poniedziałek, 22 czerwca 2020

"From Out of Nowhere" - Jeff Lynne's ELO [Recenzja]


From Out of Nowhere to album, o którym wiemy stosunkowo niewiele. Wiadomo, że ponownie Jeff Lynne zamknął się w swoim domowym studiu, zagrał na większości instrumentów (okazjonalnie pojawiają się tu Richard Tandy i Steve Jay) i nie spieszył się z wydaniem nowej płyty. To bowiem pierwsze wydawnictwo Lynne'a od czterech lat. Wszystko, jak sam mówi, zaczęło się od utworu tytułowego i wszystkie kolejne piosenki przychodziły same, a jemu pozostawało to tylko nagrać. (Chociaż All My Love powstało jakieś 20 lat wcześniej, a sam Jeff mówi, że szykował ten album już od kilku lat).
Płyta ukazała się 1 listopada 2019 roku i, mimo że nie narobiła tyle szumu co Alone in the Universe, to okazała się i tak sporym sukcesem i została bardzo ciepło odebrana przez fanów i krytyków. Na tę chwilę jest to ostatnie studyjne wydawnictwo Jeff Lynne's ELO.

Zaczynamy utworem tytułowym, a zarazem jednym z najlepszych momentów albumu, który bezsprzecznie przyciąga uwagę i nie pozwala się od siebie oderwać. From Out of Nowhere, jak mówi sam Lynne: "Wzięło się dosłownie znikąd". Pomysł na melodię pojawił się pewnego dnia, a cała reszta przyszła błyskawicznie. Rzeczywiście, warstwa muzyczna nie jest zbyt skomplikowana, jednak potwierdza wspaniały talent Jeffa jako kompozytora, który ma niezwykłą umiejętność tworzenia melodii, które od pierwszego przesłuchania sprawiają wrażenie, jakbyśmy znali je od zawsze. Mamy tu kwintesencję ELO: tematyka miłosna ukryta pod płaszczykiem historii o kosmosie, wspaniałe wokale Jeffa, wpadający w ucho motyw i świetne harmonie. Do pełni szczęścia brakuje tylko orkiestrowej oprawy, ale do tego Lynne zdążył nas już przyzwyczaić na swoim Alone in the Universe, więc chyba nikt się nie spodziewał, że na From Out of Nowhere wróci do brzmienia swojej macierzystej formacji  lat 70. Niemniej, utwór tytułowy oceniam jak najbardziej pozytywnie, uwielbiam do niego wracać i uważam, że to najlepszy moment krążka.

From out of nowhere
I see you come rollin'
I wonder how could it be real
I can't believe what you did
And you showed up here

Rain keeps on fallin'
And voices keep callin'
But nobody knows where to go
You get the feelin' that
Everything's gonna blow

Let me go
Let me fly
To a place
That I love
Let me fly away
And start again

Help Yourself wypada nieco mniej wyraziście i wpadająco w ucho, aczkolwiek nie da się odmówić mu uroku i pewnego rodzaju wdzięku. Elegancka oprawa, chwytliwe refreny i bardzo dobre wokale Jeffa. Może i niewiele się tu dzieje, ale chociaż podano to z klasą. Generalnie na plus, ale w perspektywie całego krążka wypada raczej marnie.

And as the world grows dark beneath the setting sun
I think about you
And all the plans that we'd begun but never finished
Seem to turn and run

But you can never change
You just keep on bein' you

Zdecydowanie najstarszym utworem na albumie jest All My Love, które Jeff napisał "jakieś 20 lat temu". Piosenka leżała jednak w szufladzie i raz na jakiś czas muzyk do niej wracał, ale ostatecznie nie wchodziła na kolejne płyty. Przy okazji From Out of Nowhere Lynne uznał jednak, że oto nastał ten moment, kiedy ją porządnie nagra i opublikuje. Moje pytanie brzmi: czemu musieliśmy tak długo czekać?! To naprawdę znakomity utwór z hipnotyzującym motywem, wspaniałymi refrenami i świetną melodią. Piosenka świetnie odnalazłaby się na Armchaird Theatre, a zwłaszcza na Zoom, gdzie z pewnością byłaby jednym z mocniejszych momentów. I tutaj prezentuje się nad wyraz dobrze i wciąga bez reszty.

All my love
I can still recall the chances
Of whatever was to be
Maybe it still means as much to you
As it does to me

I see it all
The way we fall for one another's make-believe
All my love

Down Came the Rain aż samo zdaje się podpowiadać, że jakiś jego zarys mógł zakiełkować w głowie Jeffa przy okazji współpracy z Tomem Petty nad takimi albumami jak Full Moon Fever lub Into the Great Wide Open. Czuć tu po prostu ducha kompana Lynne'a z Travelling Wilburys. Prosty, wpadający w ucho riff, znakomite melodie i - jak zwykle - wspaniałe wokale. Mam z tym jednak problem; słucha się tego znakomicie i można się fajnie przy tym odprężyć, jednak z perspektywy reszty płyty, wypada to dość blado i dość szybko o tej piosence zapominamy.

You let me go when I was down
You let me fall when I could drown
You knew how much you meant to me
You took me down that slippery slope
You left me there without a hope
You saw just what you wanted to see

Nic jednak nie mam na obronę Losing You. To wyjątkowo wymuszony i słaby utwór, który niby próbuje być kolejną wzruszającą love song, ale ani to nie chwyta za serce, ani nie wpada w ucho. Cały numer po prostu przelatuje pomiędzy uszami i wypada z głowy zaraz po tym, jak się skończy.

And then the day will come
And I'll be all alone
On my own
And you'll sail away
And you'll be really gone
So far from home

I always wanted just to hold on to you
And never ever be blue
Now I'm losing you

One More Time to jednak powrót do formy. Jeśli ktoś uwielbia takie rockandrolle ELO jak Turn to Stone, Don't Bring Me Down, Rock 'n' Roll is King, Rockaria czy Tightrope, to i ta piosenka powinna przypaść mu do gustu. Jeff pozwolił sobie także na mrugnięcie okiem do słuchaczy, wplatając w całość króciutki fragment Phantom of the Opera. Dość niespodziewany motyw, szczególnie w tak mocnym i znakomicie rockowym utworze. Oczywiście nie trzeba tu dodawać, jak dobre są wokale Jeffa, a melodia jest zaskakująco prosta i wpada w ucho od razu, a ciężko ją potem wyrzucić z głowy. Po prostu świetny kawałek.

Come on, baby, time to rock and roll
Get on board, and we'll soon be gone
Everybody gonna feel real fine
We're gonna do it one more time

Pierwsze pytanie po zobaczeniu tytułu Sci-Fi Woman z pewnością brzmi: czy ma to coś wspólnego z Evil Woman? Raczej nie. Piosence brakuje po prostu tej lekkości i - mimo wszystko - tak mocno uzależniających refrenów. Mamy tu jednak nastrój rodem z płyt ELO z lat 80., świetne refreny i dobrą melodię. Nie ma co porównywać tego do Evil Woman, bo to dwie zupełnie inne piosenki, a każda w swojej kategorii prezentuje się naprawdę dobrze. Wolę oczywiście klasyk z Face the Music, ale i Sci-Fi Woman od czasu do czasu posłucham.

How the world has changed
Since you came along
How the time has flown
As we travel on

As I look at all
All we ever knew
From the rules of life
To a love that's true


Goin' Out On Me wypada jednak nieporównywalnie słabiej. Doceniam próbę stworzenia czegoś o klimacie klasyków, po które Jeff sięgnął na Long Wave, ale - znowu - brakuje tu po prostu niewymuszonej lekkości, a całość wypada dość mało angażująco.

It looks like you'll be gone for good
If I can't find a way
No way to make me feel the way that I should
Cold wind blowin' in the neighbourhood
You've been goin' out on me when I've been gone

W 2017 roku ukazał się album koncertowy Wembley or Bust. Jak się okazuje, ten koncert dla 60 tysięcy ludzi był chyba dla Jeffa niemałym przeżyciem, skoro na wydanej 2 lata później płycie ukazuje się utwór Time of Our Life, który opowiada właśnie o tym wydarzeniu. Lynne śpiewa o wspaniałej publiczności, twierdząc, że przeżywa właśnie najlepszy czas w swoim życiu. Podobnie jak w One More Time można było usłyszeć Phantom of the Opera, tak i tutaj Jeff zdecydował się na smaczek, tym razem nieco mniej zamaskowany: tuż przed drugim refrenem pojawia się charakterystyczna melodia Telephone Line. Sam kawałek jest natomiast bardzo dynamiczny, rockandrollowy i naprawdę niełatwo mu się oprzeć. Te refreny po prostu muszą przyprawić o uśmiech, a całość niemiłosiernie angażuje i wciąga. 

As we played on, it came to me
This could be the best night I've ever seen
The whole of Wembley singin' along
To every little song
60,000 mobile phones
Were shinin' in the dark of night
Wavin' and weavin', and boy, did they shine
When we struck up with "Telephone Line"

We had that night
We had time of our life

Songbird to, doprawdy, urocze zakończenie. Po prostu nie mogę się do tego doczepić. Co z tego, że brak tu jednoznacznego refrenu, który wpadałby w ucho? Ten klimat, ten nastrój się po prostu zapamiętuje i, może zabrzmi to grafomańsko, ale potrafi naprawdę złapać za serce. Delikatna, lekko soulująca kompozycja, która przyjemnie płynie przez 3 minuty, a gdy się kończy, to aż ogarnia nas smutek, bo przecież mogłaby jeszcze tak trwać i trwać...

