czwartek, 10 stycznia 2019

"A Saucerful of Secrets" - Pink Floyd [Recenzja]


Debiut grupy, The Piper at the Gates of Dawn ukazał się 5 sierpnia 1967 roku, jednak już wtedy w zespole nie działo się zbyt dobrze. Lider grupy i autor większości materiału na ich pierwszy album, Syd Barrett coraz bardziej zatracał się w schizofrenii. 28 lipca zespół miał rejestrować koncert dla BBC, jednak Syd nie stawił się na nagraniach, gdyż zażył za dużo narkotyków. 29 lipca Pink Floyd mieli grać koncert, jednak w garderobie Barrett wpadł w stan odrętwienia i nie był w stanie nawet mówić, nie mówiąc o śpiewaniu. Roger Waters wypchnął go na scenę, jednak ten tylko stał i się nie ruszał, więc koncert przerwano. Po tym wydarzeniu Syd już nigdy się nie otrząsnął, a zespół zdał sobie sprawę, że na dłuższą metę nie dadzą rady. Ich amerykańskie tournée okazało się klapą właśnie przez Barretta, który zapominał czasem nie tylko słów piosenek i tego, że jest na scenie, ale nawet nie zawsze pamiętał o wzięciu ze sobą gitary. Muzycy z Pink Floyd musieli coś z tym zrobić. Potrzebowali kogoś, kto przejąłby gitarę prowadzącą i większość wokali. Zdecydowano się na starego kolegę Barretta jeszcze z czasów szkolnych. Razem fascynowali się muzyką i uczyli się grać na gitarach, więc – siłą rzeczy – mieli bardzo podobne style gry. Tym człowiekiem był David Gilmour, który o całym zastąpieniu mówił tymi słowami:

Z początku założenie było takie, że będziemy występować w piątkę, tak by mimo świrowania Syda zespół mógł mimo wszystko jakoś funkcjonować. Potem pojawił się pomysł, by Syd został w domu i skoncentrował się na tworzeniu. Trzecia opcja była taka, że pozostanie członkiem Pink Floyd tylko formalnie i nie będzie robił nic. W końcu jednak stało się dla nas oczywiste, że tego nie da się ciągnąć i przestaliśmy przyjeżdżać po Syda, gdy ruszaliśmy na koncert. Nie planowaliśmy usunięcia go z zespołu. Tak wyszło…

Pierwsza próba zespołu w nowym składzie odbyła się 8 stycznia 1968 roku. Zaskoczyło.
Między styczniem a kwietniem nagrano kolejny longplay grupy już bez Barretta, chociaż zawierający trochę materiału zarejestrowanego, gdy jeszcze był członkiem zespołu. A Saucerful of Secrets (bo tak zatytułowano najnowszy album) jest więc jedyną płytą Floydów, na której muzycznie udziela się cała piątka muzyków. Czemu do albumu, na którym gra nowy skład włączono utwory starsze, nagrane jeszcze z Sydem? Czasu było tak samo niewiele, jak nowego materiału. Muzycy nie mieli pomysłów na nowe piosenki i musieli sięgnąć do starszych sesji. Ale Floydzi bali się również, że bez swojego naczelnego kompozytora stracą swój dopiero co wypracowany styl i fani nie zaakceptują tej zmiany. Więc piosenki nagrane z Barrettem (a nawet w jednym przypadku przez niego zaśpiewane) miały uwiarygodnić to, że Syd aprobuje tę zmianę formy. Błędne jest jednakże myślenie, że brał on udział w sesjach do tego albumu; wykorzystano bowiem nagrania z 1967 roku, kiedy to był jeszcze pełnoprawnym członkiem Pink Floyd, natomiast w roku 1968 nie zagrał na nowo-powstałym materiale ani jednego dźwięku.

Mimo tego, że bez Barretta Pink Floyd musieli podążyć w innym kierunku, w Let There Be More Light słychać jakby echa space rocka, w stylistyce którego były utrzymane Astronomy Domine i Interstellar Overdrive. Mamy tu wspaniałe, nieokiełznane gitary Gilmoura, partie Wirghta na organach Farfisa i poetycki, tajemniczy tekst śpiewany przez Rogera Watersa i Davida. Mimo, że Waters po latach miał się wypierać tego, że tworzył utwory zainspirowane science fiction (według niego chodziło mu tylko o ludzkie wnętrze) to jednak tekst opowiadający historię przybycia statku kosmicznego sugeruje, że stylistyka obrana przez Syda w tamtych latach go jednak pociągała. W tekście pojawia się także nawiązanie do wydanego rok wcześniej longplaya Beatlesów, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, a mianowicie mamy tu postać Lucy In the sky. Oczywiście jej obecność odebrano jako sugestię, że tekst ma konotacje narkotyczne. Let There Be More Light zostało wydane jako singiel w Stanach Zjednoczonych, jednak nie odniosło tam sukcesu. Trudno się temu dziwić. Jednak nie dlatego, że utwór jest słaby, wręcz przeciwnie: jest wspaniały, odjechany, z masą ciekawych odgłosów, niebanalnych rozwiązań muzycznych i tajemniczymi wokalami Watersa i Gilmoura. Właśnie w tym rzecz: tak trudny dla masowego słuchacza kawałek miał małe szanse na sukces, mimo że nie można odmówić mu chwytliwej melodii. Wspaniała rzecz i, mimo że osadzona w stylistyce space rocka, zapowiada rozwój Floydów.

Oh, my, something in my eye
Something in the sky
Waiting there for me

The outer rope rolls early back
The service men were heard to sigh
For there revealed in glowing robes
Was Lucy in the sky

Pierwotnie kompozycja Ricka Wrighta, Remember A Day nagrana została z myślą o albumie The Piper at the Gates of Dawn, jednak okazała się za słaba i odrzucono ją. Następnie nagrano ją w tym samym roku, by pełniła funkcję singla Jugband Blues, jednak ten nie został wydany i piosenka znowu trafiła do szuflady. Ukazała się dopiero na płycie A Saucerful of Secrets, gdy okazało się, że zespół nie ma wystarczająco dużo materiału by skompletować płytę. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego piosenka ta jest tak bagatelizowana. Piękny wokal Wrighta, ciekawe odgłosy w tle, powalająca partia sidle na gitarze (zagrana jeszcze przez Barretta), a także tekst, gdzie podmiot liryczny z utęsknieniem wspomina czasy swojej młodości i rozmyśla nad kruchością życia. Wirght po latach bardzo krytycznie oceniał swoją kompozycję, jednak według mnie nie ma powodu, by tak łatwo ją przekreślać, ponieważ to naprawdę piękny kawałek z masą ciekawych dźwięków i rozwiązań muzycznych (zwłaszcza partie fortepianu, na którym zagrał Rick, zainspirowane muzyką Chopina).

