Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wings. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wings. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2019

"Back To the Egg" - Wings [Recenzja]


To musiało kiedyś nastąpić. Ostatni album Wings.
Słynący z dziwnych pomysłów odnośnie miejsc nagrywania albumów, Paul zwołał muzyków do Szkocji, na swoją farmę. Jednak nagrywanie w dobrze znanym miejscu szybko mu się znudziło i cała ekipa przeniosła się na teren zamku, bowiem McCartneyowi bardzo zależało na atmosferze chłodu i mroku, które w jego umyśle charakteryzowały najpewniej tylko stare, opuszczone zamki. Część materiału nagrano także poza terenem fosy. Czemu? Tylko Paul wie. Muzycy, zmęczeni tymi dziwactwami ex-Beatlesa, z ulgą przyjęli wiadomość, że resztę nagrywać będą w Abbey Road. W całości album nagrano w drugiej połowie 1978 roku.
McCartney podkradł od Ringo Starra pomysł na gwiazdorską obsadę krążka, w wyniku czego Back To the Egg reprezentuje naprawdę godna pozazdroszczenia plejada gwiazd. Zagrali tu bowiem m.in. Pete Townshend (gitara i główny autor materiału zespołu The Who) John Paul Jones i John Bohnam (sekcja rytmiczna Led Zeppelin), Ray Cooper (jeden z najlepszych perkusistów na świecie, grał m.in. w zespole Eltona Johna), a także David Gilmour (jeden z najwybitniejszych gitarzystów wszech czasów, filar zespołu Pink Floyd). Pojawili się na dwóch utworach (Rockestra Theme i So Glad To See You Here), z czego jeden z nich (ten pierwszy) zdobył nagrodę Grammy za Najlepsze Rockowe Wykonanie.
Szkoda, że jednak sam zespół Wings był już w rozsypce. Grupę opuścili bowiem Joe English (wyjechał do rodziny) i Jimmy McCulloch (założył własny zespół). Jakby tego było mało, muzycy postanowili publicznie zmieszać z błotem byłych współpracowników, bowiem podczas wywiadów szerzyli opinię, że Denny Laine nie umie śpiewać, Linda McCartney nie zna się ani na graniu ani na śpiewaniu, a Paul to dusigrosz, który skąpił im wynagrodzenia. McCartney wziął to do serca i werbując nowych członków Wings, tym razem ich stałe wynagrodzenie zostało spisane w formie kontraktu (a nie, jak wcześniej, na zasadzie: "ile zarobimy, tyle podzielę").
Sam album został mocno skrytykowany przez opinię publiczną, jednak sam twórca staje w jego obronie, twierdząc że to jedna z jego ulubionych płyt. W obronie materiału stawali też m.in. David Bowie czy Paul Simon. Płyta radziła sobie, pod kątem sprzedaży, jeszcze gorzej niż London Town. Na pewno wpływ na to miała też nieudana trasa koncertowa. Po wydaniu płyty, Paul miał zamiar pod koniec 1978 roku pojechać do Anglii, a na początku 1979 do Japonii. Na początku wszystko szło jak po maśle, jednak na lotnisku w Japonii, podczas szczegółowego przeszukania, w walizce McCartneya znaleziono niemałe ilości marihuany. Ex-Beatles trafił przez to do więzienia, a potem został deportowany.


Płytę rozpoczyna nieco ponad minutowe interludium - Reception. Jest to rzecz bez wątpienia ciekawa; obok funkującego basu pojawiają się tu bowiem hipnotyzujące syntezatory.
Pierwszym pełnoprawnym utworem jest jednak Getting Closer. Jest to mocny, rockowy, wpadający w ucho otwieracz pierwszej wody. Wokale Paula brzmią tu zdecydowanie bardziej przekonująco niż na całym London Town. Mimo, że całość jest zachowawcza, to wypada to więcej niż dobrze.

Say you don't love him
My salamander
Why do you need him
Oh no, don't answer
On no I'm getting closer
I'm getting closer
To your heart

We're Open Tonight można by potraktować jako spadek formy, gdyby była to pełnoprawna piosenka. Na szczęście jest to jednak niespełna półtoraminutowy przerywnik, który ma na celu nieco nas uspokoić po zabójczym Getting Closer. Piosenkę otwiera delikatny i przyjemny motyw na akustyku. Następnie wchodzi delikatny wokal McCartneya. W większej dawce by to nudziło (o ile nie doczekałoby się jakiegoś rozwinięcia), jednak w takiej formie wypada bardzo przyjemnie i może przywoływać delikatnie echa London Town.

We're open tonight for fun
So bring all your friends come on
We're open tonight come one, come all
We're opening all our doors
We're clearing back all the floors
We're open tonight come one, come all

Spin It On to już jednak powrót do ostrzejszego grania. Całość to pełnoprawny rocker z prawdziwego zdarzenia, którego nie powstydziłoby się Led Zeppelin. Ten numer można uznać za odpowiedź Paula na zjawisko punk rocka, co już określa w jakim nastroju jest to utrzymane. Zabójcze gitary, znakomita sekcja rytmiczna i wokal McCartneya, który z nieco leniwego śpiewu potrafi nagle zaczął się wydzierać w refrenach, że aż skóra cierpnie. Kolejny znakomity kawałek.

This is it
Spin it on
By yourself (don't stop)
Take it back
To the top
'Cause I've got
Another lot
Of love for you
(That's why) I wanna spin it on
Spin it on

Again And Again And Again to już rzecz, która ma przywoływać ducha poprzednich albumów Paula. Spokojnie znalazłoby się na nią miejsce na Venus And Mars czy Wings At the Speed of Sound. Może dlatego, że odpowiedzialny za nią jest Denny Laine. On też przejmuje tutaj mikrofon i trzeba przyznać, że rehabilituje się nieco po wyjątkowo słabych występach na London Town. Mamy tutaj bardzo przyjemną rzecz z wpadającym w ucho motywem, a Laine śpiewa nawet całkiem przyzwoicie. Fajny kontrast dla otaczających go Spin It On i Old Siam Sir. Podkreśla różnorodność materiału.

Winter time is a coming now
Give me a sign if you can somehow
Make it clear where you're heading for
Will I see you someday at my door

Taking it all into consideration
Love's a game I never win
I've been in very similar situations
Again and again and again


Old Siam Sir to już z kolei coś z pogranicza nawet hard rocka. Rozpoczyna go ciężki jak walec riff. Łagodzą go nieco wysokie klawisze, jednak mimo to już sam początek nieźle buja. Z wejściem wokalu jest jeszcze lepiej, bowiem Paul sięga tu po swoją charakterystyczną zadziorną chrypę. Co prawda refren nie zapada specjalnie w pamięć, ale za to zwrotki wszystko wynagradzają. Piosenka ani na chwilę nie odpuszcza i absolutnie nie czuć dłużyzny w tych ponad czterech minutach.

In a village in
Old Siam Sir
Lived a lady
Who lost her way
In an effort
To find a man, sir
She found herself
In the old U.K.

Najlepszym utworem albumu okazuje się jednak kończący stronę A (o nazwie Sunny Side Up) Arrow Through Me. Rzecz zdecydowanie lżejsza od poprzedników, ale muzycznie znajdująca się od nich też o klasę wyżej. Piosenka przypominać może nieco Steviego Wondera z czasów Innervisions. Perfekcyjny bas i wywołujące ekstazę dęciaki. Całość niemiłosiernie funkuje, a sam McCartney daje tu jeden ze swoich najwspanialszych wokalnych popisów znakomicie stopniując napięcie (coś jak Why Don't We Do It In the Road z Anthology 3). Zresztą, co ja będę mówił, tego po prostu trzeba posłuchać, bo zdecydowanie warto. Niestety jest to dzisiaj jeden z najbardziej zapomnianych kawałków Paula, a według mnie niczym nie ustępuje takim Mull of Kintyre czy Another Day.

Ooh baby you couldn't
Have done a worse thing to me
Id you'd have taken an arrow
And run it right through me
Ooh baby a bird in the hand
Is worth two flying
But when it came to love
I knew you'd be lying


Stronę B longplaya (nazwaną przez Paula Over Easy otwiera utwór w iście gwiazdorskiej obsadzie: Rockestra Theme. Całość to rzecz instrumentalna, jednak jak najbardziej godna uwagi. Jest to efekt nieograniczonej wyobraźni Paula, który, podczas wizyty w operze, wyobraził sobie co by to było, gdyby tak samo jak muzycy klasyczni, zebrali się muzycy rockowi z gitarami i zaczęli grać wszyscy naraz. W jego głowie naraz narodził się pomysł na zebranie takiej gwiazdorskiej ekipy, a całość nazwał Rockestra. Melodia jest tu nieco jednostajna, jednak efekt robi wrażenie. Potężne brzmienie gitar, perkusji, przerywany co jakiś czas krótkimi okrzykami. Nie dziwi uhonorowanie tego nagrania nagrodą Grammy. Majstersztyk.
Uspokoić nieco może nas To You. Jest to najbardziej zachowawczy utwór na płycie, jednak trzymający mimo wszystko poziom. Szkoda tylko, że melodia nie jest zbyt oryginalna i żaden element z tej piosenki nie potrafi zaczepić się o ucho. Najsłabsza rzecz na płycie, jednak nie obniżająca poziomu.