My songbird came home
Back to where she belonged
My songbird came home
Just to sing that sweet song

But now, every night
She sings her lovely song to me
My songbird came home
Now my troubles are gone


Nieco ponad pół godziny; tyle właśnie trwa From Out of Nowhere. Ktoś powie że za mało, tym bardziej że od czasu Alone in the Universe minęły aż 4 lata? Ja jednak powiem: dobrze, że tylko tyle, biorąc pod uwagę jednowymiarowość prezentowanej tu muzyki. Tych piosenek po prostu miło się słucha. I tyle. Oczywiście, wszystko jest na poziomie, podane z klasą i autentyczną miłością do tworzenia muzyki. Minus jest jednak taki, że ani nie jest to odkrywcze, ani oryginalne, ani jakoś specjalnie nie zachwyca. From Out of Nowhere to płyta, której po prostu słucha się z przyjemnością. Są momenty mocniejsze (utwór tytułowy, All My Love, One More Time, Sci-Fi Woman, Time of Our Life, Songbird), ale niestety są też niewypały (Losing You, Goin' Out On Me). Bardzo to nierówna płyta, ale szczerości i ujmującej beatlesowskiej melodyki nie można jej odmówić. Czapki z głów przed Jeffem Lynnem, że po tylu latach wciąż mu się jeszcze chce i wciąż potrafi robić to tak szczerze. Na ten moment jest to ostatni album Electric Light Orchestra i, powiem szczerze, mam nadzieję, że Jeff uraczy nas czymś jeszcze. W końcu latka lecą, a Artysta na pewno jest w stanie jeszcze czymś nas zaskoczyć i chwycić za serce. Uważam po prostu, że rozdział pt. "Electric Light Orchestra" nie powinien skończyć się na From Out of Nowhere, które jest dobrym albumem, ale to jednak za mało na legendę ten nazwy.

Ocena: 6/10


From Out of Nowhere: 32:39

1. From Out of Nowhere - 3:14
2. Help Yourself - 3:14
3. All My Love - 3:06
4. Down Came the Rain - 3:29
5. Losing You - 3:36
6. One More Time - 3:28
7. Sci-Fi Woman - 3:07
8. Goin' Out On Me - 3:09
9. Time of Our Life - 3:10
10. Songbird - 3:06

sobota, 20 czerwca 2020

"Paul Simon in Concert: Live Rhymin'" - Paul Simon [Recenzja]


Paul Simon nie zasypywał gruszek w popiele i, po sporym sukcesie jego dwóch solowych albumów (Paul Simon i There Goes Rhymin' Simon), zdecydował się na wydanie koncertówki. Płyta Live Rhymin' została nagrana podczas kilku koncertów w latach 1973/74. To pierwszy album koncertowy Simona, więc dobrą wiadomością dla starszych fanów było z pewnością to, że Paul na koncertach wykonuje utwory duetu Simon & Garfunkel. Jeśli chodzi o aranżacje, to na tym albumie i trasie można było wyczuć, że w tamtym czasie Simon był bardzo zainteresowany muzyką gospel i nudził go nieco "czysty" folk.
Koncertówka okazała się umiarkowanym sukcesem w Stanach Zjednoczonych, gdzie pokryła się nawet złotem. Całkowicie przepadła jednak w Wielkiej Brytanii, nie dostając się nawet do notowań.

Koncert i album zaczynamy zdecydowanie największym przebojem z płyty Paul Simon. To nie tylko najlepiej dziś pamiętana piosenka z tego krążka, ale też utwór, który zdaje się mieć najbardziej melodyjny potencjał i pozostaje moim ulubionym momentem longplaya. Z wielką przyjemnością wysłuchałem więc i tu Me and Julio Down by the Schoolyard, tym bardziej, że zaprezentowany jest tu w dokładnie takim anturażu, w jakim Paul odpowiada mi najbardziej, tj. wokal i gitara akustyczna. I tyle. Nie ma żadnego wydziwiania, żadnych chórów, perkusji, nic z tych rzeczy. Po prostu Paul, gitara akustyczna, no i gwizdanie. Tyle wystarczy, by udanie rozpocząć koncert, a także przyciągnąć uwagę słuchacza, szczególnie że Simon jest w naprawdę dobrej formie, zarówno jako wokalista, jak i muzyk, więc słucha się tego z przyjemnością, a te 3 minuty mijają jak z bicza strzelił.
Na wypadek, gdyby jednak ktoś czekał na utwory Simon & Garfunkel, Paul już jako drugi numer wykonuje słynne Homeward Bound. Pewnie, można by marudzić że "bez Arta to już nie to samo", ale ja nie zamierzam tego pisać, tym bardziej że Garfunkel w oryginalnej wersji nie miał za dużo do roboty. To od początku do końca był song-popisówka Paula, do której Art dodał jedynie harmonie wokalne. Tu wypada to równie szczerze i poruszająco, czego źródła ponownie można się doszukiwać w akustycznym aranżu i ascetycznej oprawie.
Następnie przechodzimy do promowanego na tej trasie albumu, a więc There Goes Rhymin' Simon. American Tune to jeden z moich ulubionych momentów wspomnianego longplaya, więc i na to wykonanie czekałem z niecierpliwością. I znów: mamy bardzo emocjonalny i ujmujący ascetyzmem wykon, chociaż - nie ukrywam - brakowało mi tych smyczków ze studyjnego pierwowzoru. Ale nie ma na co narzekać, bo wyszło przepięknie.
Następnie Paul przedstawia Urubambę i opowiada krótką historię ich pierwszego spotkania. Następnie krótkie strojenie instrumentów i przychodzi czas na kompozycję z pożegnalnego albumu Simon & Garfunel. No, El Cóndor Pasa (If I Could) nie jest może oryginalną kompozycją Simona, jednak dopisał on do tej tradycyjnej peruwiańskiej melodii własny tekst. Ta wersja stała się tak popularna, że owa melodia przylgnęła do niego, mimo że sięgało po nią wielu wykonawców. Po reakcji publiczności słychać też, że była to jedna z bardziej oczekiwanych piosenek. Od samego początku, czyli gitarowego preludium, można mieć ciarki, a dalej jest tylko lepiej. Cieszę się, że na tym etapie do Paula doszły też inne instrumenty, dzięki czemu możemy usłyszeć ten utwór w wersji niemal identycznej z tą z Bridge Over Troubled Water. Właśnie: "niemal". Nie będę tu tym razem ściemniał, bo czuć tu brak Garfunkela w jego delikatnej, środkowej części. Wypada naprawdę bardzo dobrze, jednak rzuca się to w uszy, szczególnie jeśli ktoś - tak jak ja - jest bardzo przywiązany do studyjnej wersji.
I wracamy do Paul Simon za sprawą pięknego utworu Duncan. Uwielbiam tę piosenkę, więc i ta wersja jak najbardziej przypadła mi do gustu i słuchało mi się jej naprawdę rewelacyjnie. Świetne i bardzo emocjonalne wykonanie.
I kolejny wielki przebój Simon & Garfunkel; tym razem przyszedł czas na The Boxer z albumu Bridge Over Troubled Water. Mamy tu nieco zmienioną aranżację, ale absolutnie nie powiem, by wyszło to tej kompozycji na gorsze. To po prostu piosenka z rodzaju takich, co i grane tylko na trójkącie zabrzmią rewelacyjnie. Szkoda, że wspaniałe zaśpiewy w refrenach zostały tu zastąpione przez partie fletu, ale i tak piosenka robi spore wrażenie, a taki mankament nie jest w stanie wpłynąć na jej pozytywny odbiór.
Następnie Paul Simon zapowiada "Jessy Dixon Group", a pierwszą szansę na pokazanie swoich wątpliwości mają one przy okazji Mother and Child Reunion, czyli piosenki, która otwierała longplay Paul Simon. Trzeba przyznać, że mocniejsze zabarwienie gospel dodało utworowi nieco kolorytu, a na tej płycie wypada zdecydowanie dynamiczniej, co pozwala nieco wyrwać się z letargu tym, których uśpiło poprzednie 6 nieco bardziej akustycznie wykonanych piosenek. Ciężko mi powiedzieć, czy wolę tę wersję, czy tę z płyty, jednak z pewnością ta wypada zdecydowanie potężniej i bardziej angażująco. Do każdego Słuchacza należy więc indywidualny wybór odsłony tej kompozycji. W mojej ocenie zarządzam co najmniej remis.
The Sound of Silence to piosenka, której zdecydowanie nie mogło tu zabraknąć. Nie podoba mi się jednak, że ascetyczność została tu zastąpiona gospelem, który ujmuje nieco utworowi szczerości i intymności. Jeśli już Simonowi tak bardzo zależało na harmonii wokalnej, można było poprosić tylko jedną wokalistkę, by z nim śpiewała. Cztery głosy do takiej piosenki to jednak z pewnością za dużo.  (Tym bardziej, że w pewnym momencie - o zgrozo! - wokal Simona zastępuje męski wokalista z chóru). Wiadomo - tak wybitnej kompozycji nic nie jest w stanie tak zaszkodzić, by nie dało się tego słuchać, ale można było to zrobić lepiej. Jest tego trochę za dużo, a The Sound of Silence to, w mojej opinii, utwór gdzie "mniej znaczy więcej".
Jesus is the Answer to z kolei tradycyjna pieśń religijna. Jej obecność na koncercie można chyba uzasadnić tylko tym, że Simon miał ambicje, by zarazić swoich słuchaczy swoją pasją do muzyki gospel. Ja taki typ muzyki lubię w umiarkowanych ilościach, jednak tym, którzy tego gatunku nie trawią, zalecam pominięcie tego kawałka, bowiem te 3 minuty to nic więcej, jak tradycyjny utwór w stylu gospel. Tylko tyle.
Bridge over Troubled Water to z pewnością jedna z mniej spodziewanych piosenek, które pojawiły się na tym koncercie; wszak w wersji studyjnej słyszymy w niej tylko wokal Arta, a Paul pojawia się właściwie tylko na kilka wersów pod koniec. Na tej koncertówce Simon bierze na siebie rolę wokalisty i, muszę to przyznać, radzi sobie naprawdę znakomicie. Jestem chyba zbyt przywiązany do oryginału, by powiedzieć że jest równie dobry jak Garfunkel, ale jak najbardziej doceniam próbę, a dodatkowa otoczka gospel sprawdza się tu naprawdę bardzo udanie i nienachalnie. Wielkie brawa za taką zabawę formą, która w tym wypadku zdecydowanie zakończyła się sukcesem i naprawdę angażującym wykonem.
Kontynuujemy wątek gospelowy za sprawą Loves Me Like a Rock, a więc piosenki, która napisana i nagrana była już z myślą o wykonywaniu w takiej właśnie stylistyce. Jeśli komuś podobała się wersja z There Goes Rhymin' Simon, to i tu powinien się dobrze bawić.
Simon zaczyna grać, aż nagle ktoś krzyczy: "Powiedz parę słów!". Paul odpowiada: "Powiedzieć parę słów... Miejmy nadzieję, że będziemy dalej żyć." Zbiera za to spory aplauz, a następnie podejmuje granie przerwanego motywu i przechodzi do uroczej piosenki America. Piękny utwór i piękne wykonanie, co tu dużo mówić.