Remember a day before today
A day when you were young
Free to play alone with time
Evening never came
Sing a song that can’t be sung
Without the morning’s kiss
Queen – you shall be it  if you wish
Look for your king

Why can’t we play today?
Why can’t we stay that way?

Za jedną z najwybitniejszych kompozycji Watersa (a moim zdaniem nawet w całej karierze zespołu) uznaje się utwór Set the Controls for the Heart of the Sun. Muzycznie jest dość prosta: oparta jest głównie na partii basu i bębnach Masona, co jakiś czas coś od siebie dodaje Wright, grając na wibrafonie i organach Farfisa. Całość jednak prawdziwie hipnotyzuje swoją kosmiczną atmosferą. Waters mówił o tekście, że opowiada on o „pilocie potężnego latającego spodka, który poddaje się słonecznym tendencjom samobójczym i kieruje maszynę w stronę serca Słońca”. Później mówił jednak, że pożyczył od Barretta antologię poezji chińskiej i słowa właściwie stamtąd spisał (oprócz tytułu, który wymyślił sam). Jakaby geneza tego utworu nie była, Waters stworzył przejmującą opowieść o samotności, zniechęceniu życiem i rozwianiu naiwnych oczekiwań. Można w tym utworze znaleźć też motywy przewodnie późniejszej twórczości Watersa (np. mur, słońce, księżyc, rozczarowanie miłością czy zniechęcenie społeczeństwem). Wspaniały utwór, który od początku przyciąga słuchacza i nawet po jego zakończeniu ciężko o nim zapomnieć, gdyż jest naprawdę doskonały.

Who is the man arrives at the Wall?
Making the shape of his questions at asking
Thinking the sun will fall in the evening
Will he remember the lesson of giving?
Set the controls for the heart of the sun

Klimat przełamuje Corporal Clegg, w którym Waters podejmuje po raz pierwszy temat antywojenny. Utrzymany jest w o wiele szybszym tempie z wręcz popową melodią. Tekst o powiada o tytułowym kapralu Cleggu, który wrócił z wojny, licząc na chwałę i odznaczenia, lecz jego marzenia rozwiewają się na wietrze. Sarkazm podkreślają marszowe przerywniki zagrana przez Gilmoura na kazoo (odniesienie do twórczości Barretta, który także ten instrument wykorzystywał w swoich kompozycjach), a także dźwięki wesołego jarmarku, przez który przebija się zgiełk z pola bitwy. Utwór nie jest tak dobry, jak poprzednicy, ale mimo wszystko trzyma poziom swoją zgryźliwą wymową. Tekstowo i muzycznie to jednak krok w tył w stosunku do wybitnego rozpoczęcia albumu.

Corporal Clegg had a wooden leg
He won it in the war, 1944
Corporal Clegg had a medal too
In orange, red and blue
He found it in the zoo

Był krok w tył, teraz pora na prawdziwy skok naprzód, gdyż czeka nas prawdziwe dzieło, czyli tytułowy, ponad 11-minutowy utwór instrumentalny, A Saucerful of Secrets. Był to dla zespołu prawdziwy przełom, powstały w ostatnim momencie sesji. Do albumu musieli nagrywać piosenki stare, bądź też wcześniej niewykorzystane, gdyż byli zagubieni w nowej sytuacji i martwili się, że bez Barretta nie dadzą sobie rady. W kwietniu 1968 roku muzycy jednak stworzyli kompozycję, która sprawiła, że wszyscy dokładnie już wiedzieli, w którą stronę muzycznie ma pójść zespół. Jak wspomina Gilmour, pomysł na kompozycję powstał gdy Waters i Mason rysowali na kartce papieru jakieś dziwne kształty i któryś z nich zaproponował, by stworzyli muzykę odzwierciedlającą to co z tego malowania powstało. Zaczyna się dudnieniem talerzy, by następnie przejść w organy Farfisa, pociągnięcia dłonią przez struny fortepianu, gitarę na której grano metalową nogą od statywu, bębnienie ze spreparowanego loopu, a na sam finał mamy podniosły organowy motyw z partią chóru, przywodzącym na myśl późniejsze motywy z kompozycji Atom Heart Mother. Na początku utwór miał nazywać się The Massed Gadgets of Hecules, jednak później zdecydowano się jednak na A Saucerful of Secrets. Zarówno Gilmour jak i Waters zgodnie twierdzą, że kompozycja miała odzwierciedlać przebieg wojny. Część pierwsza to przygotowywania, druga – walka, trzecia – pole po bitwie z masą leżących na ziemi ofiar i czwarta – żałoba po poległych. Co ciekawe, podczas nagrywania, producent albumu, Norman Smith, nie zgodził się na umieszczenie kompozycji na płycie. Uznał to za bezsensowny zgiełk, który nadaje się tylko i wyłącznie na śmietnik. Dobrze jednak, że muzycy postawili na swoim i wydali ten utwór, gdyż jest to najlepszy kawałek płyty, a zarazem jeden z najważniejszych w całej karierze Pink Floyd (o ile nie najważniejszy), gdyż wyznaczył muzykom kierunek na późniejszy rozwój. Bez tego utworu nie powstałyby takie albumy jak The Dark Side of the Moon, czy Animals. Wielki utwór, który po 50 latach od ukazania się, wciąż robi piorunujące wrażenie i zachwyca mnogością barw i nastrojów.
Najgorszym kawałkiem na płycie jest, bez wątpienia, See Saw, czyli kolejny utwór Ricka Wrighta. Niestety, nie jest on tak udany jak Remember A Day. Włączono ją na płytę z prostej przyczyny: muzykom brakowało materiału. Najlepiej świadczy o tym fakt, że jej robocza nazwa brzmiała: The Most Boring Son I’ve Ever Heard Bar Two. Ta ballada, którą zaśpiewali wspólnie Waters i Wright, prowadzona w rytmie walca, stanowi oczywiste nawiązanie do kolejnej kompozycji z Sierżanta Pieprza, Being for the Benefit of Mr. Kite i, ponownie, uznano to za opis narkotycznej wizji. Jest to urocza i niewinna piosenka, podobnie jak Remember A Day, jednak brak jej nastroju i głębi tamtego utworu. Szkoda, gdyż gdyby piosenkę dopracować, mogłoby coś z niej być.