Well if the same
Thing happened to you
Will you still
Put me through
What you
Put me through
If it happened to you
What if it happened to you

Nadzwyczaj interesująco wypada jednak After the Ball/Million Miles. W rzeczy samej, są to dwa połączone ze sobą utwory, jednak ten drugi ujawnia się dopiero pod koniec. Zdecydowana większość tego czterominutowego numeru to After the Ball. Jest to daleki kuzyn utworów typu My Love czy też Treat Her Gently (Lonely Old People). Jest to bowiem wybuchowa ballada oparta na fortepianie i znakomitych wokalach Paula. Stopniowo dochodzą do tego bombastyczna sekcja rytmiczna i gitara, ze znakomitą (najlepszą na płycie) solówką. Million Miles oparte jest natomiast na dźwiękach koncertyny, na której zagrał sam Paul. Okazuje się, że na jednym instrumencie o dość jednostajnym brzmieniu można oprzeć te 1,5-2 minuty. Znakomity utwór (czy właściwie dwa w jednym).

Well I arrived, looked around
But the room was full of strangers
Nowhere was a friendly face to be found

Later on I awoke, but the party it was over
There you were waiting to bring me round

Drugi medley utrzymany jest już jednak w zupełnie innym klimacie. Winter Rose/Love Awake to bowiem rzecz niezwykle mroczna, tajemnicza i klimatyczna. Całość znakomicie trzyma w ryzach klawesyn, za którym zasiadł Paul. Gwałtowne przejście do Love Awake zaliczyć muszę jednak na minus. Zero w tym polotu i klasy. Rozumiem, że może to trochę usprawiedliwiać zapis tytułu, jednak dało się to jakoś zrobić porządnie przy Medley z Red Rose Speedway, czy nawet przy poprzedzającym After the Ball/Million Miles. Tutaj jest to zrobione bez wyczucia. Co do samej kompozycji, to jest na pewno całkiem zgrabna i gdyby było tu lepsze przejście, to idealnie by się zazębiała z Winter Rose. Niestety Paul to spieprzył, a szkoda.

All through the summer I have followed you around
Bringing a rose for the Winter that's coming
Now the snow is on the ground

The Broadcast to kolejny instrumentalny kawałek, zdający się nawiązywać do interludium Reception. Ten wystylizowany został na wyrwany żywcem z radia monolog. Nieszkodliwe, ale nie bardzo rozumiem sens umieszczania tu czegoś takiego.
No chyba, że miało to nas nieco wyciszyć przed potężnym ciosem o nazwie: So Glad To See You Here. Jest to bowiem kolejny rockowy wykop pełną gębą. To drugi utwór zarejestrowany w gwiazdorskiej obsadzie i zdecydowanie brzmi niemniej potężnie i majestatycznie od Rockestra Theme. Tutaj dodatkowo dochodzi jednak krzyczący prosto z trzewi Paul, co współgra więcej niż znakomicie. Perfekcyjny utwór. Mało kto spodziewałby się po McCartneyu takich ciosów. Pojawia się tu też repryza We're Open Tonight, co podkreślać ma spójność materiału.

Someone's gonna show tonight
Someone's gotta go tonight
Someone roll your blind
Someone turn your mind
Someone lift your eyes up
And lean in towards the light

To dopiero nazywa się nietypowe zakończenie. Po surowym, chłodnym i rockowym krążku na koniec Paul serwuje nam Baby's Request, które spokojnie mogłoby być jednym ze sztandarowych utworów wykonywanych przez Franka Sinatrę czy Tony'ego Bennetta. Oczywiście poziom jest wciąż wysoki. Całość cudownie odpręża i zawiera jedną z najlepszych melodii w repertuarze Paula (który zresztą wrócił do niej po wielu latach, włączając jej odświeżoną wersję w skład rozszerzonej edycji albumu Kisses On the Bottom w 2012 roku). Niespodziewane zakończenie. I niespodziewanie dobre, mimo tak znaczącego kontrastu w konfrontacji z resztą materiału.

When the moon lays
His head on a pillow
And the stars settle
Down for a rest
Just do me one small favour
I bed you
Please play me
My baby's request


Po sporych sukcesach Red Rose Speedway, Band On the Run i Venus And Mars, umiarkowanym Wings At the Speed of Sound i komercyjnej porażce London Town, Paul zdecydował się obrać zupełnie nowy kierunek. Skierował się bardziej w stronę rocka niż wysoko jakościowego popu. Muzyce wyszło to zdecydowanie na dobre. Na Back To the Egg Paul łapie bowiem wiatr w żagle. Kompozycje są na równym poziomie, całość ma spójną produkcję, a poszczególne kompozycje znakomicie się ze sobą zazębiają. Tak mocnego i rockowego krążka Paul chyba dotychczas nie nagrał (potem zdarzyło mu się powtórzyć ten wyczyn przy Run Devil Run lub przy Electric Arguments). Według mnie jest najbardziej niesłusznie niedoceniony krążek z całej kariery McCartneya. Zasługuje bowiem na uwagę choćby przez swój niespotykany w swojej twórczości charakter, ale i uwagę należy tu zwrócić na zabójcze kompozycje. Godne pożegnanie zespołu Wings.

Ocena: 7/10


Back to the Egg: 42:01

1. Reception - 1:08
2. Getting Closer - 3:22
3. We're Open Tonight - 1:28
4. Spin It On - 2:12
5. Again and Again and Again - 3:34
6. Old Siam, Sir - 4:11
7. Arrow Through Me - 3:37
8. Rockestra Theme - 2:35
9. To You - 3:12
10. After the Ball/Million Miles - 4:00
11. Winter Rose/Love Awake - 4:58
12. The Broadcast - 1:30
13. So Glad to See You Here - 3:20
14. Baby's Request - 2:49

poniedziałek, 18 listopada 2019

"London Town" - Wings [Recenzja]


Po gigantycznych sukcesach albumów Band On the Run, Venus And Mars i Wings At the Speed of Sound, a także trasy Wings Over America, Paul McCartney ostrzył sobie zęby na więcej. W lutym 1977 roku zaczął więc nagrywanie pod kątem wydania nowego albumu. Wingsi mieli nawet ruszyć w trasę, ale okazało się wtedy, że Linda McCartney jest w ciąży, więc Paul odwołał serię koncertów.
Jako że McCartney lubił nagrywać w ekscentrycznych warunkach, wynajął kilka łodzi cumujących na Wyspach Dziewiczych. Na jednym zamieszkał on z Lindą i rodziną, na jednym urządzono prowizoryczne studio nagraniowe, a resztę zajął zespół wraz z ekipą. Oprócz kilku piosenek nagranych w "prawdziwym studiu" resztę nagrań rejestrowano na pokładach, pod gołym niebem. Nie mogło to oczywiście obyć się bez konsekwencji: Denny Laine doznał udaru słonecznego, a inżynier dźwięku został porażony prądem. 
Przed nagraniami zespół Wings wypuścił singiel Mull of Kintyre. Piosenka stała się światowym megahitem, sprzedażowo pobijając nawet największy komercyjny sukces zespołu The Beatles, czyli utwór She Loves You. Paul nie czekał długo i wkrótce potem (a dokładnie 31 marca 1978 roku) wydał longplay zatytułowany London Town (chociaż pierwotnie nazwa miała brzmieć Water Wings) z czarno-białą okładką, na której znajdowali się McCartneyowie oraz Denny Laine na tle Tower of Bridge. Pozostali latem zrezygnowali bowiem z grania w zespole Wings (Joe English wyjechał do rodziny, a Jimmy McCulloch dołączył do zespołu Small Faces).

Album otwiera utwór tytułowy. London Town był również trzecim z trzech singli promujących płytę. Trafił na parę chwil na niskie pozycje na listach przebojów, ale za długo tam nie przetrwał. Ciężko się dziwić, bowiem to tylko miałka balladka bez wyrazu. Mamy tu niezłe wokale Paula (ale to już oczywistość) i przyjemny klimacik, jednak całość jest nazbyt przesłodzona i nie potrafi zaczepić się o ucho, tak by zapaść w pamięć na dłużej niż 4 minuty jej trwania. Mamy tu niby nagły gitarowy zryw pod koniec piosenki, ale jest on nazbyt bałaganiarski i kończy się zanim zdążymy w ogóle go zauważyć. Także utwór otwiera płytę może i udanie, ale sam jest raczej do zapomnienia.

Silver rain was falling down
Upon the dirty ground of London Town

People pass me by on my imaginary street
Ordinary people it's impossible to meet
Holding conversations that are always incomplete
Well, I don't know

Oh where are the places to go
Someone somewhere has to know
I don't know

Cafe On the Left Bank to już jednak rzecz zdecydowanie żywsza i lepsza. Nie jest to może rewelacja, ale słucha się z tego z prawdziwą przyjemnością. Można odczuć tu delikatną nutę disco, ale umiejętnie została tutaj połączona z soft rockiem. Słowem: ten jeden utwór wypada lepiej niż cały album Ringo the 4th, na którym perkusista The Beatles starał się połączyć oba te gatunki.

