Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1969. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1969. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 listopada 2020

"More" - Pink Floyd [Recenzja]


Gdy David Gilmour dołączył do Pink Floyd, zastał obraz nędzy i rozpaczy. Zespół był na krawędzi rozpadu. Z przyczyn mniej i bardziej prozaicznych. Choroba Barretta sprawiła, że pozostali muzycy czuli się zagubieni i pozbawieni lidera, który nadawał ton ich dotychczasowym nagraniom (The Piper at the Gates of Dawn i singlom z See Emily Play i Arnold Layne na czele). Syd coraz bardziej zamykał się w sobie i stawał się wyobcowany, jakby przebywający na innej planecie. Z pewnością nie pomagały mu też psychodeliki, w które zaczął coraz częściej uciekać. Jego pogarszający się stan psychiczny skutkował też odwoływaniem kolejnych koncertów, co z kolei wpędzało grupę w jeszcze większe problemy finansowe. Muzycy pogrążali się w długach, zarabiali mniej niż techniczni i ciężko było im z tego wyżyć. 
Próbę odbicia się od dna podjęli przyjmując Gilmoura i w nowym składzie nagrywając A Saucerful of Secrets. Teoretycznie w zespole był jeszcze Syd Barrett, jednak poza zaśpiewaniem, skomponowaniem i graniem w Jugband Blues (skądinąd fascynującym wglądem w jego szalony, acz wciąż wspaniały i niebanalny umysł), to jego wkład w resztę materiału był raczej znikomy. Barrett więc został wyrzucony z zespołu, a Pink Floyd musiało podjąć próbę wydostania się z finansowego dołka. A Saucerful of Secrets nie przyniósł wielkich zysków, ale grupie trafiła się wkrótce okazja do zastrzyku gotówki.
Zgłosił się do nich reżyser, Barbet Schroeder, z propozycją skomponowania muzyki do jego filmu. Pink Floyd już jako takie doświadczenie z muzyką ilustracyjną mieli, bo wcześniej zdarzyło im się co nieco napisać do niskobudżetowych obrazów. Nie mieli wątpliwości, że More nie okaże się kasowym hitem, jednak liczyli, że da im to szansę zostać zauważonym przez większe wytwórnie i słynniejszych reżyserów. Dostali od Schroedera kasę i... nie mieli kiedy wziąć się do roboty. Mieli zaplanowane koncerty, więc cały materiał nagrali w tak zwanym międzyczasie, na szybko.
To właśnie na tej płycie na pozycję lidera po raz pierwszy wysunął się Roger Waters. Napisał większość kompozycji, podczas gdy pozostali muzycy ograniczyli się tylko do improwizacji w studiu. Waters przyniósł jednak gotowe utwory, które były gotowe do nagrania. Muzycy dziś wspominają te sesje bardzo dobrze, wskazując na to, że dobrze, że powstały w tak krótkim czasie. Gdyby mieli więcej czasu, zapewne dłubaliby nad tymi nagraniami i wciąż coś poprawiali, a tak mogli skupić się na tym, co było istotne i na niczym innym. To też pierwsza płyta, na której muzycy podjęli się produkcji. Powód był prozaiczny: More nagrywane było spontanicznie i właściwie z dnia na dzień i nie zdążyli nikogo znaleźć. Od tego czasu muzycy zaczęli przywiązywać do tego wagę i na większości późniejszych płyt znajduje się adnotacja o wyprodukowaniu materiału przez Pink Floyd.
Soundtrack from the film More (nazywany później po prostu More) ukazał się 13 lipca 1969 roku i został bardzo ciepło przyjęty przez słuchaczy. Z pewnością zaskoczyło to muzyków, którzy traktowali ten materiał jako chałturę. Niemniej, More okazało się nieostatnią chałturą w dorobku Pink Floyd.

Gdy muzycy podchodzili do projektu, nie byli zbyt chętni do pisania piosenek do poszczególnych scen, bowiem wiedzieli, że film opowiadać będzie o narkotykach. Przeżycia z Sydem były jeszcze wciąż świeże i nie bardzo chcieli do nich wracać. Jednak, kasa to kasa, więc trzeba było schować gorycz i złe wspomnienia do kieszeni. Album otwiera Cirrus Minor opowiadające właśnie o pierwszym kontakcie głównego bohatera z heroiną. Ta scena pojawia się wprawdzie dopiero pod koniec filmu, jednak Pink Floydzi zdecydowali się dać tę piosenkę na początek płyty. Waters znał scenę, do której pisał ten utwór, jednak swoje doświadczenia opierał na wspomnieniach związanych z Barrettem. Sam termin "cirrus minor" to slangowe określenie rozmazanego obrazu, który widzi się będąc na haju. Waters genialnie balansuje na krawędzi radosnego upojenia i czającego się w oddali mroku. Zaczynamy od śpiewu ptaków, a po chwili do nieco "kosmicznie" brzmiących klawiszy i gitary akustycznej dołącza ponury wokal Gilmoura. To delikatna, przepiękna piosenka, którą można nawet nazwać "snujem", ale w zdecydowanie dobrym tego słowa znaczeniu. Rewelacyjna rzecz na otwarcie, wprawiająca nas w stan upojenia i rozmarzenia.

Willow weeping in the water,
Waving to the river daughters,
Swaying in the ripples and the reeds.
On a trip to Cirrus Minor,
Saw a crater in the sun
A thousand miles of moonlight later.

A teraz utwór nietypowy dla dyskografii Pink Floyd (przynajmniej dotychczasowej), bowiem The Nile Song to czysty hard rock. Rewelacyjnie wykrzyczany przez Gilmoura rozkłada na łopatki. Wrażenie robi również tekst, który opowiada o tajemniczych stworzeniach wabiących żeglujących po Nilu swoim śpiewem, by przynieść im śmierć i cierpienie (zapewne to watersowska interpretacja mitu o syrenach). To rzecz jakby z zupełnie innej planety w stosunku do Cirrus Minor. O ile tam mieliśmy piękną balladę z dźwiękami przyrody, tak tu mamy hard rock z przesterami, głośnymi gitarami i drapieżnym wokalem Gilmoura, który po prostu wbija w fotel. Jeśli ktoś kojarzy Davida tylko z piosenkami typu Wish You Were Here, Breathe czy Goodbye Blue Sky, to warto puścić mu The Nile Song, by zobaczył, jak świetnie radzi sobie także w mocniejszych odmianach. Mimo, że to rzecz raczej odległa od "zwyczajnej" muzyki Pink Floyd, to nie wieje tu nudą i słucha się tego bardzo dobrze.

I will follow in her shadow
As I watch her from my window.
One day I will catch her eye.

She is calling from the deep,
Summoning my soul to endless sleep.
She is bound to drag me down,
Drag me down.

W Crying Song wracamy do klimatów znanych już z Cirrus Minor. Z tym, że Crying Song to rzecz jeszcze piękniejsza. Gilmour wkłada w wykonanie całe serce, wyśpiewując jeden z prostszych, ale i piękniejszych tekstów Pink Floyd, opowiadający o miłości na dobre i na złe. Niby prosta to rzecz, którą słyszeliśmy już wiele razy, a mimo to - działa.

We smile and smile
We smile and smile
Laughter echoes in your eyes
We climb and climb
We climb and climb
Footfalls softly in the pines
We cry and cry
We cry and cry
Sadness passes in a while
We roll and roll
We roll and roll
Help me roll away the stone

Up the Khyber to efekt fascynacji Wrighta i Masona jazzem. Sama kompozycja powstała zresztą wskutek jamowania tego pierwszego, do którego dołączył perkusista. Z tej improwizacji wynurzył się ten oto utwór instrumentalny, któremu bardzo blisko do nowoczesnego jazzu. Jest to z pewnością rzecz ciekawa, jednak do mnie jakoś nie przemawia. Może to dlatego, że nie jestem jakimś wielkim fanem jazzu albo awangardy? 
Lepiej robi się przy okazji Green is the Colour. Jednak, jak dla mnie, to już jest "snuj" pełną gębą. Wieje tu trochę nudą, jakoś specjalnie to nie wciąga i piosenka właściwie broni się tylko pod względem wykonawczym. A, no i tekst jest też piękny. Ale kompozycyjnie, raczej średniawka.

Heavy hung the canopy of blue
Shade my eyes and I can see you
White is the light that shines through the dress that you wore

Cymbaline to jedna z bardziej znanych piosenek z albumu, choć wpływ na to raczej miał fakt, że Pink Floyd ogrywali ją wówczas na koncertach. To jeden z pierwszych utworów, w których Roger Waters próbuje poradzić sobie ze stratą ojca. Nie jest to jednak antywojenny manifest typu Pow R. Toc H. czy Corporal Clegg, a raczej próba uporządkowania sobie w głowie tego, że stracił ojca. Cymbelin to postać ze starożytnego Rzymu, a także bohater sztuki Szekspira. Waters napisał ten utwór pod wpływem koszmaru sennego, który go nawiedzał od jakiegoś czasu. Spróbował też połączyć tu stary, "barrettowy" Pink Floyd z "gilmourowym". Mamy tu więc trochę psychodelii, trochę przepięknych melodii, ale i nostalgiczny klimat pełen smutku i przygnębienia. Zdecydowanie mój ulubiony moment More.