Paul Simon in Concert: Live Rhymin' to koncertówka warta wysłuchania, mimo że nie jest idealna. Słychać tu bardzo wyraźnie fascynację Simona stylistyką gospel (chociaż, mówiąc uczciwie, dopiero w drugiej połowie), więc strona B może być nie do zniesienia dla każdego, kto tego zupełnie nie trawi. Jednak nie sposób nie zachwycić się podejściem, z jakim Simon podszedł do wykonywania swojego repertuaru. Najpierw mamy parę piosenek zaśpiewanych tylko przez niego z towarzyszeniem gitary akustycznej, potem zaledwie kilka z tradycyjnym instrumentarium, a potem dochodzi do niego jeszcze gospel. Na pewno nie da się tu nudzić, choć można się momentami pogubić i poczuć przytłoczonym tym rozgardiaszem. Czuć, że Paul nie do końca wiedział w jakim kierunku pójść, jeśli chodzi o granie koncertów, więc wybrał kompromis. Jest tu parę naprawdę porywających momentów, aczkolwiek Live Rhymin', jako całość, nie porwało mnie tak, jak można by tego oczekiwać po dwóch solowych albumach studyjnych.

Ocena: 7/10


Paul Simon in Concert: Live Rhymin': 51:56

1. Me and Julio Down by the Schoolyard - 2:47
2. Homeward Bound - 2:45
3. American Tune - 3:58
4. El Cóndor Pasa (If I Could) - 4:08
5. Duncan - 5:11
6. The Boxer - 6:11
7. Mother and Child Reunion - 4:00
8. The Sound of Silence - 4:27
9. Jesus is the Answer - 3:28
10. Bridge over Troubled Water - 7:10
11. Loves Me Like a Rock - 3:16
12. America - 4:35

piątek, 19 czerwca 2020

"The Devil You Know" - Heaven & Hell [Recenzja]


Tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego, że Tony Iommi, Bill Ward i Geezer Butler nie mogli doczekać się na Ozzy'ego Osbourne'a. Po zjednoczeniu w 1997 roku, panowie powoli i ostrożnie zaczęli mówić o planach na nagranie nowego materiału i trasę koncertową. Pierwsze poważne rozmowy dotyczące tworzenia nowego materiału zaczęły się w 2001 roku. Wtedy jednak Ozzy zajął się promowaniem swojej nowej solowej płyty, Down to Earth, a także uczestnictwem w reality show The Osbournes. 
W 2006 roku pojawił się pomysł wypuszczenia składanki zatytułowanej The Dio Years, na którą - jak sama nazwa wskazuje - miały złożyć się najlepsze utwory z czasów, gdy wokalistą w zespole był Ronnie James Dio. Wydawca chciał jednak uczynić tę składankę czymś bardziej atrakcyjnym niż standardowe "the best of". Zapytał więc Iommiego, czy nie zostały mu jakieś niewydane dotychczas utwory z tamtych sesji. Tony odparł, że nie, bo panowie zawsze tworzyli dokładnie tyle piosenek, ile było im potrzebnych do skompletowania płyty. Padł więc pomysł, by może tak zrobić coś nowego specjalnie na tę składankę. Dio i Iommi uznali więc, po raz kolejny, że należy zakopać topór wojenny. Ten pierwszy przyleciał więc do Anglii i napisali razem aż 3 utwory, które trafiły na tę składankę: The Devil Cried, Shadow of the Wind i Ear in the Wall. Trzeba było jednak to nagrać. Zadzwonili do Butlera, który z chęcią przyjął propozycję, a następnie do Billa Warda. Ten również przyjechał, ale poróżniły ich kwestie artystyczne, a ponadto Ward nie bardzo miał ochotę jechać w trasę z Dio, bo i taki pomysł podczas sesji się pojawił. Zamiast niego, wielkim entuzjazmem do pomysłu zapałał niezawodny Vinny Apice.
Panowie chcieli ruszyć w trasę pod szyldem Black Sabbath, ostatecznie był to przecież ten skład, który tworzył już 2 albumy zespołu, jednak tym razem na przeszkodzie stanęła im Sharon Osbourne, która wytoczyła im proces o prawa do nazwy, oponując że należy się ona tylko składowi z Ozzym, ponieważ Black Sabbath z Księciem Ciemności na wokalu wciąż formalnie działało. Iommi przegrał w sądzie i oddał Sharon pełne prawa do nazwy "Black Sabbath", a nowy zespół nazwał Heaven & Hell, by nie było wątpliwości, kim są muzycy i jakiego repertuaru należy oczekiwać. Stawiało to też Dio w komfortowej sytuacji; wokalista bowiem nigdy nie czuł się swobodnie w utworach śpiewanych wcześniej przez Osbourne'a (co słychać na Live Evil i Live at Hammersmith Odeon), a teraz mógł ich już nie śpiewać. Paranoid i Iron Man nie musza się pojawić, bo to przecież nie jest Black Sabbath, więc czemu miałby grać przeboje tego zespołu?
Panowie ruszyli więc w marcu 2007 w trasę, którą zakończyli w listopadzie. Wtedy padł też pomysł, by może nagrać całą płytę pod nowym szyldem, skoro tak dobrze im poszło. Panowie osobno przygotowywali swoje pomysły, po czym rozpoczęły się prace nad komponowaniem i nadawaniem utworom ostatecznego kształtu. Album, zatytułowany ostatecznie The Devil You Know (oczywiste odniesienie do tego, że Heaven & Hell to w rzeczywistości Black Sabbath w jednym ze swoich składów, tylko pod nową nazwą), trafił do sprzedaży w kwietniu 2009 roku i okazał się wielkim sukcesem. Zebrał bardzo dobre recenzje, a i nieźle się sprzedawał. Muzycy ruszyli też w trasę promującą płytę, jednak pod koniec listopada okazało się, że Ronnie ma raka żołądka. Jego śmierć pół roku później, przekreśliła plany na dalsze koncerty i płyty pod tym szyldem, a jednocześnie przyspieszyła prace oryginalnego Ozzy'ego, Tony'ego i Geezera nad ich, jak miało się okazać, ostatnią płytą Black Sabbath.

Trzeba przyznać, że z pewnością fani Black Sabbath z Dio na wokalu mogą za sprawą Atom and Evil poczuć się jak w domu. Ten kawałek spokojnie mógłby znaleźć się na ultra-ciężkim Dehumanizer. Posępny, mroczny riff, przyjemnie pulsujący bas Butlera, mocna i efektowna perkusja Appice'a i melodyjne acz potężnie brzmiące wokale Dio. Kompozycja trwa nieco ponad 5 minut, a ani na chwilę nie traci nic ze swojej świeżości i wciąż wywołuje przyjemny dreszcz. To porządny i odpowiednio ciężki kawałek, który pokazuje że "Heaven & Hell" nie oznacza żadnego przełomu - to po prostu stare, dobre Black Sabbath z Dio na wokalu. 

Falling's easy, rising will never be
So we must rise together
Here are the changes, power for harmony
But then there's no forver
Atom and evil

Niemniej ciężko wypada także Fear, acz wydaje się mieć odrobinę więcej dynamizmu. Nie jest to oczywiście taka hard rockowa jazda, jak choćby Neon Knights, jednak jest to wyraźnie zauważalne, zwłaszcza na tle Atom and Evil. Nie bardzo jest tu o czy pisać, gdyż jest to po prostu znów bardzo udana kompozycja przywołująca na myśl Dehumanizer lub Mob Rules. Jeśli komuś przypadła do gustu ciężka i posępna stylistyka tam prezentowana, to i Fear nie powinien rozczarować.