Dancing after midnight, sprawling to the car
Continental breakfast in the bar
English-speaking people drinking German beer
Talking far too loud for their ears

Cafe on the left bank, ordinary wine
Touching all the girl with your eyes

I'm Carrying to z kolei całkiem bezbarwna ballada. Paul znakomicie gra na gitarze akustycznej, a jego wokal brzmi nadzwyczaj lekko, jednak melodia jest za słodka, a tekst grafomański. Szkoda zmarnowanego potencjału, bo jakby dłużej nad tym posiedzieć, to może wyszłoby z tego coś wartego uwagi.

Long time no see baby, sure has been a while
And if my reappearance lacks a sense of style
I'm carrying, something
I'm carrying, something for you

Backwards Traveller to króciutki, nieco ponad minutowy przerywnik. Ciężko o nim znowu cokolwiek napisać, poza tym że po prostu jest kolejnym elementem tej całkowicie bezbarwnej strony A (jak i całego longplaya zresztą). 

Hed, did you know that I'm
Always going back in time
Rhyming slang, auld lang syne my dears
Through the years

Przechodzi jednak gładko w oparty na syntezatorach instrumentalny Cuff Link. Sporą krzywdę zrobiło mu to, że jeden motyw rozciągnięty został do prawie dwóch minut. Przez to rzecz niemiłosiernie nudzi i zamiast wprowadzić ciekawe urozmaicenie, po prostu drażni.
Całkiem przyjemnym, delikatnym motywem rozpoczyna się natomiast Children Children śpiewane przez Laine'a. Niestety delikatność robi się drażniąca, a prostota aż kłuje po oczach. Okropnie to naiwne i nieprzyjemne.

I know a tiny waterfall
A magic little place
Where we can play together
And watch this fishes race

Children children where are you
Hiding in the forest playing in the rain
I hope you're not too far away
For me to see again

Docelowo Girlfriend pisane było dla innego artysty, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii muzyki popularnej, a mianowicie Michaela Jacksona, który rozstawał się wówczas ze swoim rodzinnym zespołem The Jacksons (a przed zmianą wytwórni The Jackson 5) i rozpoczynał karierę solową. Jackson w 1979 wydał swój przełomowy album Off the Wall, na którym scoverował ów utwór McCartneya. Mimo, że został wydany nawet jako singiel, był tam najsłabszym ogniwem. A jak to wypada na London Town? Otóż naiwność utworu w otoczeniu tak bezbarwnej melodii wydaje się zaskakująco ujmująca i naprawdę może się podobać. Zwłaszcza dzięki znakomitemu solo gitarowemu i rockowemu przyspieszeniu w łączniku. Świetna rzecz.

Girlfriend I'm gonna show your boyfriend
Show him the letters I've been saving
Show him how you feel inside
Then our love couldn't be denied
And we're gonna have to tell him
You'll gonna be a girlfriend of mine

Kończący stronę A I've Had Enough to całkiem udany przyspieszacz. Fajne gitary, chwytliwa linia wokalna i w ogóle fajnie to buja. Udało się to Wingsom, aczkolwiek o rewelacji absolutnie nie może jeszcze być mowy. Po prostu zgrabnie to wypada.

I earn the money and you take it away
When I don't know where you're from
I should be worried but they say
It'll pay for a bomb

Stronę B otwiera największy przebój albumu, czyli With a Little Luck. Czy zasłużenie? Trudno powiedzieć, bo jak dla mnie ten numer absolutnie niczym nie wyróżnia się z tego peletonu. Owszem, melodia jest nad wyraz urokliwa i nieprzesłodzona, co Paulowi wcale nie tak często się na tym longplayu udało, ale nie widzę tu na tyle zalet, by uznać to za wybitnie wyróżniający się numer. Jest po prostu w porządku i fajnie chwytliwy, więc nie dziwi mnie wybranie go na singiel, jednak poziomem daleko mu do innych wielkich singlowych przebojów ex-Beatlesa.

With a little luck we can help it out
We can make this whole damn thing work out
With a little love we can lay it down
Can't you feel the town exploding?

There is no end to what we can do together
There is no end
The willow turns his back on inclement weather
And if he can do it, we can do it, just me and you

Famous Groupies ma najwięcej charakteru na całej tej płycie. Mamy chłodny, rockowy podkład, pobrzmiewającą harmonijkę, narzucające się syntezatory i zadziorny wokal Paula. Bardzo dobra rzecz.

There was a lead guitarist
Who lived in Epping Forest
And all he ever wanted was to blow
When the girls were with him
He never lost his rhythm
And nobody knows what the famous groupies know
Nobody goes where the famous groupies go

W Deliver Your Children rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Denny Laine i ponownie mamy tu do czynienia z bardzo słabym utworem. Nawet nie zauważyłem, kiedy tak przeleciał mi między uszami. Nie zaabsorbował mnie nawet do tego stopnia, by chcieć tego posłuchać. Słabo.

Deliver your children to the good good life
Give 'em peace and shelter and a fork and knife
Shine a light in the morning and a light at night
And if a thing goes wrong you'd better make it right

Name And Adress czyli "Szamotania Ciąg Dalszy". McCartney uderza tu w bardziej rockowe dźwięki, jednak efekt jest słaby, żeby nie powiedzieć "żenujący". Kompletnie bez wyrazu i bez sensu.

But if it's all over baby, you know I'll understand
Maybe I'll hate to think of you with another man
Meanwhile I'm sitting here, I'm getting in a mess
If you want my love, leave your name and adress

Don't Let It Bring You Down brzmi całkiem zgrabnie. Nieźle rozwinięto tu motyw wiodący, a orientalny klimat nadaje tu nieco tajemnicy. Szkoda tylko, ze utwór nie rozwija się w żadną stronę, a tylko kręci się w kółko. Nie ma na co jednak narzekać, bo jeśli chodzi o tę płytę, to i tak jest to naprawdę bardzo dobrze.

Though some things in life are hard to bear
Don't let it bring you down

Should the sand of time run out on you
Don't let it bring you down

Morse Moose And the Grey Goose ma jedno z najlepszych rozpoczęć, jeśli chodzi o całą fonografię Paula. Tajemniczo, jakby z oddali, by po chwili przyłożyć z całą mocą syntezatorami i bezbłędnie rockującym wokalem McCartneya. Kiedy chce się już jednak załamywać ręce nad jednostajnością melodii, po chwili wprowadzona zostaje gitara akustyczna, która trzyma klimat, ale też nieco go urozmaica. Naraz w oddali słychać skoczną partię fletu, na którym gra McCartney. Wreszcie Paul stworzył coś na miarę swoich możliwości! Szkoda tylko, że musieliśmy czekać całą płytę, by usłyszeć najlepszy utwór albumu.

Right on down at the bottom of the sea
Tell me are you receiving me?
My name is Morse Moose and I'm calling you

The Grey Goose was a steady boat
People said she'd never float
One night when the moon was high
The Grey Goose flew away


Jako wierny fan Beatlesów i McCartneya przykro mi to mówić, ale London Town to porażka na całej linii. Wingsi najzwyczajniej w świecie się wypalili, a Paul postanowił ciągnąć to na siłę i stworzyć bardziej akustyczną płytę. Sam pomysł nie był zły (w przypadku McCartney jako tako to działało), jednak zabrakło tu po prostu dobrych piosenek. Melodie są miałkie, banalne, przesłodzone i nie sposób żadnej z nich zapamiętać. A to już naprawdę poniżej możliwości Paula, który słynął od zawsze z wpadających w ucho utworów. Jest parę dobrych elementów (zwłaszcza mocarne zakończenie), jednak są to tylko lekkie przebłyski. Koniec końców album może i trzyma poziom wykonawczo, ale autorsko to po prostu jedna, wielka KATASTROFA.

Ocena: 3/10


London Town: 51:29

1. London Town - 4:10
2. Cafe on the Left Bank - 3:25
3. I'm Carrying - 2:44
4. Backwards Traveller - 1:09
5. Cuff Link - 1:59
6. Children Children - 2:22
7. Girlfriend - 4:39
8. I've Had Enough - 3:02
9. With a Little Luck - 5:45
10. Famous Groupies - 3:36
11. Deliver Your Children - 4:17
12. Name and Address - 3:07
13. Don't Let It Bring You Down - 4:34
14. Morse Moose and the Grey Goose - 6:25

niedziela, 27 października 2019

"Wings Over America" - Wings [Recenzja]


Wings Over America to najbardziej znana koncertówka Paula. Wydany 10 grudnia 1976 roku potrójny winylowy album podsumowywał amerykańską część trasy Wings Over the World. Odniósł wielki sukces, a w USA dotarł nawet na szczyt zestawień. Na początku album miał zawierać tylko dwie płyty, jednak dzięki sukcesowi bootlegu Wings from the Wings (zawierał on cały koncert z 23 czerwca w The Forum, w L.A.) zdecydowano się na poszerzenie wydanego materiału. W trakcie selekcji, McCartney musiał przesłuchać ponad 900 godzin nagrań, by wybrać te finalne 115 minut. Mimo, że Joe English - perkusista Wingsów - twierdził, że materiały były praktycznie gotowe do wydania bo zmiksowaniu, to i tak trzeba było nanieść na nie w studiu wiele poprawek. Jimmy McCulloch - basista i gitarzysta - wspomina, że overdubbing trwał miesiącami. Głównym powodem, dla którego były one koniczne była Linda McCartney. Żona Paula nie potrafiła bowiem zbytnio ani grać, ani śpiewać. O ile studio dużo wybacza, to scena wszystko weryfikuje. McCartney nie dał jednak sobie nic wytłumaczyć i uparcie twierdził, że świetnie sobie radzi. Winę za overdubbing zrzucił na Denny'ego Laine'a - gitarzystę i wokalistę - który, mimo że potrafił śpiewać, miał problem z utrzymywaniem tonacji. Rzeczywiście, wymagało to poprawek, jednak nie tak znaczących jak u Lindy.

