Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2020

"The End: Live in Birmingham" - Black Sabbath [Recenzja]


"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść", jak śpiewał Perfect wiele lat temu. Szanuję, że po zatoczeniu pełnego koła, a więc powrotu i nagrania albumu długogrającego z Ozzym Osbourne'em na wokalu, co podsumowała trasa koncertowa, Black Sabbath podjęli decyzję o zakończeniu kariery. W 2016 roku panowie wyruszyli więc w pożegnalną trasę koncertową pod wymowną nazwą "The End" (pod tym samym tytułem ukazała się także EP-ka z czterema niewydanymi utworami z sesji do 13 i czterema wykonaniami koncertowymi z tamtej trasy, która do kupienia była tylko podczas koncertów), która objęła również Kraków, gdzie Black Sabbath zagrał w TAURON Arenie 2 lipca 2016 roku. 
Ostatni koncert nie mógł odbyć się nigdzie indziej, jak w mieście, gdzie wszystko się zaczęło, czyli w Birmingham. To właśnie tam 4 lutego 2017 roku zagrali swój ostatni koncert protoplaści heavy metalu. Takie wydarzenie nie mogło zostać nieudokumentowane. Całość więc nakręcono i nagrano z wielką pompą, co zaowocowało kilka miesięcy później wydaniem CD wraz z koncertem na DVD i Blu-Ray. Do tego dodano także płytę z nagraniami zatytułowanymi Angelic Session, na których Black Sabbath po raz ostatni wszedł do studia i zagrał parę swoich starszych utworów (The Wizard, Wicked World, Sweet Leaf, Tomorrow's Dream, Changes). W kinach na całym świecie przez jakiś czas puszczany był film dokumentalny The End of the End, który zawierał wycinki z koncertu, sesje i parę wypowiedzi członków zespołu.

Jak można zacząć pożegnalny koncert, jeśli nie utworem, od którego wszystko się zaczęło? I to mówić tu można zarówno o początku kariery zespołu, jak i o całym heavy metalu. Mowa tu oczywiście o piosence Black Sabbath z legendarnego debiutu Black Sabbath o tym samym tytule. Ale oczywiście zanim zabrzmi ten ikoniczny riff, obowiązkowo muszą pojawić się grzmoty i dzwony. Dopiero po chwili Tony Iommi gra miażdżący riff, a dochodzą do niego Butler ze swoim bulgoczącym basem i Clufetos świetnie odtwarzającym perkusyjne partie Warda. Gdy Ozzy się pojawia, można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony jego głos jest mniej pociągnięty autotune'em niż na Live... Gathered in Their Masses, przez co brzmi naturalniej, choć też mniej mrocznie. Z drugiej jednak skutkuje to kilkoma gorszymi momentami w jego śpiewie, gdzie po prostu nie trafia w dobre dźwięki. Generalnie jednak utwór zagrany jest wiernie do oryginału i fanom zespołu może pojawić się gęsia skórka podczas słuchania.
Kontynuujemy utworem, który kończył znakomity Paranoid, czyli Fairies Wear Boots. Najpierw - klasycznie - przez pierwsze półtorej minuty mamy popisówkę Iommiego (czasem też Clufetosa). Miło mi też donieść, że Ozzy radzi sobie tu zdecydowanie lepiej i większe fałsze mu się raczej nie zdarzają. Całość jest odpowiednio dynamiczna, zespół młóci aż miło i rewelacyjnie się tego słucha.
Under the Sun/Every Day Comes and Goes to jeden z moich ulubionych kawałków Black Sabbath, więc bardzo się cieszę, że i dla niego znalazło się tu miejsce, tym bardziej że mamy tu do czynienia z naprawdę wyjątkowo dobrym wykonaniem. Osbourne bardzo mnie zaskoczył swoimi wokalizami, które przecież nie są najprostsze. Instrumentalnie - jak zwykle na bardzo wysokim poziomie. Zmartwionych po The End (tej EP-ce z 2016 roku) uspokajam: tak, jest instrumentalna koda.
After Forever to kompozycja, która znalazła się na płycie Master of Reality z 1971 roku. Mimo, że była ona jednoznaczną deklaracją głębokiej wiary członków zespołu, Watykan uznał ją za... satanistyczną. No cóż... Być może przy okazji ostatniej trasy i ostatnich koncertów w historii, Black Sabbath chciał przypomnieć wszystkim, że nigdy nie byli grupą wychwalającą diabła. Jak i w przypadku poprzednich piosenek - jest na poziomie.
Przechodzimy do kolejnego utworu, który ma zapewnione na stałe miejsce w mojej "topce". Into the Void standardowo miażdży. Nie mówię tylko o riffach Tony'ego, które powalają, ale także o całej reszcie. Ozzy momentami nie domaga (szczególnie w niższych partiach), jednak mostek jest już jak najbardziej udany (szczególnie biorąc pod uwagę to, jak zmasakrował go na Live... Gathered in Their Masses). 
Po Into the Void przychodzi czas na coś bardziej znanego, choć niekoniecznie lżejszego. Mowa tu o jednym z cięższych momentów Vol. 4, a mianowicie - Snowblind, opowiadającego o kokainie (co zresztą bardzo wyraźnie podkreśla Ozzy po każdym refrenie). No właśnie, Osbourne. Radzi sobie naprawdę bardzo dobrze, zważywszy na to, że to również nie jest wcale prosta piosenka do zaśpiewania, zwłaszcza z jego coraz to bardziej malejącymi warunkami. Dobrze jednak, że tu sobie poradził, a piosenka wybrzmiewa potężnie i satysfakcjonująco. 
Dalej mamy Band Intros, czyli po prostu przedstawienie zespołu. Tak więc na klawiszach gra Adam Wakeman (tak, syn TEGO Wakemana z Yes), na basie Geezer Butler, na perkusji Tommy Clufetos i na gitarze "jedyny i niepowtarzalny pan Tony Iommi".
Zaraz po przedstawieniu zespołu mamy kolejny wielki przebój - War Pigs z płyty Paranoid. Mamy tez obowiązkowe klaskanie przed zwrotkami i śpiewanie typu: Ozzy jeden wers, publika drugi. Sprawdza się to znakomicie, szczególnie że publiczność śpiewa z taką pasją i zaangażowaniem, że jest wcale nie gorzej słyszalna na płycie, niż Osbourne.
Behind the Wall of Sleep to bez wątpienia kompozycja niemniej klasyczna, jednak mniej znana, więc może uchodzić za swego rodzaju "rarytas" na tym koncercie. Wypada rewelacyjnie, choć Ozzy momentami radzi sobie dość kiepsko. 
Żadnych zastrzeżeń nie mam jednak do Basically/N.I.B. (tytuł ten to zapewne żart; N.I.B. na płycie okraszone było niedługim basowym intro i amerykańska wytwórnia naciskała, by też nadać mu jakiś tytuł, więc muzycy naprędce wymyślili Basically). Najpierw rewelacyjna solówka Butlera, która gładko przechodzi w riff N.I.B., już po chwili podbijany gitarą Iommiego. Tutaj nie mam żadnych uwag nawet do Osbourne'a, który wypada tu znakomicie, a cała piosenka udanie kończy pierwszą część koncertu i zdecydowanie zaostrza oczekiwania na ciąg dalszy.