Sits on a stick in the river
Laughter in his sleep
Sister’s throwing stones, hoping for a hit
He doesn’t know so then

Ostatnią kompozycją na płycie jest ostatnia śpiewana przez Barretta piosenka, którą można usłyszeć w dyskografii Pink Floyd. Nagrywana była w 1967, w pośpiechu, tuż przed kolejną trasą po Stanach Zjednoczonych. Jugband Blues to piosenka, w której Syd dokonuje autodiagnozy. Muzycznie i tekstowo jest to jakby opis jego choroby i słychać tu dosłownie, jak rozpada się jego genialny umysł. Tekst zawiera docinki do członków zespołu, którzy traktowali Barretta okropnie, nie wiedząc w jak złym stanie się znajduje. Ta piosenka to jakby błaganie o pomoc; Syd zastanawia się, kto napisał tę piosenkę, bo jego przecież tu nie ma, mimo że wydaje się że jest. Wbrew nazwie, utwór nie jest bluesem, a balladą i, jak to w przypadku twórczości Barretta, balladą wymykającą się wszelkim ramom gatunkowym. Co chwila zmienia tempo, Mason gra partie na kazoo, a także dęciaki dodają od siebie chaotyczne partie, które mają obrazować bałagan panujący w głowie Syda.

It’s awfully considerate of you to think of me here
And I’m much obliged to you for making it clear
That I’m not here
And I never knew we could be so thick
And I never knew we could be so blue
And I’m grateful that you threw away my old shoes
And brought me here instead dressed in red
And I’m wondering who could be writing this song

I don’t care if the sun don’t shine
And I don’t care if nothing is mine
And I don’t care if I’m nervous with you
I’ll do my loving in the winter

And the sea isn’t green
And I love the queen
And what exactly is a dream
And what exactly is a joke


Ciekawy to album. Na pewno czuć tu progres i nadchodzące zmiany – zarówno w formie, jak i treści. Co prawda zostały one wymuszone przez utratę lidera i to zagubienie również tu niestety słychać. Obok piosenek niejako odwzorowujących stylistykę debiutu mamy tu zapowiedź kompozycji wielowątkowych, które pojawić się miały dopiero na przyszłych wydaniach zespołu. Obok dzieł wybitnych i bardzo dobrych, znajdzie się tu i średniak i zwyczajny niewypał. Najbardziej szkoda jednak tego, że w tych słabszych utworach czuć po prostu potencjał. Gdyby muzycy więcej czasu poświęcili na ich dopracowanie, być może mielibyśmy do czynienia z lepszą płytą, a tak jest „tylko” bardzo dobrze, chociaż wiele zespołów życzyłoby sobie, by takie albumy nagrywać w czasie rozdarcia i zagubienia.

Ocena: 7/10



A Saucerful of Secrets: 39:25

1. Let There Be More Light - 5:38
2. Remember a Day - 4:33
3. Set the Controls for the Heart of the Sun - 5:28
4. Corporal Clegg - 4:13
5. A Saucerful of Secrets - 11:57
6. See-Saw - 4:36
7. Jugband Blues - 3:00

wtorek, 8 stycznia 2019

"Magical Mystery Tour" - The Beatles [Recenzja]



Od początku kariery Beatlesów na rynku fonograficznym po obu stronach oceanu równolegle pojawiały się zupełnie czasem odmienne od siebie albumy. W ojczyźnie zespołu, Wielkiej Brytanii, płyty ukazywały się w wersji aprobowanej przez grupę, natomiast wydawnictwo Capitol – działające w Stanach Zjednoczonych – tworzyło krążki zupełnie odmienne od pierwowzorów; miały inne tytuły, okładki, inny dobór utworów i ich kolejność (oczywiście nie zawsze, gdyż na przykład album Revolver nosił taką samą nazwę także w Ameryce, jednak jego zawartość oryginału już zupełnie nie przypominała). Przy albumie Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band wydawca amerykański jednak zorientował się, że ingerencja w ten longplay jest bezcelowa, gdyż tu to właśnie jego przemyślany z góry całokształt decydował o jego sile. W przypadku następującego po nim Magical Mystery Tour postanowił jednak co nieco dodać.
W 2009 roku firma Apple postanowiła zrobić porządek w wydawnictwach Beatlesów (by uniknąć nieporządku wzorem z dyskografii Rolling Stonesów, która trwała aż do albumu Their Satanic Majesties Request i do dzisiaj nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek próby jej usystematyzowania) i przeprowadzono proces remasterowania i ujednolicenia całego dorobku studyjnego zespołu. Zdecydowano się, by wersjami oficjalnymi i ostatecznymi albumów uczynić – rzecz jasna – te brytyjskie. Z wyjątkiem jednego…
Po zniewalającym sukcesie Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band Beatlesi zapalili się, by stworzyć kolejny film. Przekonali się jednak, że gdy sami się za to biorą, lepiej im to wychodzi, więc i obraz postanowili stworzyć sami. Głównym jego pomysłodawcą był Paul, który przyszedł pewnego dnia do Ringa i pokazał mu plan tejże produkcji, który bazował na rysunku koła i podzieleniu go na kilka części. Scenariusz właściwie nie istniał, a sam pomysł był bardzo luźno zarysowany: grupka ludzi podróżuje autokarem po kraju i przeżywają „magiczną i tajemniczą podróż”. Reszta zespołu uznała, że może to być zabawne i zabrali się do pracy. Ostatecznie film okazał się zbiorem gagów, których wspólnym mianownikiem jest muzyka Beatlesów. W trakcie kręcenia kolejnym członkom gru
py przychodziły do głowy kolejne pomysły, które następnie wcielano w życie na bieżąco.
Nad wszystkim od początku do końca (czyli post-produkcji, która z dwóch tygodni przeciągnęła się do jedenastu) czuwał McCartney. Całość miała być awangardową i zabawną historią i, przekonani że tak ją ludzie właśnie odbiorą, Beatlesi sprzedali całość dla telewizji BBC1. Zapomnieli jednak, że ta stacja swoje programy nadawała w czerni i bieli, a siłą napędową filmu miały być właśnie jasne i fantazyjne barwy, które nadawały całości dziwaczności i oniryczności. Film Magical Mystery Tour wyemitowany został w święta Bożego Narodzenia, kiedy to zazwyczaj publiczność oczekuje wesołych i głupkowatych sitcomów na rozluźnienie. Zamiast tego dostali odważną, awangardową porcję scen nie związanych ze sobą niczym poza postaciami Beatlesów. Jak nietrudno się domyślić, film został zmieszany z błotem, zarówno przez krytyków jak i przez widownię.
Po latach jednak produkcja została doceniona i przypomniano sobie o tym, jak bardzo była odważna (jak na swoje czasy). Każdy członek The Beatles zawzięcie jej bronił; zgodnie twierdzili, że ma wiele błędów i rzeczy, które można by dopracować, jednak generalnie jest to udana rzecz, której ludzie po prostu nie zrozumieli. Najlepiej podsumował wszystko Ringo:

Film pokazano początkowo w wersji czarno-białej, chociaż była przecież też kopia barwna. Po emisji zaczęły się miażdżące recenzje. Uważano, że poszliśmy za daleko, o co nam chodzi i za kogo się uważamy? Szukano czytelnej fabuły, a to była abstrakcja, zabawa dla tych, którzy brali w tym udział.