Album rozpoczyna się dokładnie jak wspaniałe dokonanie zespołu, czyli album Venus And Mars. Medley: Venus And Mars/Rockshow/Jet zawiera jednak także rockowy klasyk Paula z jego najlepszego solowego albumu - Band On the Run. Jednak po kolei; Venus And Mars wypada wspaniale i delikatnie. Rzecz jasna publiczność reaguje bardzo żywiołowo, gdy tylko słyszy pierwsze linijki wyśpiewane przez Paula. Trudno się dziwić. Zaskakuje, jak wprawnie potrafi zmienić nastrój i dostroić swój głos do zupełnego przeciwieństwa Venus And Mars, czyli do mocnego i dynamicznego Rockshow. Na płycie aranż może i był bogatszy, może i wokale bardziej dopracowane i tak dalej, jednak to właśnie w wersji koncertowej można w pełni docenić ten utwór. Koncertowa energia dodaje mu bowiem jeszcze większego kopa, dzięki czemu kawałek ten bez wątpienia potrafi postawić na nogi. Płynnie przechodzi on do równie żywiołowego Jet. Na tyle płynnie, że ma się wrażenie, że piosenka ta od początku była pomyślana, jako rozwinięcie Rockshow. Uwagę zwraca bardziej wysunięta gitara prowadząca niż w studyjnej wersji. Mimo kilku niedociągnięć względem pierwowzoru, numer wypada przekonująco, a 10-minutowy medley jak najbardziej udanie otwiera cały album.
Wings kontynuują kolejnym klasykiem z Band On the Run, czyli niemal hard rockowym Let Me Roll It. Nie ma rozczarowania. Brzmi wspaniale i żywiołowo, jak w oryginalne. Nic dodać, nic ująć.
W Spirits of Ancient Egypt pałeczkę głównego wokalisty przejmuje Jimmy McCulloch. Tak jak w pierwowzorze, nie zachwyca mnie ten numer, jednak na uwagę zasługują (ponownie) świetne partie gitary, a także znakomite wokalizy zarówno McCullocha, jak i Paula w refrenach, które wprowadzają "egipski" klimat.
W Medicine Jar wokalnie wkracza Denny Laine i robi to z przytupem, mimo że jego wokal nigdy specjalnie mnie nie zachwycał. Moim zdaniem, jeśli chodzi o skalę (a nawet trochę barwę), bardzo przypomina śpiew Ringo Starra. Laine zdaje się zdawać sobie z tego sprawę i pisał piosenki, które równie dobrze mógłby wykonywać perkusista Beatlesów. Na żywo wypada to po prostu poprawnie; energetycznie i żywiołowo, ale nic nad czym można by się zachwycać. Dobrze, że to właśnie ta szybka piosenka kończy pierwszą stronę pierwszej płyty winylowej wydawnictwa, gdyż wprowadza słuchacza w dobry nastrój i bez wątpienia zachęca do sięgnięcia po kolejne utwory.
Do mikrofonu powraca Paul i za pomocą piosenki Maybe I'm Amazed sprawia, że wokalne wyczyny jego kolegów z zespołu wydają się zaledwie supportem dla niego. Ta piosenka już nigdy na żywo nie zabrzmiała w ustach Paula tak potężnie, a zarazem melodyjnie. McCartney wyciąga tu wciąż bez problemów wszystkie nuty, a w refrenach wydziera się aż miło. To właśnie choćby dla takich wykonań warto sięgać po koncertówki ex-Beatlesa. 
Swoje wokalne wyczyny, które zapierają dech w piersiach, Paul kontynuuje w zjawiskowym Call Me Back Again. Zdarza mu się jednak nie utrzymać dźwięku tak długo, jak na płycie, jednak absolutnie nie jest to żadnym mankamentem tego wydania. McCartney śpiewa jak natchniony, Laine wywija na gitarze elektrycznej, a dęciaki podbijają całość.
Prawdziwy entuzjazm u publiczności wywołuje podkręcona Lady Madonna. Paul zasuwa na fortepianie zdecydowanie szybciej niż na wersji studyjnej i brzmi to świetnie. Cieszy fakt, że McCartney na tej trasie włączył do repertuaru kilka klasyków macierzystego zespołu; dotychczas nie śpiewał ich, tłumacząc się, że to wciąż jeszcze dla niego za trudne, by śpiewać piosenki Beatlesów skoro tak niedawno się rozstali. Dobrze dla muzyki, że Paul w końcu się z tym pogodził i do nich powrócił.
Szczególnie poruszająco wypada The Long and Winding Road. W tej wersji zdecydowanie ujęto tej piosence sporo patosu (chociaż najlepiej wypadło to na Let It Be... Naked), co tylko jej się przysłużyło. McCartney śpiewa tu wręcz intymnie i nie ma tu miejsca, na żadne rozdmuchane orkiestracje i chóry, które tylko przykrywały sobą wspaniałą melodię i głębię tego utworu. Tutaj jest to znakomicie słyszalne i ex-Beatles wypada tu nad wyraz przekonująco.
Lepiej niż w oryginale wypada zdecydowanie, kończący pierwszą płytę winylowego wydania, Live And Let Die. Szczególnie zachwycają dynamiczniejsze instrumentacje i świetne wokale Paula. Dopiero w wersji na żywo ujawnia się prawdziwa siła tej piosenki.
Drugą płytę rozpoczyna krótki urywek Picasso's Last Words z płyty Band On the Run. W oryginale zawierał on motywy z dwóch innych piosenek z krążka: Jet i Mrs Vandebilt. Tutaj zostały one jednak pominięte na rzecz innego ciekawego zabiegu...
... a mianowicie gładkiego przejścia do Richard Cory. Piosenka ta jest coverem utworu napisanego przez Paula Simona, a zaśpiewanego przez duet Simon & Garfunkel na ich drugim albumie Sounds of Silence. Brzmi bardzo fajnie i sympatycznie, aczkolwiek nie wnosi dużo do oryginału. Super jednak, że się tu znalazła, bo może poszczycić się dobrym wykonaniem i świetnym aranżem.
Przechodzimy do Bluebird, które zostało wzbogacone o 20-sekundowe intro w klimacie boosa novy. I to wykonanie jest po prostu wspaniałe. Muszę przyznać, że wokale Paula podobają mi się tu zdecydowanie bardziej niż na wersji studyjnej z Band On the Run, a już tam uznałem, że to jeden z najlepszych wokalnych popisów McCartneya. Ex-Beatles śpiewa tu z niezwykłym wyczuciem, dzięki czemu brzmi to cudownie, a słuchacz - gdy zamknie oczy - może bez problemu się rozmarzyć i odpłynąć.
McCartney, wracając do piosenek zespołu The Beatles, zdecydował się na same klasyki, a ponadto - na takie utwory, które bez wątpienia publiczność kojarzyć będzie, jako jego indywidualne prace. I've Just Seen a Face z albumu Help! wypada równie dynamicznie, co oryginał. Dokonano w nim pewnych kosmetycznych zmian pod względem budowy i układu kolejnych części utworu. Dzięki temu ciekawie się tego słuchało, nawet będąc tak dobrze zaznajomionym z wersją studyjną.
Blackbird. Paul musiał mieć sporo odwagi, umieszczać to w set liście tak blisko Bluebird. Już w 1973 roku, po wydaniu Band On the Run, sporo słuchaczy wskazywało podobieństwo do tego klasyka The Beatles z ich "Białego Albumu". McCartney postanowił pokazać słuchaczom, jak bardzo te piosenki są od siebie różne. Samo wykonanie jest bardzo wierne oryginałowi, a mimo to brzmi bardzo świeżo i przepięknie.
Gdy Paul postanowił powrócić do piosenek Beatlesów, stanął przed trudnym wyborem: co wybrać. Tyle znakomitych przebojów. Wybór jednego z tych utworów był jednak oczywisty i musiał się pojawić - Yesterday. Po reakcji publiczności słychać też, że to właśnie na ten numer najbardziej czekali tego wieczoru. Ja - jako słuchacz - zdecydowanie nie mam powodów do narzekań, gdyż Paul serwuje nam tu przepiękne wykonanie w nieco zmienionej aranżacji (smyczki zostały zastąpione dęciakami). Tak oto kończy się pierwsza strona drugiej płyty winylowej, bądź też pierwsza część zestawu kompaktowego.