A butterfly with broken wings
Is falling by your side
The ravens all are closing in
And there's nowhere you can hide
Your manager and agent
Are both busy on the phone
Selling coloured photographs
To magazines back home

And it's high time
Cymbaline
It's high time
Cymbaline
Please wake me

Party Sequence to kompozycja, którą muzycy komponowali naprędce, byle tylko mieć "cokolwiek". Ot, Mason pograł sobie trochę na bongosach. Zwykła zapchajdziura i to po prostu słychać.
Main Theme
to kolejny utwór instrumentalny tworzony właściwie na bieżąco. Tu pojawiła się chociaż jakaś melodia, ale za mało tego, bym uznał ten instrumental za jakąś dobrą rzecz. Jest po prostu przyzwoicie i czuć tu nawet momentami nawiązania do A Saurcerful of Secrets. I, tak samo, momentami jest tu tylko interesująco. Całościowo jednak jest trochę przydługo.
Ibiza Bar powstała prawdopodobnie ze wspólnego jamu opartego na The Nile Song. I, tak samo jak i tam, jest tu sporo hard rocka; mocne gitary, drapieżny śpiew Gilmoura... a jednak wypada to zdecydowanie mniej drapieżnie i już nie tak ekscytująco. Wydaje się to być po prostu odgrzewanym kotletem i graniem drugi raz tego samego. O ile The Nile Song zaskakiwała i wbijała w fotel, o tyle Ibiza Bar jest już tylko jej marnym cieniem.

Are days are made since the first page
I've lived every line that you wrote
Take me down, take me down, from the shelf above your head
So give me a time when the countries will lie on the storyline if kind

Dalej mamy More Blues, czyli - jak sama nazwa mówi - improwizacji ciąg dalszy. To jednak mój ulubiony utwór instrumentalny na tej płycie, głównie ze względu na znakomitą, natchnioną gitarę Gilmoura, który gra tu wspaniale, lirycznie i klimatycznie.
Quicksilver to zdecydowanie rzecz ciekawa. Pink Floyd postanowili tu rozprawić się ze swoja "psychodeliczną przeszłością". Kto wie, może jest to próba obrazowania, co wówczas działo się w umyśle Barretta? Wiem, jak to brzmi, ale nie wydaje się to chyba aż tak absurdalne, szczególnie, gdy posłuchać Quicksilver uważniej. Tu pobrzmiewa melodia... tu narastający dźwięk talerzy perkusyjnych... motyw na klawiszach raz cichnie, by po chwili znów zabrzmieć głośniej... Sporo się tu dzieje, jednak jest to przeżycie raczej jednorazowe. Wypada to interesująco, ale tylko, gdy weźmie nas "z zaskoczenia". Potem, gdy wiemy już, czego się spodziewać, raczej nie ma tu szczególnie nad czym się pochylić.
Zabawnie wypada natomiast A Spanish Piece z partią gitary w rytmie flamenco i żartobliwymi szeptami Gilmoura. Ot, taka ciekawostka.

Pass the tequila, Manuel
Listen, gringo, laugh at my lisp and I kill you
I think
This Spanish music
It sets my soul on fire
Lovely seniorita
Your eyes are like stars
Your teeth are like pearls
Your ruby lips

Czy Dramatic Theme wypada rzeczywiście "dramatycznie"? Raczej nie, to dość mętny instrumental z piszczącą gitarą Gilmoura i fajną partią Masona, ale poza tym, to dramatyzmu tu tyle, co kot napłakał.


More to album, który umieściłbym raczej wśród "tych gorszych" w dyskografii Pink Floyd. Znaczy to, że w konfrontacji z resztą dyskografii wypada zdecydowanie bardzo, bardzo słabo (kto wie, czy nawet nie najsłabiej?). Jednak, gdy odsunie się na bok inne osiągnięcia zespołu, to nie jest to album aż taki zły. Owszem, nie wracałbym do tej płyty za często, a jednak znajduje się tu parę momentów, o które można się uchem zaczepić. Nie da się zaprzeczyć, że materiał powstawał pod presją czasu. Nie da się też zaprzeczyć, że po prostu to słychać. Ale z drugiej strony, może to właśnie z tego powodu Waters wziął się do kupy, przejął rolę nieformalnego lidera i napisał te parę gorszych, parę słabszych kawałków? Z perspektywy historii Pink Floyd, dobrze że ta płyta powstała, jednak ja wracam do niej raczej okazjonalnie. Całościowo wypada bowiem trochę nudnawo.

Ocena: 5/10


More: 44:57

1. Cirrus Minor - 5:18
2. The Nile Song - 3:26
3. Crying Song - 3:33
4. Up the Khyber - 2:12
5. Grees is the Colour - 2:58
6. Cymbaline - 4:50
7. Party Sequence - 1:07
8. Main Theme - 5:27
9. Ibiza Bar - 3:19
10. More Blues - 2:12
11. Quicksilver - 7:13
12. A Spanish Piece - 1:05
13. Dramatic Theme - 2:15

sobota, 26 września 2020

"Led Zeppelin II" - Led Zeppelin [Recenzja]


Led Zeppelin okazał się bez wątpienia sukcesem tak ogromnym, że chyba nikt się go nie spodziewał. Wytwórnia chciała więc - co zrozumiałe - kuć żelazo póki gorące, więc polecili zespołowi, by czasem za daleko się nie oddalał, zagrał parę koncertów, ale zaraz wrócił do studia i wziął się za robotę nad kolejnym krążkiem. Peter Grant miał jednak inne plany; wysłał Zeppelinów w ogromną trasę po całym świecie. Nie tylko jednak chodziło tu o pieniądze. Koncerty rozrastały się często do kilku godzin, gdyż muzycy na scenie sporo improwizowali i z tych właśnie jamów rodziły się kolejne utwory.
W połowie kwietnia wrócili do domu i przed wyjazdem do Stanów mieli tydzień wolnego. Uznali jednak, że po co marnować aż tyle wolnego czasu i zapadła decyzja o wejściu do studia. Tym razem jednak mieli o wiele większe środki i większe plany odnośnie kolejnego albumu, więc nagranie w 2-3 dni nie wchodziło w rachubę. Zaczęli pracę, ale już za chwilę musieli ją przerwać, by ruszyć do San Francisco. Zaczęli więc podróżować po całym świecie, wożąc ze sobą taśmy, wchodząc do różnych studiów i dogrywając kolejne elementy nowej muzyki, za każdym razem z innym inżynierem dźwięku. Za miksowanie całości Page wziął się dopiero pod koniec sierpnia. Był jednak bardzo zmęczony ciągłym nagrywaniem na walizkach, więc i zabierał się do tego raczej niechętnie. Do dziś bardzo źle wspomina okres pracy nad Led Zeppelin II i oświadcza, że nie cierpi tego słuchać, ponieważ przypominają mu się wszystkie te męczące etapy nagrywania i ciągły stres, czy na pewno zdążą się z tym uwinąć.
22 października 1969 w sklepach ukazał się Led Zeppelin II, dokonując czegoś, co wydawało się niemożliwe dla tak młodego zespołu - nie dość że nie pozwolił zdobyć szczytu list Let It Bleed zespołowi The Rolling Stones, to jeszcze strącił z niego legendarne Abbey Road Beatlesów. W Wielkiej Brytanii udało się to dopiero w lutym 1970 roku. Do dziś szacuje się, że rozeszło się ponad 20 milionów egzemplarzy drugiego albumu Zeppelinów.

Rozpoczyamy Whole Lotta Love, a wiec z pewnością nie tylko jednym z największych przebojów Led Zeppelin, ale i jednego z najbardziej ikonicznych utworów, który pomógł w zdefiniowaniu zupełnie nowego nurtu w muzyce. Nawet gdyby ktoś nigdy nie słuchał całej piosenki, to nie ma opcji, by o uszy nie obił mu się TEN riff, który rozpoczyna cały album. Co ciekawe, głębia i potęga brzmienia nie została tu wydobyta dzięki wzmacniaczom, a umiejętnie rozstawionym mikrofonom w studiu. Page mocno inspirował się tu You Need Love Willego Dixona. Podłapał to też Plant, który napisał tekst oparty na tej samej piosence, wyśpiewując go jednak raczej na wzór You Need Loving - interpretacji The Small Faces. (Po wielu bataliach sądowych o pochodzenie riffu i tekstu ostatecznie Dixon został dopisany do listy autorów piosenki). Jednak ten kawałek to przecież nie tylko motoryczny riff i chwytliwy śpiew. Rzekłbym nawet, że te elementy bledną wobec środka, kiedy to mamy prawdziwy festiwal psychodelii i przedziwnych odgłosów, które tworzą niesamowity efekt i hipnotyzują słuchacza swoją odmiennością. Ten, kto słuchał, z pewnością wie, o czym mówię. A jeśli ktoś nie słuchał - to koniecznie trzeba nadrobić, bo Whole Lotta Love to absolutny klasyk rocka, którego wstyd nie znać!