Hand of Doom jest jednak dalekie poziomem od N.I.B. Tak jak w przypadku poprzedniej piosenki Ozzy'ego chwaliłem, tak tutaj muszę naprawdę powiedzieć, że wypadł wyjątkowo słabo. W pewnym momencie łapie chrypkę i nie może się jej pozbyć już do końca, w efekcie czego słuchanie tego utworu momentami aż boli.
Ozzy robi sobie krótką przerwę, a my zostajemy z pozostałą trójką, a dokładniej rzecz ujmując z Geezerm i Tomym, ale zwłaszcza z Tonym. To właśnie on i jego legendarne riffy grają tu pierwsze skrzypce. Zaczynamy od Supernaut z albumu Vol. 4. Następnie mamy ciężki Sabbath Bloody Sabbath, a kończymy rewelacyjnym Megalomania z albumu Sabotage.
Następnie ze sceny ulatniają się także Iommi i Butler i zostajemy sami z perkusistą. Ech. Stali czytelnicy moich recenzji chyba domyślają się już, że Rat Salad/Drum Solo to mój najmniej ulubiony moment płyty. Owszem, warsztat Clufetosa robi wrażenie, ale no co ja poradzę, że perkusyjne solówki, jakoś na mnie nie działają.
Wszystko wraca do względnej normy przy Iron Man. Dlaczego "względnej". Ano, sam utwór jest już wystarczająco ciężki w swojej studyjnej wersji. Tutaj muzycy dodatkowo musieli zagrać to jeszcze niżej, bo inaczej Ozzy by tego nie udźwignął wokalnie. Wypada więc niepotrzebnie zanadto ociężale. Ale tak z drugiej strony, czy to naprawdę ważne? Przecież każdy zna ten utwór na pamięć, więc już sam riff może przyprawić o ciarki.
"Najmłodszą" piosenką na koncercie okazało się Dirty Women wydane na albumie Technical Ecstasy. Na szczęście absolutnie w niczym nie ustępuje reszcie, a panowie (z Ozzym na czele) radzą sobie wyśmienicie, nie dając nam ani chwili w tej ośmioipółminutowej kompozycji czasu na wytchnienie.
Jako ostatnią piosenkę wieczoru Ozzy zapowiada Children of the Grave. Nie będę się powtarzać, więc powiem po prostu, że zagrane jest to bardzo wiernie, z potężnym brzmieniem, które powala. Rewelacja. A, no i moim zdaniem mamy tu do czynienia z najlepszymi - obok Snowblind i Under the Sun - wokalami Osbourne'a na płycie.
No ale czego jak czego, ale Paranoid to na koncercie Black Sabbath zabraknąć nie mogło. No i nie zabrakło, a piosenka wypadła, jak zwykle resztą, dynamicznie, wiernie i po prostu dobrze. Niby nic niezwykłego, niby każdy słyszał setki razy, a jednak to wciąż po prostu "żre".



The End: Live in Birmingham to godne pożegnanie legendy heavy metalu. Dobrze, że członkowie zespołu, biorąc poprawkę na coraz większy bagaż lat na karku, a także na ubywające siły, zdecydowali się zakończyć karierę, nie popadając w śmieszność, jako kolejna grupa, która albo nie nagrywa już nic nowego i jeździ tylko ogrywając wciąż te same przeboje, albo jako zespół, który rusza w pożegnalną trasę i nie może już skończyć, wciąż podróżując (jak zespół Scorpions, albo Deep Purple, którzy w trakcie swojej pożegnalnej trasy nagrali już chyba drugą płytę). Oczywiście, album ten nie jest bez wad. Nic nie zastąpi koncertu na żywo, a szczególnie jeśli mówimy o takim, na którym występuje Ozzy. Na żywo Osbourne bezbłędnie zachęca do zabawy, a jego szaleństwo jest wręcz zaraźliwe. Emocje na koncercie trochę też zniekształcają jego wokale na tyle, by fałsze aż tak nie rzucały się w uszy. Na płycie jednak wszystko jest dobrze słyszalne, a studyjne poprawki nie zawsze są w stanie wszystko zamaskować. Szkoda też, że setlista to raczej sprawdzone numery i panowie nie pokusili się o jakieś niespodzianki (jak The Wizard, Electric Funeral, Solitude, Supernaut, Sabbath Bloody Sabbath, Hole in the Sky, czy choćby coś z 13, jak God is Dead?, Age of Reason czy Damaged Soul). No, ale koncerty pożegnalne rządzą się swoimi prawami, i raczej jeśli ktoś na taki koncert idzie, to chce usłyszeć raczej zestaw hitów wykonywany przez oryginalnych wykonawców po raz ostatni. Koniec końców The End: Live in Birmingham to udana koncertówka, po którą z pewnością sięgną fani Black Sabbath, jednak reszcie raczej bym to na razie odradzał. Lepiej najpierw zapoznać się z wersjami studyjnymi, a dopiero potem posłuchać tego albumu.

Ocena: 7/10


The End: Live in Birmingham: 108:06

1. Black Sabbath - 7:26
2. Fairies Wear Boots - 6:28
3. Under the Sun/Every Day Comes and Goes - 7:04
4. After Forever - 6:26
5. Into the Void - 7:07
6. Snowblind - 6:39
7. Band Intros - 1:32
8. War Pigs - 8:32
9. Behind the Wall of Sleep - 3:32
10. Basically/N.I.B. - 6:36
11. Hand of Doom - 7:05
12. Supernaut/Sabbath Bloody Sabbath/Megalomania - 3:28
13. Rat Salad/Drum Solo - 8:32
14. Iron Man - 7:53
15. Dirty Women - 8:22
16. Children of the Grave - 6:33
17. Paranoid - 4:46

sobota, 18 lipca 2020

Black Sabbath - na skróty (przegląd dyskografii)


Black Sabbath. Zespół, który stał się legendą. Nawet jeśli ktoś nie jest wielbicielem cięższych odmian muzyki, kojarzy tę nazwę. W trakcie niemal półwiecznej kariery grupa na stałe zmieniła oblicze metalu, i nie tylko. To właśnie Black Sabbath uważa się za protoplastów heavy metalu, chociaż członkowie się od tego odżegnują. Do dziś trwają spory, kto z tych "największych" najbardziej przyczynił się do wynalezienia tego podgatunku muzyki, jednak bezsprzecznie Sabbaci mieli na to wielki wpływ i bez nich dzisiejszy metal z pewnością nie wyglądałby tak samo.
W ciągu pięćdziesięciu lat istnienia jedynym stałym członkiem grupy był Tony Iommi - założyciel, lider i twórca ich unikatowego brzmienia. Pozostali muzycy i wokaliści zmieniali się dość często, jednak za ten najbardziej klasyczny skład uznaje się ten oryginalny, z lat 70., a więc Tony Iommi na gitarze, Geezer Butler na basie, Bill Ward na perkusji i Ozzy Osbourne na wokalu. 
Wiadomo, że na skutek tak częstych zmian personalnych, dyskografia zespołu musiała stracić na spójności. I straciła, w związku z czym w fonografii Black Sabbath znajdziemy nie tylko ponure i progresywne riffowanie, ale także sztampowy i banalny metal, który może przyprawić większość słuchaczy o mdłości. Poznawanie legend najlepiej zaczynać od tych największych i najważniejszych albumów, ale warto mieć też na uwadze, jak mają się one do reszty twórczości, albo czy rzeczywiście zasługują na kult, który wokół nich obrósł. W niniejszym opracowaniu skrótowo omawiam wszystkie studyjne wydawnictwa Black Sabbath (wliczając w to te pod szyldem "Black Sabbath featuring Tony Iommi" i "Heaven & Hell"), a także podpowiadam, które są warte uwagi, a które lepiej omijać szerokim łukiem.