Dalej McCartney serwuje nam You Gave Me the Answer z albumu Venus And Mars. Tym utworem rekompensuje nam zwolnienie przy poprzednich utworach. Świetnie wypadają tu partie harmonijki, na której zagrał Denny Laine, a także znakomite wokale Paula.
Muszę przyznać, że Magneto and Titanium Man nigdy mnie nie zachwycało, więc i tutaj ciężko mi to pochwalić. Szczerze mówiąc, wolałbym by Paul wykonał na przykład Wild Life, Nineteen Hundred And Eighty Five, czy choćby - co bardziej oczywiste - Mrs Vandebilt. McCartney zdecydował się jednak sięgnąć po średniaka z Venus And Mars. Brzmi to świetnie, jednak - niezależnie, jak dobre byłoby wykonanie - ciężko zachwycać się piosenką, która sama w sobie jest już średnia.
Do mikrofonu podchodzi Denny Laine i wyśpiewuje jeden z największych klasyków rocka, czyli Go Now, który największą popularność zyskał w wersji The Moody Blues. Mimo swoich ograniczeń wokalnych, Laine brzmi tu naprawdę dobrze (pytanie, na ile jest to zasługa overdubbingu), a sama piosenka porywa i słucha się tego świetnie.
Rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Paul i robi to w wielkim stylu; My Love to jeden z jego największych przebojów i ciężko się dziwić. Utwór ma bowiem przepiękną melodię i wcale nie takie głupie słowa. Dołożyć do tego delikatny, jedwabisty głos McCartneya i wspaniałe partie gitary Laine'a - i świetny wykon mamy właściwie gotowy. Tutaj wypada może nie tak powalająco, jak na Red Rose Speedway (brak orkiestracji jednak mocno rzuca się w uszy i ujmuje tej piosence nieco ze swojej potęgi), ale zwolennicy mniej rozbuchanych aranżacji, a także teorii "mniej znaczy więcej" powinni być jednak zadowoleni. Ja byłem.
Paul nie oszczędza nas i publiczności na koncercie i sięga po kolejny wspaniały przebój, przy którym nie da się po prostu wysiedzieć w miejscu. Listen to What the Man Said wypada równie radośnie i swobodnie, jak w wersji studyjnej i chwała Wingsom za to, że zbyt wiele tu nie zmienili. Wspaniały wykon, w którym dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy.
Let 'Em In to utwór otwierający album, który zespół promuje tą właśnie trasą, a więc Wings At the Speed of Sound. W tym wypadku otwiera też ostatnią, trzecią, płytę w wydaniu analogowym.Także i tutaj Wingsi postanowili dużo nie zmieniać względem aranżacji (poza tym, że zrezygnowano tu z gwizdania w bridge'u), co wyszło piosence na dobre. Paul śpiewa tu z wielką swobodą, a słucha się tego z niemałą przyjemnością.
W Time to Hide na wokalu wyręcza Paula ponownie Denny Laine (ostatni już raz na tym albumie) i robi to w typowy dla siebie sposób. Przyjemnie wyśpiewuje tak charakterystyczną dla siebie, prostą melodyjkę, która wpada w ucho i jest dobrą okazją, by trochę potupać sobie nóżką.
Silly Love Songs to jeden z największych przebojów zespołu Wings, więc na tym koncercie po prostu musiał zabrzmieć. Wykonanie nie wnosi absolutnie nic do oryginału, ale wypada równie radośnie i dynamicznie, więc można powiedzieć chyba, że piosenka nic nie straciła. I bardzo dobrze, bo słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.
Beware My Love to utwór, który po prostu do mnie nie trafia. Mamy tu może świetny tekst i wspaniałe wokale Paula, jednak ta piosenka praktycznie nie ma żadnej melodii i niestety wersja na żywo nic tu nie udoskonaliła. Wypada to bowiem tak bałaganiarsko i niedbale, jak na Wings At the Speed of Sound. Gdyby nie to, że album ten zawiera tak wiele świetnej muzyki, nie wiem czy po przesłuchaniu tego numeru chciałbym kontynuować słuchanie, bowiem ta piosenka kończy pierwszą stronę trzeciej płyty winylowej.
Drugą rozpoczyna jednak świetnie mroczny Letting Go. Szkoda, że gitara elektryczna została trochę schowana na rzecz zbyt głośnych klawiszy, na których bardzo słabo gra Linda. Gdy wchodzi wokal Paula wszystko jednak wraca do normy i piosenka brzmi zachwycająco. Szczególne wrażenie robi końcówka, która została rozbudowana o powtórzony kilkakrotnie refren, tylko w nieco szybszym tempie. Po przesłuchaniu tego, wersja studyjna już zawsze wydaje mi się wybrakowana. Ale wynagradzam sobie słuchanie jej partiami gitary elektrycznej, które tam można bez problemu wysłyszeć i się nimi zachwycić.
Nie było też możliwości, by nie pojawiło się tu Band On the Run. Ta wersja nie dodaje może dużo od siebie, ale i w przypadku tej piosenki, może to i lepiej. Uważam, że jest świetna w wersji oryginalnej i każda zmiana mogłaby jej tylko zaszkodzić, albo być uznawana za niepotrzebne grzebanie przy świętości. Wypada bardzo przekonująco i tyle wystarczy, by słuchać tego z przyjemnością.
Następnie Paul serwuje nam swój rockowy, zbanowany przez BBC, przebój Hi, Hi, Hi. Tutaj został jeszcze bardziej przyspieszony, dzięki czemu bezbłędnie dodaje energii o każdej porze dnia i nocy.
Cały ten potężny album koncertowy kończy Soily, czyli utwór napisany przez Paula w 1971 roku. Do usłyszenia był wyłącznie na koncertach Wingsów (a dla słuchaczy na nieoficjalnych rejestracjach tych występów), ale na szczęście ukazał się w wersji oficjalnej właśnie na tej płycie. Mówię "na szczęście", bowiem Soily to rock and roll z krwi i kości. Pokazuje, że McCartney świetnie się czuje pisząc tak dynamiczne i mocne piosenki. To piosenka, która równie dobrze sprawdziłaby się w roli otwierającej koncert, jak i w zamykającej. Tutaj akurat go zamyka i wypada w tym miejscu bardzo dobrze. 


Wings Over America to zdecydowanie najlepsza koncertówka Paula, a także moja droga ulubiona, jeśli chodzi o któregokolwiek z Beatlesów (zaraz po The Concert for Bangladesh). McCartney postawił przed sobą bardzo trudne wyzwanie. Nie od dziś wiadomo, że podwójne albumy odstraszają słuchaczy, sugerując im przeładowanie i zbędne przedłużanie. Ale potrójne?! Mało kto się na to porywa. Lider Wings był jednak ambitny i założył sobie, że skoro na koncertach się uda, to i na płycie utrzyma uwagę słuchacza przez 2 godziny. Wiedział na pewno, że scena rządzi się swoimi prawami, więc zdawał sobie sprawę z ryzyka. Udało mu się jednak. Mimo bardzo długiego czasu trwania, album nie nudzi i słucha się go z niesłabnącym zainteresowaniem. Piosenki płynnie przechodzą jedna w drugą, miks sprawia, że słucha się tego z jakością porównywalną z wersjami studyjnymi, a i dobór utworów nie pozostawia wiele do życzenia. Paul stanął tu przed trudnym wyzwaniem, ale wyszedł z niego obronną ręką, serwując fanom znakomity album.

Ocena: 9/10


Wings over America: 115:33

CD 1:
1. Venus and Mars/Rock Show/Jet - 9:56
2. Let Me Roll It - 3:51
3. Spirits of Ancient Egypt - 4:04
4. Medicine Jar - 4:02
5. Maybe I'm Amazed - 5:10
6. Call Me Back Again - 5:04
7. Lady Madonna - 2:19
8. The Long and Winding Road - 4:13
9. Live and Let Die - 3:07
10. Picasso's Last Words (Drink to Me) - 1:55
11. Richard Cory - 2:50
12. Bluebird - 3:37
13. I've Just Seen a Face - 1:49
14. Blackbird - 2:23
15. Yesterday - 1:43

CD 2:
1. You Gave Me the Answer - 1:47
2. Magneto and Titanium Man - 3:11
3. Go Now - 3:27
4. My Love - 4:07
5. Listen to What the Man Said - 3:18
6. Let 'Em In - 4:02
7. Time to Hide - 4:46
8. Silly Love Songs - 5:46
9. Beware My Love - 4:49
10. Letting Go - 4:25
11. Band on the Run - 5:03
12. Hi, Hi, Hi - 2:57
13. Soily - 5:10

niedziela, 18 sierpnia 2019

"Wings At the Speed of Sound" - Wings [Recenzja]