If you've never heard before
There was once a time when only God had fire
The moon and stars and nothing more
To lead you through the night

If there's a Hell and Satan had a daughter
He must have sent her here to hide the flame
We're still afraid, must be he taught her so well
We've seen the light, so why it's all the same

Bible Black rozpoczyna się akustycznym wstępem, jednak nie dajcie się zwieźć - daleko tej piosence do Lonely Is the Word. Następnie mia być dramatyczny wokalny wstęp Dio, jednak wokalista ewidentnie nie dźwiga już tej swojej teatralnej maniery, przez co brzmi to po prostu kiczowato i momentami aż boli, kiedy łamie mu się głos. Po chwili muzycy jednak uderzają ciężarem i całość wraca na wcześniej obrane tory. Znów jest ponuro, mrocznie i ciężko. 

Well, here I go again
From the start and to the end
I wish I could remember what I've done
Now, here's another spell
It could take me straight to Hell
And I feel I'm getting closer to my home

Let me go
I've found addiction and it makes me feel alive
Take me back
I must have the Bible Black

Zdecydowanie słabiej wypada Double the Pain. Ponownie mamy tu próbę przyspieszenia, jednak jest to zbyt ociężałe, przez co może się wydawać, jakby muzycy "chcieli a nie mogli". Kompozycja jest bez wyrazu, a momentami wręcz irytuje.

A slap in the face
To bring him back around
It's a touch like cool morning rain
He's fallen from grace
And slammed to the ground
And begs for some more of the same

Podobnie niemrawo (chociaż lepiej chyba pasowałoby sformułowanie "odtwórczo") wypada Rock and Roll Angel. I tutaj brak po prostu dobrej melodii, która pozwoliłaby utworowi wyróżnić się spośród reszty peletonu i przykuć naszą uwagę. Z pewnością jednak całkiem udanie prezentuje się zwolnienie w środku, gdzie Iommi ma szansę zagrać całkiem udaną, liryczną solówkę. Później niespiesznie i efektownie wracamy do głównego motywu i... znowu całość się rozsypuje. Gwoździem do trumny są dodatkowo wyjątkowo wymęczone wokale Dio.

Don't close your mind
Just bring insanity and you'll see it all
His light can blind you
He's now his revelation

You've been wishing
For the magic sin
Here's where you will find
Your rock and roll angel

Przy The Turn of the Screw czuć chociaż, że panowie się w jakiś sposób szarpią. Starają się sklecić chwytliwą melodię i momentami brzmi to naprawdę w porządku. Niestety - sztmpa goni sztampę, więc i nie można mówić tu o żadnej oryginalności, gdyż wszystkie zabiegi, które tu stosują, słyszeliśmy już od nich wiele razy. Momenty więc są, ale raczej sporadyczne, a piosenka po chwili ginie w gąszczu podobnych sobie utworów.

He was born to be angry
A fire that just burned cold
And you knew you should keep away
Then on a night in the city
It happened he lost control
So it's on to his last today

Właściwie identyczny komentarz mógłbym także wystawić Eating the Cannibals. Tu mamy już zdecydowanie szybszy i mocniejszy kawałek, który całkiem udanie galopuje, a momentami przewijają się tu niezłe melodie. Co jednak z tego, skoro to wszystko już było, a całość zapomina się dosłownie zaraz po zakończeniu. A nawet szybciej.

Come on in, we love our clientele
You're here to taste revenge and so you shall
It's been raised upon your body and your bones
But now you're not alone

Enough with the greeting
Cause soon you'll be eating the cannibals

Udanie rozwija się Follow the Tears. Organy, mroczna gitara, powoli narastająca perkusja i w końcu potężne uderzenie. Nie powiem - urzekło mnie to. Dalej jest... no cóż, różnie. Ponownie: pojawiają się tu całkiem niezłe melodie, które są naprawdę bardzo udane (refreny), jednak z powodu niemrawych zwrotek i do bólu kiczowatego mostka, nie mogę uznać tej kompozycji za godną uwagi. Gdy Dio milknie i do głosu dochodzą instrumentaliści - jest naprawdę bardzo dobrze. Gdy zaś wkracza Ronnie - dobrze jest tylko momentami.

Don't drink for the cup of human kindness
It's a strange brew and poison to the touch
Don't think that they're saving you the finest part for last
Or that you wanted too much

So if you want to know where I've been hiding all these years
Follow the tears, follow the tears

Neverwhere to jednak, niestety, powrót do sztampy i mało wyszukanych melodii, które aż rażą swoją infantylnością i zapamiętywalnością na zerowym poziomie. Nie ma tu nic, o czym można by się uchem zaczepić, a na tym etapie płyty powinno się stawać na głowie, żeby przyciągnąć uwagę słuchacza, bo jednowymiarowy materiał po takim czasie już nudzi. Tu jednak czuć, że muzykom niespecjalnie na tym zależy, bo, doprawdy, ciężko tu nie zasnąć.

Together they wait for the witching hour
Feeling the heat and the push of power
They need to know
Left behind, he's the univited
Maybe the door will open of he waits there
At neverwhere

Breaking into Heaven. Niezły tytuł, co? Brzmi jak coś na miarę Lonely Is the Word. Szkoda tylko, że wcale tak nie jest, a to po prostu kompozycja, która aż razi grafomanią, infantylizmem, kiczem i nijakością. To jeszcze nie koniec: utwór trwa... 7 minut! 7 minut muzycy grają praktycznie jednowymiarowy i przyciężkawy kawałek, który absolutnie nic nie wnosi, a wręcz potwornie męczy. Brawa należą się temu, kto jest na tyle wytrwały, by dosłuchać do końca. Ja zrobiłem to tylko w ramach recenzenckiej rzetelności, oczekując może na jakiś nagły zwrot akcji. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, a Breaking into Heaven to w mojej opinii najgorszy utwór płyty, który po prostu jest jednym wielkim, siedmiominutowym diabełkiem. I to, niestety, diabełkiem, którego już, dzięki reszcie zawartości płyty, znamy.

Before today, it was a dark tomorrow
Chained and cursed to wander with man
But we've been told that it's time and we must go
Does hopeless mean maybe we can?

Now we're back again, we want it all
An no one seems to know that evil's come to call
And we will bring temptation and you'll sin
Then we'll slam the door, you can't come back again


Kilkukrotnie w tej recenzji wspominałem, że nie da się odmówić The Devil You Know wielu podobieństw do Dehumanizer. Czy oznacza to więc, że są to albumy do siebie podobne, bądź też na porównywalnym poziomie? Niestety nie, a w takim starciu The Devil You Know ponosi niestety sromotną porażkę. Jeśli już przy Dehumanizer narzekałem, że brak tam wyróżniających się kompozycji, to, doprawdy, nie wiem, co mam powiedzieć o tej płycie. Każdy utwór tutaj brzmi praktycznie tak samo, przez co całość wydaje się być jednym, wyjątkowo długim i wyjątkowo nudnym numerem. Są może jakieś próby uczynienia kilku z nich oryginalniejszymi w stosunku do reszty (akustyczny, teatralny wstęp w Bible Black, solówka w środku Rock and Roll Angel, próba stworzenia nieco bardziej chwytliwej melodii w The Turn of the Screw), jednak na dłuższą metę się to nie sprawdza. Z pewnością na niekorzyść działa także nowoczesne brzmienie, co w praktyce oznacza sporą kompresję dźwięku, przez co materiał po prostu nudzi i - mówiąc kolokwialnie - "zamula". Płyta trwa 54 minuty; to z pewnością za długo, jak na taki rodzaj muzyki. Gdyby zrobić z tego longplay o połowę krótszy i z nieco bardziej wyrazistymi kompozycjami, to moglibyśmy mówić tu o czymś na miarę Dehumanizer. Nie znaczy to jednak, że album nie ma żadnych zalet. Z pewnością wyróżnić trzeba bardzo dobre wykonanie - każda piosenka wykonana jest bez większych zadyszek, posępnie, ciężko i mrocznie, dzięki czemu album może do pewnego momentu robić dobre wrażenie. Szkoda jednak, że pochwalić można tu tylko klimat i wykonanie, czego przecież od muzyków tej klasy należy się po prostu spodziewać. Reasumując: powrót nadzwyczaj nieudany. Mógł być powrót do dawnej sławy i chwały, a wyszedł odgrzewany kotlet; i to w wyjątkowo odtwórczy sposób.

Ocena: 4/10


The Devil You Know: 53:31

1. Atom and Evil - 5:15
2. Fear - 4:48
3. Bible Black - 6:29
4.. Double the Pain - 5:25
5. Rock and Roll Angel - 6:02
6. The Turn of the Screw - 5:02
7. Eating the Cannibals - 3:37
8. Follow the Tears - 6:12
9. Neverwhere - 4:35
10 Breaking into Heaven - 6:53

środa, 17 czerwca 2020

"Wembley or Bust" - Jeff Lynne's ELO [Recenzja]


Mimo, że Alone in the Universe nie ma nawet startu (ani sprzedażowo, ani artystycznie) do największych osiągnięć Electric Light Orchestra, to spełnił swoją rolę: przypomniał ludziom o ELO. Jeff Lynne ruszył więc w trasę, na której wykonywał praktycznie wszystkie przeboje Electric Light Orchestra. Gdy w 2001 roku chciał zagrać koncerty promujące Zoom bilety prawie się nie sprzedawały. Kilkanaście lat później nagle okazało się, że Jeff Lynne's ELO może wyprzedawać nie tylko teatry i wielkie areny, ale i stadiony. Lynne postanowił więc utrwalić to niezwykłe świadectwo nieprzemijającej magii muzyki Electric Light Orchestra. 
Na stadionie Wembley w czerwcu 2017 roku zebrało się 60 tysięcy ludzi, by wysłuchać muzyki ELO w wykonaniu Jeffa Lynne'a i towarzyszącego mu zespołu. Wszystko zostało nagrane i sfilmowane z wielką pompą. Sam Jeff tak wyjątkowo wspomina ten koncert, że napisał nawet o tym piosenkę Time of Our Life, która znalazła się na jego kolejnej płycie - From Out of Nowhere.
Jak i poprzednia koncertówka ELO - została przyjęta bardzo ciepło, acz nie podbiła list sprzedaży. Została jednak wydana w zestawie 2 CD i DVD, co jak najbardziej postanawia cieszyć się tą muzyką w każdym formacie. 