Ocena: 10/10

Ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że debiut tego zespołu to jeden z najważniejszych albumów wszech czasów, a na pewno najważniejsze wydawnictwo w dziejach heavy metalu. To także płyta, która stworzyła nowy gatunek. Ktoś powie, że przecież to po prostu trochę ciężej zagrany blues. I będzie mieć rację, bowiem sam metal i wszystkie cięższe podgatunki rocka wywodzą się właśnie z bluesa. Led Zeppelin rok wcześniej zaczęli nieco bardziej eksperymentować z cięższymi brzmieniami, jednak to właśnie Black Sabbath zawiesił poprzeczkę nadzwyczaj wysoko i zdaje się otwierać nowy rozdział w historii muzyki. Jak to na debiutach bywa, autorski materiał przetykany jest coverami (Evil Woman - najbardziej chwytliwym utworem na płycie, wymuszonym zresztą przez wytwórnię - i genialnie rozbudowanym Warning), ale premierowe piosenki absolutnie w niczym im nie ustępują. Rozpoczynając od ikonicznych dźwięków burzy i dzwonów, które otwierają mroczny i posępny utwór tytułowy, poprzez napędzany harmonijką The Wizard, Behind the Wall of Sleep przechodzący gładko w uzależniający N.I.B., po w większości instrumentalny Sleeping Village, praktycznie nie ma tu wpadek. Wypadkową tego jest nie tylko największy i najważniejszy album Black Sabbath (choć nie najlepszy), ale i płyta, która położyła podwaliny pod rozbudowę ciężkiego rocka. Absolutny must listen.


Ocena: 9/10

W większości zestawień to właśnie Paranoid jest określane jako najlepszy album Black Sabbath, a nawet jako najważniejszy album dla heavy metalu. Ani z jednym, ani z drugim nie mogę się zgodzić. Nie jest to najlepszy album zespołu, gdyż styl Sabbathów jeszcze nie zdążył się w pełni wykrystalizować (to nastąpi dopiero na następnym longplayu), a jeśli chodzi o sam heavy metal, wcale nie powiedział tu wiele nowego. Owszem, można go za takiego uznawać, jeśli chodzi o samą popularyzację tego gatunku, mimo wszystko będę się upierać, że to jednak nie jest to samo. Jednocześnie jednak Paranoid jawi się, jako najlepsza propozycja na początek przygody z grupą. Można tu bowiem trafić na piosenki-ikony (War Pigs, kawałek tytułowy i Iron Man), a całość nie jest na tyle ciężka, by zniechęcić kogoś, kto niekoniecznie jest na to przygotowany. Warto jednak też dodać, że nieco do ideału zabrakło, więc z trzech pierwszych płyt Black Sabbath, to właśnie Paranoid uważam za najsłabszą, pomimo całej mojej do niej sympatii. 


Ocena: 10/10

Dla każdego fana jakiegokolwiek Artysty lub Zespołu, wybór ulubionego albumu bywa często zadaniem praktycznie niewykonalnym, bądź okupionym wyrzutami sumienia w rodzaju: "Ale z drugiej strony przecież ten też jest wspaniały...". Mi jednak, jako fanowi Black Sabbath, wybór najlepszego i ulubionego longplaya nie przysporzył bólu głowy. Bez mrugnięcia okiem wskazuję zawsze na Master of Reality. Dlaczego? Z prostego powodu: bowiem to właśnie na tej płycie ostatecznie ukształtował się styl grupy, a muzycy znaleźli świetny balans pomiędzy ciężarem, a przebojową wręcz momentami melodyjnością (spora zasługa w tym Ozzy'ego - wielkiego fana Beatlesów). Praktycznie nie ma na tej płycie - a przynajmniej ja nie jestem w stanie wskazać - słabszego momentu. Co utwór to killer. Przebojowe Sweat Leaf, chwytliwe After Forever z tekstem ostatecznie odcinającym zespół od podejrzeń o satanizm, sludge metalowe i mega-ciężkie Children of the Grave, jeszcze potężniejsze i ociężałe Lord of This World, delikatne i poruszające Solitude, a na sam koniec dostajemy wielowątkowe, doom metalowe Into the Void. Ta płyta po prostu powala od początku do końca i zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Jeśli ktoś jeszcze nie słuchał, to polecam nadrobić, bo wstyd nie znać.


Ocena: 9/10

Dzięki pierwszym trzem albumom, zespołowi udało się wejść do muzycznej ekstraklasy. Mogli więc pozwolić sobie na zamknięcie się w studiu i poszukiwanie nowych brzmień. Większość czasu, który jednak mieli spędzić na nagrywaniu, przeznaczyli raczej na faszerowanie się kokainą, alkoholem i innymi używkami. Trzeba jednak przyznać, że te ekscesy zaowocowały bardzo dobrym albumem. Nie da się nie wyczuć wpływu narkotyków w takich utworach jak Wheels of Confusion, Supernaut, Snowblind czy Under the Sun. (Swoją drogą własnie te 4 kompozycje, otwierające i zamykające kolejne strony longplaya, to najlepsze momenty Vol. 4). Poziom spada może nieco przy udziwnionym FX i raczej banalnym St. Vitus Dance, ale poza tym mamy tu po prostu zestaw rewelacyjnych piosenek, które ewidentnie pokazują postępujący progres zespołu.


Ocena: 9/10

Sabbath Bloody Sabbath pamięta się dziś głównie przez pryzmat wybitnego utworu tytułowego. Fakt, jest to mini-arcydzieło, najlepszy moment krążka i jeden z lepszych utworów Black Sabbath, jednak byłaby to spora krzywda dla tej płyty, gdyby powiedzieć, że poza nim nie ma tu dobrej muzyki; bo jest i to całkiem sporo. Muzycy nie kombinowali może za dużo, jeśli chodzi o same kompozycje, za to wydaje się, że więcej czasu poświęcili na dopracowywanie aranżacji. Bo, rzeczywiście, mamy tu nie tylko skrzypce i flety, ale w jednym utworze pojawiają się nawet dudy! Nietypowo? Owszem, ale, co ciekawe, brzmi to wciąż diablo ciężko i pod tym względem nie odstępuje ani na krok poprzednim albumom. Ozzy brzmi tu tak dobrze, jak nigdy, a Geezer wspiął się na wyżyny, jeśli chodzi o niebanalne i poetyckie teksty. Longplay może idealny nie jest, ale z pewnością zasługuje na uwagę i można spokojnie postawić go obok innych szczytowych osiągnięć Black Sabbath


Ocena: 7/10

Według powszechnej opinii, i zdaniem krytyków, Sabotage to dramatyczny spadek poziomu prezentowanego przez Black Sabbath na poprzednich albumach i początek upadku legendy zespołu. Rzeczywiście, czuć tu spadek poziomu, ale czy od razu dramatyczny? Nie uważam tak; według mnie po prostu album powstawał pod presją czasu i muzykom zabrakło czasu, by w dostatecznym stopniu dopracować materiał, w związku z czym od pewnego momentu czuć ewidentne mielizny. Jednak - byśmy się dobrze zrozumieli - znalazło się tu sporo bardzo dobrej muzyki, jak choćby ciężkie Hole in the Sky i Symptom of the Universe, rozbudowane Megalomania i The Writ (choć i w jednym i w drugim pojawiają się niepotrzebne dłużyzny). Poza tym, faktycznie, może za wiele się tu nie dzieje, a i aranżacyjnie jest raczej zachowawczo, jednak sporo tych mankamentów wynagradza klarowna i potężnie brzmiąca produkcja. Słowem: warto poznać, jednak nie na początku.