Co do krytyki i prawdziwego celu, dla którego powstał film odniósł się też George Harrison:

Prasa znienawidziła ten film. Nareszcie po naszych wszystkich sukcesach (płyta lub coś innego), coś co wszyscy mogli skopać. Po wyniesieniu The Beatles na szczyty jedyne, co mogli teraz zrobić, to zepchnąć nas na sam dół. Tak już jest, takie jest życie. Naprawdę nie podobał im się ten film, co było zrozumiałe, bo z artystycznego punktu widzenia nie było to świetnie nakręcone dzieło na podstawie znakomitego scenariusza. To był amatorski film, udziwniony film amatorski. Dla nas to była dobra zabawa. Musiało tak być, skoro zrobiliśmy sobie wycieczkę ze skrzynkami piwa i akordeonistą.

Jak widać Beatlesi nie przejęli się zbytnio odbiorem ich najnowszego dzieła.
Oczywiście równolegle do filmu ukazała się także ścieżka dźwiękowa. Tym razem zdecydowano się na podwójną EP-kę, która zawierała tylko utwory znajdujące się w filmie… Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdyż w Stanach wydawca znów postanowił zaingerować w wydawnictwo i dodał do niego kilka piosenek pochodzących z tamtego okresu, jednak wydanych na singlach, bądź po prostu które nie znalazły się na albumach długogrających. I w tym przypadku okazało się to trafne, gdyż to właśnie wersja amerykańska jest dzisiaj podstawową tego albumu.
Na okładce znajdują się Beatlesi przebrani w swoje kostiumy zwierząt z filmu: Lennon jako mors, McCartney jako hipopotam, Harrison jako królik, a Starr jako kurczak. Ciekawym jednak jest fakt, że mimo że w filmie wyraźnie widać, że przy fortepianie siedzi przebrany za morsa Lennon, na okładce jest nim… McCartney. Dowiedzieć się tego możemy z piosenki Glass Onion z ich kolejnego albumu dzięki wersowi „the walrus was Paul”. Oczywiście stało się to podstawą kolejnych teorii spiskowych z cyklu „Paul is dead”.

McCartney bardzo lubi pisać utwory, dzięki którym może powspominać wydarzenia ze swojej przeszłości. Wspomina, że bardzo lubił przejezdne cyrki zatrzymujące się w Liverpoolu za jego młodych lat. Mógł wówczas oglądać różne dziwaczne rzeczy, czuć te charakterystyczne zapachy i słyszeć te nawoływania zachęcające do wstąpienia i wydania paru groszy. Mając w pamięci właśnie te nawoływania razem z Lennonem napisali utwór Magical Mystery Tour. Powstał on w erze Sierżanta Pieprza, więc – co charakterystyczne dla ich twórczości z tamtego okresu – pełni on funkcję uwertury, wprowadzenia do większej, z góry przemyślanej całości. Na pierwszy plan wysuwają się dęciaki i pulsujący bas Paula. Większość tekstu śpiewana jest przez panów wespół, jednak każdy z nich ma też swoje 5 minut. Utwór gwarantuje dobry humor i ciekawe nakręcenie tej maszyny, która ma zabrać nas w „magiczną tajemniczą podróż”.

The Magical Mystery Tour is waiting to take you away
Waiting to take you away

Roll up, roll up for the mystery tour

Pierwszym genialnym sztosem tej płyty jest ballada Paula, The Fool on the Hill. Można powiedzieć, że w całości należy do McCartneya i nawet pozostali Beatlesi doceniali jej urok, by wspomnieć tylko Johna, który miał powiedzieć o niej: „dowód, że potrafi pisać piosenki od początku do końca”. Piosenka na pozór jest prosta, jednak wystarczy spróbować klaskać w jej rytm, by przekonać się, jak złożona jest jej rytmika. Mamy tu przepiękny wokal Paula i wspaniałe solówki fletów poprzecznych. Ciekawy jest też tekst, który opowiada o człowieku stojącym na wzgórzu, wpatrującym się martwo w przestrzeń, przez co w oczach innych uważany jest za głupka. Ta piosenka to wspaniałe świadectwo maestrii Paula. Genialny utwór.

Day after day, alone on the hill
The man with the foolish grin is keeping perfectly still
But nobody wants to know him
They can see that he’s just a fool
And he never gives an answer
But the fool on the hill
Sees the sun going down
And the eyes in his head
See the world spinning ‘round

Następnie  mamy prawdziwy ewenement w dyskografii Beatlesów, czyli utwór instrumentalny. Zagrany został głównie przez Johna z użyciem melotronu. Ciekawe są tu także partie perkusji Ringa, którego to głos zresztą najwyraźniej słychać później w partii wokalnej pod koniec utworu. Jest ona dość prosta, pozbawiona tekstu i nadaje ciekawy klimat płycie, chociaż – moim zdaniem – lepiej sprawdziła by się w dalszej jej części. Z drugiej strony jednak ciężko mi wyobrazić sobie ją w innym miejscu niż jako oddech po genialnym The Fool on the Hill. Dobrze, że jest, aczkolwiek jest to tylko ciekawostka.
Ciekawostką nie jest jednak jedyny utwór Harrisona na płycie, czyli Blue Jay Way. Jest to najbardziej psychodeliczne ze wszystkich dzieł jakie stworzył, jednocześnie nie wyrzekając się swoich wcześniejszych, indyjskich inspiracji. Ciekawe jest, że ten oniryczny klimat osiągnięto tu bez korzystania z jakichkolwiek instrumentów wiążących się z kulturą Indii. Narastający dźwięk organów Hammonda otwiera tę niezwykłą kompozycję, a następnie pojawia się głos George’a z ciekawymi nałożonymi na niego efektami, a także z jękami McCartneya i Lennona w tle (czasami puszczanymi od tyłu). Tekst opowiada o prawdziwej historii, gdy Beatles umówił się z przyjaciółmi na Blue Jay Way w Los Angeles, jednak oni również nie byli z tego miasta i bardzo długo nie pojawiali się w umówionym miejscu. Podejrzewał, że również się zgubili i prosi w piosence by szybko przyjechali, bo zaraz zaśnie (efekt zmiany czasu, którą musiał pokonać podczas podróży). Jest to naprawdę niezwykły kawałek, którego tempo wzrasta niespostrzeżenie z każdą sekundą, by osiągnąć swój punkt kulminacyjny w wyśpiewywanym transowo refrenem pod koniec. Wielki utwór. Jeden z najlepszych, jakie George napisał w trakcie całej swojej kariery.