W 1976 roku zespół Wings wreszcie miał już wyrobioną renomę. Po nieudanym początku (Wild Life, w pewnej części Red Rose Speedway) w końcu udało im się wybić za sprawą dwóch genialnych sztosów (Band On the Run i bardziej demokratycznego Venus And Mars). Ludzie zrozumieli, że Paul McCartney wrócił na dobre i znów jest liczącym się graczem na muzycznej scenie. Wylała się jednak na niego fala krytyki, jako że zbyt często to właśnie jego głos i jego piosenki pojawiały się na płytach Wingsów, zabierając miejsce, które mógłby przecież ustąpić pozostałym członkom zespołu. Zaczęto mówić, jakoby Wings było "tylko jego trampoliną do sławy" (swoją drogą, ciekawe po co po rozpadzie Beatlesów McCartneyowi jakakolwiek "trampolina do sławy"). Paul - zawsze wrażliwy na krytykę i zdanie publiczności - postanowił na kolejnym albumie dopuścić więc do głosu pozostałych Wingsów w jeszcze większym stopniu niż miało to miejsce na Venus And Mars (gdzie funkcję głównego wokalisty ustąpił Denny'emu Laine'owi i Jimmy'emu McCullochowi w dwóch piosenkach).
Po powrocie z trasy po Australii w listopadzie 1975 roku, zespół Wings udał się na krótkie wakacje, podczas których mógł spędzić nieco czasu z rodzinami. Nie trwały one jednak długo, gdyż w styczniu 1976 wrócili do studia Abbey Road, gdzie rozpoczęli nagrywanie nowego krążka. Sesje nie trwały długo, gdyż zakończone zostały już pod koniec lutego. Warto zaznaczyć, że był to pierwszy album od czasów Red Rose Speedway, który nagrany został w całości w jednym miejscu. Wcześniej nie miało to miejsca ze względu na fanaberie McCartneya (Band On the Run), a także zapracowanie związane z przeciągającą się trasą koncertową (Venus And Mars).

Pierwszy utwór, a zarazem jeden z największych przebojów McCartneya, Let 'Em In, otwierają dźwięki wibrafonu. Po chwili wchodzi właściwy rytm napędzany znakomitą perkusją i prostą, acz efektowną linią fortepianu. Śpiew Paula jest tu bardzo delikatny, a melodia wpada w ucho i ciężko jej po przesłuchaniu nie nucić. Przyznam się szczerze, że - jeśli chodzi o tekst - to nie za bardzo rozumiem, o co tu chodzi. Wiadomo natomiast, kim są wprowadzone do niego przez McCartneya postaci: "autntie Gin" to ciocia Paula, a "brother Michael" to jego brat; "Martin Luther" to Martin Luther King, "Phil and Don" są bardziej znani pod pseudonimem The Everly Brothers, natomiast "uncle Ernie" to rola, którą odgrywał Ringo Starr w adaptacji rock-opery Tommy zespołu The Who. Sama piosenka charakteryzuje się ciekawym aranżem (oprócz dęciaków pojawiają się tu także m.in. rogi), świetnymi wejściami perkusji i uzależniającą wręcz melodyjnością. Lepszego otwarcia dla płyty Paula chyba nie można sobie wyobrazić.


Someone knocking at the door
Somebody ringing the bell
Someone's knocking at the door
Somebody's ringing the bell
Do me a favour
Open the door
And let 'em in

W The Note You Never Wrote obowiązki głównego wokalisty przejmuje gitarzysta Denny Laine. Ta piosenka to już zdecydowanie inna bajka. W odróżnieniu od swobodnego i pozytywnego Let 'Em In, mamy tu do czynienia z ponurą, wyciszoną balladą, która wręcz poraża swoim niepowtarzalnym klimatem. Co do wokalu Laine'a, ciężko mi powiedzieć o nim coś więcej poza tym, że po prostu "jest". Pasuje do tej kompozycji jak ulał, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym. Delikatne perkusjonalia, przecudowna gitara akustyczna i genialne solo gitary elektrycznej. Piosenka zdecydowanie warta polecenia. Mocna rzecz.


Later on, the story goes
A bottle floated out to sea
After days, when it had found the perfect spot
It opened up
And I read the note
That you never wrote to me

Nie musimy długo czekać na powrót Paula-wokalisty, gdyż pojawia się on ponownie już w kolejnym numerze - She's My Baby. Jest to kolejna optymistyczna, radosna miłosna piosenka, jakich pełno w repertuarze McCartneya i ten utwór powiela wady i zalety tej formy twórczości ex-Beatlesa. Z jednej strony ma w sobie pewien urok, niewinność, lekkość i wręcz zaraźliwy optymizm. Z drugiej jednak jest banalny, zachowawczy, przesłodzony i zapomina się go zaraz po przesłuchaniu. Mimo wszystko oceniam ten numer pozytywnie, gdyż te 3 minuty to porcja naprawdę fajnego grania. Niezbyt wyszukanego, no ale przecież muzyka nie zawsze musi być tylko z najwyższej półki.

She's a baby in the morning time
When the sleep is in her eyes
Then the world is waking up
She has arisen
Oh believe me, I ain't lying


Beware My Love rozpoczyna się od razu po zakończeniu She's My Baby. Otwiera go prosty motyw na gitarze akustycznej wraz z połączonymi wokalami Paula i Lindy. Piosenka wydana została jako singiel, ale nie odniosła większego sukcesu. Nie ciężko zrozumieć dlaczego; bynajmniej nie dlatego, że jest słaba. Po prostu niemal hard rockowy kawałek ma małe szanse zaistnienia w radiowym mainstreamie. Piosenka może spokojnie konkurować z Rockshow z poprzedniej płyty. Mamy tu świetne gitary elektryczne, szarpaną perkusję i wrzaski McCartneya. Jedyną wadą piosenki jest... dość szczątkowa melodia. Nawet nie mam pretensji do Paula, że mało śpiewa, ale o to, że gdy już jego głos się pojawia, to poza znakomitymi wokalizami (ale do tego McCartney zdążył nas już przyzwyczaić) nie ma w linii melodycznej niczego, o co można by się uchem zaczepić. Koniec końców ten kawałek to dla mnie ciężki orzech do zgryzienia, chociaż skłonny byłbym raczej zaliczyć go in plus w ogólnym rozrachunku płyty.

Beware my love, he'll bowl you over
Beware my love, before you're much older
He'll sweep you up under his carpet
You'd be in luck if you could stop it
Come on now

W Wino Junko Paul-wokalista ponownie usuwa się w cień, robiąc miejsce gitarzyście, Jimmy'emu McCullochowi. Piosenka ta to jednak pierwsza wtopa na płycie. Banalna, nijaka, niewarta zwrócenia na nią uwagi. I nie jest to kwestia wokalu, ale samej kompozycji, która jest po prostu słaba. Nie pomagają tu nawet przeróżne smaczki aranżacyjne, zmiany tempa, nietypowe instrumenty i tym podobne bajery, które potrafiły czasem poddźwignąć nawet słabsze kompozycje. Dla Wino Junko nie ma jednak ratunku.

Play with fire, getting hire
Higher than a nine foot flame
My soul is spent and so's the rent
But I'll go down again
Wino Junko, can't say no
Wino Junko, eyes aglow

I wreszcie przychodzi pora na największy singlowy przebój płyty. Silly Love Songs. Piosenkę, która podzieliła fanów McCartneyów. Jedni ją kochają, inni nienawidzą. Dla jednych jest to szczyt aspiracji Paula do bycia autorem przesłodzonych i miałkich popowych numerów, a dla innych - ironiczny McCartney, który potrafi naśmiewać się nawet z siebie. Być może się mylę, ale ja wyczuwam tu jednak sarkastyczny ton tej piosenki i mrugnięcie okiem do słuchacza. Z jednej strony Paul śpiewa przecież o tym, jak to bardzo ludzie lubią "głupiutkie, miłosne piosenki", po czym serwuje nam refren jakby żywcem ściągnięty z tego gatunku. Poza tym to naprawdę dobry muzycznie kawałek. Pomysłowe przejścia, wyraziste dęciaki, rewelacyjne melodie i przesłodzony śpiew Paula. Ja zaliczam się zdecydowanie do zwolenników tej piosenki, i gdy tylko jej słucham, nie potrafię się nie uśmiechnąć i nie dać się porwać tej optymistycznej energii. Nie jest to może kawałek, który zaliczyłbym do topowych osiągnięć Paula, ale z pewnością ma swój urok i czuję do niego ogromny sentyment. Warto podejść do tego z dystansem i z przymrużeniem oka. Większa szansa, że się spodoba.

You'd think that people would have had enough of silly love songs
But I look around me
and I see it isn't so
Some people want to fill the world
with silly love songs
and what's wrong with that?
I'd like to know
cos here I go again

I love you

Cook of the House to typowy dla lat 50. rock'n'roll. Napisał go McCartney, podczas - wspomnianego przeze mnie we wstępie - grudniowego urlopu Wingsów od koncertowania. Największą wadą tej piosenki jest jednak to, że... śpiewa w nim Linda. Nie bardzo przepadam za jej wokalem (chociaż to, co zrobił z nim Paul w Long Haired Lady na płycie Ram, to prawdziwe mistrzostwo świata) i ta piosenka zdecydowanie nie zmieni mojego podejścia. Brakuje w nim dynamizmu, od którego powinna kipieć ta kompozycja. Zamiast tego, brzmi leniwie, jakby nawet Lindzie już się nie chciało. Szkoda, bo potencjał był.