Ocena: 6/10

Przyjęło się mówić, że Technical Ecstasy to najsłabszy album z Ozzym na wokalu. Nie zgadzam się z tym. Opinia ta mogła wziąć się z faktu, iż jest to longplay zupełnie nie w stylu Black Sabbath. Jak wspomina Osbourne, Iommi miał wtedy ambicje, by brzmieli "jak Queen". Pozostałym niezbyt się to podobało, ale Tony był liderem, a z liderami się nie dyskutuje. W związku z tym, Technical Ecstasy to album mało mięsisty i  zanadto udziwniony i rozmemłany, ale absolutnie nie pozbawiony dobrej muzyki, by wspomnieć You Won't Change Me, Gypsy, All Moving Parts (Stand Still) czy She's Gone. Na osobną wzmiankę zasługuje Dirty Women, czyli absolutnie wspaniały i porywający kawałek, który spokojnie można postawić obok innych najlepszych dokonań zespołu. Generalnie jednak, Technical Ecstasy, mimo oczywistych wad, nie jest może aż tak złym albumem, acz jest płytą, która zawiera "najmniej Sabbathu w Sabbacie".


Ocena: 5/10

Materiał na Never Say Die! pisany był po odejściu Ozzy'ego z zespołu. Powstawał więc z myślą o innym wokaliście, który miał wnieść do Black Sabbath nowe oblicze i energię, której ostatnimi czasy tak brakowało przez pijaństwo Osbourne'a. Jednak Ozz uznał, że może się trochę pospieszył z tym odejściem, więc zdecydował się wrócić. Czasu jednak było niewiele na napisanie nowego materiału, więc musiał zadowolić się tym pisanym nie dla niego. Dokonano jedynie kosmetycznych poprawek, w związku z czym mamy tu do czynienia z albumem, który, gdyby nie szyld, pod którym go wydano, spokojnie można by wziąć za album jakiegoś innego zespołu. Praktycznie nie czuć tu Black Sabbath, a ponadto dobrych utworów jest tu zaskakująco niewiele. Wyróżniają się jedynie Never Say Die, Johnny Blade, Junior's Eyes i Air Dance. Cała reszta prezentuje się po prostu przeciętnie i nie zostaje na dłużej w pamięci. Podobnie jak i cały album, który uważam za najsłabszy krążek klasycznego okresu Black Sabbath. Nic dziwnego, ze krótko po jego wydaniu Iommi wywalił Ozzy'ego, który na poważniejszy powrót do zespołu musiał czekać prawie 20 lat.


Ocena: 8/10

Po porażkach poprzednich dwóch albumów, a także na skutek coraz bardziej opłakanego w skutkach uzależnienia od używek, Iommi wykopał z zespołu Ozzy'ego na dobre. Jego miejsce zajął Ronnie James Dio znany z zespołu Rainbow. Oczekiwania były spore. Rainbow był wtedy bieżącym towarem, a Black Sabbath miał status gasnącej i wypalonej gwiazdy. Czy Dio uda się podciągnąć trochę Sabbathów? Udało się, a efektem tej współpracy jest naprawdę udany album. Może nie ma nawet startu do pierwszych pięciu płyt Black Sabbath, jednak zdecydowanie trzyma fason, a nawet nieco zaciera niesmak po Technical Ecstasy i Never Say Die! Trzeba pamiętać, że to jednak zupełnie inny Black Sabbath; mrok i ciężar zostały drastycznie ograniczone, na rzecz większej teatralności i o wiele prostszego grania. Oczywistą oczywistością tego albumu jest utwór tytułowy - epicki w wydźwięku, z rewelacyjnym riffem i wspaniałymi wokalami Dio. Ale na tym lista dobroci się nie kończy, bowiem mamy tu też Children of the Sea, Die Young i Lonely is the Word, ale coś dla siebie znajdą także miłośnicy prostszego i bardziej motorycznego grania (Neon Knights, Lady Evil). Zabierając się za ten album trzeba mieć świadomość, że Dio to nie Ozzy, i Sabbath z Dio to już nie jest Sabbath z Ozzym. Zabierającym się za dokonania zespołu, polecałbym raczej pierwsze kilka płyt z klasycznego okresu, ale jeśli ktoś ma je już za sobą, to w kolejne etapy można jak najbardziej wejść z Heaven and Hell.


Ocena: 8/10

Powiem krótko: jeśli komuś spodobało się Heaven and Hell, to jest spora szansa, że i Mob Rules podejdzie mu do gustu. Czemu tylko "szansa"? Ano, bowiem jest to album, do którego muzycy postanowili dodać nieco ciężaru znanego i kojarzonego z pierwszego oblicza Black Sabbath. Czy wyszło to muzyce na dobre? Zdecydowanie tak. Mimo, że wciąż nie da się nie zauważyć, jak mocne piętno na grupie odciska Dio, to mamy tu zdecydowanie więcej ponurego klimatu i złożoności piosenek, aniżeli teatralności i niepotrzebnej egzaltacji. (Chociaż, uspokajam fanów, i tych tu nie zabraknie).


Ocena: 7/10

Ronnie James Dio z zespołu odszedł, więc znów trzeba było szukać nowego wokalisty. Na szczęście szukać daleko nie trzeba było, gdyż z ochotą swojego głosu udzielił Ian Gillan z Deep Purple. Efektem tej współpracy jest jedyna płyta z Gillanem na wokalu, zatytułowana Born Again. Powiem tyle: może nie jest to Sabbath, który lubię, ale w perspektywie ich kolejnych dokonań, ten album prezentuje się naprawdę w porządku. Rzecz jasna nie da się nie odczuć tu elementów stylu Deep Purple, jednak ostatecznie powstała całkiem niezła, hard rockowa płyta z tak udanymi piosenkami jak Trashed, Disturbing the Priest, Zero the Hero i Keep It Warm. Nie jest to może jakieś szczytowe osiągnięcie, ale słucha się tego naprawdę bardzo przyjemnie.


Ocena: 6/10

Wydaje się, że jedynym momentem, w którym Tony Iommi stracił serce do Black Sabbath, był rok 1985. Wtedy właśnie wziął się za przygotowania swojego solowego albumu. Wytwórnia nie chciała jednak się zgodzić i spór ten zaowocował dziwacznym szyldem "Black Sabbath featuring Tony Iommi". Odsłuch płyty pokazuje jednak, że to Iommi miał rację, bowiem materiał tu zawarty, absolutnie w niczym nie przypomina Black Sabbath. Tony zdaje się kontynuować tu nurt podjęty na Born Again a więc melodyjny i szybki hard rock. Próżno szukać tu ociężałych i walcowatych riffów, czy też posępnego klimatu. W tym kontekście muszę więc początkującym słuchaczom Seventh Star odradzić. Zachęcam jednak, by kiedyś po nią sięgnąć, bowiem suma sumarum słucha się tego wcale nie tak najgorzej. Owszem, rewelacji też nie ma, ale jako płyta lecąca w tle - sprawdza się znakomicie.


Ocena: 3/10

Po wielkiej komercyjnej klapie, jaką okazał się Seventh Star, Iommi uznał że nie ma co się wygłupiać, tylko zakasać rękawy i wziąć się za kolejną reaktywację Black Sabbath. Tym razem na wokalistę wybrał Ray'a Gillena. Ten jednak szybko się wykruszył, a na jego miejsce wskoczył Tony Martin, którego rola ograniczyła się właściwie tylko do odśpiewania partii w piosenkach napisanych jeszcze z Gillenem. Już pół biedy, że Martin brzmi tu, jakby był myślami już w taksówce, która ze studia zawiezie go do domu. Główny problem polega na tym, że kompozycje są tak miałkie i odtwórcze, że to aż boli. Momenty, o które można zaczepić się uchem, są tak nieliczne, że nawet nie ma co o nich tu wspominać. Jak dla mnie to po prostu jedna z najsłabszych płyt Black Sabbath, po którą absolutnie nie warto sięgać na żadnym etapie poznawania dokonań zespołu.


