niedziela, 10 marca 2019

"Surfin' Safari" - The Beach Boys [Recenzja]


Pierwszą piosenką skomponowaną dla późniejszego The Beach Boys było Surfin' napisaną jesienią 1961 roku przez Briana Wilsona i Mike'a Love. Szybko został skompletowany zespół, w którym Brian grał na basie, jego młodsi bracia Dennis i Carl na perkusji i gitarze prowadzącej, Mike był frontmanem, a jego kolega Al Jardin na gitarze rytmicznej. W 1962 roku ich debiutancki singiel Surfin' Safai osiągnął 75. miejsce w US Top 100.
Murry Wilson (ojciec 3/5 zespołu) został ich menadżerem i wysłał profesjonalnie nagrane demo do Capitol Records. W czerwcu wydany został singiel Surfin' Safari/409, który odniósł sukces, w efekcie czego wytwórnia dała The Beach Boys zielone światło na wydanie pełnego longplaya. Brian Wilson, współpracując z Mike'iem Love i Garym Usherem stworzył lwią część materiału na album, który miał obwieścić narodziny surf rocka.

Płyta rozpoczyna się utworem pochodzącym z taśmy demo wysłanej do Capitol Records, a więc tytułowego Surfin' Safari. Można więc powiedzieć, że jest to piosenka, która rozpoczęła karierę The Beach Boys. Całość charakteryzuje się świetną harmonią wokalną i znakomitą perkusją Dennisa Wilsona. Piosenka ta to idealny przykład surf rocka, a rockandrollowego sznytu dodaje jej krótka, acz treściwa solówka gitarowa. Warto zaznaczyć na początku, że żaden utwór longplaya nie przekracza trzech minut, więc siłą rzeczy żadna z nich nie ma kiedy się znudzić. Bardzo dobre otwarcie zapowiadające nastrój, w jakim utrzymany będzie cały longplay.

Early in the morning we'll be startin' out
Some honeys will be coming around
We're loading up our Woody
With our boards inside
And headin' out singing our song

County Fair to utwór napisany w zaledwie 10 minut, a zainspirowany został targami hrabstwa w San Bernardino. Mamy tu kolejne świetne chórki, a także głosy przywodzące na myśl festyn. Bardzo optymistyczny poprawiacz humoru.

This time each year in our hometown
The county fair comes our way
Where the folks gather round to be happy and spend their day
Here's what happened now
I soon decide that I'd take with me
The most specialest girl I knew
I had her pack us a lunch and on down the dirt road we flew

Bardziej rockandrollowo prezentuje się Ten Little Indians z zabawnymi chórkami i żywiołową perkusją. Całość w zamierzeniu miała być próbą imitacji stylu grupy Running Bear. Trwa zaledwie półtorej minuty i kończy się - niestety - wyciszeniem, ale poza tym nie zauważam żadnych wad, może poza monotonią i dość przesłodzoną melodią. Wydany został nawet, jako singiel, jednak nie powtórzył sukcesu Surfin' Safari.

The first little Indian gave squaw pretty feather
The second little Indian made her an Indian dollar
Well the third little Indian gave her moccasin leather
The squaw didn't like 'em at all
The fourth little Indian took her riding in his big canoe
The fifth little Indian took her down the waterfall
The sixth little Indian taught the squaw how to woo-woo
But the squaw didn't like them at all

Według Briana Wilsona o wiele lepiej na listach poradziłby sobie Chug-A-Lug i w pełni się z nim zgadzam, gdyż jest to gotowy hit radiowy, który nawet 50 lat później myślę, że nie miałby problemu ze stałą emisją w eterze. Całości świetnie dopełnia żywiołowe solo na organach Wilsona. Bardzo dobry kawałek.

Gary likes a girl's tight black pants
Larry knows he doesn't stand a chance
Carl says hurry up and order it quick
Dave gets out to chase that chick
Dennis wonders what's under the hood
A big chrome tack and it sounds real good
I go down to the root beer stand
And drink up all that I can

Mimo, że najlepszymi wokalistami byli Mike Love i Brian Wilson, w Little Girl (You're My Miss America) na wokalu możemy usłyszeć Dennisa Wilsona. Piosenka ta to cover, jednak został tak świetnie zaaranżowany, że ciężko domyślić się, że nie napisali tego Beach Boysi. Piękny, delikatny kawałek.