You've been coolin', baby, I've been droolin'
All the good times, baby, I've been misusin'
Way, way down inside, I'm going' to give you my love
I'm goin' to give you every inch of my love
Goin' to give you my love, hey, alright, yes, sir

Want a whole lotta love

Może mniej zniewalająco, lecz wciąż bardzo dobrze, wypada What Is and What Should Never Be. To dla odmiany ballada, jednak wyposażona w nieodłączne zaostrzenia w refrenach, które jednak nie wypadają ani topornie, ani banalnie. To jeden z pierwszych zarejestrowanych utworów podczas sesji do płyty. Nie ma co się dłużej rozpisywać - wszystkie elementy są na miejscu, a piosenka brzmi rewelacyjnie.

So if you wake up with the sunrise
And all your dreams are still as new
And happiness is what you need so bad, girl
The answer lies with you

Catch the wind, see us spin, sail away, leave today
Way up high in the sky
But the wind won't blow, you really shouldn't go
It only goes to show
That you will be mine, by taking our time

Kolejnym słynnym momentem albumu jest The Lemon Song, w którym Plant, pod płaszczykiem opowieści o wyciskaniu cytryny, przemyca parę średnio zawoalowanych erotycznych aluzji. Muzycznie jest to kolejne zapożyczenie Page'a, tym razem jednak z twórczości Howlin' Wolfa. Jakie to ma jednak znaczenie, skoro tak świetnie się tego słucha? Nie ma nawet chwili, by się nudzić, a całość jest bardzo ciekawa.

I should have listened, baby, to my second mind
Oh, I should have listened, baby, to my second mind
Everytime I go away and leave you, darling
You send me the blues way down the line

Najlepszym literackim momentem Led Zeppelin II jest bez dwóch zdań przepiękny Thank You. To własnie tu najlepiej słuchać, jak Plant rozwinął się, jako tekściarz. Funduje nam oryginalny, szczery i poruszający tekst o wdzięczności wobec ukochanej osoby. Wyśpiewuje to dodatkowo w rozbrajający sposób, a podkład muzyczny dodaje tu tylko magii i klimatu uniesienia. Jeden z moich ulubionych momentów na płycie.

Little drops of rain whisper of the pain
Tears of loves lost in the days gone by
My love is strong
With you there is no wrong
Together we shall go until we die, my, my, my
An inspiration is what you are to me
Inspiration - look, see

Heartbreaker
rozpoczynamy kolejnym słynnym riffem. Może nie jest tak ikoniczny jak Whole Lotta Love, jednak z pewnością niczym mu nie ustępuje, jeśli chodzi o motoryczność, chwytliwość i ostre brzmienie. Tu z kolei nie mamy już Planta rozmarzonego, ale tego hard rockowego, rozkrzyczanego, ale wciąż diablo melodyjnego. Ciekawostką odnośnie tego utworu może być fakt, że solówka gitarowa nagrana została już po ukończeniu całej reszty. Page wspomina, że gdy już właściwie piosenka była dopięta na ostatni guzik, przyszedł mu do głowy pomysł na solówkę, która świetnie by tam pasowała. Nagrał ją więc osobno, a potem wkleił do gotowej taśmy, stąd to nieodparte wrażenie zupełnie odstającego od reszty brzmienia gitary. Znakomity, czadowy kawałek.

Her style is new, but the face the same
As it was so long ago
But from her eyes, a different smile
Like that of one who knows

Well, it's been ten years or maybe more
Since I first set eyes on you
The best years of my life gone by
Here I am alone and blue

Some people cry and some people die
By the wicked ways of love
But I'll just keep on rolling along
With the grace of the Lord above

Living Loving Maid (She's Just a Woman) to piosenka umieszczona na stronie B singla Whole Lotta Love, jednak po jakimś czasie okazało się, że jest ona puszczana w radiu równie często, co strona A. Nic w tym dziwnego, bowiem to nie tylko utwór znacznie bardziej przystępny, ale i bardziej chwytliwy, dynamiczny i, zamiast motorycznego riffu, wyposażony w zapadające w pamięć refreny, które ciężko wyrzucić z głowy po przesłuchaniu. Fajne, proste i ostre granie.

Nobody hears a single word you say
Living, loving, she's just a woman
But you keep on talking till your dying day
Living, loving, she's just a woman

Ramble On to piosenka, która na swoją sceniczną premierę czekała aż do 2007 roku. Ciężko mi zrozumieć, czemu Zeppelini nie porywali się na granie jej na żywo, bowiem to kolejny fenomenalny numer z nieco spokojniejszymi zwrotkami, które poprzedzają nieco psychodeliczne mostki i absolutnie fantastyczne, wybuchowe refreny. Uwagę zwraca także tekst, przy pisaniu którego Plant prawie na pewno inspirował się Władcą pierścieni.

The leaves are falling all around, time I was on my way
Thanks to you, I'm much obliged for such a pleasant stay
But now it's time for me to go, the autumn moon lights my way
For now I smell the rain, and with it pain, and it's headed my way
Ah, sometimes I grow so tired
But I know I've got one thing I got to do

Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem solówek perkusyjnych, a tym bardziej umieszczania ich na albumach studyjnych. Może to dlatego Moby Dick nigdy nie robił na mnie szczególnego wrażenia. Oczywiście, trzeba w tym miejscu docenić kunszt Bonhama, który jest niezaprzeczalny; był to zdecydowanie jeden z najlepszych perkusistów muzyki rockowej, co nie ulega wątpliwości. Problem w tym, że takie rzeczy najzwyczajniej w świecie mnie nie jarają, więc poza docenieniem jego ogromnych umiejętności, nic dobrego więcej o Moby Dick nie powiem, bo mnie takie coś po prostu nudzi.
Znacznie ciekawiej wypada natomiast Bring It On Home (kolejna "inspiracja" Dixonem). Zaczyna się niewinnie, sennie, by po chwili rozkręcić się i zaserwować nam całą serię potężnych uderzeń, dobarwianych tu partiami harmonijki ustnej. Zakończenie z klasą.

Try to tell you baby
What you trying to do?
Trying to love me, baby
And love some other men too
Bring it on home, bring it on home
Went a little walk downtown
Messed and got back late
Found a note there waiting
It said, "Daddy, I just can't wait."
Bring it on home, bring it on home
Bring it back home, bring it back home to me, baby


Pozwolę sobie rozwiać wątpliwości już na samym początku: moim zdaniem Led Zeppelin II to album wybitny, tak samo jak debiut zespołu. Jednak na drodze do doskonałości w moim mniemaniu stanął tylko i wyłącznie Moby Dick (analogiczna sytuacja jak w wypadku Paranoid Black Sabbath i utworu instrumentalnego Rat Salad). Poza tym jednak, żadnej piosence na płycie nie mam nic do zarzucenia, bowiem Led Zeppelin po prostu pozamiatało. Każdy utwór ma swoją indywidualność, nie zlewają się w jedno, a jednocześnie razem tworzą wspaniałą całość. Od samego początku longplay chwyta za gardło i nie odpuszcza aż do końca, nie dając nam ani chwili oddechu. Ten album to praktycznie sztos za sztosem, i zanim się zorientujemy, już minął, jednak tak nas zahipnotyzował, że po jakimś czasie czujemy potrzebę, by do niego wrócić. Tą płytą Led Zeppelin udowodnili, że nie są artystami jednego albumu. Potwierdzili tu swoją wielkość i potencjał, który w nich drzemał.

Ocena: 9/10


Led Zeppelin II: 41:38

1. Whole Lotta Love - 5:34
2. What Is and What Should Never Be - 4:46
3. The Lemon Song - 6:19
4. Thank You - 4:49
5. Heartbreaker - 4:14
6. Living Loving Maid (She's Just a Woman) - 2:39
7. Ramble On - 4:34
8. Moby Dick - 4:20
9. Bring It On Home - 4:19

poniedziałek, 11 marca 2019

"Live Peace In Toronto 1969" - The Plastic Ono Band [Recenzja]


W sierpniu 1969 John Lennon oświadczył Paulowi McCartneyowi, że zamierza opuścić The Beatles. W tym samym czasie zaproponował Klausowi Voormanowi (niemieckiemu grafikowi, autorowi - między innymi - okładki albumu Revolver, a także muzykowi) i Ericowi Claptonowi założenie nowego zespołu, który miałaby stanowić wymieniona trójka, a także Yoko Ono. Doszedł do nich jeszcze Alan White na perkusji i w tym składzie, 12 września 1969 w Toronto zagrali koncert, który wydany został jeszcze tego samego roku pod nazwą Live Peace In Toronto 1969, do którego próby - jak wspomina sam Lennon - odbywały się... w samolocie!
Płyta nie zdobyła wielkiej popularności w Wielkiej Brytanii, ale sporym powodzeniem cieszyła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymała nawet status złotej płyty (500 tys. egzemplarzy).Warto zaznaczyć, że do oryginalnego, winylowego wydania otrzymywano... trzynastomiesięczny kalendarz.