Ocena: 4/10

W czym Headless Cross jest lepszy od The Eternal Idol. Właściwie w niczym. To wciąż mało ambitna, wpadająca jednym, a wypadająca drugim uchem, metalowa, sztampowa papka. Jak się zastanowić, to Headless Cross może mieć nieznaczną przewagę wobec drugiego tylko w jednej kwestii: można wskazać tu z czystym sercem naprawdę dobre utwory. Są to: The Gates of Hell, Headless Cross, When Death Calls i Nightwing. Reszta to jednak powtórka z The Eternal Idol, a więc odtwórcza i mało interesująca rąbanka, która zupełnie niczym nie jest w stanie mnie zainteresować. 


Ocena: 7/10

Bardzo podziwiam Tony'ego Iommiego. Głównie za to, że mimo serii ciągłych porażek, wciąż miał na tyle wiary i nadziei w Black Sabbath, że ciągnął to dalej, wierząc, że pewnego dnia los się odmieni. Jak to się mówi: do trzech razy sztuka. Po dwóch wybitnie nieudanych płyt z Martinem, wreszcie się udało. Tyr może daleko do poziomu klasycznych dokonań zespołu, jednak wreszcie możemy mówić o tworze spójnym, z naprawdę dobrymi kompozycjami, i który wywołuje jakiekolwiek emocje podczas słuchania. To też zupełnie nowe podejście do muzyki Sabbathów, bowiem zawarte tu utwory charakteryzuje epickie, potężne i podniosłe brzmienie. Oczywiście, w ślad za tym nieraz idzie teatralność i manieryzm, jednak jest to w ilościach, które da się jakoś przeboleć. Jest tu parę gorszych momentów, ale - nie ma co się oszukiwać - Tyr to najbardziej udany album Black Sabbath od czasu Born Again. Jeśli więc ktoś chce poznawać dokonania zespołu z Martinem w składzie, polecam zacząć od Tyr właśnie. I na tym skończyć.


Ocena: 8/10

Nie oszukujmy się, Tony Martin nie był zbyt medialnym nazwiskiem i mało kto o nim słyszał. Oczywiste było więc, że jedyną szansą na renesans popularności Black Sabbath, było przyciągnięcie do składu jakiegoś znanego nazwiska. Ian Gillan, mimo że z pewnością jest znanym wokalistą, nie zagwarantował Born Again większego sukcesu, gdyż po trzeciej zmianie wokalisty, publiczność dała już sobie spokój, uznając że Black Sabbath miota się bez ładu i składu, szukając na siebie jakiegoś pomysłu. Jedynym wyjściem pozostało więc nagrać nową płytę z którymś z pierwszych dwóch wokalistów. Z Ozzym Iommi wciąż był śmiertelnie pokłócony (sprawy nie poprawił też dokument Don't Blame Me: The Tales of Ozzy Osbourne, w którym Osbourne swobodnie nadawał na byłego kolegę, bez krępacji wskazując kolejne przywary Tony'ego), więc pozostawał tylko Dio. Ten na szczęście uznał, że trzeba zakopać topór wojenny i znów się zjednoczyć. Tak właśnie powstał Dehumanizer. Ta płyta to z pewnością najcięższe i najmniej przystępne wydawnictwo Black Sabbath. Nie znaczy to jednak, że jest najlepsze. Czuć, że muzycy mniej wagi przykładali do samych kompozycji, a więcej do ponurego i mrocznego wydźwięku, który miał dosłownie przytłaczać słuchacza. I to się udało, bowiem bardzo trudno przyswoić całą płytę przy jednym podejściu. Jest to mocno zauważalna zmiana, jednak to wciąż jest ten stary "Sabbath z Dio", i kto akceptował Heaven and Hell i (zwłaszcza) Mob Rules, to jest spora szansa, że i na Dehumanizer znajdzie coś dla siebie.


Ocena: 2/10

Po ponownej kłótni z Dio (bez wdawania się w szczegóły powiem tylko, że chodziło o supportowanie Ozzy'ego, co Ronnie uważał za największą hańbę i potwarz dla jego artyzmu), co poskutkowało jego odejściem, Iommi znów stracił gwarant popularności i powodzenia. Poprosił więc ponownie o pomoc Martina. Jeśli ktoś ma nadzieję na powtórkę Tyr, to lepiej niech w ogóle tego albumu nie włącza. Jeśli ktoś ma nadzieję na jakąkolwiek przyzwoitą muzykę lepiej niech tego nie włącza, bo ta płyta to po prostu metalowa sztampa dla nastolatków, którzy uważają każdy kawałek z gitarą za coś ambitniejszego (nawet okładka pasuje mi do takich młodzieżowych, heavy metalowych zespolików). Może i dałoby się tu wykroić coś dobrego, ale nie ma co nad tym długo się pochylać, bowiem Cross Purposes to po prostu jedna, wielka KATASTROFA.


Ocena: 2/10

Przy okazji Master of Reality mówiłem, że dla fana wybranie najlepszej i najbardziej ulubionej płyty Zespołu/Artysty to najczęściej rzecz bardzo ciężka. Podobnie sprawa ma się z wybraniem tej najsłabszej. W tej kwestii jednak fani Black Sabbath są zaskakująco zgodni, chóralnie mianem najgorszego albumu tej formacji okrzykując Forbidden. Może zamiast się znęcać nad tym krążkiem, powiem po prostu, co tu się jako tako broni, bo są to tylko 2 elementy: kawałek tytułowy i The Illusion of Power (pomijając występ Ice-T - tak, tego rapera). I to tyle. Cała reszta to po prostu żenada, która nie powinna być sygnowana przez jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki.


Ocena: 4/10

W 1996 Black Sabbath ponownie wystąpił w składzie z Ozzym Osbourne'em, który powrócił już na stałe. W Iommiego wstąpiły nowe siły i zaczął coraz głośniej mówić o nowym albumie. Ozzy jednak najpierw zajęty był promowaniem Ozzmosis, potem, w 2001 roku, nagrał solowy Down to Earth, którego promocja również zabierała zbyt wiele czasu, a doszło do tego jeszcze zamieszanie związane z serialem The Osbournes i kolejny odwyk. Iommi uznał, że w tym czasie można by nagrać coś z Dio. (Trochę to uprościłem; szczegółową historię tego, jak doszło do nagrania The Devil You Know opisuję przy okazji pełnowymiarowej recenzji tegoż albumu). Spotkali się więc Iommi, Dio, Butler i Appice, a więc skład, który był odpowiedzialny za Mob Rules i Dehumanizer. Na skutek procesu z Sharon Osbourne, Iommi nie miał już nazwy "Black Sabbath" na wyłączność, więc zdecydowali się na publikację pod nazwą Heaven & Hell, by nie było wątpliwości, kto jest za tę muzykę odpowiedzialny. I, rzeczywiście, to po prostu kolejna płyta "Sabbathu z Dio". Tylko grosza. O wiele gorsza. Ponownie skupiono się na ciężarze, jednak tu nie ma już zwyczajnych niedociągnięć, jeśli chodzi o kompozycję; one są tak wyprane z jakiejkolwiek indywidualności, że podczas słuchania, można odnieść wrażenie, że słucha się jednego, wyjątkowo długiego, męczącego i zanadto przeciągniętego utworu. Nie dajcie się zwieść: The Devil You Know to gigantyczny spadek jakości w porównaniu do poprzednich trzech płyt z Dio. Lepiej sięgnąć po tamte, a to zostawić sobie na później. A najlepiej to całkowicie porzucić pomysł na słuchanie tych wypocin.