There’s a fog upon L.A.
And my friends have lost their way
“We’ll be over soon”, they say
Now they’ve lost themselves instead

Please don’t be long, please don’t you be very long
Please don’t be long or I may be asleep

Czym byłaby płyta “późnych” Beatlesów bez wodewillowego pastiszu Paula? Może i dałaby radę, ale czuć by było ten ubytek. Tutaj McCartney jawi nam się jako prawdziwy maestro piosenek tego typu, serwując nam radosną Your Mother Should Know. Tekst tutaj to zaledwie 2 zdania, ale przecież nie o niego tu chodzi. Mamy tu wpadający w ucho fortepianowy motyw, czysty wokal Paula i zabawne chórki. W filmie piosenka ta została przedstawiona w najlepszy dla niej sposób, czyli jako scena tańca Beatlesów ubranych w jednakowe białe fraki. Kolejna świetna piosenka. Paul znów błyszczy.

Let’s all get up and dance to the song that was a hit
Before your mother was born
Though she was born a long, long time ago
Your mother should know

Nieubłaganie przychodzi jednak moment, kiedy to przychodzi nam zmierzyć się z prawdziwą legendą. Najwspanialszym kawałkiem z tej płyty, jednym z najlepszych nie tylko Lennona, ale i w ogóle The Beatles. 4 słowa: I Am the Walrus. Ta piosenka to po prostu popis czystej awangardy w wykonaniu Johna i połączeniu jej z jego niezwykłym zmysłem do wpadających w ucho melodii. Zaczyna się fortepianem elektrycznym, a następnie wchodzi przesterowany głos Lennona śpiewający o… no właśnie, o czym? Inspiracją dla tytułowego „morsa” był wiersz Mors i Cieśla z książki Lewisa Carrolla, Alicja w krainie czarów. Jednak co było inspiracją dla napisania tak dziwacznego i pokręconego tekstu? Poniekąd można odpowiedzieć, że szkoła. Lennon dowiedział się bowiem, że w szkole do której uczęszczał za młodu, na lekcjach analizuje się i poddaje najróżniejszym interpretacjom jego teksty. Wściekł się, gdyż w pamięci miał sceny, gdy nauczyciele krzyczeli na niego, że to co pisze to głupoty bez ładu i składu i nikt w życiu tego nie przeczyta. Postanowił więc stworzyć im na złość tekst, którego za nic w świecie nie zinterpretują, gdyż… z założenia będzie o niczym. Wymyślił więc rozmaite dziwactwa i upchnął je w tym awangardowo-enigmatycznym tekście. Oczywiście nie mógł przewidzieć tego, że ta piosenka będzie najczęściej interpretowanym tekstem w całym jego dorobku. Do dzisiaj analitykom muzyki Beatlesów nie udało się do końca zgłębić tego, co zaszyfrował tu John. Oto prawdziwy geniusz tekstu: mimo upływu 50 lat, wciąż nie do końca został rozgryziony. Muzycznie też dużo się tu dzieje. W połowie następuje przełamanie muzyki i dźwięki jakby z zupełnie innej beczki. Orkiestracja wykonana przez George’a Martina (ale opisana mu szczegółowo przez Johna). Zespół wokalny zatrudniony specjalnie po to, by nagrać odgłosy typu: „ho ho ho”, „hee hee hee”, czy „oompah oompah, stick it up your jumper”. A na sam koniec dialog pochodzący z radiowej wersji szekspirowskiego Króla Leara. Czysta awangarda. Czysta magia. Czysty Lennon. Czyste dzieło.

Mister city, policeman sitting pretty
Little policeman in the row
See how they fly
Like Lucy in the sky
See how they run
I’m crying

Yellow matter custard
Dripping from a dead dog’s eye
Carablocker fishwife pornographic priestess
Boy you been a naughty girl
You let your knickers down

I am the eggman
They are the eggman
I am the walrus
Goo goo g’joob

Amerykańska ingerencja w ten album zaczyna się od piosenki Hello, Goodbye pełniącej funkcję strony A singla, na którego drugiej stronie wydany został I Am the Walrus. Lennon oczywiście był wściekły, że jego odważne, awangardowe dzieło musiało ustąpić miejsca kolejnej prostej i mdłej piosence Paula. Czy jednak ten utwór jest zły? Absolutnie. Faktycznie, blednie przy Lennonowskim arcydziele, jednak ma niezaprzeczalny urok a i nie jest tylko prostą, knajpianą przyśpiewką na wzór utworów typu Wild Honey Pie  z Białego Albumu. Ma prosty tekst, wpadającą w ucho melodię i bardzo ciekawą środkową część z popisami wokalnymi Paula. Pierwotnie w tym miejscu miała znajdować się solówka Harrisona, jednak ostatecznie McCartney ją wyciął na rzecz swoich wokaliz. George podobno nigdy nie wybaczył mu tej ingerencji, jednak moim zdaniem piosenka z nią brzmi naprawdę rewelacyjnie, więc nie ma o co kruszyć kopii. Utwór od początku miał potencjał by zostać kolejnym hitem zespołu, jak zresztą się stało.