Cieszy, że oprócz sprawdzonych hiciorów (a tych przecież Jeffowi nie brakuje), muzyk postanowił też sięgnąć po parę mniej znanych piosenek, które są miłym ukłonem dla fanów. Rozpoczynający koncert utwór Standin' In the Rain bez wątpienia należy raczej do kategorii deep cuts. Trzeba też przyznać, że ten pochodzący z Out of the Blue kawałek (rozpoczynający zarazem drugą winylową płytę i suitę Concerto for a Rainy Day) naprawdę udanie rozpoczyna całość. Co prawda nie ma tu zbyt wiele wokali, ale jest w tym metoda, by umieścić to na początek, gdyż publiczność może w pełni wciągnąć się w to potężne, rockowo-symfoniczne brzmienie, a część śpiewana jest na tyle satysfakcjonująca i melodyjna, że miło też w takim stylu usłyszeć po raz pierwszy na tej płycie głos Lynne'a. Udany, dynamiczny, momentami mroczniejszy, ale i przede wszystkim zagrany z prawdziwą klasą i przytupem otwieracz.
Na przeboje jednak Jeff Lynne's ELO nie każe długo publiczności czekać, bowiem już drugą piosenką jest słynne Evil Woman z albumu Face the Music. Publiczność jest tak podekscytowana, że głośne owacje milkną dopiero po ikonicznym fortepianowym riffie, a więc trwają jakieś pół minuty! Trzeba przyznać, że piosenka wykonana została bardzo udanie: jest dynamicznie, z pasją i oczywiście ze świetnymi wokalami Jeffa, który zdaje się bez najmniejszego problemu wyciągać falsety w refrenach.
Następnie parę słów od Jeffa i zaczynamy kolejny wielki przebój - All Over the World, czyli najsłynniejszy moment ścieżki dźwiękowej do filmu Xanadu. To jedna z moich ulubionych piosenek ELO, więc z dużą dozą przyjemności wysłuchałem i tego wykonania. Wszystko jest zagrane z energią, dynamicznie i po prostu tak, jak można by tego oczekiwać.
Podczas koncertu nie mogło też zabraknąć pierwszego większego autorskiego przeboju Electric Light Orchestra, czyli Showdown. Nie jest to rzecz prosta do zaśpiewania (szczególnie w refrenach), tym większy podziw więc budzi fakt, że Lynne zdaje się śpiewać to na luzie, bez problemu, mimo tych (bez wypominania) wielu lat na karku. Utrzymany też został nieco mroczny i dramatyczny klimat studyjnego pierwowzoru, tak więc jeśli ktoś kocha ten utwór, to nie rozczaruje się tym wykonaniem.
Charakterystyczne intro skrzypiec i już wiemy, że zaraz zabrzmi Livin' Thing z płyty A New World Record. Po nieco mroczniejszym Showdown, ta piosenka to jakby głęboki oddech; mało jest bowiem w repertuarze ELO tak optymistycznych, radosnych, chwytliwych i uzależniających kompozycji, jak właśnie ta. Przy każdym przesłuchaniu można odkrywać jakieś nowe aranżacyjne smaczki, a także do wersji koncertowej przemycono ich całkiem sporo. Jeśli miałbym na coś narzekać, to na to, że w ostatecznym miksie nieco za głośno w stosunku do chórków jest wokal Jeffa - jednak bardziej charakterystyczne zaśpiewy w refrenie to przecież te wysokie. No ale, mówiąc uczciwie, taki problem to żaden problem. Świetny wykon.
Mimo że Do Ya również pochodzi z A New World Record, mało kto wie, że jej historia sięga wiele lat wcześniej, a mianowicie: czasów przed powstaniem Electric Light Orchestra. Jeff napisał ją w wieku 16 lat i była to jedna z jego pierwszych piosenek. Przypomniał sobie o niej podczas koncertów z ELO, jednak nie było jej na żadnej ich płycie, więc publiczność regularnie pytała ich, czyj to utwór. Lynne, zmęczony ciągłym powtarzaniem że to on jest autorem, zdecydował się w końcu to nagrać w nieco zmienionej wersji (no i aranżem dostosowanym do emploi Electric Light Orchestra). Również i w tym wykonie w refrenach można by nieco podgłośnić wyższe chórki kosztem niższych wokali Jeffa, jednak poza tym, nie mam żadnych zastrzeżeń.

Jako że ten koncert był częścią trasy promującej album Alone in the Universe, nie mogło zabraknąć tu przedstawiciela owej płyty. Jeff na różnych etapach trasy grał różne piosenki z tego krążka (Love and Rain, When the Night Comes, Ain't It a Drag i One Step a Time), jednak zdecydowanie najdłużej w setliście wytrwał singlowy When I Was a Boy. Nic dziwnego, bowiem to nie tylko jedna z najlepszych piosenek płyty, ale przecież też kwintesencja stylu ELO: nostalgiczny tekst, piękne harmonie, rozmarzone brzmienie i wpadające w ucho refreny. Utworowi udało się wejść do kanonu hitów Electric Light Orchestra, a wykonanie na Wembley or Bust pokazuje, że kompozycja ta sprawdza się rewelacyjnie nie tylko na płycie, ale i w wersji koncertowej. Lynne świetnie radzi sobie z wymagającymi wokalizami, a Iain Hornal (chórzysta, a także gitarzysta i perkusista) dośpiewuje Jeffowi przepiękne harmonie. Piękny wykon - można się rozmarzyć.
No ale na pewno wszyscy pamiętają, że Jeff Lynne to nie tylko Electric Light Orchestra, ale także - między innymi - super-grupa Travelling Wilburys, w skład której poza nim wchodzili jeszcze Roy Orbison, Tom Petty, Bob Dylan i George Harrison. I to właśnie ten ostatni jest autorem największego przeboju zespołu, który wybrzmiewa także podczas tego koncertu - Handle with Care. Jeff bierze na siebie wokale George'a, a wspomniany już Hornal - Orbisona. Oczywiście - to nie to samo, co pierwowzór, kiedy w jednej piosence można było usłyszeć Harrisona, Lynne'a, Orbisona, Dylana i Petty'ego. Jednak Jeff Lynne's ELO chyba nie chodzi tu o to, by to odwzorować, ale po prostu przypomnieć publiczności ten nieco przykryty kurzem, acz wciąż znakomicie brzmiący hit. Tak więc tu wybrzmiewa na tyle dobrze, na ile może brzmieć ta piosenka bez pozostałych gwiazd, które brały udział w jego nagrywaniu.
Powrót do czasów disco (oczywiście również naznaczonego rozpoznawalnym od pierwszych dźwięków sznytem ELO) umożliwia nam Last Train to London z albumu Discovery. Jest to jedna z moich ulubionych piosenek Electric Light Orchestra, więc wysłuchałem jej z prawdziwą przyjemnością. Inni wielbiciele tej kompozycji również nie powinni się zawieść, bowiem to bardzo wierne wykonanie.
Xanadu pamiętać mogą właściwie tylko ci, dla których ten film był częścią ich dzieciństwa lub lat młodości. W oryginale piosenkę tytułową śpiewała Olivia Newton-John, a wersję z wokalami Jeffa znaleźć można na trzypłytowej składance Flashback. To jeden z najlepszych utworów Lynne'a, a w filmie dokumentalnym o tym koncercie, muzyk mówi nawet, że to jego ulubiona własna piosenka. Chciał więc bardzo grać ją na koncertach, a gdy już zaczął... okazało się, że pokochała ją także reszta zespołu i teraz jest to ulubiony utwór każdego członka Jeff Lynne's ELO. Bardzo ciekawe przejścia akordów, świetne wokale, stylistyka disco i ogólny pozytywny, nieco bajkowy wydźwięk. Tak można by w skrócie opisać ten świetny wykon.
Po tym rozmarzeniu Jeff i spółka sięgają jednak po jeden z najbardziej dynamicznych utworów ELO, a więc Rockaria! z płyty A New World Record, oczywiście z obowiązkowym operowym wstępem, tu wykonanym przez chórzystkę Melanie Lewis-McDonald. No i cóż tu więcej mówić, to po prostu świetne, rockowe i mocne wykonanie.
Po takim ciosie Jeff Lynne's ELO postanowili nieco zwolnić tempo. Mało która piosenka nadaje się do tego równie dobrze, co niezapomniane Can't Get It Out of My Head z albumu Eldorado. Przepiękne, orkiestrowo-operowe tło, psychodeliczna solówka, wpadające w ucho refreny i świetne wokale Lynne'a. Po prostu klasa.