Ocena: 9/10

Na ten powrót czekali chyba wszyscy miłośnicy ciężkiej muzyki. Studyjny album Black Sabbath z Ozzym w składzie. Jeśli jednak było takie zainteresowanie, to z pewnością i oczekiwania były niemałe. Ano, były. I co zrobił Black Sabbath? Chyba wybrał najlepsze rozwiązanie, czyli ostentacyjnie, bez ukrywania tego faktu, świadomie nawiązał do przeszłości, wydając płytę, na którą fani klasycznego Sabbathu czekali. Nawiązali do kilku oblicz swojej muzyki, fundując fanom retrospektywny album wypełniony majestatycznymi, ciężkimi, wielowątkowymi kompozycjami. Poza Live Forever praktycznie nie mam tu do czego się przyczepić. Ozzy śpiewa tu tak ponuro, jak nigdy, riffy Iommiego są ociężałe, Geezer jako basista sprawdza się znakomicie, a ponadto jako tekściarz wspiął się na wyżyny, a Brad Wilk (Rage Against the Machine) godnie zastępuje Billa Warda. Czego chcieć więcej? To po prostu album skierowany ku prawdziwym fanom, fundujący im porcję nostalgii i muzyki spod znaku "prawdziwego" Black Sabbath. A kończące Dear Father dzwony i odgłosy burzy nie pozostawiają znudzeń: to już koniec. Po wielu perturbacjach Black Sabbath kończy tak jak zaczął: przebojowo, ciężko, bluesowo, ponuro, mrocznie, ale przede wszystkim z pasją i w wielkim stylu.

niedziela, 12 lipca 2020

"The End" - Black Sabbath [Recenzja]


Podczas sesji do 13 Black Sabbath nagrało 16 utworów. 8 z nich (End of the Beginning, God is Dead?, Loner, Zeitgeist, Age of Reason, Live Forever, Damaged Soul, Dear Father) trafiło na podstawową wersję albumu. 3 kolejne (Methademic, Peace of Mind, Pariah) znalazły się na edycji deluxe. Na super deluxe znalazł się jeszcze jeden utwór, Naïveté in Black (tytuł to nawiązanie do teorii spiskowych, które zakładały takie własnie rozwinięcie skrótu N.I.B.). A pozostałe 4? Były one dostępne tylko na EPce sprzedawanej podczas pożegnalnej trasy koncertowej Black Sabbath, zatytułowanej The End Tour. The End nosi też tytuł owa mała płytka. W jej skład weszły 4 pozostałe utwory z sesji do 13, a także 4 utwory zarejestrowane na żywo podczas trasy 2013/2014; 3 z 13 i jeden nieco zapomniany utwór Under the Sun z płyty Vol. 4. Iommi podczas sesji napisał mnóstwo riffów, co zaowocowało sporą ilością piosenek, które mogłyby być użyte przy okazji kolejnego albumu, jednak Ozzy i Geezer uznali 13 za idealne zwieńczenie działalności zespołu, więc plany Tony'ego na wydanie następcy zostały stanowczo przekreślone. Warto dodać, że sama EP-ka została uznana za 20. najlepszy album roku 2016 według Rolling Stone. Całkiem nieźle, jak na wydawnictwo, które nie trafiło nawet do oficjalnej sprzedaży.

Już przy słuchaniu otwierającego całość Season of the Dead można zadać sobie pierwsze pytanie: dlaczego? A konkretniej: dlaczego ta piosenka nie znalazła się na 13? Serio, ten utwór w niczym nie ustępuje najlepszym momentom wspomnianego albumu, a wręcz mógłby nawet podnieść jego wartość, gdyby trafił na miejsce zachowawczego Live Forever. Najpierw dostajemy ciężki wstęp, który kojarzyć się może odrobinę z Dear Father, jednak to tylko zmyłka, gdyż po chwili wchodzi nieco bardziej dynamiczny riff i od tego momentu jest już tylko ciekawiej. Kompozycja przemienia się raptem w ultra-ciężkie riffowanie, a do tego wszystkie dochodzi jeszcze rewelacyjny Ozzy. Osbourne stanął na wysokości zadania i poza świetną linią melodyczną, popisał się też jeśli chodzi o wokale, które brzmią nie tylko melodyjnie, ale i odpowiednio mrocznie. Geezer okrasił jeszcze całość antywojennym tekstem, dzięki któremu piosenka może uchodzić za spadkobiercę War Pigs. Oczywiście Black Sabbath nie był by sobą, gdyby nie zaprezentowali nam jakichś urozmaiceń, szczególnie że utwór trwa 7 i pół minuty. Po niemal czterech minutach nagle dostajemy prawdziwy sabbathowy walc... i zaraz znów wracamy do głównego motywu. Suma sumarum piosenka tak wciąga, że nawet nie zauważamy, że trwała tak długo. A może wręcz: tak krótko.

Phantom soldiers marching off to war
Never knowing what they're fighting for
Tell me what decides who has God on their side?
There's no reason, it's the season
Is there any war that is worth dying for?
There's no reason, it's the season of the dead

Death and glory, same or storyline
Children of the future lost in time
Deadly choice of war that kill more than before
There's no reason, it's the season
Dead men don't come back when they're under attack
There's no reason, it's the season of the dead

Wcale nie lżej rozpoczyna się także nieco bardziej dynamiczny Cry All Night. Od samego początku Tony narzuca szybszy riff, do którego po chwili dołącza reszta. Może nie dzieje się tu tyle co w Season of the Dead, jednak absolutnie nie mam do tej kompozycji żadnych uwag. Całość ma odpowiedni ciężar, a jednocześnie trzyma naprawdę niezłe tempo, dzięki czemu nie jest zbyt ociężale. Ozzy - jak to Ozzy - trzyma poziom na wokalu, Geezer funduje kolejny świetny tekst i tworzy z Wilkiem rewelacyjną sekcję rytmiczną, która wcale nie ma tu tak mało do powiedzenia. Mamy tu parę świetnych dociążeń, a wszystko kończy znajomy dźwięk burzy, deszczu i dzwonów, z czego wynika, że ten numer był rozważany do zakończenia 13. Z pewnością sprawdził by się w tej roli niegorzej niż Dear Father. Aż ciary przechodzą.

Insanity and madness, better or for worse
Dishonesty and lies
Have turned a blessing to a curse
And in this world of sadness
It's easier to blame
Deception and denial
Shuns the burning of the flame

The path of life leads to the grave
God have mercy, Jesus save
Guide us through, now, hold on tight
Get down on your knees and cry all night

Black Sabbath nie dają nam odpocząć, więc także Take Me Home to zdecydowanie dynamiczniejszy numer z chwytliwymi wokalami i motorycznyną gitarą Iommiego. Jest to najkrótszy kawałek na płycie (prawie 5 minut), jednak i taki czas trwania zobowiązuje do jakichś urozmaiceń. A i takich tu nie brakuje, szczególnie przy tak zwolnieniach tak bardzo charakterystycznych dla tego zespołu, a także solówki zagranej na gitarze w stylu flamenco. Oryginalne, nie powiem. No i co ja mogę powiedzieć; kolejny rewelacyjny utwór.

Take these bones
My spirit doesn't need them any longer
In the zone
Between the living and the dead
Take these eyes
'Cause I don't need to see another minute
Of this life
From which I'm hanging by a thread

Please let go
We'll maybe meet again in someone's vision
Who could know
If there's another world out there?
On my own
I'm crossing through the final resolution
Going home
Without a promise or a breath

Isolated Man to zdecydowanie najbardziej dynamiczny utwór na płycie z linią melodyczną, która przywodzić może na myśl bardziej solowe dokonania Osbourne'a. Nie chcę się powtarzać, więc napiszę po prostu tyle: to kolejny killer, z którym warto się zapoznać, bo potrafi wybić z butów (chociaż z tych czterech piosenek zrobił na mnie najmniejsze wrażenie, ale niewykluczone że to przez to, że poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko).

