Love You. I, trzeba to podkreślić na samym początku, całość brzmi bardzo garażowo, i tak jakby McCartney po prostu zarejestrował ten jam session i nie chciał już tu nic poprawiać. Piosenka nie wydaje się jakoś specjalnie przemyślana, a sprawia wręcz wrażenie czystej improwizacji. Nie jest to złe, ale też nie ma co się zachwycać.

Well I need you
Through the night
When morning comes
I love the light
But in the night-time
The dark is black
Come on baby
You got to help me back

Beautiful Night to mój ulubiony utwór na płycie. Paul zaczął pracę nad nim już w latach 80., z myślą o nagrywanym wówczas albumie Return To Pepperland. Wtedy też powstała pierwsza wersja tej piosenki. Ostatecznie jednak McCartney porzucił projekt, a, co za tym idzie, także i piosenkę. Przypomniał sobie o niej jednak przy nagrywaniu Flaming Pie i chwała mu za to. Za perkusją zasiadł Ringo Starr, a orkiestrową aranżację przygotował nie kto inny, jak George Martin. Całość oparta jest jednak głównie na wokalach Paula i jego prostym, acz chwytliwym fortepianie. W refrenach mamy znakomitą ekspozycję orkiestry, jednak uwielbiam też ten nagły zryw pod koniec, gdzie orkiestra wręcz nas przytłacza (w dobrym tego słowa znaczeniu), a do jej wtóru mamy znakomite solo gitarowe i chwytliwe wokale. Świetna piosenka, zdecydowanie nie do jednego przesłuchania.

Some boat's on the ocean
We're here in this room
Seems to me the perfect way to spend an afternoon
We can look for castles, pretty castles in the sky
No more wondering, wondering why

Things can go wrong, things can go right
Things can go bump in the dead of the night
So let me be there, let me be there
Let me be there with you in the dead of the night

Całość kończymy krótką, dwuminutową miniaturką, Great Day. Piosenka została napisana w 1992 roku (choć, według niektórych źródeł, jej wczesne szkice sięgają nawet roku 1970). Jest to zdecydowanie rzecz udana, choć tak króciutka. Piękne, wysokie wokale Paula i ogólnie pozytywny wydźwięk kompozycji kończą ten przepiękny longplay z klasą.

When you're wide awake
Say it for goodness sake
It's gonna be a great day
While you're standing there
Get up and grab a chair
It's gonna be a great day

And it won't be long, oh no


Nie bez powodu tyle razy w tej recenzji padły takie określenia jak "ciepły", "stonowany", "intymny" czy "refleksyjny". Na dobrą sprawę mógłbym je wszystkie teraz powtórzyć i mielibyśmy już gotową recenzję Flaming Pie. Taki to album. Słychać, że Paul stworzył to bardziej z nudów i potrzeby podzielenia się nową muzyką, niż w wyniku zobowiązań czy przymuszenia. Nagrał tu tylko to, co chciał, co odzwierciedlałoby jego ówczesny stan ducha. W efekcie powstała płyta bardzo domowa i.... no tak, ciepła. Mamy tu sporo refleksji nad minionymi czasami, nad miłością, nad drugą osobą, ale także sporo nadziei na udaną przyszłość. Spędzone kilka lat w domu przy Lindze i dzieciach z pewnością miało na to niemały wpływ, gdyż McCartney nagrał wreszcie longplay nie w przerwie między jednym projektem a drugim, a po prostu usiadł, napisał i nagrał to, na co miał akurat ochotę i nastrój. I to czuć, że Paul, nagrywając ten album, zastosował sobie pewnego rodzaju terapię, dzięki której miał poradzić sobie z tragiczną sytuacją, w obliczu której stanął. Mimo iż longplay jest dość nierówny i zdarzają się tu piosenki słabe, to ogólnie oceniam ten album bardzo dobrze. Głównie za niepowtarzalny klimat, który się nad nim unosi, ale przede wszystkim, za naprawdę piękne piosenki, które - co by nie mówić - udały się McCartneyowi. Przy pierwszym przesłuchaniu płyta może nie tak wciągnąć, więc trzeba dać jej szansę, jednak po wgryzieniu się, materiał tu zgromadzony, wynagradza spędzony z nim czas i uzależnia, sprawiając że chce się do tego albumu wciąż wracać i wracać.

Ocena: 8/10


Flaming Pie: 53:47

1. The Song We Were Singing - 3:55
2. The World Tonight - 4:06
3. If You Wanna - 4:38
4. Somedays - 4:15
5. Young Boy - 3:54
6. Calico Skies - 2:32
7. Flaming Pie - 2:30
8. Heaven on a Sunday - 4:27
9. Used to Be Bad - 4:12
10. Souvenir - 3:41
11. Little Willow - 2:58
12. Really Love You - 5:18
13. Beautiful Night - 5:09
14. Great Day - 2:09

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...