Koncert z piosenkami Electric Light Orchestra nie może obyć się bez utworu, od którego rozpoczęła się de facto działalność zespołu. Tą kompozycją jest 10538 Overture - znakomity, psychodeliczny utwór, w którym bezbłędnie wykorzystano smyczki i połączono je ze świetnymi gitarowymi riffami. Do tego dochodzi jeszcze niebanalna acz chwytliwa melodia - i oto mamy ELO. Utwór ten Jeff napisał jeszcze podczas działalności The Move, jednak uznali wtedy, że wydadzą go jako pierwszy singiel Electric Light Orchestra, gdyż zawarty w nim został właściwie cały pomysł na ten zespół. Po prawie 50 latach od napisania, wciąż brzmi równie intrygująco, frapująco, wciąż fascynuje i nie pozwala się od siebie oderwać. Znakomity utwór i znakomite wykonanie.
Jedynym utworem z albumu Time wykonanym podczas koncertu jest Twilight (a szkoda, bo chętnie usłyszałbym choćby Yours Truly, 2095, Ticket to the Moon czy Here is the News). Cieszy jednak, że znalazło się tu miejsce chociaż dla tej piosenki, która rozpoczyna się znakomitym Prologue. Zostajemy więc wprowadzeni w nieco futurystyczne, acz wciąż naznaczone sznytem ELO brzmienie. Oczywiście wszystko jest świetnie zagrane i bezbłędnie zaśpiewane, dzięki czemu to "po prostu" kolejna znakomicie wykonana piosenka.
Zdecydowanie bardziej rockowo wypada Ma-Ma-Ma Belle z albumu On the Third Day. To nieco zapomniana piosenka, więc tym bardziej cieszy, że Jeff zdecydował się ją tu przypomnieć. Świetny riff, znakomite wokale (to, że Lynne wciąż wyciąga refreny, niezmiennie mnie zdumiewa), no i po prostu wspaniałe brzmienie.
Mimo że Ma-Ma-Ma Belle to utwór nieco mniej znany, Jeff postanawia uspokoić tych spragnionych przebojów z prawdziwego zdarzenia. To właśnie dla nich serwuje hit Shine a Little Love z płyty Discovery. Brzmienie disco, szalone smyczki, świetne wokale i uzależniające refreny. Kolejny znakomity wykon, który powinien poderwać nawet najbardziej opornego słuchacza.
Najbardziej zaskakuje chyba obecność Wild West Hero, czyli jednego z bardziej zapomnianych utworów, mimo że pochodzi on z przebojowego albumu Out of the Blue. To delikatna ballada z wpadającymi w ucho refrenami, która spokojnie mogłaby trafić na ścieżkę dźwiękową do jakiegoś filmu. Wypada tu bardzo przekonująco, wzruszająco i po prostu ujmująco.
Znudzeni mniej znanymi piosenkami? Chcecie hitów?To Jeff Lynne's ELO da Wam hity! A zaczynamy od szalonego Sweet Talkin' Woman z Out of the Blue. Dynamiczne zwrotki i jeszcze szybsze, bardzo melodyjne refreny, które zapadają w pamięć już od pierwszego wejścia, dzięki czemu możemy potem nucić razem z Lynnem. To jedna z moich ulubionych piosenek ELO, więc świetnie się bawiłem przy jej słuchaniu.
Jeff Lynne's ELO absolutnie nie zwalnia tempa i serwuje nam kolejny mega-przebój, czyli słynne beatlesowskie Telephone Line. Jeśli ktoś kocha oryginał, to nie zawiedzie się i na tym wykonaniu. Pięknie, nostalgicznie, z sercem na dłoni.
I od teraz już jazda bez trzymanki, a zaczynamy od rozpędzonego Turn to Stone, który rozpoczynał wspaniały Out of the Blue. Świetny wykon.
Nie zwalniamy, bowiem oto już ze sceny (czy też w naszym przypadku - z głośników) brzmi słynne perkusyjne intro i TEN riff, które rozpoczynają dynamiczne Don't Bring Me Down. Któż nie zna tej melodii? Któż nie zna tych refrenów z tymi zaśpiewami? Chyba nie znajdzie się nikt taki, a jeśli tak, to chyba najlepszy moment, żeby wreszcie to poznać, a jako że ten wykon jest bardzo wierny w stosunku, do pierwowzoru, to można i zacząć od niego.
No wreszcie... Chyba nie ma osoby, która przychodziłaby na koncert Electric Light Orchestra bez świadomości, że musi na nim zabrzmieć właśnie TEN utwór. Panie i panowie: Mr. Blue Sky. Cieszy, że Jeffowi wciąż chyba jeszcze nie znudziła się ta piosenka, bo wykonuje ją z prawdziwą pasją i zaangażowaniem, serwując nam tak świetne i pełne optymizmu wokale, jakie pamiętamy z wersji studyjnej. Rzecz jasna, nie mogło tu zabraknąć ikonicznej solówki gitarowej, operowego smaczku i nagłego przyspieszenia pod koniec. Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie koncertu.
Zespół wychodzi jednak na scenę raz jeszcze, by zagrać bis. A co innego na bis, skoro nie pierwszy przebój Electric Light Orchestra? Smyki zaczynają grać fragment V Symfonii, a my już wiemy, że zaraz zabrzmi słynny riff Chucka Berry'ego i utwór Roll Over Beethoven. Znakomite, rockowe gitary, dynamiczne wokale Jeffa i znakomicie nagłośnione partie smyków. Po prostu wszystko, czego trzeba do szczęścia i rewelacyjnego wykonania tego rockandrollowego klasyka. 


Jak na swoje lata, Jeff Lynne zdecydowanie bardzo dobrze się trzyma. Nie wiem jak tam u niego ze zdrowiem, ale jeśli chodzi o muzyczną formę, to po wysłuchaniu (i obejrzeniu) Wembley or Bust nie mam tu nic do zarzucenia. Jego barwa praktycznie wcale się nie zestarzała, a wokalnie wciąż jest w stanie bez problemu zarówno niższe dźwięki, jak i sięgnąć czasem po falset. Nie ma tu ani jednej piosenki, którą położyłby swoim wykonaniem, co przecież wcale nie tak rzadko zdarza się muzykom w jego wieku. Cały czas brzmi bardzo przekonująco, a kolejne utwory brzmią niewiarygodnie świeżo. Ta koncertówka to dowód na to, że dobra muzyka nigdy się nie starzeje, a pop wcale nie musi się przejadać po jednym sezonie. Evil Woman, All Over the World, Mr. Blue Sky, Livin' Thing, Sweet Talkin' Woman czy Telephone Line także i dziś bez problemu mogłyby przecież zdobyć listy przebojów. Brzmienie Electric Light Orchestra jest po prostu ponadczasowe, co dobitnie udowadnia ta płyta. Jako że mamy tu całą masę dobrze znanych przebojów, Wembley or Bust może pełnić rolę wprowadzenia początkujących słuchaczy do świata muzyki ELO równie dobrze jak pierwsza z brzegu składanka. Warto po to sięgnąć, bo ten album to ponad półtorej godziny świetnego grania na wysokim poziomie.

Ocena: 8/10

środa, 3 czerwca 2020

"Angel Clare" - Art Garfunkel [Recenzja]


 Z pewnością zakończenie działalności duetu Simon & Garfunkel nie mogło być dobrą wiadomością dla tego drugiego. O ile Paul sam pisał muzykę i teksty, więc jakoś mógł sobie poradzić w solowej działalności, o tyle udział Arta ograniczał się tylko do śpiewania. Początek konfliktu wewnątrz duetu zaczął się w 1970 roku, kiedy Garfunkel postanowił zagrać w filmie. Często nie było go w studiu, co opóźniało pracę nad albumem, który miał później przerodzić się w epicki Bridge Over Troubled Water. Nic więc dziwnego, że po zakończeniu współpracy z Paulem, Art postanowił poświęcić się aktorstwu. Zagrał w kilku filmach, obawiając się początku swojej muzycznej kariery. 
W końcu jednak uznał, że trzeba wziąć byka za rogi. O napisanie piosenek poprosił "fachowców", a także sięgnął po parę bardziej znanych utworów. Okazało się, że Garfunkel już nigdy nie osiągnął takiego sukcesu. Publiczność sięgnęła po płytę raczej z ciekawości, w jaką stronę pójdzie "połowa duetu Simon & Garfunkel" (wiem, że okropnie to brzmi i nienawidzę tego określenia, zważywszy na to, że nie wyobrażam sobie bez Arta tego duetu, ale nawet dziś często tak się Garfunkela określa). Widocznie jednak nie spodobało jej się solowe emploi Arta, bo kolejne płyty przeważnie sprzedawały się już o wiele słabiej i prawie żadnej piosence nie udało się wejść do kanonu, tak jak zrobiła to All I Know.

Rozpoczynające album Travelling Boy wypada naprawdę bardzo zgrabnie. Najpierw potężne akordy fortepianu, do którego dołączają smyki, a po chwili wszystko się zazębia, gdy dochodzi do tego delikatny i oryginalny wokal Arta. Wyśpiewywana przez niego melodia z pewnością może konkurować z tymi, które można usłyszeć na płytach Simon & Garfunkel, a całość w pewnym momencie przybiera formę lekko strawnego patosu, który dodaje piosence charakteru i - wbrew pozorom - lekkości. Utwór oceniam z pewnością "na plus".

Wake up my love, beneath the midday sun, alone, once more alone
This travelling boy was only passing through, but he will always be think of you
One night of love beside a strange young smile, as warm as I have known
A travelling boy was only passing through, but one who'll always think of you

Down in the Willow Garden wypada natomiast zdecydowanie bardziej oszczędnie, choć nie można odmówić mu także uroku i lekkości. To kolejna piękna melodia wyśpiewana delikatnie przez Garfunkela, jednak czegoś tu zabrakło. Ciężko powiedzieć jednak czego, bo teoretycznie wszystko tu gra. A mimo to, piosenka nie zapada w pamięć, brakuje jej czegoś charakterystycznego, co ujmowało by już przy pierwszym przesłuchaniu.