Why don't you leave me alone?
'Cause there's nothing more I wanna say
Thank you for carring but I'll be alright
Now will you understand and go away?
Don't have a problem living in my room because it's where I really wanna be
So please forgive me if you think I'm strange but I just wanna spend my life with me

Don't wanna see nobody
Ever and ever again
Don't you feel sorry?
I'm just a crazy, isolated man

Kolejne 4 utwory to wyjątki z koncertów promujących album 13. Zaczynamy od wiodącego singla ze wspomnianej płyty, czyli mrocznego God is Dead? zarejestrowanego podczas koncertu w Sydney w 2013 roku. Z pewnością jest to wykon lepszy niż ten na Live... Gathered in Their Masses. Fakt, że trudno chyba o gorszy. Chociaż nie ma też co się oszukiwać, że jest dobrze. Instrumentaliści radzą sobie świetnie, jednak Ozzy ma swoje wzloty i upadki; raz śpiewa tak dobrze, że słuchacz myśli sobie "no, teraz to już z górki", by po chwili tak zafałszować, że aż uszy więdną. Słowem: wykonanie w kratkę. Na sam koniec Osbourne zapowiada Dirty Women...
...by po chwili jednak zapowiedzieć Under the Sun (brawo dla odpowiedzialnego za sklejanie materiału). To jedyny koncertowy wyjątek na tej EPce, gdyż nie jest to rzecz z 13, a z wydanego w 1972 roku Vol. 4. To jeden z moich ulubionych numerów Black Sabbath, więc cieszę się, że znalazło się tu dla niego miejsce, choć szkoda że łamie trochę ten koncept umieszczenia tu rzeczy z ostatniego okresu działalności zespołu. Szkoda też, że sam utwór pozbawiono instrumentalnej kody. No, ale warto się cieszyć chociaż, że wokalnie jest nie najgorzej.
Następnie mamy kolejny kawałek z 13 - End of the Beginning. Nie ma co dużo pisać, gdyż mamy tu dość wierne wykonanie bez większych rewolucji, wpadek, ani szczytowania. 
Cieszy mnie, że do tej płyty dodano także wykonanie Age of Reason, który jest jednym z moich ulubionych fragmentów 13. Na żywo wypada udanie, a Ozzy naprawdę daje radę i śpiewa prawie tak rewelacyjnie jak w wersji studyjnej. Najlepsze wykonanie części koncertowej dostajemy na sam koniec, dzięki czemu zaciera nieco nie zawsze przyjemne wrażenie po poprzednich trzech.


The End to niby EP-ka, a trwa prawie godzinę, czyli dłużej niż większość albumów długogrających. Gdyby wydano na niej tylko 4 pierwsze utwory, a więc pozostałości po sesjach do 13, nie miałbym żadnych oporów, by wystawić ocenę 9/10, jednak tak się nie stało. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by upchnąć tu wykonania z koncertów, ale nie była to do końca mądra decyzja. (Moim zdaniem o wiele lepiej by wypadło dodanie tu zamiast nich czterech utworów rozsianych po różnych formatach deluxe: Methademic, Peace of Mind, Pariah i Naïveté in Black, dzięki czemu można by mieć na jednej płytce wszystkie odrzuty 13). Ozzy na żywo nie zawsze wypada na tyle dobrze, by dało się tego słuchać bez bólu, więc koncertowe wykonania (zwłaszcza God is Dead?) obniżają moją ocenę longplaya. Tym bardziej mi szkoda wystawiać taką ocenę, wiedząc że pierwszym czterem utworom absolutnie niczego nie brakuje i zrobiły na mnie spore wrażenie.

Ocena: 7/10


The End: 55:08

1. Season of the Dead - 7:22
2. Cry All Night - 6:58
3. Take Me Home  - 4:57
4. Isolated Man - 5:31
5. God is Dead? (Live in Sydney, Australia on 27 April 2013) - 9:49
6. Under the Sun (Live in Auckland, New Zeland on 20 April 2013) - 4:36
7. End of the Beginning (Live in Hamilton, Ontario, Canada on 11 April 2014) - 8:09
8. Age of Reason (Live in Hamilton, Ontario, Canada on 11 April 2014) - 7:46

czwartek, 2 lipca 2020

"Live... Gathered in Their Masses" - Black Sabbath [Recenzja]


Dziś już wiemy, że 13 okazało się wielkim sukcesem, którego prawdopodobnie nawet członkowie Black Sabbath się nie spodziewali. Od 1995 roku Ozzy wrócił do swojego macierzystego zespołu, więc Sabbaci mogli ponownie koncertować w stałym składzie. No, prawie stałym, bo Bill Ward był regularnie zastępowany przez różnych perkusistów ze składu koncertowego Osbourne'a. Z wydaniem 13 wiązała się także trasa koncertowa, a niedługo po ukazaniu się wspomnianej płyty, bo niecałe pół roku później, ukazała się płyta live zatytułowana Live... Gathered in Their Masses, zawierająca zapis z dwóch koncertów zagranych przez zespół w Melbourne, w Australii. Dziwi tempo wydania materiału, ale - jak się okazuje - by tak się stało, trzeba było pójść na pewne ustępstwa. 
Grupa owe koncerty zagrała jeszcze przed ukazaniem się 13, a więc na samym początku trasy. Publiczność nie miała więc szansy, by najpierw osłuchać się z nowymi piosenkami, zanim je usłyszeli na żywo, a ponadto zespół był jeszcze "nie rozpędzony", wszakże dopiero startował. Także i sama oprawa nie robi wrażenia, szczególnie jeśli rzucimy okiem na tandetną i koszmarną okładkę robioną chyba na ostatnią chwilę. Taki front może ujdzie, gdy mówimy o jakimś podrzędnym zespole i jego pierwszym wydawnictwie koncertowym, ale nie u protoplastów heavy metalu.
Koncert wydano, jako zapis audio, ale całość także filmowano i ukazało się na DVD i Blu-Ray. Warto zapoznać się z wersjami wideo, gdyż znalazło się tam parę piosenek, które ostatecznie nie trafiły na CD (Into the Void, Snowblind, Behind the Wall of Sleep, gitarowy i perkusyjny medley Symptom of the Universe/Drum Solo, Children of the Grave, a ponadto na wersję deluxe trafiły także Under the Sun, Electric Funeral, Dirty Women). Co do sprzedaży, najlepiej sprzedawała się w Brazylii (platyna) i... w Polsce, gdzie pokryła się złotem.