Strojenie instrumentów trwa nieco ponad minutę. Następnie Lennon zapowiada piosenkę, której "nigdy jeszcze ze sobą nie grali". Blue Suede Shoes w tej wersji prezentuje się bardziej ociężale i wolniej, zdecydowanie nie doganiając żywiołowego pierwowzoru. Dech zapiera natomiast znakomita solówka Claptona i bardzo dobra gra White'a na perkusji. Niezbyt zadowalająco prezentuje się jednak śpiew Lennona, który jakby się powstrzymywał i to głównie przez jego wokal całość brzmi, jakby nie była wykonaniem koncertowym, a jedynie nagraniem z próby.
Następnie zespół zagrał ciężką wersję coveru, po który sięgnęli także Beatlesi na swoim drugim lonplayu, czyli Money (That's What I Want). W tej wersji mamy do czynienia z niewątpliwie mocniejszym i bardziej rockowym podkładem, w którym prym wiedzie powalające solo Claptona i znakomite bębny. Nawet Lennon wokalnie już się rozkręcił i sięga tu po swoje firmowe chwyty, które sprawiają, że nawet jeśli ta wersja nie przebija klasycznego wykonania Beatlesów, to bardzo się do niego zbliża.
Pozostajemy w klimacie coverów, po które sięgali także The Beatles, gdyż zaraz po Money mamy Dizzy Miss Lizzy, który Fab Four umieścili na albumie Help!. Można powiedzieć, że dopiero tu The Plastic Ono Band w pełni się rozkręca i funduje nam szaloną jazdę bez trzymanki, gdzie wszystko idealnie pasuje. Wersja z tej płyty jest o wiele wolniejsza od tej, którą John śpiewał z macierzystą formacją 4 lata temu, ale świetnie pasuje do tego ówczesny wokal Lennona, który śpiewa niezwykle melodyjnie, ale też z wielką pasją i rozdzierającą prawdą. Pod koniec możemy usłyszeć także zawodzenie Yoko, które - mimo że w założeniu miało robić klimat i dodawać całości awangardowego sznytu - mnie okropnie drażni. Na szczęście w tym utworze nie jest to jeszcze tak nachalne, gdyż pojawia się tylko na chwilę.
Prawdziwą bombę mamy jednak dopiero teraz, a mianowicie ociężały i mocarny Yer Blues z Białego Albumu. Gitara Claptona znakomicie nadaje całości rockowo-bluesowego zabarwienia, a Lennon śpiewa jak natchniony tak, jak wcześniej rzadko kiedy mu się to zdarzało. Jego wokal przepełniony jest pasją, a także wewnętrzną frustracją i bólem. Warto dodać tu także, że mamy tu o wiele lepsze solo gitarowe niż to znane nam z oryginału. Znakomity utwór i najlepszy moment koncertu. Aż szkoda, że kończy się tak szybko; muzycy spokojnie mogliby rozciągnąć go jeszcze o kilka minut.
Nowym numerem jest tutaj Cold Turkey. Zwrot ten oznacza potocznie osobę zrywającą z nałogiem w sposób nagły, bądź zastąpieniem ich innymi medykamentami, zamiast zalecanego stopniowego obniżania dawek. Lennon napisał ją podczas odwyku narkotykowego. Yoko zapowiada ją tu jako najnowszą piosenkę, jaką napisał John. Ludzie reagują na to z entuzjazmem, ale gdy pada tytuł, przez widownię przechodzi szmer. Piosenka jest naprawdę znakomita - to jeden z najlepszych rockowych utworów solowej kariery Lennona. Psują ją jednak jęki i stękania Ono, które są najzwyczajniej w świecie irytujące. Poza tym jednak, nie ma się do czego przyczepić.
Kolejną nową piosenką jest wielki hymn i jeden z najbardziej ikonicznych utworów XX wieku - Give Peace A Chance. Napisany został podczas happeningu Bed-In Johna i Yoko, podczas którego leżeli w piżamach w łóżku w swoim pokoju hotelowym, protestując tym samym przeciwko wojnie w Wietnamie. Na pytania dziennikarzy John najczęściej odpowiadał: "all we're saying it's give peace a chance". Początkowo utwór, mimo że napisany został przez Lennona i Ono podpisywany był jako dzieło duetu Lennon/McCartney, jednak później John zadbał o to, by to niedopatrzenie naprawić. Mówił, że to nie fair wobec Yoko, a pytany o to, czemu w takim razie tak to opisał, odpowiadał, że chciał się w ten sposób zrewanżować Paulowi za pomoc w nagrywaniu piosenki The Ballad of John and Yoko. Slogan GIVE PEACE A CHANCE stał się bardzo szybko hasłem prawie wszystkich antywojennych manifestacji. W Toronto utwór był już dobrze znany i ograny, co słychać w wielkiej pewności wykonawczej. Wszystko jest tu jakby do przodu w kontekście wcześniejszych piosenek. John w kilku miejscach pozmieniał tekst, jednak jego wokal jest naprawdę ostry, a jednocześnie melodyjny. Znakomity wykon wybitnego utworu.
Tak o to dotarliśmy do końca strony A. Stronę B zapełniają natomiast dwie bardziej awangardowe kompozycje. Pierwszą z nich jest Don't Worry Kyoko (Mummy's Only Looking For Her Hand In The Snow). Kompozycja ta zainspirowana została walką Ono ze swoim byłym mężem o córkę, Kyoko. Właściwie słowo "kompozycja" powinienem już na początku wziąć w cudzysłów, gdyż całość z muzyką ma niewiele wspólnego. "Piosenka" ta to bowiem krzyki Yoko "don't worry" przeplatane jej niemelodyjnymi zawodzeniami i wrzaskami. Irytujące i żenujące. 
Ostatni "utwór" koncertu, John, John (Let's Hope For Peace) rozpoczyna się melodyjnym - jak na Yoko - zawodzeniem Ono, która "wyśpiewuje" tytuł do akompaniamentu sprzężeń gitar Lennona i Claptona. Brzmi niedorzecznie? Potem jest już tylko gorzej, gdy Yoko się rozkręca i jej improwizacje wokalne są coraz bardziej chaotyczne i mają w sobie już więcej z wrzasków niż ze śpiewu. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mają przyjemność słuchania czegoś takiego, jednak dla mnie jest to męczące, denerwujące i nie ma nic wspólnego z muzyką. 


Powiem tak: szkoda. Szkoda zmarnowanego potencjału. Strona A to naprawdę dobra koncertówka. The Plastic Ono Band potrzebował dwóch utworów by się w pełni rozkręcić, jednak gdy już złapali rytm, to całość zaczęła brzmieć znakomicie i z niezłej wskoczyła na poziom bardzo dobrej. Dlaczego więc szkoda? Ano dlatego, że potem nastąpiła strona B, na której piski i wrzaski Yoko przeplatają się z hałasem i zgiełkiem instrumentalistów. Całość się rozłazi i brak jej wspólnego mianownika, a awangardowa Ono wypada żenująco przy łączącym melodyjność z rasowym hard rockiem Lennonem. W ocenie końcowej chciałbym dać więcej, ale nie mogę. Naprawdę.

Ocena: 4/10


Live Peace in Toronto 1969: 39:49

1. Blue Suede Shoes - 3:50
2. Money (That's What I Want) - 3:25
3. Dizzy Miss Lizzy - 3:24
4. Yer Blues - 4:12
5. Cold Turkey - 3:34
6. Give Peace a Chance - 3:41
7. Don't Worry Kyoko (Mummy's Only Looking for Her Hand in the Snow) - 4:48
8. John John (Let's Hope for Peace) - 12:38

czwartek, 7 marca 2019

"Abbey Road" - The Beatles [Recenzja]