No matter where I serve my guests
They seem to like the kitchen best
'Cause I'm the cook of the house

The salad's in the bowl
The rice is on the stove
Green beans in the colander
And where the rest is
Heaven only knows

Time To Hide to jedna z dwóch (pierwszą było Wino Junko) kompozycji, których autorem nie jest McCartney. Napisał ją Denny Laine i to on także pełni w niej rolę wokalisty. Wino Junko, łagodnie mówiąc, nie wypadło najlepiej. A jak sytuacja przedstawia się w Time To Hide? Cóż, jest lepiej, ale tylko nieznacznie. Tutaj przynajmniej jest tu całkiem fajny refren, jednak ponownie: całość nie ma cienia szansy, by zapaść w pamięć i powiedzieć o niej coś więcej ponad to, że jest przeciętna. 

I've been on the run
Since the Good Lord knows when
And the day I die
I'll still be runnin' then
Runnin' from the days
When I would lay me down and cry

Baby, won't you let me have
A little time to hide

Must Do Something About It to jedyna piosenka w repertuarze zespołu Wings, w której rolę wokalisty pełni perkusista, Joe English. Wokalnie wypada dość przeciętnie. Nie pomaga mu jednak sama kompozycja, która także należy raczej do tych średnio się wyróżniających. Brak tu po prostu czegoś, o co można by się uchem zaczepić. Kolejny knot.

I've just seen another sunset on my own
All day long I've been alone
And I must do something about it
Yes I must do something about it

Played another losing card game with myself
Lonely joker on a shelf
And I must do something about it
Yes I must do something about it

San Ferry Anne to już jednak ciekawsza rzecz. Mamy tu delikatnie pobrzmiewające w tle dęciaki, znakomitą gitarę akustyczną, a także partie fletu. Paul śpiewa tu, jak natchniony; delikatnie, z wyczuciem, nie przeholowując. Piosenka, przy której zdecydowanie można się wyciszyć. McCartney sprawia wrażenie, jakby chciał wynagrodzić nam poprzednie niewypały. I na tej piosence w zasadzie Wings At the Speed of Sound powinno się już skończyć.

You've got a lot
And from what you've got
I'd say you're doing well, dear

Dressed like a dream
And if things are what they seem
You're looking swell, dear


Paul postanowił jednak zaserwować nam na koniec jeszcze Warm And Beautiful. Jeśli chodzi o poziom cukru w tej piosence - cukrzyk od samego przesłuchania mógłby dostać wstrząsu anafilaktycznego. Tak banalnej, przesłodzonej aż do zrzygania i miałkiej piosenki McCartney chyba jeszcze nie napisał. Jego cukierkowaty wokal podkreśla tylko megalomański tekst i słabiutką melodię, która wydaje się być średnią wszystkich "love songs", jakie popełnił ex-Beatles. Szkoda, że takie coś zaserwował nam na koniec, gdyż obniża to jeszcze bardziej (już i tak stosunkowo niską) ocenę całego longplaya.

A love so warm and beautiful
Stands when time itself is falling
A love so warm and beautiful
Never fades away

Love, faith and hope are beautiful
When your world is touched by sadness
To each his own is wonderful
Love will never die


Wings At the Speed of Sound to typowy dla solowego McCartneya średniak. Jest tu parę niezłych kompozycji, parę świetnych, a nawet kilka murowanych hitów (które takimi też się stały). Przeważają tu jednak knoty i piosenki całkowicie bez wyrazu. Koniec końców ich nadmiar sprawia, że samą płytę też łatwo zapomnieć. Mimo, że Paul rozpoczął z prawdziwym przytupem, pozwolił sobie jednak na umieszczenie dalej utworów, które nigdy nie powinny pojawić się na jakiejkolwiek płycie ex-Beatlesa. W efekcie o Wings At the Speed of Sound nie da się mówić inaczej, niż w kategorii artystycznego niewypału. Co z tego, że jest tu kilka genialnych sztosów, skoro zostały one obudowane nijakim i żenująco słabym otoczeniem? W efekcie zapominamy o nich równie szybko, jak i o całej płycie.

Ocena: 5/10


Wings at the Speed of Sound: 46:36

1. Let 'Em In - 5:10
2. The Note You Never Wrote - 4:21
3. She's My Baby - 3:08
4. Beware My Love - 6:28
5. Wino Junko - 5:21
6. Silly Love Songs - 5:54
7. Cook of the House - 2:39
8. Time to Hide - 4:32
9. Must Do Something About It - 3:43
10. San Ferry Anne - 2:07
11. Warm and Beautiful - 3:13

piątek, 2 sierpnia 2019

"Venus And Mars" - Wings [Recenzja]


Na docenienie publiczności, jako solowy artysta, Paul McCartney musiał czekać najdłużej spośród reszty członków Fab Four. George Harrison wszedł do łask już za sprawą debiutanckiego All Things Must Pass, John Lennon dzięki swojemu arcydziełu - Imagine, a nawet Ringo Starr zdołał przegonić Paula o miesiąc ze swoją płytą Ringo. Mimo, że zarówno McCartney, jak i spora część jego fanów, wiedzieli, że piosenki Beatlesów takie jak Blackbird, Hey Jude, czy Yesterday, to tylko i wyłącznie jego dzieła, nie chciał śpiewać ich na koncercie. I to absolutnie nie ze dlatego, że chciał się odciąć od przeszłości. Obawiał się po prostu, czy publiczność nie zareaguje na ich wykonania myślą: "Nic godnego uwagi nie zrobił od lat, więc odcina kupony". Mimo, że Ram to absolutny klasyk dyskografii Paula, a Red Rose Speedway wydawała się powrotem do popowej formy, to dopiero Band On the Run zapewniło mu uznanie. Nie ma się co dziwić, gdyż to właśnie ten krążek można jednym tchem wymienić spokojnie obok największych klasyków płytowych Beatlesów, a także uznać za opus magnum solowej fonografii McCartneya. Dzięki temu mógł na koncertach wrócić do utworów macierzystego zespołu, przeplatając je utworami nagranymi pod własnym nazwiskiem.
Mimo, że Band On the Run wydane zostało pod szyldem Paul McCartney & Wings, ex-Beatles uznał, że po takim sukcesie, nie jest potrzebne już jego nazwisko przed nazwą zespołu, by zapewnić krążkowi powodzenie komercyjne. Trio przekształciło się na powrót w kwintet; do Paula, Lindy i Danny'ego Laine'a (składu, który odpowiedzialny był za nagranie Band On the Run) dołączyli Jimmy McCulloch, a także Geoff Britton (zagrał on jednak tylko w trzech utworów, gdyż na skutek kłótni z tym pierwszym został wykluczony z zespołu, a zastąpił go Joe English). Zmieniło się także podejście McCartneya, gdyż dopuścił do głosu także pozostałych muzyków, ustępując im nawet trochę czasu przy mikrofonie. Tytuł albumu pochodzi od rozpoczynającego go utworu, a okładkę zdobi zdjęcie dwóch bil wykonane przez Lindę McCartney.

Tytułowy Venus And Mars to krótki, ale jakże zgrabny i piękny utworek na początek. Jak dla mnie, jest to jedna z najpiękniejszych piosenek Paula. Spokojnie można odpłynąć przy tych cudownych dźwiękach...

Sitting in the stand of the sports arena
Waiting for the show to begin
Red lights, green lights
Strawberry wine
A good friend of mine
Follows the stars
Venus and Mars
Are alright tonight

Momentalnie przechodzi jednak w zdecydowanie żywszy Rock Show (wielowątkowość nasuwa na myśl otwarcie Band On the Run). Mamy tu do czynienia z ostrymi gitarami, rozwrzeszczanym Paulem i generalnie wszystkim, co tylko kojarzyć może się ze znakomitym, koncertowym wykopem. Mamy tu jednak zmiany nastroju, a także bogatą aranżację. Mimo, że patrząc na to z boku, może wydawać się on średniakiem, to w połączeniu z delikatnym Venus And Mars wybrzmiewa należycie mocno i znakomicie otwiera album. Co z tego, że jest trochę na siłę rozciągnięty? Brzmi to wszystko świetnie.

The lights go down
They're back in town, O.K.
Behind the stacks
You glimpse an axe
The tension mounts
You score and ounce, ole!
Temperatures rise as
You see the whites of their eyes

Love In Song to jedna z pierwszych piosenek, które zostały napisane na album. Sam Paul mówi o niej, że po prostu "przyszła do niego", gdy brzdąkał coś na 12-strunowej gitarze. Ostatecznie jest to jeden z trzech utworów, w których można usłyszeć perkusję Geoffa Brittona. Ciekawostką jest nietypowe instrumentarium, gdyż w piosence usłyszeć można - obok gitar i syntezatora Mooga - bas, na którym Bill Black grał w słynnym Heartbreak Hotel Elvisa, a także... butelki po mleku. Mimo, że piosenka sama w sobie nie jest specjalnie oryginalna, ujmuje swoją piękną melodią i niewinnością. Paul znany jest z tego, że łatwo mu przychodzą przesłodzone balladki, jednak tutaj wszystko zdaje się mieć swoje miejsce i McCartney nie przeholował. Dlatego brzmi to tak fantastycznie.