You say yes, I say no
You say stop, and I say go, go, go
Oh no
You say goodbye and I say hello

Nagrywania do Sierżanta Pieprza Beatlesi rozpoczęli od utworu napisanego przez Lennona na cześć Strawberry Fields, czyli domu dziecka prowadzonego przez Armię Zbawienia niedaleko domu Johna, w którym mieszkał razem ze swoją ciocią Mimi. Utwór Strawberry Fields Forever jest dla Lennona okazją do wyrażenia swojego zagubienia w świecie i podzielenia się myślą, że nie ma w nim niczego pewnego… poza rzecz jasna Truskawkowymi Polami. John wielokrotnie bawił się z dziećmi -wychowującymi się w domu dziecka - mimo licznych zakazów ciotki. Gdy suszyła mu o to głowę, miał w zwyczaju jej pyskować słowami: „Przecież za to nie wieszają!” Można tak tłumaczyć także jeden z wersów zawartych w tekście przez Johna, jednak ciężko stwierdzić to na pewno, gdyż zawiera on masę gier słownych i zagadek tworzących własną, surrealistyczną rzeczywistość. Beatlesi kilka razy podchodzili do nagrywania tej piosenki, za każdym razem zmieniając aranżację. W pewnym momencie John poprosił jednak George’a Martina, by zaangażował mu do tej piosenki wiolonczele i trąbki. Ostatecznie Lennon postanowił połączyć tę wersję z tą zagraną wspólnie z zespołem. Było to o tyle trudne, że obie zagrane były w różnych tonacjach. Na szczęście producent za pomocą opcji przesuwu taśmy zdołał to przyspieszyć, tamto zwolnić i wyszedł z tego utwór, którym zachwycamy się do dziś. Nic dziwnego, gdyż do dziś jest to popis wielkości Lennona i jego twórczych umiejętności. Po prostu magia i geniusz zawarty w czterech minutach. Wielka rzecz.

Living is easy with eyes closed
Misunderstanding all you see
It’s getting hard to be someone
But it all works out
It doesn’t matter much to me

Let me take you down ‘cause I’m going to
Strawberry Fields
Nothing is real
And nothing to get hung about
Strawberry Fields forever

Always know, sometimes think it’s me
But you know, I know when it’s a dream
I think a “No”, I mean a “Yes”
But it’s all wrong
That is, I think I disagree

Między Johnem a Paulem od początku ich współpracy istniała swoista songwriterska rywalizacja. Gdy jeden napisał dobrą piosenkę, drugi musiał napisać lepszą i tak bez końca. Gdy John napisał piosenkę o swoim dzieciństwie, Paul też musiał. John opisał dom dziecka nieopodal swojego domu, a Paul pętlę autobusową znajdującą się na końcu ulicy Penny Lane, na której musiał wysiąść, chcąc dostać się do Johna. Nagrania do piosenki rozpoczęto zaraz po Strawberry Fields Forever i muzycznie jest to rzecz jednak zupełnie odmienna. Dzieło Lennona proponuje nowe, awangardowe muzyczne rozwiązania, natomiast Penny Lane dźwiękowo ma zasygnalizować, że czas w opisywanym miejscu jakby się zatrzymał i wszystko jest tak, jak zostało przez McCartneya zapamiętane. Punktem kulminacyjnym jest tu oczywiście słynne solo na trąbce oraz napędzające całość 3 fortepiany. Tekstowo mamy tu odniesienia do młodzieńczych doświadczeń seksualnych, a także całą paletę barwnych i charakterystycznych postaci, z których każdą można poddawać różnorakiej interpretacji. Obie piosenki miały znaleźć się na nadchodzącym wówczas albumie (Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band), jednak wytwórnia zażądała dwóch nowych utworów do wydania na singlu, by przerwać długi okres muzycznego milczenia zespołu. Wybrane zostały właśnie te dwie piosenki, które razem złożyły się na pierwszy w historii singiel z podwójną stroną A. W chwili wydania już został on okrzyknięty najlepszym singlem, jaki kiedykolwiek się ukazał i właściwie te miano nosi po dziś dzień. Aż do końca swojego życia George Martin mówił, że niewłączenie tych dwóch utworów na Sierżanta Pieprza było największym błędem w całej jego karierze. Gdziekolwiek by te utwory się nie znalazły, razem tworzą piękną całość i są jedynymi z najgenialniejszych dzieł spółki autorskiej Lennon/McCartney.

Behind the shelter In the middle of the roundabout
The pretty nurse is selling poppies from a tray
And though she feels as if she’s in a play
She is anyway

In Penny Lane, the barber shaves another customer
We see the banker sitting waiting for a trim
And then the fireman rushes in
From the pouring rain, very strange

Penny Lane is in my ears and in my eyes
There beneath the blue suburban skies…
Penny Lane!

Najbardziej rockowym kawałkiem na płycie jest zdecydowanie Baby, You’re a Rich Man. Nagrana została wyjątkowo w studiu Olympic Sound Studios, gdzie zazwyczaj nagrywali Rolling Stonesi (w chórkach udziela się nawet Mick Jagger). Najbardziej wyróżnia się tutaj partia Lennona na claviolinie. Ma wpadający w ucho, agresywny jak na tę płytę refren. Szkoda, że tekst jest złośliwością w stronę menadżera grupy, Briana Epsteina (który popełnił samobójstwo 6 tygodni po ukazaniu się tego singla). Epstein uznał to jako kolejny wybryk Johna i potraktował to z dystansem, jednak z dzisiejszej perspektywy wydaje się naprawdę niesmaczne, gdy w ostatnim refrenie zamiast „you’re a rich man too” Lennon śpiewa „you’re a rich fag Jew” (odniesienie do tego, że Epstein miał żydowskie pochodzenie i był gejem). Muzycznie piosenka jest naprawdę dobra, chociaż nie może konkurować z poprzednikami.

How does it feel to be one of the beautiful people?
How often have you been there?
Often enough to know
What did you see when you were there?
Nothing that doesn’t show

Baby, you’re a rich man too
You keep all your money in a big brown bag inside a zoo
What a thing to do

Na prośbę organizatorów pierwszego trasmitowanego na cały świat program telewizyjnego Our World, Beatlesi napisali utwór All You Need Is Love. Podczas nagrania puszczano z taśmy podkład składający się ze skrzypiec, kontrabasu, klawesynu, banjo, fortepianu, gitary rytmicznej, partii orkiestry i chórków, zaś na żywo grano na basie, gitarze prowadzącej i perkusji, a Lennon zajął się częścią wokalną. Mam jednak problem z tą piosenką. Doceniam jej wagę dla epoki, w której się ukazała. Zdaję sobie sprawę, że dla ludzi żyjących w tamtych czasach ten hippisowski tekst i natchniony głos Lennona były czymś naprawdę ważnym. Podoba mi się także podkład muzyczny, słowa i solo gitary Harrisona. Swój urok ma nawet bałagan w ostatniej części piosenki, gdzie Beatlesi najzwyczajniej w świecie się wygłupiają. Jednakże ta piosenka po prostu do mnie nie przemawia. Od Beatlesów oczekuję więcej niż zwrotki ze szczątkową melodią i prostackiego refrenu. Sytuacji nie ratują nawet zabawne chórki i partie instrumentów dętych w refrenach. Nigdy specjalnie nie lubiłem tej piosenki i mimo wielu przesłuchań nie umiem się do niej przekonać, aczkolwiek doceniam jego wagę. W skrócie: dobry, ale nie dla mnie.