W 1969 roku Beatlesi byli na skraju rozpadu. Wszyscy byli na siebie wzajemnie wkurzeni i nikt nie chciał z nikim już więcej współpracować. Na powrót do studia najbardziej nalegał McCartney, sugerując kolegom, że taki zespół jak The Beatles powinien godnie zejść ze sceny. Pozostali dali się w końcu przekonać i rozpoczęto sesje do albumu, który roboczo nazwano Get Back; miał być on powrotem Beatlesów do rock and rolla, o którym najwyraźniej zapomnieli eksperymentując przy takich dziełach jak Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band czy Magical Mystery Tour. Z sesji nie wyszło jednak nic satysfakcjonującego i porzucono prace.
George Martin, jak sam wspominał, był bardzo zdziwiony gdy kilka miesięcy później odebrał telefon od Paula, który zameldował mu gotowość zespołu do pracy. Producent był w szoku, mając w pamięci, jaka atmosfera panowała podczas sesji do Get Back. Zapytał się, czy John też się zgodził, na co McCartney odparł twierdząco. Martin postawił jednak jeden warunek dla swojego powrotu: nie chciał być tylko kimś nadzorującym - chciał znowu mieć udział w kształcie utworów. W odpowiedzi na to usłyszał: "Jasne, też tego chcemy".
Tak oto Beatlesi weszli do studia, by nagrać w komplecie swój ostatni (choć wydany jako przedostatni) album. Atmosfera podobno była bardzo dobra, gdyż każdy czuł, że nagrywają po raz ostatni i chcieli stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Dla każdego znalazło się tu miejsce, a pozostali robili wszystko, by całość brzmiała jak najlepiej, niezależnie od tego, kto akurat był autorem granej piosenki. McCartney wraz z Martinem w przypadku strony B albumu zastosowali niecodzienny zabieg, a mianowicie niedokończone jeszcze utwory połączyli w jedną całość, co dzisiaj nosi nazwę Abbey Road Medley. Lennonowi niezbyt się ten pomysł spodobał i długo jeszcze na nią utyskiwał, jednak nie chciał by był to efekt twórczy tylko Paula i Martina, więc sam też coś od siebie dorzucił.
Początkowo płyta miała nazywać się Everest od nazwy papierosów, które palił inżynier dźwięku, Geoff Emmerick, a okładka miała przedstawiać Beatlesów na szczycie tejże góry. Nikomu jednak nie chciało się jechać aż do Azji, a na następny dzień mieli już mieć okładkę. Beatlesi zaproponowali więc fotografowi, Ianowi MacMillanowi, żeby po prostu wyszli ze studia i zrobili tam parę ujęć. W oparciu o projekt Paula zdecydowano się na zdjęcie zespołu przechodzącego przez ulicę. MacMillan rozłożył się ze swoim aparatem (zdjęcia wykonywał stojąc na drabince) i wykonał 6 ujęć w pół godziny. Wybrano z tego jedno, które dziś jest najbardziej rozpoznawalną muzyczną okładką wszech czasów.

Płyta rozpoczyna się jednym z najwybitniejszych muzycznych dokonań Beatlesów, czyli wspaniałym Come Together Lennona. Piosenka początkowo była napisana na potrzeby kampanii politycznej jednego z przyjaciół Johna, jednak gdy okazało się, że zespół ma nagrywać nowy album, ten natychmiast pomyślał o tej kompozycji. Co ciekawe, początkowo piosenka była o wiele szybszym i dynamiczniejszym rockerem, jednak podczas nagrywania Paul zwrócił Johnowi uwagę, że lepiej by brzmiała, gdyby nagrali ją wolniej i zaprezentował jedną z najlepszych partii basu w całej swojej karierze. Dech zapiera też wspaniała gra Ringo, który dał tu prawdziwy popis swoich perkusyjnych umiejętności. Sugestia McCartneya nie była przypadkowa, gdyż zauważył spore podobieństwo Come Together do przeboju Chuck'a Berry'ego You Can't Catch Me. Kilka lat później zauważył to także opiekujący się prawami do utworów Berry'ego, Morris Levy i pozwał za to Lennona do sądu. Jako zadośćuczynienie, Beatles miał nagrać 3 utwory należące do katalogu Levy'ego na swój solowy album. Czym jednak piosenka by nie była inspirowana, jest naprawdę wyjątkowa i zawiera jeden z najbardziej enigmatycznych i zagadkowych tekstów w karierze Lennona (chociaż wiele zwrotów zostało już dzisiaj rozszyfrowanych). Znakomite otwarcie.

He roller coaster
He got early warning
He got Muddy Water
He one Mojo filter
He say "One and one and one is three"
Got to be good looking, 'cause he so hard to see
Come together right now over me

Pierwszą piosenką George'a na albumie jest przepiękne Something. Napisana została przez niego podczas sesji do Białego Albumu, jednak Harrison uznał, że jest zbyt banalna. Nagrał ją jednak dzięki namowom Johna i Paula, którzy uważali, że jest zjawiskowa. Do dziś Paul uważa ją za najlepszą piosenkę George'a, a Frank Sinatra (który również ją swego czasu wykonywał) stwierdził, że to najlepsza piosenka Beatlesów. Początkowo Harrison, nie chciał by została nagrana przez Beatlesów, więc pisał ją z myślą o Joe Cockerze, jednak marzył, by wykonał ją kiedyś Ray Charles (jak zresztą się stało w 1971 roku). Dziś jest to druga (po Yesterday) najczęściej coverowana piosenka Beatlesów w historii. Oprócz znakomitych wokali George'a zwraca tu także uwagę jego zapierająca dech w piersiach gra na gitarze. O jakości tej piosenki niech świadczy to, że Harrison miał kiedyś wywiad w BBC z Michaelem Jacksonem. Gdy dziennikarz zapytał Beatlesa o Something, Jackson był zaskoczony, gdyż myślał, że napisał to duet Lennon/McCartney. Utwór jest jednym z najpiękniejszych miłosnych songów nie tylko w repertuarze tego zespołu, ale i w historii i na zawsze już wszedł do kanonu, pozostając jedną z najlepszych kompozycji Harrisona.

Don't want to leave her now
You know I believe and how

You're asking me will my love grow
I don't know, I don't know
You stick around, now it may show
I don't know, I don't know

Harrison w swoich piosenkach czerpał z własnych doświadczeń bądź przemyśleń. Lennon uwielbiał obalać mity i ukazywać nagą, nieupiększoną prawdę. McCartney natomiast, jako jedyny z nich, potrafił wymyślać różne głupie historyjki i umiejętnie połączyć je z wodewillową muzyką, a popis swoich umiejętności daje w Maxwell's Silver Hammer. Znany ze swojego perfekcjonizmu Paul podchodził do tej piosenki aż 21 razy i skończyło się na tym, że nagrano ją dopiero w 3 dni. Harrison i Starr (Lennona nie było podczas sesji do tej piosenki, gdyż dochodził do siebie po wypadku) mieli już serdecznie dość tej "głupkowatej piosenki", jednak wytrzymali i dzisiaj słyszymy w niej George'a na basie i gitarze, Paula na pianinie i Ringo na perkusji. Początkowo miał także zagrać na kowadełku, jednak nie miał dość siły, by podnieść młotek, więc powierzono to Malowi Evansowi, który miał spory problem by trafić w rytm. Można tu także usłyszeć syntezator Mooga i organy Hammonda, na których gra Martin. Piosenka jest bardzo krytykowana za jej tendencyjność, ale i uważam że jest naprawdę świetna i znakomicie wpisuje się w wodewillowy nurt twórczości Paula, który śpiewa tu bardzo delikatnie i z wyczuciem, wyśpiewując mało wesoły tekst w wesoły sposób. Znakomity utwór.

Bang, band, Maxwell's silver hammer
Came down upon her head
Clang, clang, Maxwell's silver hammer
Made sure that she was dead

Prawdziwy popis McCartneya dostajemy jednakże w Oh! Darling. I tutaj McCartney dał popis swojego perfekcjonizmu. Chciał by jego głos brzmiał jakby był "bluesmanem, który przez miesiąc nie schodzi ze sceny", jak wtedy gdy śpiewał I'm Down, Kansas City/Hey,Hey,Hey,Hey czy też Long Tall Sally. W związku z czym przychodził codziennie rano do studia i śpiewał (bez słuchawek, do muzyki z głośników) odpowiedni fragment piosenki, po czym kręcił głową i mówił, że spróbuje jeszcze raz jutro. Lennon do końca miał mu za złe, że nie pozwolił mu tego zaśpiewać, gdyż jego głos bardziej by pasował (i ja również tak myślę), jednak był to już ten etap działalności zespołu, kiedy nie prosili się o wzajemną pomoc we własnych piosenkach i woleli wszystko robić po swojemu. Jest to jeden z najbardziej znanych utworów McCartneya i ciężko się temu dziwić, gdyż to świetna piosenka, odwołująca się swoim klimatem do lat 50. Głos Paula wspaniale brzmi w zwrotkach, natomiast w refrenach prezentuje się nieco wymuszenie, jednak słuchaczowi zapiera dech w piersiach, gdy słyszy jak wielkimi umiejętnościami McCartney dysponował. Według mnie gdyby oddał tę część do zaśpiewania Lennonowi, powstałaby piosenka jeszcze lepsza, ale nie ma co narzekać, gdyż w tej wersji również powala i jest moim ulubionym momentem płyty. Jest to też historyczny moment, gdyż to właśnie w tej piosence Lennon, nagrywając chórki, po raz ostatni stanął z Beatlesami przed mikrofonem. Jest to więc ostatni chronologicznie utwór nagrany przez całą czwórkę.