Złowieszczy śmiech Ozzy'ego i syreny - to znak, że rozpoczynamy potężnym War Pigs z płyty Paranoid. Najpierw wchodzi ciężki riff Iommiego wraz z bulgoczącym basem Butlera, który go dubluje, i mocarne bębny Tomy'ego Clufetosa. Oczywiście do większej aktywności zachęca też Osbourne'a i po szybkim klaskaniu zaczyna śpiewać. Styl śpiewania War Pigs znamy już choćby z płyty Reunion (albo po prostu z koncertu, jeśli ktoś miał przyjemność podziwiać Black Sabbath na żywo). Już przy pierwszych dźwiękach nie da się uniknąć wrażenia, że głos wokalisty został tu podciągnięty w studiu. Absolutnie nie mam o to pretensji: wszyscy wiemy, że Ozzy nigdy nie był najwybitniejszym wokalistą, a z biegiem lat po prostu zaczął wręcz fałszować; gdyby nie podciągnięto jego głosu w studiu, nie dałoby się tej koncertówki zapewne słuchać. Można by zrobić to nieco bardziej dyskretnie, no ale cóż - jak już wspominałem na początku, wszystko było robione na szybko, by zdążyć z wbiciem się w falę renesansu popularności zespołu. Wszystko zagrane jest tu poprawnie: Iommi, Butler i Clufetos poprawnie odtwarzają partie z płyty, Ozzy poprawnie śpiewa i poprawnie zagrzewa publiczność do nieco większej aktywności. Jest dobrze, acz nie ma nad czym szczególnie się zachwycać.
Po War Pigs panowie grali Into the Void (można to znaleźć na DVD, a także pełnym zapisie CD), Under the Sun/Every Day Comes and Goes (tylko na dodatkowym dysku w wersji deluxe) i Snowblind (również DVD, albo pełna wersja CD), a dopiero potem następował Loner. Tutaj jednak zdecydowano się pominąć 3 klasyki Black Sabbath i przejść od razu do materiału z 13. Loner to zapis z drugiej nocy w Melbourne (1 maja), bo właśnie wtedy nastąpiło pierwsze publiczne odegranie tej piosenki. Słowem klucz jest tu: "odegranie". Jeśli komuś przypadła do gustu wersja z płyty, to i tego posłucha z przyjemnością. Dzięki temu, że Ozzy na 13 śpiewał niżej, to odtworzenie jego partii przychodzi mu tu o wiele łatwiej i nawet słychać, że nie trzeba było dużo poprawiać. Iommi, Butler i Clufetos - wiadomo, klasa.
29 kwietnia po Loner można było usłyszeć Electric Funeral (tylko na dodatkowym dysku w wersji deluxe), natomiast 1 maja - tak jak i na tej koncertówce - przeszli od razu do Black Sabbath. Ale zanim dzwony i burza, Ozzy próbuje rozruszać dość drętwą publiczność (serio, prawie ich nie słychać, żenujące). Ale nie ma co się o wszystko czepiać, najważniejsze że piosenka jest zagrana naprawdę dobrze. Oczywiście na Osbourne'a nałożono tyle efektów, że prawie go spod nich nie słychać, ale chociaż wypada to odpowiednio mrocznie, złowieszczo i złowrogo (szczególnie "szatański" śmiech w drugiej zwrotce - ciarki gwarantowane). Nie powiedziałbym, że to powalające wykonanie, ale wstydu nie przynosi.
I kolejny kawałek z 13 (chociaż odwrócono tu kolejność, bo najpierw były jeszcze Behind the Wall of Sleep i N.I.B. - ten pierwszy tylko na pełnym wydaniu, a do tego drugiego za moment przejdziemy) - Methademic. Możecie go nie kojarzyć, bo trafił na wersję deluxe tej płyty. Dość niecodzienny zabieg, by grać utwór z edycji rozszerzonej albumu, ale - nie powiem - od zawsze bardzo go lubiłem i wypadł na koncercie bardzo udanie. Nie jest to może numer "pure Sabbath", ale co tam - słucha się świetnie, choć, jeśli ktoś nie kojarzy, to oczywiście zalecam raczej zapoznać się z wersją studyjną.
Przed N.I.B. Black Sabbath grają zwykle Behind the Wall of Sleep. Tu jednak zdecydowano się to pominąć i od razu przejść do solówki basu płynnie przechodzącej do jednego z większych przebojów zespołu. No i cóż mam więcej powiedzieć - znów bardzo wierne oryginału wykonanie na poziomie.
I znowu przeskakujemy. Po N.I.B. było Methademic (to akurat na płycie już się pojawiło), potem End of the Beginning, Fairies Wear Boots (to dopiero będzie) i Rat Salad/Drum Solo (bardzo się cieszę, że zostało to pominięte). Straszny bałagan wydawca tu porobił. To zatem co następuje w końcu na płycie po N.I.B.? Ano, utwór-legenda, czyli jedyny i niepowtarzalny Iron Man. Utwór ograny jest przez zespół do bólu, więc nie mogli po prostu tego zepsuć. Nie mogli i nie zepsuli. Ozzy śpiewa tu naprawdę świetnie, Iommi tnie aż miło, a Butler i Clufetos rewelacyjnie brzmią razem. Wszystko to gra i nie ma nawet za bardzo do czego się doczepić. Panowie grają jak za dawnych czasów i aż miło się tego słucha; aż czuć tę energię, jaka musiała być na tym koncercie.

Po Iron Man przechodziliśmy do God is Dead?, ale wydawca znów postanowił namieszać i w to miejsce wstawić inną piosenkę  13, a mianowicie otwierającą ją End of the Beginning. Jak w przypadku innych piosenek z tego albumu - wykonanie jest bardzo wierne i słuchacze, którzy bardzo lubią wersję z płyty nie powinni być rozczarowani.
No i wreszcie to zapomniane Fairies Wear Boots sprzed Iron Man. Nie widzę powodu, by się nad tym utworem szczególnie pochylać, bo to po prostu kolejne w miarę wierne i poprawne wykonanie, przy którym można się nieźle bawić.
No i najsłabszy niestety moment tej płyty. Dziwne to o tyle, że jest to kawałek z 13, czyli Ozzy'emu powinno być tu łatwiej. Niestety - zawalił po całości. Jego śpiew w God is Dead? jest tak koszmarny, że nie poprawił tej sytuacji nawet autotune. Wokale są wymuszone, Osbourne niemiłosiernie fałszuje... Dobrze, że chociaż pozostali muzycy trzymają fason.
Zaczynamy (a właściwie zaczynamy koniec) ikonicznym riffem Sabbath Bloody Sabbath. Całe szczęście, że muzycy zdecydowali się tego nie grać, bo Ozzy by się chyba tam zapowietrzył, jakby miał to zaśpiewać. Następnie mamy płynne przejście i ruszamy z Paranoid. Nie mogło być innego zakończenia. Wszyscy grają z zacięciem, a Ozzy'emu udaje się wykrzesać z siebie jeszcze na tyle energii, by pociągnąć to wykonanie z prawdziwą pasją i niemałym powerem. Bardzo dobre zakończenie.


Jak Live... Gathered in Their Masses wypada na tle poprzedniej koncertówki Black Sabbath, czyli Reunion? Na pewno bardzo, bardzo słabo. A jak wypada bez porównania? Średnio. Zespół nie sili się zanadto, by czymkolwiek ubarwić swoje ograne niemiłosiernie utwory. Nie ma też większych zaskoczeń w kwestii doboru repertuaru (mowa o tym starszym), a jeśli jakieś zaskoczenia były, to nie znalazły się na podstawowej wersji (Electric Funeral). Bardzo cieszy jednak tak liczna reprezentacja 13 (Loner, End of the Beginning, God is Dead? i Methademic z wersji deluxe, co chyba jest tu największą niespodzianką). Szkoda, że zabrakło granego później na trasie Age of Reason, ale no panowie byli wówczas dopiero podczas rozbiegu, więc podchodzili do tematu ostrożnie. No właśnie, a propos pośpiechu. Koncertówka nosi niestety wszelkie znamiona płyty wydanej za szybko: badziewna okładka (średniej jakości zdjęcie zespołu, logo zerżnięte z Master of Reality i jeszcze ten znak wodny z Never Say Die! - no, można było bardziej się postarać), na szybko dodany lifting głosu Ozzy'ego i mocne zamieszanie, jeśli chodzi o kompletowanie tracklisty. Poza tym jednak Live... Gathered in Their Masses to produkt, w którym jeśli jest jakaś dusza, to wynika ona tylko z zaangażowania grających muzyków. Całość wypada jednak nazbyt sterylnie i przyciężko. Wydawnictwo tylko dla wiernych fanów Black Sabbath.

Ocena: 6/10


Live... Gathered in Their Masses: 69:11

1. War Pigs - 8:12
2. Loner - 4:58
3. Black Sabbath - 7:56
4. Methademic - 5:15
5. N.I.B. - 6:11
6. Iron Man - 7:35
7. End of the Beginning - 8:09
8. Fairies Wear Boots - 6:59
9. God is Dead? - 9:00
10. Sabbath Bloody Sabbath/Paranoid - 5:04

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...