Nothing you can make that can’t be made
No one you can save that can’t be saved
Nothing you can do, but you can learn how to be you in time
It’s easy

All you need is love
Love is all you need



Beatlesi po wybitnym Sierżancie Pieprzu nagrali znakomite Magical Mystery Tour. Ta pływa to właściwie apogeum Beatlesów, jako zespołu awangardowo-psychodelicznego. Na żadnym albumie nie ma tak odważnych eksperymentów z dziedziny rozwiązań muzycznych, a także takiej odwagi jeśli chodzi o teksty. Zespół łączy tu odważne i awangardowe rozwiązania instrumentalne z niebywałą wręcz, wpadającą w ucho melodyjnością, a wielowymiarowe teksty zmuszają do przemyśleń. Ta płyta to jedno ze szczytowych osiągnięć The Beatles, jednak to właśnie tu po raz pierwszy słychać postępujący rozpad zespołu. Piosenki duetu Lennon/McCartney krystalizują się w piosenki Paula i piosenki Johna. Każdy zaczyna już śpiewać swoje, rzadko dzieląc się z drugim. Może nie jest to tu tak widoczne jak na późniejszych albumach, jednak to właśnie tu narodziło się ich tworzenie „na własny rachunek”. Beatlesów trawił wewnątrzzespołowy konflikt, który miał doprowadzić ostatecznie do ich rozpadu, jednak zanim to nastąpiło, zespół miał dać nam jeszcze wiele wspaniałej muzyki.



Ocena: 9/10



Magical Mystery Tour: 36:35

1. Magical Mystery Tour - 2:48
2. The Fool on the Hill - 2:59
3. Flying - 2:16
4. Blue Jay Way - 3:54
5. Your Mother Should Know - 2:33
6. I Am the Walrus - 4:35
7. Hello, Goodbye - 3:24
8. Strawberry Fields Forever - 4:05
9. Penny Lane - 3:00
10. Baby, You're a Rich Man - 3:07
11. All You Need Is Love - 3:57

niedziela, 6 stycznia 2019

"From Genesis To Revelation" - Genesis [Recenzja]


Jedna z najsłynniejszych grup rockowych w historii powstała w roku 1965 w wyniku połączenia zespołów Garden Well i Anon. Z tej pierwszej pochodzili Peter Gabriel (wokal) i Tony Banks (klawisze), a z drugiej Mike Rutheford (bas) i Anthony Phillips (gitara). Następnie do wspomnianej czwórki doszedł Chris Stewart (perkusja) i w piątkę zawiązali grupę New Anon.
W tym właśnie składzie nagrali taśmę demo, zawierającą 6 piosenek, które Banks określił jako "czysty pop". Muzycy jeden egzemplarz swojej taśmy demo wysłali do prezentera BBC, Davida Jacobsa, a drugi do znanego autora piosenek i producenta, Jonathana Kinga, i to właśnie on postanowił postawić na zespół New Anon. Zaoferował im 40£ za nagranie czterech piosenek. Namawiał ich też, by trochę uprościli aranże i by porzucili brzmienie elektroniczne, gdyż akustyczne instrumenty są tańsze. Pierwsze profesjonalne sesje zespołu miały miejsce miedzy sierpniem a grudniem 1967 roku w Londyńskim Regent Sound Studio. King był zachwycony rezultatami i zaproponował im 10-letni kontrakt ze swoją wytwórnią JonJo Music, a także 5-letni na nagrywanie z Decca Records. Rodzice jednak woleli, by członkowie zespołu (w wieku od 15 do 17 lat) skupili się jednak na nauce, a karierę muzyczną zostawili na później. Po negocjacjach kontraktu, King zgodził się poczekać.
King zauważył, że zespół zaczyna rozwijać się muzycznie, co mu się bardzo nie spodobało i zaczął nalegać, by wrócili do grania prostych, popowych piosenek. Gdy grupa się nie zgodziła, zaczął przycinać w studio solówki Banksa albo w ogóle je wycinać. Jako odpowiedź, zespół napisał utwór The Silent Sun, który był pastiszem ulubionego zespołu Jonathana, Bee Gees. Piosenka została nagrana w grudniu 1967 roku i wydana 22 lutego 1968 z utworem That's Me na stronie B, jako pierwszy singiel Genesis.
Nazwę wymyślił King, który uważał ich za "początek zupełnie nowych dźwięków i nowej jakości w muzyce". Brano też pod uwagę nazwy Gabriel's Angels i Champagne Meadow. Gdy drugi singiel, A Winter's Tale, również przepadł na listach przebojów, Stewart opuścił grupę, by skupić się na nauce.
King nadal jednak wspierał grupę i w połowie 1968 roku zasugerował im, że ich los może odwrócić już tylko longplay. Ponadto zasugerował, by był to luźny album koncepcyjny opowiadający historię o Księdze Genesis (Otwarcia) na początku i Księdze Revelation (Objawienia) na końcu, połączonych ze sobą ścieżkami instrumentalnymi. Genesis podchwyciło pomysł i zaczęło pracować nad materiałem. Zwerbowali do zespołu Johna Silvera na miejsce Stewarta i w sierpniu 1968 roku, podczas wakacji w szkole, weszli do studia, by w ciągu dwóch dni nagrać album From Genesis To Revelation. Album został zmiksowany w ciągu 10 dni i, bez wiedzy zespołu, dokonano tam kilku istotnych zmian. Dodano więcej aranżacji smyczkowych, a ponadto róg do jednego z kanałów stereo, co musiał zaskutkować wmiksowaniem występu Genesis na drugim. Philips był do tego stopnia rozzłoszczony tymi ingerencjami, że wściekły wyszedł ze studia, gdy tylko usłyszał finalną wersję albumu.
Debiutancki album grupy Genesis, From Genesis To Revelation wydany został 7 marca 1969 roku.

Delikatny wokal Gabriela, pstrykanie, klawisze, po chwili gitara i zaczynamy pierwszy utwór na płycie, Where the Sour Turns To Sweet. Zwraca uwagę minimalistyczna, ale też bardzo ciekawa aranżacja. Wydaje się niezwykle skromna, gdyż przez większość utworu mamy do czynienia tylko z gitarą akustyczną i klawiszami, ale po pewnym czasie wkraczają też partie smyczków, dęciaków, a nawet... chór. Wokal Gabriela jest jakby rozmarzony, ale i bardzo melodyjny. Piosenka jest jak najbardziej udana, a ponadto zawiera bardzo ciekawy tekst, który można niejednorako interpretować. 