When you told me
You didn't need me anymore
Well you know I nearly broke down and cry

Oh darling
Please, believe me
I'll never let you down
Believe me when I tell you
I'll never do you no harm

Na Abbey Road znalazło się także miejsce dla piosenki napisanej przez Ringo, a mianowicie - Octopus's Garden. Napisał ją już rok wcześniej, podczas sesji do Białego Albumu, kiedy to czuł się coraz bardziej niepotrzebny i spychany na bok (McCartney ponadto zdawał się wątpić w jego umiejętności i sam grał na perkusji w swoich numerach). Wtedy to wyszedł ze studia i - razem ze swoimi dziećmi - popłynął na Sardynię. Na statku zaczął słuchać opowieści kapitana o tym, jak ośmiornice żyją pod wodą, że zbierają sobie puszki i różne błyskotki i urządzają sobie miejsce spoczynku, co wygląda jak ogród. Gdy Ringo wrócił na Abbey Road, oznajmił kolegom, że ma nową piosenkę. Na The Beatles było jednak miejsce tylko dla jednej kompozycji Starra, a ten wybrał Don't Pass Me By, więc Octopus's Garden musiało poczekać na swoją kolej. Pojawiło się więc na Abbey Road i uważam, że to najlepsza piosenka, jaką Ringo kiedykolwiek napisał. Świetny wokal, znakomite refreny i niecodzienna struktura. Bardzo niedoceniona i zapomniana piosenka, a szkoda bo ma sporo wdzięku i ambicji. Jasne, to wciąż Starr ze swoimi niezbyt imponującymi umiejętnościami wokalnymi i piosenką country, jednak wydaje się to bardziej do przodu niż wszystkie wcześniejsze i późniejsze piosenki Ringo. Ma sporo uroku i ciężko przy tej piosence się nie uśmiechnąć i nie dać się porwać.

We would be so happy, you and me
No one there to tell us what to do
I'd like to be under the sea
In the octopus's garden with you

Stronę A albumu wieńczy ciężka, rozbudowana do niemal ośmiu minut zapierająca dech w piersiach kompozycja Lennona, I Want You (She's So Heavy). Został także zmiksowany na album jako ostatni, a ponadto był to ostatni raz, gdy Beatlesi znaleźli się razem w jednym studiu. Piosenka opowiada o jego związku z Yoko, a narastająca napięcie ma symbolizować szaleństwo, którym John ją obdarza. Całość ma wciągający, transowy rytm i mimo że cały tekst składa się z dwóch wersów, jest bardziej wymowny niż wiele innych miłosnych poematów Johna. Lennonowi zależało na osiągnięciu jak najbogatszej faktury, co zaowocowało wieloma nakładkami gitar i syntezatora Mooga. Całość jest zbitką kilku podejść do nagrania, jednak utwór brzmi zupełnie, jakby nagrany został za jednym podejściem. Prezentuje się naprawdę wspaniale i jest jedną z najlepszych i najcięższych rzeczy, które Lennon kiedykolwiek stworzył.

I want you
I want you so bad
It's driving me mad

W Harrisonie podczas nagrywania albumu zaszła pewna zmiana, a mianowicie stał się bardziej pewny siebie. Wiedział, że jego ostatnie piosenki są nie gorsze od tych pisanych przez Johna i Paula, więc przychodząc do studia z Here Comes The Sun, doskonale wiedział, jaki efekt chce osiągnąć i nie dał sobie w kaszę dmuchać. Parę razy Paul starał się mu podpowiedzieć, że według niego lepiej by było, gdyby zagrał to tak a tak, na co Harrison miał mu odpowiedzieć: "Nie muszę się ciebie słuchać" i postawił na swoim. I bardzo dobrze się stało, bo ta pełna optymizmu piosenka to perła w repertuarze Beatlesów i jeden z najsłynniejszych ich utworów. Jest pełna pozytywnych dźwięków, które Harrison jeszcze długo po sesjach z Paulem i Ringo (Johna nie było wtedy w studiu) miał dogrywać. Był zadowolony z rezultatu, tak jak i reszta Beatlesów, która uznała Here Comes The Sun za najlepszą piosenkę George'a, jaką kiedykolwiek napisał dla zespołu. Zwraca tu uwagę przepiękna partia gitary i chórki Harrisona i McCartneya, które udowadniają, że nawet w stanie kompletnego rozpadu, Beatlesi wciąż potrafili tworzyć prawdziwą magię. Bo taki właśnie jest ten utwór - magiczny.

Little darling, it's been a long, cold, lonely winter
Little darling, it feels like years since it's been here
Here comes the sun, here comes the sun
And I say it's alright

Jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach piosenek w całym repertuarze Beatlesów jest zdecydowanie Beacause. Znaczny udział w jej powstawaniu miała Yoko Ono. Grała kiedyś Johnowi na fortepianie fragment Sonaty Księżycowej Bethovena, a Lennon poprosił ją, by zagrała to od tyłu. Tak właśnie zaczął pisanie tej piosenki, która z miejsca zachwyciła George'a Martinna, który poczuł od razu znowu swoją misję. Zasugerował by zdublować linię wokalną Johna na klawesynie, a także by zaśpiewali tu George, Paul i John, tworząc harmonie. Lennon podchwycił pomysł i wkrótce nagrali najpiękniejszą harmonię, jaką kiedykolwiek mieli stworzyć. Całość została zdublowana przez producenta, tak że brzmi to, jakby było śpiewane przez co najmniej 9 osób. Geoff Emerick wspomina, że podczas nagrywania wszyscy byli maksymalnie skupieni, by dać z siebie wszystko i nie zmarnować potencjału, który drzemał w tej piosence. Zadziałało i powstała wspaniała, powalająca i monumentalna kompozycja z jednym z najpiękniejszych tekstów Johna. George uznaje ją za swój ulubiony numer z całego albumu, dodając że zaskoczyło go, że Lennon potrafi tworzyć nie mniej melodyjne piosenki od McCartneya. Sam Paul zresztą docenia ten utwór i mówi, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie John kiedykolwiek stworzył. Ciężko o lepszą rekomendację. Zdecydowanie mój numer 1 Lennona z tej płyty.

Beacause the world is round it turns me on
Beacause the wind is high, it blows my mind
Love is old, love is new
Love is all, love is you
Beacause the sky is blue, it makes me cry

Przyszła pora na słynny Abbey Road Medley, a rozpoczyna się on McCartneyowskim You Never Give Me Your Money, który sam w sobie ma już postać mini-suity. Zaczyna się delikatnym motywem na fortepianie, a Paul wyśpiewuje swoje pretensje do ówczesnego menadżera zespołu, Alana Kleina. Następnie gwałtowne przejście do opowieści o dawnych latach zespołu i długie solo gitary, które prowadzi do ostatniego segmentu utworu, czyli marzeniach McCartneya o spokojnym życiu na wsi z Lindą. Całość wieńczy krótka, dziecięca wyliczanka ("One, two, three, four, five, six, seven/All good children go to heaven"). Samo You Never Give Me Your Money było już zbitką trzech napoczętych przez McCartneya utworów, umiejętnie połączonych w jedną całość. Główny motyw powróci jeszcze w Carry That Weight, jednak skupmy się póki co na You Never Give Me Your Money. Jest to naprawdę świetny, wielowątkowy utwór, pokazujący w pełnej rozpiętości talent i wszechstronność Paula. Znakomita rzecz.

You never give me your money
You only give me your funny paper
And in the middle of negotations
You break down

O Sun King John miał potem mówić, że to "kawałek śmiecia, który akurat miał pod ręką, gdy składali album" i "2 minuty, w których bawią się we Fleetwood Mac". Rzeczywiście, podobieństwa do wspomnianego zespołu (a zwłaszcza do piosenki Albatros) są nieodzowne. Lennon od początku mówił, że całość była tylko wygłupem, a hiszpański tekst to nic więcej, tylko zbitka słówek, które Paul pamiętał jeszcze z lekcji tego języka ze szkoły. Mimo tego, piosenka prezentuje się naprawdę nieźle; podczas sesji do niej, Beatlesi podobno znakomicie się bawili, a John i Paul śpiewali znów przy jednym mikrofonie. Czuć tu, co prawda, że to tylko szkic, a całości Lennon po prostu nie miał pomysłu dalej poprowadzić, jednak "znalazł sposób, żeby się tego pozbyć". 