Down in the willow garden
Where me and my love did meet
As we set there a courtin'
My love fell off to sleep

I had a bottle of burgundy wine
My love she did not know
So I poisoned that dear little girl
On the banks below

Bardziej wyróżnia się natomiast I Shall Sing, choć głównie dlatego że to pierwsza dynamiczna piosenka na płycie. Pojawiają się tu fajne akcenty dęciaków, a Garfunkel wyśpiewuje urokliwą melodię, która - za sprawą chwytliwych zaśpiewów - od razu wpada w ucho.

With my heart
With my soul
For the young
For the old
When I'm high
When I'm low
When I'm fast
When I'm slow
Who ah
I shall sing

Old Man to pierwsza tak smutna i przygnębiająca piosenka na płycie. Trzeba przyznać, że do takich właśnie piosenek najlepiej pasuje głos Arta. Nie jest więc niespodzianką, że ten utwór wypada naprawdę zjawiskowo. Delikatne smyczki w tle, ujmująca melodia i przepiękny głos Arta - oto całe Old Man, czyli jeden z najcudowniejszych momentów Angel Clare.

The sun has left the sky, old man, the birds have flown away
And no one came to cry old man, goodbye, old man, goodbye
You want to stay, I know you do, but it ain't no use to try

'Cause I'll be here, and I'm just like you, goodbye, old man, goodbye

Won't be no God to comfort you, you taught me no to believe that lie
You don't need anybody, nobody needs you, don't cry, old man, don't cry
Everybody dies

Feuilles-Oh/Do Space Men Pass Dead Souls on Their Way to the Moon? wypada nieco optymistyczniej, aczkolwiek nie zabraknie tu nuty liryzmu i melancholii. Ciekawostką jest też to, że mamy tu część piosenki wyśpiewaną po francusku. Jednak jeśli ktoś nie trawi tego języka, to bez obaw - jest tu też część angielska, wypadająca nie mniej urokliwie. Kolejny bardzo udany utwór.

While works as the garden man
He plants trees, he burns leaves
He makes money for himself
Often I stop with his words on my mind
Do spacemen pass dead souls on their way to the moon?

Mimo, że dużo tu utworów "udanych", "przyjemnych" itd., to znalazło się tuż miejsce dla jednej piosenki wybitnej. Jest nią bez wątpienia All I Know. To wspaniała, powoli się rozwijająca kompozycja, która z początkowej akustycznej odsłony (Art z fortepianem) przeradza się w prawdziwie epicki utwór z potężnym, symfonicznym tłem. Wrażenie robi też z pewnością tekst, opowiadający o szczerej i nieprzemijającej miłości mimo zagubienia i problemów, jakie przydarzają się przecież w każdym związku. Pozytywnego wrażenia dopełnia jeszcze poruszające wykonanie Garfunkela, który daje tu jeden ze swoich najlepszych występów w karierze. W związku z tym nie dziwi fakt, że All I Know zostało jednym z największych przebojów solowej kariery Arta, a także jednym z moich ulubionych utworów. Najlepszy moment Angel Clare.

When the singer's gone
Let the song go on
It's a fine line between the darkness and the dawn
They say the darkest night
There's a light beyond

But the ending always comes at last
Ending always comes too fast
They come too fast, but they pass too slow
I love you, and that's all I know

Poziom spada jednak nieco przy Mary Was an Only Child. W zamiarze dramatyczna, wypada tu jednak nieco zbyt banalnie i przeszarżowanie. Niczego oczywiście nie można zarzucić ani Artowi jako wokaliście, ani bezbłędnej grze instrumentalistów, jednak całość nie przekonuje tak, jak by mogła.

And if you watch the stars at night
And find them shining equally bright
You might have seen Jesus and not have known what you saw
Who would notice a gem in a five and dime store?

Lepiej wypada natomiast lekkie Woyaya, choć głównie za sprawą niemiłosiernie uzależniających refrenów i zjawiskowo pięknej melodii. Nie sposób się nie uśmiechnąć przy tej uroczej i zwiewnej piosence.

We are going, heaven knows where we are going
We'll know we're there
We will get there, heaven knows how we will get there
We know we will

Barbara Allen to piosenka z ambicjami, której po prostu czegoś zabrakło. Mamy tu piękną aranżację, świetną melodię, poruszające wykonanie i rewelacyjny tekst, jednak brakuje tutaj czegoś, co ujmowałoby od pierwszej nuty. Całość wypada więc bardzo przyjemnie, ujmująco i z klasą, jednak brakuje tu tej iskierki, żeby nazwać to dziełem na miarę All I Know (a niewiele zabrakło).

All in the merry month of May
When green buds all are swellin'
Sweet William on his deathbed lay for love of Barbara Allen

He sent his servant to the town
The place where she did dwell in
Saying, 'Master dear has sent me here if you name be Barbara Allen'

Another Lullaby to - jak sama nazwa mówi - piękna kołysanka i piosenka jak ich wiele. Może nie usypia, ale z pewnością ma właściwości kojące i odprężające. Piękna melodia, perfekcyjne wokale i delikatny aranż. Idealne podsumowanie płyty.

Close your eyes my pretty child, though the night is dark and the wind is wild
I will stand beside your bed, tonight there is nothing you need fear or dread
You can sleep now, go to sleep, the rain falls and the windows weep
I'm standing by to sing a lullaby


Paul Simon po rozpadzie Simon & Garfunkel twierdził, że w pewnym momencie ich gusta muzyczna po prostu za bardzo się rozminęły; podczas gdy ten chciał bardziej eksperymentować z muzyką świata, Arta ciągnęło ku bardziej melodyjnym i uroczym piosenkom. Po wysłuchaniu Angel Clare nie ma już wątpliwości, co Simon miał na myśli. Jeśli kogoś ciągnie do bardziej artystycznej muzyki, która niosłaby ze sobą coś więcej niż chwilową przyjemność, to radzę trzymać się od tej płyty z daleka. Angel Clare to bowiem album, który niesie ze sobą taką dawkę uroczych i słodkich melodii, że nierzadko zęby mogą od tego rozboleć. Art nawet nie udaje, że chodzi tu o coś więcej, niż kilka okazji do popisania się swoim wysokim i delikatnym głosem. Jednak - trzeba to przyznać - jest w tym wszystkim metoda, bowiem Angel Clare to naprawdę porcja uroczej, lekkiej i ujmującej muzyki, przy której można się rozmarzyć. Jest zamierzenie staromodna, a często używane smyczki bardzo dobrze współgrają z wokalami Garfunkela. Tym nastawionym na bardziej ambitne brzmienia słuchaczom radzę odwrócić wzrok, jednak wszystkim innym bardzo serdecznie Angel Clare polecam.

Ocena: 8/10


Angel Clare: 38:36

1. Travelling Boy - 4:55
2. Down in the Willow Garden - 3:54
3. I Shall Sing - 3:30
4. Old Man - 3:20
5. Feuilles-Oh/Do Space Men Pass Dead Souls on Their Way to the Moon? - 3:07
6. All I Know - 3:43
7. Mary Was An Only Child - 3:26
8. Woyaya - 3:15
9. Barbara Allen - 5:22
10. Another Lullaby - 3:29

poniedziałek, 1 czerwca 2020

"Live at Budokan" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


Po zorganizowaniu Ozzfest, a także powrotu oryginalnego składu Black Sabbath, Ozzy był zdecydowanie na fali wznoszącej. Do tego doszła jeszcze popularność serialu The Osbournes nadawanego na antenie MTV, a także wielki przebój Dreamer pochodzący z najnowszej płyty Księcia Ciemności - Down to Earth. Postanowiono ową popularność wykorzystać do ostatka, wiec wydano także płytę koncertową, nagraną podczas koncertu w Japonii, na którym Ozzy promował ów album. Warto zaznaczyć, że jest to ostatnia do tej pory koncertówka w dyskografii Osbourne'a. Live at Budokan ukazało się także w wersji DVD, gdzie można posłuchać (i pooglądać) wykonania Suicide Solution, które nie znalazło się na CD ze względu na ograniczenie czasowe. Płyta nie okazała się jakimś wielkim sukcesem, ale i tak sprzedawała się całkiem nieźle i zebrała raczej dobre recenzje.