I can see the places that
We used to go to now
Happiness in the homeland

My eye cries out
A tear still born
Misunderstanding
Love in song

You Gave Me the Answer zdaje się być echem takich utworów z repertuaru Paula (a właściwie Beatlesów) jak Honey Pie czy When I'm 64. Beatles bardzo lubił składać muzyczny hołd dla pastiszu, na którym wyrósł i który tak bardzo uwielbiał jego ojciec. Na koncertach dedykował ten utwór Fredowi Asteirowi. I, rzeczywiście, ten utwór pasował by do niego jak ulał. Wobec wymienionych jednak przeze mnie poprzedników, You Gave Me the Answer, jednak ustępuje. To całkiem fajna piosenka, jednak bez szału. Mimo to, zdaje się mieć tu swoje nieodzowne miejsce i po wyrzuceniu jej, czuć by było pustkę.

Heading back to old familiar places
Places where the cobwebs blow away
I can forget the airs and graces

Shall we dance?
This is fun
We should do this more often

Zupełnie nie szkoda by mi jednak było Magneto And Titanium Man. Ta narracyjna wersja komiksowych opowieści bohaterów z komiksów Marvela to zupełnie nieciekawy numer, który zapomina się zaraz, gdy się skończy. Nie ratuje go nawet przyjemne solo gitary elektrycznej. Piosenka jest po prostu słaba i to zdecydowanie najgorszy moment krążka.

You was involved in a robbery
That was due to happen
At a quarter to three
In the main street

I didn't believe them
Magneto and Titanium Man
But when the Crimson Dynamo
Finally assured me, well, I knew

Letting Go to zaś zupełnie inna bajka. Mroczny, klimatyczny, o hipnotyzującym riffie i wpadających w ucho niebanalnych wokalach to najjaśniejszy punkt krążka. Jak wiele piosenek z repertuaru Paula, i ta opowiada o Lindzie. Między melodią a tekstem czuć jednak ciekawy kontrast; radosne słowa wychwalające małżonkę zostały tu bowiem zestawione z dość ponurą i pełną napięcia muzyką. Mocne wejścia dęciaków, znakomity bas, no i ta gitara... To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów McCartneya. Co ciekawe, i sam Paul zdaje się mieć do niego sentyment, gdyż - mimo, że nie był większym przebojem - lubi do niego wracać na koncertach nawet ponad 40 lat po wydaniu płyty. Utwór trwa 4 i pół minuty, a na mnie i tak wciąż największe wrażenie robi modulacja w okolicach trzeciej. Ciary...

She tastes like wine
Such a human being so divine
She feels like sun
Mother nature look at what you've done

Oh I feel like letting go

Venus And Mars (Reprise) to, jak sama nazwa wskazuje, powtórka z pierwszej odsłony Venus And Mars. Oprócz zmienionego tekstu, dodano tu też pogłos do wokalu Paula. Według mnie jest to jednak niepotrzebne i niepotrzebnie kaleczy tę przepiękną melodię. Umieszczenie takiej repryzy na początku strony B winyla, sugeruje jednak pewną ciągłość i przemyślane zestawienie utworów.

Come away on a strange vacation
Holiday hardly begun
Run into a good friend of mine
Sold me her sign
Reach for the stars
Venus and Mars
Are alright tonight

W Spirits of Ancient Egypt rolę głównego wokalisty przejmuje gitarzysta Denny Laine. Trzeba przyznać, że radzi sobie znakomicie. Słychać, że umiejętnościami nie dorasta do stóp Paulowi, jednak absolutnie nie przeszkadza to w słuchaniu piosenki. Kiedy trzeba, śpiewa nisko, za chwilę - wysoko. Fakt, że sama piosenka, należy raczej do średniaków, jednak mimo to brzmi to całkiem fajnie.

Spirits of Ancient Egypt
Echoes of sunken Spain
Spirits of Ancient Egypt
Hung on the phone

Medicine Jar to kolejna piosenka, w której wokalistą staje się inny członek zespołu. W tym przypadku - Jimmy McCulloch. Mamy tu znakomite gitary, żywe tempo i stosunkowo szybkie wokale. Swoim zaśpiewem McCulloch przywodzi mi odrobinę na myśl Ringo i sądzę, że perkusista The Beatles również znakomicie poradziłbym sobie z tym utworem. Piosenka, mimo przyjemnego brzmienia, nie wyróżnia się jednak zanadto i po prostu przelatuje między uszami. Uwagę należy jednak zwrócić obowiązkowo na wysokie i pełne pasji sola gitary elektrycznej. Znakomita sprawa.

Dead on your feet
You won't go far
If you keep on sticking your hand
In the medicine jar

Call Me Back Again to powrót McCartneya do mikrofonu i warto zaznaczyć, że wraca z klasą, bowiem ten kawałek to przepełniony dęciakami i znakomitymi wokalami soulowy kawałek rodem z Nowego Orleanu. Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości, co do umiejętności wokalnych Paula, to zachęcam do wysłuchania tego numeru. To, co ex-Beatles wyprawia tu ze swoim głosem, to - doprawdy! - coś niesamowitego. Skutecznie stawia na nogi i przykuwa uwagę po poprzednich kilku niewypałach. 

Well, when I was
Just a little baby boy
Every night I would call
Your number brought me joy

Listen to What the Man Said to zdecydowanie hit pierwszej wody. Najbardziej znany kawałek z tego krążka, a zarazem jedna z najbardziej rozpoznawalnych piosenek McCartneya. Sam Paul wspomina, że gdy grał go ludziom na fortepianie, to wszystkim się podobało, jednak kiedy zostało to nagrane, to każdy czuł, że czegoś tu brakuje. Jakby z nieba spadł im Tony Scott, znany muzyk jazzowy, który swoim saksofonem uzupełnił braki. Dzięki temu piosenka brzmi rewelacyjnie i nie przeszkadza w słuchaniu jej nawet aż powalający poziom przesłodzenia - wysoki nawet jak na Paula. Melodia wpada w ucho i nucimy ją już po pierwszym przesłuchaniu. Znakomity kawałek, udowadniający, że McCartney - jak żaden inny Beatles - posiada wybitny wręcz talent do sklecania znakomitych przebojów. I Listen to What the Man Said zdecydowanie zaliczyć trzeba do tych hitów, które poziomem muzycznym zasługują na status hitu.

Any time, any day
You can hear the people say
That love is blind
Well I don't know but I say love is kind

Soldier boy kisses girl
Leave behind a tragic world
But he won't mind
He's in love and he says love is fine

Treat Her Gently (Lonely Old People) to kolejna, typowo "paulowa" ballada. Nie jest ani wybitna, ani szczególnie oryginalna, ale zdecydowanie przyjemna w słuchaniu i jak najbardziej można się rozmarzyć i wracać do niej z prawdziwą przyjemnością.

Here we sit
Out of breath
And nobody asked us to play
Old people's home for the day
Nobody asked us to play

Treat her gently
Treat her kind
She doesn't even know her own mind

Crossroads Theme to krótki, ale uroczy temacik. Nie bardzo wiem, po co się to znalazło, gdyż absolutnie nic nie wnosi do całości, ale nie przeszkadza mi zanadto, więc nie będę się czepiał.


Venus And Mars udowadnia, że Band On the Run nie był szczęśliwym trafem. Paul wreszcie odnalazł "złoty środek" i wrócił do kompozytorskiej formy. Płyta ma charakter rockowej suity; mimo, że nie można tu mówić o albumie koncepcyjnym, to jednak każda piosenka ma tu swoje miejsce i wszystko bardzo ładnie się ze sobą zazębia i współgra. Paul okazał się też bardziej liberalnym liderem i dopuścił "do głosu" także pozostałych członków zespołu (z dosyć słabym skutkiem, ale widać, że McCartney zdawał sobie sprawę, że w takim składzie może naprawdę osiągać kolejne sukcesy, więc wolał dbać o dobrą atmosferę w grupie). Koniec końców, Venus And Mars nie lśni może jakoś szczególnie jasno wśród innych pozycji w dyskografii Paula, jednak koniecznie warto się z nią zapoznać, gdyż znajduje się tu sporo dobrej i wartościowej muzyki. 

Ocena: 8/10


Venus and Mars: 43:10

1. Venus and Mars - 1:16
2. Rock Show - 5:35
3. Love in Song - 3:04
4. You Gave Me the Answer - 2:15
5. Magneto and Titanium Man - 3:16
6. Letting Go - 4:33
7. Venus and Mars (Reprise) - 2:05
8. Spirits of Ancient Egypt - 3:04
9. Medicine Jar - 3:37
10. Call Me Back Again - 4:57
11. Listen to What the Man Said - 3:57
12. Treat Her Gently (Lonely Old People) - 4:21
13. Crossroads Theme - 1:00

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...