Here comes the sun king
Everybody's laughing
Everyboy's happy
Here comes the sun king

Mimo, że mistrzem w kreowaniu fikcyjnych postaci w piosenkach Beatlesów był Paul (Jude, Maxwell, Eleanor Rigby, Father McKenzie, Desmond, Michelle), to w kolejnej piosence na taki zabieg pozwolił sobie John tworząc postać Niemiłego Pana Musztardy. Piosenkę Mean Mr. Mustard przywiózł jeszcze z Indii, jednak od tego czasu nie wpadł na żaden pomysł, by całość rozwinąć. Gdy jednak przyszedł pomysł stworzenia Abbey Road Medley, sprezentował ją kolegom, którzy bez słowa dołączyli ją do peletonu. Ciekawostką jest, że w tekście początkowo występowała "his sister Shirley", jednak zmienił jej imię na Pam, by pasowało do kolejnego utworu. Przyznam się, że jest to najmniej lubiany przeze mnie moment longplaya i czuć, że Lennon dodał go tylko dlatego, by nie było go mniej niż Paula. Utwory McCartneya jednak nawet w formie początkowej były już dopracowane, natomiast Lennon zajmował się dopieszczaniem melodii dopiero, gdy miał całość, a zarys miał dla niego pozostawać tylko zarysem.

Mean Mr. Mustard sleeps in the park
Shaves in the dark trying to save paper
Sleeps in a hole in the road
Saving up to buy some clothes
Keeps a ten-bob note up his nose
Such a mean old man

Lepiej wypada natomiast Polythene Pam, które tekstowo łączy się z Mean Mr. Mustard, a została nagrana jednym ciągiem wraz z She Came In Through The Bathroom Window (o którym za chwilę). Również napisana została przez Johna podczas pobytu w Indiach z myślą o Białym Albumie, jednak nigdy nie doczekała się rozwinięcia i skończyła na Abbey Road. Wypada jednak o wiele ciekawiej niż poprzednik, ma świetny, rockowy rytm, powalające wokale Johna i wielowątkowość. Jest lepiej, ale to wciąż nie poziom Beacause. Od Lennona po prostu wymaga się więcej.

Well you should see Polythene Pam
She's so good-looking but she looks like a man
Well you should see her in drag dressed in her polythene bag
Yes you should see Polythene Pam

She Came In Through The Bathroom Window to piosenka zainspirowana jak najbardziej autentycznym wydarzeniem, kiedy to jedna z grupy fanek zespołu (fanklub nosił nazwę Apple Scruffs) włamała się do domu Paula przez okno łazienkowe. McCartney napisał ten utwór podczas pobytu w Nowym Jorku, kiedy promował firmę Apple. Jako jedyna część Abbey Road Medley ma klasyczną budowę (wstęp-zwrotka-refren). Przynosi także chwilę wytchnienia po maratonie Sun King/Mean Mr. Mustard/Polythene Pam/She Came In Through The Bathroom Window i przygotowuje nas na szczytowy moment płyty. Sama w sobie jest raczej prosta i umiarkowanie ciekawa, chociaż nie można odmówić jej uroku. Nie prezentuje jednak ze sobą nic wyjątkowego i jest jednym z mniej lubianych przeze mnie punktów longplaya.

Didn't anybody tell her?
Didn't anybody see?
Sunday's on the phone to Monday
Tuesday's on the phone to me

Delikatny motyw na fortepianie rozpoczyna przepiękne Golden Slumbers z wspaniałym śpiewem McCartneya, który stworzył tu jeden z najlepszych wokali w całej swojej karierze. Powstała w jego domu w Liverpoolu, gdzie siedząc przy fortepianie zaczął kartkować książeczkę z poematami sprzed 400 lat i tak trafił na Golden Slumbers. Zaczął wymyślać do tego melodię na bieżąco i tak powstał ten piękny utwór, który dobitnie pokazuje jak wielką muzyczną wrażliwością może szczycić się Paul. Wspaniały kawałek. 

Once there was a way
To get back homeward
Once there was a way
To get back home
Sleep pretty darling, do not cry
And I will sing a lullaby

Golden Slumbers jednak od początku miał być dopełnieniem do napisanego wcześniej Carry That Weight. Pisana była docelowo dla Ringo i miała być pełnoprawną kompozycją na stronie A, ale ostatecznie skończyła jako część trzysegmentowej suity kończącej album. By podkreślić połączenia między "utworami", Paul zdecydował się zawrzeć tu repryzę kompozycji You Never Give Me Your Money, ze zmienionym - bardziej adekwatnym do całości - tekstem. 

I never give you my pillow
I only send you my invitations
And in the middle of the celebrations
I break down

The End to najwspanialszy finał, jaki można sobie wyobrazić dla zespołu pokroju The Beatles. Mamy tu solówki gitarowe Johna, George'a i Paula, a także solo perkusyjne, na które Ringo w końcu się zgodził. Utwór powstał w studiu, gdyż McCartney miał ze sobą dwuwers i zależało mu, by gdzieś go umieścić. Improwizując więc cała czwórka stworzyła The End, czyli hardrockowy kawałek, który leci na łeb na szyję i zapiera dech w piersiach. 

And in the end
The love you take is equal to the love you make

Całość wieńczy jednak półminutowa miniaturka Her Majesty, na którą składa się tylko śpiew Paula do wtóru gitary akustycznej, na której zresztą sam zagrał. Nagranie wymagało tylko trzech podejść i początkowo miała znaleźć się między Mean Mr. Mustard a Polythene Pam (stąd ten akord na początku). Całość jednak niezbyt się spodobała Beatlesom i kazali Emerickowi to wyciąć. Ten dostał jednak surowy zakaz usuwania czegokolwiek, co nagrali Beatlesi, więc przesunął to na sam koniec taśmy. Podczas odsłuchu finalnej wersji albumu, ta piosenka pojawiła się po 20 sekundach przerwy od końca The End i ten efekt spodobał się Beatlesom i zdecydowali się dokładnie tak umieścić to na płycie. I to jest właśnie koniec. Więcej Beatlesi już nic nam nie zostawili.

Her Majesty is a pretty nice girl
But she doesn't have a lot to say
Her Majesty is a pretty nice girl
But she changes from day to day
I'm gonna tell her that I love her a lot
But I gotta get a belly full of wine
Her Majesty is a pretty nice girl
Someday I'm gonna make her mine


Jeżeli czytający podczas lektury tego tekstu odniósł wrażenie, że za dużo tu pochwał, to chciałbym tu wyjaśnić, że żadna płyta jak Abbey Road na tyle pozytywów nie zasługuje. To absolutnie wspaniały i porywający album, dobitnie ukazujący muzyczny geniusz Beatlesów. Ich największe muzyczne dzieło. Absolutnie ikoniczne, dopracowane i skończone. Słuchając tego, aż ciężko uwierzyć, że wszyscy byli ze sobą tak bardzo skłóceni, gdyż płyta brzmi, jakby każdy świetnie się bawił podczas nagrywania. Według relacji osób współpracujących wówczas z zespołem tak jednak właśnie było - wszyscy wiedzieli, że zespół już nie przetrwa więcej i Abbey Road to ostatnia rzecz, jaką razem nagrywają, więc chcieli dać z siebie wszystko, by stworzyć godne pożegnanie. Wywiązali się z tego znakomicie, tworząc album absolutny. Jeśli ktoś miałby kiedykolwiek przesłuchać tylko jednej, jedynej płyty, powinna to być właśnie Abbey Road. To dzieło to najwspanialszy album, jaki miałem przyjemność i zaszczyt kiedykolwiek słuchać.

Ocena: 10/10


Abbey Road: 47:03

1. Come Together - 4:19
2. Something - 3:02
3. Maxwell's Silver Hammer - 3:27
4. Oh! Darling - 3:27
5. Octopus's Garden - 2:51
6. I Want You (She's So Heavy) - 7:47
7. Here Comes the Sun - 3:05
8. Because - 2:45
9. You Never Give Me Your Money - 4:03
10. Sun King - 2:26
11. Mean Mr. Mustard - 1:06
12. Polythene Pam - 1:13
13. She Came In Through the Bathroom Window - 1:58
14. Golden Slumbers - 1:31
15. Carry That Weight - 1:36
16. The End - 2:05
17. Her Majesty - 0:23

czwartek, 28 lutego 2019

"Yellow Submarine" - The Beatles [Recenzja]


Umowa zawarta przez Briana Epsteina z wytwórnią opiewała na 3 filmy z Beatlesami w rolach głównych. Zarówno A Hard Day's Night jak i Help! cieszyły się znacznym powodzeniem (zwłaszcza komercyjnym), więc w 1968 roku miała ukazać się już kolejna historia z zespołem The Beatles, okraszona ich piosenkami. Panowie z zespołu byli już jednak tak ze sobą skłóceni, że nie mieli najmniejszej ochoty na wspólną pracę, więc zajmowali się swoimi sprawami, a ich zainteresowanie filmem było zerowe. W związku z tym zdecydowano się wyprodukować pełnometrażowy film animowany o przygodach Fab Four w Pepperlandii, gdzie Sine Smutasy zabrały mieszkańcom całą radość i tylko Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza może ich pokonać. A Orkiestrę uwolnić muszą Beatlesi, przeżywając szalone przygody podróżując w żółtej łodzi podwodnej.
Zaangażowanie Beatlesów widać już w liście utworów. Piosenka tytułowa pochodzi z wydanej kilka lat wcześniej płyty Revolver, jedna wydana została wcześniej jako singiel, a reszta (z wyjątkiem jednej) powstała przy okazji sesji do poprzednich albumów. Drugą stronę winyla zajmuje natomiast tylko i wyłącznie muzyka ilustracyjna do poszczególnych scen z filmu napisana i zaaranżowana przed George'a Martina, a wykonana przez jego orkiestrę.