You can meet yourself
Where the sour turns to sweet
Leave your ugly selfish shell
To melt in the glowing flames
Can you sense the change?
See your eyes, now listen

Utwór płynnie przechodzi w zdecydowanie żywszy In the Begining, gdzie wokal jest już zdecydowanie agresywniejszy i bardziej wyrazisty. Ponownie mamy tu bardzo poetycki tekst.

Is that the chariot with stallions gold
Is that a prince of heaven on the ground
Is that the roar of a thunderflash
This is my world and it's waiting to be crowned
Father, son, looks down with happiness, life is on its way

Znów mamy do czynienia z płynnym przejściem, tym razem w o wiele delikatniejszy Fireside Song, który charakteryzuje się delikatną partią smyków. Partia gitary oparta jest na zaledwie kilku akordach, ale zdaje się być też motywem przewodnim albumu, gdyż z tymi samymi dźwiękami mamy do czynienia już od Where the Sour Turns To Sweet. Szkoda tylko, że mamy tu do czynienia z wyciszeniem muzyki, gdyż bardzo nie lubię tego zabiegu. 
Zacierają go jednak nieco afrykańskie rytmy... które okazują się jedynie zmyłką, gdyż po chwili dopiero słuchamy właściwego The Serpent ze wspaniałymi, podniosłymi partiami chóru. Nic dziwnego, gdyż ten utwór opisuje stworzenie świata przez Boga. Jest to naprawdę wspaniały utwór, pełen patosu, ale też ciekawych muzycznych zwrotów akcji.

Dark night, planets are set
Creator prepares for the dawn of man
You're waking up, the day of incarnation
Said you're waking up to life

Images he made to love
Images of gods in flesh
Mas in wonderful, very wonderful
Look at him
Beware the future

W utwór Am I Very Wrong? wprowadza nas delikatna partia fortepianu i gitary. Tak delikatnie jest już do końca, a klimat podtrzymuje też następujący po nim, In the Wilderness. Ten jednak, oprócz tego że jest delikatny, ma też w sobie masę optymizmu i podskórnej radości, których jednak brakowało w poprzedniku.

Fighting enemies with weapons made to kill
Death is easy as a substitute for pride
Victors join together, happy in their bed
Leaving cold outside the children of the dead

Music, all I hear is music
Guaranteed to please
And I look for something else
Rain drops pouring down the rooftops
Flowing in the drains
As the people run their lives
As their live are run by time

W szybszym tempie utrzymany jest The Conqueror. In Hiding natomiast jest w tempie wolniejszym. Genesis popełnia na tej płycie jeden dość rażący błąd, który daje o sobie znać już w tym momencie, a mianowicie zbyt często robi zabieg typowy dla płyt popowych, czyli umieszcza piosenki w dość przewidywalnej kolejności. Po piosence wolnej musi być szybka, po której z kolei znów będzie wolna i tak dalej. Nie jest to reguła, zdarzają się wyjątki, jednak przeważnie tak jest, co czyni z tej płyty rzecz zbyt przewidywalną, jak na to, że jest to album z muzyką progrockową. Po In Hiding mamy, wyposażony w kolejne skrzypce, One Day, który ma wreszcie linię melodyczną wyróżniającą się z peletonu. 

Don't get me wrong
I think I'm in love
But the feeling in the word is more
Than your crystal eyes will ever see in me
Don't get me wrong
Open your eyes
Although I cannot show my heart
I'll watch and hope while you are near to me


Bardzo pięknym utworem jest też Window. Ma jeden z najbardziej baśniowych tekstów płyty i oprawę muzyczną, która gwarantuje całej piosence iście magiczny wydźwięk. Mój numer 1 albumu.

High on a golden crested wave she sits
The little nymphs dance in her hair
The trees all beckon to the sky to bless their empty lives
Horizons come  to sip wine there
The veiled mist reveals the wandering ship upon the reef
The albatross flies to the stern
But only Jack Frost saw the kiss you gave him in return

Przy słuchaniu In Limbo mam nieodparte wrażenie, że to jakiś odrzut z pierwszej płyty Pink Floyd. Po głębszym wsłuchaniu się jednak w utwór, to wrażenie mija, gdyż ten utwór jest tak dobry, że absolutnie nie mógłby być odrzutem dla żadnego zespołu.

Please
take me away
Far from this place
Leaving me here
Take me away

To the furthest star in the sky
Take me away
To the deepest cave of the night
Take me away
Voices of love, here am I
In the sad sad world of fear
Take me away
From the power of my ambition
And I'll be happy

W podobnym nastroju utrzymany jest The Silent Sun, a także kończący album A Place To Call My Own, przy czym ten drugi mimo tego że składa się tylko z wokalu i podkładu tworzonego jedynie przez fortepian (w późniejszej części dochodzą smyczki) jest jednym z najmocniejszych i najciekawszych punktów longplaya i, umieszczenie go na końcu, delikatnie łagodzi sporo niedociągnięć, które niesie ze sobą ta płyta.

And I've nearly found a place to call my own
Waking gently feel her presence near
Devil shattered, warmth is everywhere
I am only a child of hers, my guardian goddess
Now, I'm reaching my journey's end inside her womb
And I think I've found a place to call my own


Ciężka to płyta do oceny. Z jednej strony, nie można panom z Genesis odmówić ambicji. Porwali się na stworzenie naprawdę ambitnego projektu i faktycznie, bez zbytniego naciągania, można uznawać to za album koncepcyjny. Z drugiej jednak, muzycznie to wciąż dzieło pełne wad. Wszystko stapia się w jedno, a podział na utwory jest tu raczej symboliczny, chociaż jeśli mówimy tu o płycie, której słuchać należy jako jedność, można im to wybaczyć. Rzeczywiście, wszystko brzmi tu bardzo podobnie, na szczęście zespół nie odstawia fuszerki i grają tu naprawdę całkiem nieźle i, jak na grupę debiutującą, zdają się mieć jasno ukierunkowane aspiracje. Jest tu dużo akustycznego brzmienia, ale nie brakuje też aranżacji bardziej rozbudowanych. Teksty tutaj to poezja z najwyższej półki i układają się w bardzo ciekawą opowieść. Nie jest to płyta idealna, ale na pewno niebanalna i nieczęsto spotykana. Brawo za odwagę i konsekwencję.

Ocena: 5/10

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...