W Japonii Ozzy zawsze witany jest z wielkim entuzjazmem. Najlepiej dowodzi tego reakcja publiczności, gdy (po stałym rozpoczęciu w postaci fragmentu O Fortuna!), wychodzi na scenę i krzyczy: "I want to hear you. Welcome to the Budokan... Let's go fucking crazy!". Chwilę później wchodzi już klasyczny riff i lecimy z I Don't Know, czyli koncert rozpoczynamy dokładnie w ten sam sposób, jak Osbourne otworzył swoją solową karierę płytą Blizzard of Ozz. Niestety, do wykonania tej piosenki z tamtych lat, sporo tu brakuje. Najpierw Zakk - każdy, kto czytał moje recenzje albumów Ozzy'ego, wie, że moje podejście do tegoż muzyka jest dość chłodne; Wylde po prostu zdecydowanie nadużywa ozdobników, jakby na siłę chcąc się popisać, przez co jest to najzwyczajniej w świecie męczące. Złym prognostykiem dla reszty płyty jest to, że irytuje to już przy pierwszym wykonaniu. A teraz Ozzy... No cóż, wybitnym wokalistą to on nigdy nie był, a tu do tego jego głos zaczął się bardzo mocno starzeć. Musiał więc zdecydowanie obniżyć tonację, a wcale nie tak rzadko zdarzają mu się też fałsze, których nie zamaskuje nawet autotune. Nadrabia jednak swoimi zdolnościami showmana i bezbłędnie wciąga publiczność do zabawy. Na szczęście poziom trzyma sekcja rytmiczna Bordin-Trujillo. Sam wykon jest raczej przeciętny, a momentami (czytaj: zwłaszcza w solówce Zakka) - wręcz nieprzyjemny w odsłuchu. 
No, ale przeboje przebojami, a ostatni album trzema promować. Serię utworów z Down to Earth zaczynamy za pomocą That I Never Had. Kompozycja ta nigdy nie była szczególnie zachwycająca, więc ciężko było oczekiwać, że zostanie tu pokazana z zupełnie nowej perspektywy, która mogłaby umilić jej odbiór. Zagrano ją tu dość wiernie, dzięki czemu przynajmniej trzyma poziom i wypada naprawdę w porządku, mimo że nie ma nic nowego do zaoferowania względem pierwowzoru.
Bardzo cieszy mnie obecność na tej płycie utworu Believer z albumu Diary of a Madman. To jeden z moich ulubionych numerów z solowego katalogu Ozzy'ego i doczekał się tu bardzo przyzwoitego nagrania. Panowie wykonali go odpowiednio ciężko, z pasją i prawdziwą mocą, dzięki czemu piosenka wciąga, angażuje i nie pozwala się nudzić.
Junkie to natomiast kolejny utwór z Down to Earth. To jeden z moich ulubionych fragmentów wspomnianego krążka, jednak mam wrażenie, że wykonany tu został nieco na odwal. O ile jeszcze panowie radzą sobie całkiem nieźle i wkładają w to sporo pasji i energii, o tyle Ozzy śpiewa to zupełnie beznamiętnie, angażując się tylko na absolutnie minimalnym stopniu (odpowiedzialny za to jest zapewne fakt, że śpiewał z promptera, więc nie nauczył się kawałka na pamięć, i śpiewał właściwie na żywca, co widać na nagraniu wideo z tego koncertu), przez co wykon sporo traci.
Koncertowym pewniakiem, po który Ozzy po prostu musi zawsze sięgnąć, bez wątpienia jest Mr. Crowley. Najpierw wstęp na organach (chociaż właściwie to na klawiszach), a potem Osbourne bawi się z publicznością, zanim wydusi z siebie wywołującą ciarki frazę tytułową. Ozzy dosłownie płynie przez całą piosenkę, nie zatrzymując się ani na moment i dzięki tej płynności wypada to naprawdę bardzo dobrze i świetnie brzmi.
Najlepszym fragmentem Down to Earth był kawałek rozpoczynający tę płytę, czyli Gets Me Through. Piosenka promowała tez album, a także okazała się jednym z ostatnich przebojów Ozzy'ego. Nie mogło więc zabraknąć tego numeru na tym koncercie. Niestety, Zakkowi udało się go koncertowo zepsuć swoją "gitarową masturbacją", która osiąga tu już poziom wręcz groteskowy. Nie pozwala się to skupić na reszcie piosenki, a szkoda bo i Ozzy i sekcja rytmiczna radzą sobie naprawdę bardzo dobrze.
Bez zbędnego gadania przechodzimy do klasycznego basowego intro rozpoczynającego tytułowy kawałek z płyty No More Tears. Rzecz jasna wykonanie to nie ma nawet startu do tych z lat 90., jednak trzyma fason i wypada wcale nie najgorzej. Prawdziwym koszmarem jest jednak absolutnie okropna solówka Wylde'a, po której chce się cisnąć płytą o ścianę.
O ile jednak w No More Tears Ozzy jeszcze radził sobie z wokalami, o tyle ponosi na tym polu klęskę w I Don't Want to Change the World. Ta rewelacyjna piosenka doczekała się tu niestety dość słabego i mało przekonującego wykonania, które wypada bardzo zachowawczo i mało energetycznie (mimo, że ta kompozycja ma przecież moc, z którą mogłaby wybić z butów, czego dowodziły choćby wersja studyjna, a także ta na Live & Loud). Sporym osiągnięciem jest to, że Ozzy wypada tu jeszcze gorzej niż Zakk (który z kolei dodatkowo do przesadzonych partii gitarowych dodał nierówne chórki).
Kolejnym utworem z No More Tears jest ballada Road to Nowhere. Niestety, wypada to równie słabo co I Don't Want to Change the World; Ozzy radzi sobie naprawdę słabo, a jego wokale wypadają więcej niż "słabo".
"All aboaaaaaard!" Tyle wystarczy, by wiedzieć że oto zaczynamy Crazy Train. Początek, czyli Zakkowa popisówka wypada całkiem nieźle. Potem - tradycyjnie - wszystko się chrzani, ale rozpoczęcie całkiem udanie daje rozpęd. Ozzy wokalnie też całkiem nieźle sobie radzi, a piosenka wypada dokładnie tak, jak można by oczekiwać, chociaż zabrakło mi tej pasji, dynamiki i po prostu tego pierdolnięcia, które tak bardzo zawsze charakteryzuje ten numer. Polecam jednak obejrzeć sobie wersję wideo, na której Osbourne podnosi rzucony na scenę różowy, damski kapelusik i wkłada go, pajacując. Reakcje muzyków na ten widok - bezcenne.
Po mojej opinii na temat Road to Nowhere, chyba zbyteczne jest mówienie w tym miejscu, jak Ozzy radzi sobie z balladami. Mama I'm Coming Home wypada więc przyzwoicie tylko w tych momentach, kiedy muzyka nieco przyspiesza (czyli przed i po solówce gitary, swoją drogą koncertowo - nomen omen - skopaną przez Wylde'a). Początek jednak jest wręcz bolesny do słuchania.
Publiczność już nieco zmęczona, ale podrywa się przy czadowym Bark at the Moon. Tutaj Osbourne radzi sobie wyjątkowo dobrze i nie odpuszcza ani na chwilę, rewelacyjnie dokładając do pieca i serwując porcję świetnych wokali. Zakk nie ma nawet kiedy się popisywać, więc nawet i jego gra wypada całkiem znośnie.
Na całą koncertówkę przypadła tylko jedna kompozycja Black Sabbath, czyli - a jakże! - Paranoid. Jak już wielokrotnie wspominałem, przy okazji innych płyt koncertowych, Ozzy po prostu nie jest w stanie położyć tej piosenki, bo jest to (jak sam to zresztą określa) "coś w rodzaju jego hymnu". Jest więc niemiłosiernie ograny i przećwiczony tysiące razy. Także i na Live at Budokan wypada bardzo udanie i dynamicznie. Niestety - przecież można było się tego spodziewać, a i tak za każdym razem boli i denerwuje to tak samo - konkretnie schrzanił tu Wylde, który swoją solówką wspiął się na wyżyny gitarowej grafomanii i zaprezentował tu tak żenujący popis, że nadaje się tylko do przewinięcia i skutecznie udało mu się przysłonić pozostałe atuty tego wykonu.


Wielka szkoda, że Live at Budokan to ostatnia na ten moment koncertówka wydana przez Ozzy'ego. Przydałoby się, żeby Książę Ciemności wydał coś, co mogłoby naprawić ten niesmak, bowiem Live at Budokan to rzecz mocno średnia, żeby nie powiedzieć że jest słaba. Ozzy jest tu w średniej formie (jego wokali często nie ratuje nawet podreperowanie autotune'em), Zakk nadużywa ozdobników w takim stopniu, że staje się to po pewnym czasie męczące, irytujące i groteskowe, a i setlista jest dość przewidywalna i próżno szukać tu jakichkolwiek zaskoczeń. Najsłabiej wypadają piosenki z Down to Earth, a więc te, które miały zabrzmieć świeżo i orzeźwiająco (Gets Me Through Zakk schrzanił na całej linii, Junkie Ozzy położył swoim mało zaangażowanym wokalem, a That I Never Had jest utworem - co najwyżej - średnim, więc i tu ciężko o zaskoczenie). Te starsze kompozycje Ozzy odśpiewuje na automacie, więc nie ma się do czego uczepić, ani za co specjalnie wychwalać. Oczywiście bardzo często dają o sobie znać "przesadna wirtuozeria" Zakka i wymuszone wokale Osbourne'a, ale myślę że jeśli ktoś kupuje koncertówkę Ozzy'ego, to nie liczy chyba na czyste i zachwycające partie Księcia Ciemności. Jeśli jednak na to liczył, to tym większym zawodem może się dla niego okazać Live at Budokan, bowiem jest to najgorsza koncertówka Ozzy'ego, która nic nie wnosi do jego dyskografii, a wręcz wydaje się wymuszona i niepotrzebna.

Ocena: 3/10


Live at Budokan: 66:27

1. I Don't Know - 5:51
2. That I Never Had - 4:12
3. Believer - 4:56
4. Junkie - 4:16
5. Mr. Crowley - 6:44
6. Gets Me Through - 4:15
7. No More Tears - 7:13
8. I Don't Want to Change the World - 4:14
9. Road to Nowhere - 5:52
10. Crazy Train - 5:56
11. Mama, I'm Coming Home - 4:37
12. Bark at the Moon - 4:29
13. Paranoid - 3:49

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...