Płytę rozpoczyna śpiewany przez Ringo Starra utwór tytułowy, Yellow Submarine, pochodzący oryginalnie z albumu Revolver. Napisana została przez Paula McCartneya jako piosenka, która trafić miała do dzieci i od początku wiadomo było, że zaśpiewa ją Starr. By jednak tak się stało, Paul musiał wziąć pod uwagę jego możliwości głosowe, tak więc nie ma tu zbyt skomplikowanej linii wokalnej, by dać największe pole do popisu dla jego delikatnej i ciepłej barwy. Swoje zdanie o tej piosence wyraziłem już podczas recenzowania Revolvera, ale je powtórzę: według mnie to świetny utwór ze znakomitym, chwytliwym refrenem i rewolucyjną produkcją Martina, jednak nie zasługuje na to, by swoją popularnością przebić o wiele wybitniejsze i rewolucyjne kompozycje z repertuaru Beatlesów. 
In the town where I was born
Lived a man who sailed the sea
And he told us of his life
In the land of submarines
So we sailed on to the sun
Till we found the sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

Bardzo cenię sobie kunszt kompozytorski George'a Harrisona i uważam że jego eksperymenty z wplataniem muzyki indyjskiej do rock and rolla zdecydowanie ubarwiają albumy Beatlesów, jednak Only A Northern Song to rzecz przekombinowana. Napisana została podczas sesji do Sierżanta Pieprza, jednak została odrzucona. Słuchając jej, łatwo zrozumieć dlaczego; nie dlatego, że nie dorównuje do poziomu wspomnianego longplaya, tylko jest po prostu słaba. Dziwacznie dobrane akordy, zgiełk aranżacyjny uniemożliwiający wyłowienie jakiejkolwiek melodii (która zresztą okazuje się rozczarowująca, jak na standardy tego zespołu).

If you're listening to this song
You may think the chords are going wrong
But they're not; we just wrote it like that

Kolejną piosenką napisaną z myślą o Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band jest typowa dla Paula prosta, melodyjna kompozycja All Together Now. Pomyślana jako wyliczanka dla dzieci, oparta na trzech akordach, siłą rzeczy jest bardzo prosta i naiwna, jednak - nie ma co ukrywać - udana. Słuchanie jej wywołuje uśmiech na twarzy i pozytywną energię, a refren należy do tych, które jak raz utkną w pamięci, to się już ich nie wyrzuci.

One, two, three, four
Can I have a little more?
Five, six, seven, eight, nine, ten
I love you
A, B, C, D
Can I bring my friend to tea?
E, F, G, H, I, J
I love you

Najwspanialszym utworem albumu jest jednak jedyna piosenka napisana z myślą o filmie (zresztą w pośpiechu i od ręki), czyli Hey Bulldog Lennona. Beatlesi na potrzeby teledysku do piosenki Lady Madonna mieli zostać sfilmowani podczas pracy w studiu. By jednak nie tracić studyjnego czasu, właśnie podczas tej sesji nagrali Hey Bulldog. Rzecz jasna, głównym twórcą był John, jednak podczas sesji nagraniowych pracował razem z Paulem bardzo zgodnie (nad wyraz, jeśli wziąć pod uwagę panujące między nimi napięte relacje), przyjmując kilka uwag i sugestii McCartneya, zmieniając w kilku fragmentach tekst. Naprzemiennie improwizowali przy fortepianie, podbijając główny riff gitary. Skomplikowany rytm zasugerowany został przez Yoko Ono (która podczas tej właśnie sesji po raz pierwszy weszła do studia wraz z Johnem), gdy zaproponowała partnerowi, by zrobił coś bardziej nieoczywistego niż zazwyczaj. Znakomity, rockowy, mocny utwór. Jeden z najlepszych w całej songwriterskiej karierze Johna, a na pewno najlepszy na tym "albumie".

Child-like
No one understands
Jack knife
In your sweaty hands
Some kind of innocence is measured out in years
You don't know what it's like to listen to your fears

You can talk to me
If you're lonely, you can talk to me

It's All Too Much to kolejny nieciekawy numer George'a, który zdaje się być znaczącym przerostem formy nad treścią. Zamiast dopracować melodię, Harrison - takie odnoszę wrażenie - wolał skupić się na aranżu, przywołującym na myśl kulturę Indii. Piosenka powstała podczas sesji do Sierżanta Pieprza, jednak George nie był zbyt zainteresowany wówczas pracą w studiu i to świetnie tu słychać. Utwór najzwyczajniej w świecie jest nijaki; niby twórca się tu szamocze i stara się stworzyć coś wyjątkowego (momentami nawet się o to ociera), jednak finalny efekt jest raczej kiepski. Szkoda, że "cichy Beatles" zaprezentował się na tej płycie tak niekorzystnie.

It's all too much for me to take
The love that's shining all around you
Everywhere it's what you make
For us to take it's all too much

All You Need Is Love to utwór napisany specjalnie na potrzeby programu Our World, który był pierwszym w historii programem nadawanym satelitarnie na cały świat. Potem został wydany jako singiel, a także jako zakończenie amerykańskiej wersji albumu Magical Mystery Tour. Doceniam jej wagę dla epoki, uniwersalność tekstu i solówkę Harrisona, jednak ta kompozycja kompletnie do mnie nie trafia i uważam ją za prostacką i pretensjonalną. Ciężko mi zrozumieć jej fenomen i powszechne uwielbienie, gdyż nigdy za nią nie przepadałem i myślę, że już się to nie zmieni.

There's nothing you can do that can't be done
Nothing you can sing that can't be sung
Nothing you can say
But you can learn how to play the game, it's easy

Instrumentalną część płyty rozpoczyna Pepperland, czyli piękna i optymistyczna kompozycja z licznymi zmianami tempa i motywów. Trwa nieco ponad 2 minuty, więc nie zdąży znudzić; zresztą tyle się tu dzieje, a całość ma tyle uroku, że nawet jakby trwała 2 razy dłużej, wciąż słuchałbym z zainteresowaniem. 
Motywem znanym z Within You Without You rozpoczyna się znakomite Sea of Time. Początek oparty jest na dźwiękach sitaru, do których dodawane są ze smakiem i z wyczuciem smyki. Po chwili sitar jednak znika i smyczki muszą radzić sobie same. Robią to jednak wyśmienicie, gdyż podczas tej bogatej w zmiany nastroju kompozycji, ani przez chwilę nie sposób się nudzić.
Zaraz po niej następuje Sea of Holes, które z kolei jest najbardziej tajemniczym motywem, jednak - niestety - odstającym poziomem od peletonu. Szkoda.
Ciekawie jest w Sea of Monsters, jednak całość jest nieco przydługa. Ciężko uwierzyć natomiast, że John Williams komponując swój motyw marszu imperialnego do Gwiezdnych Wojen nie inspirował się March of the Meanies. Rewelacyjny kawałek, w którym co chwila coś się dzieje i nie sposób się nudzić. Nużąco za to prezentuje się Pepperland Laid Waste. Majstersztykiem okazuje się finałowe Yellow Submarine In Pepperland, które jest właściwie orkiestrową wariacją na temat tytułowego utworu. Wspaniałe zakończenie tej przedziwnej płyty. Rzekłbym nawet, że wręcz takie, na które ten album nie zasługuje. 


Dziwna to płyta i muszę się przyznać, że mam spory problem z jej oceną. Jest tu trochę wartościowej muzyki (All Together Now, Hey Bulldog, większość strony Martina), ale jest tu i masa gniotów, a także dwie piosenki już wcześniej opublikowane, więc w jakim celu w oficjalnej dyskografii Beatlesów pojawiają się ponownie? Bardzo nierówny to album i ciężko wyrobić sobie o nim jasną opinię. Po kilkukrotnym jego przesłuchaniu moja jest jednak następująca: to najgorszy album Beatlesów. Powinna być traktowana tylko jako ciekawostka, a Hey Bulldog i All Together Now zasługują na lepsze otoczenie. Szkoda po prostu tak znakomitych kompozycji na tak słabym krążku.

Ocena: 4/10


Yellow Submarine: 39:16

1. Yellow Submarine - 2:37
2. Only a Northern Song - 3:23
3. All Together Now - 2:08
4. Hey Bulldog - 3:09
5. It's All Too Much - 6:27
6. All You Need Is Love - 3:48
7. Pepperland - 2:18
8. Sea of Time - 3:00
9. Sea of Holes - 2:16
10. Sea of Monsters - 3:35
11. March of the Meanies - 2:16
12. Pepperland Laid Waste - 2:09
13. Yellow Submarine in Pepperland - 2:10

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...