Little girl just in your teens
Little girl you're in my dreams
You're so sweet, you're so fine
Dear won't you be mine
Everybody knows it

Kolejnym utworem z taśmy demo wysłanym do Capitol Records był 409. Jest to niezła piosenka, jednak nie dziwi, że wydana była jako strona B, a na stronie A umieszczono Surfin' Safari. Jest bardzo przyjemna, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle reszty.

Well I saved my pennies and I saved my dimes
For I knew there would be a time
When I would buy a brand new 409

Zupełnie inaczej sytuacja się ma z pierwszym albumem grupy, Surfin'. Najlepszy kawałek płyty. Tekst może nie jest najwyższych lotów, jednak całość broni się znakomitymi wielogłosami i lekkim, frywolnym wokalem Love'a. Cały podkład do gitara akustyczna, bas i werbel, na którym Dennis wybija staccato nośny rytm. Niezawodny poprawiacz humoru na smutniejsze dni.

Surfin' is the only life
The only way for me
Now surf, surf with me

Powrotem do żywiołowego grania jest Heads You Win - Tales I Lose. Na tym etapie longplaya stylistyka tej piosenki jednak męczy, gdyż piosenka brzmi dokładnie tak samo, jak poprzednicy. Jak to na albumach z tamtych epoki, całość utrzymana jest wciąż w jednym tempie (chociaż niekoniecznie, gdyż rok później mieli to zmienić Beatlesi ze swoim Please Please Me) i właśnie - niestety - ta piosenka jest momentem, kiedy zaczyna to męczyć. Szkoda, gdyż to naprawdę fajna piosenka, jednakże otoczona identycznymi numerami traci.

Why do we have to gamble just to see who's right?
Why can't we arbitrarily resolve a fight?
But with you're style of gamblin' there's no chance to win
That's how it is, and that's the way it's always been

Niestety, podobnie sprawa się ma z Summertime Blues, która - mimo naprawdę fajnych gitar - nie jest czymś, co dałoby się pamiętać choćby 3 minuty po jego zakończeniu. Eddie Chochran wypadał w niej o wiele bardziej przekonująco, a Beach Boysi nawet nie maja startu do oryginału.

I'm gonna raise a fuss, I'm gonna raise a holler
About a workin' all summer just to try to earn a dollar
Every time I call my baby, and ask to get a date
My boss says, "No dice son, you gotta work late"
Sometimes I wonder what I'm a gonna do
But there ain't no cure for the summertime blues

Cuckoo Clock to utwór o tyle wyjątkowy na tej płycie, że po raz pierwszy rolę głównego wokalisty przejmuje tu Brian Wilson. Słychać tu, że wokalnie wyprzedzał swoich kolegów z zespołu, jednak szkoda, że musiało to się okazać na tak niewyróżniającej się niczym piosence. Chociaż solo organów dodaje jej niezłego wydźwięku, a Wilson naśladujący zegar z kukułką jest całkiem zabawny. Szkoda tylko, że kompozycyjnie jest to wciąż to samo. Mimo to, piosenka daje sporo radości i fajnie się jej słucha.

I put that birdie away
His cuckoo was gone to stay
We both apologized for why
Forgave that doggone cuckoo
I went back to her side
I had to swallow my pride
The fire had almost died away
We just got situated

Następnie mamy do czynienia z utworem instrumentalnym, Moon Dawg. Mamy tu znakomitą gitarę i chórki nadające całości fajnego klimatu.
Powrotem do "normalności" jest The Shift. Po raz kolejny mamy niemal dokładne powtórzenie poprzednich numerów. Poprzednie jak w poprzednich nie można tej piosence odmówić zarówno uroku i pozytywnej energii, jak i wtórności.

Get your girl a shift and she'll look real fine
It fits like a glove and drives you out of your mind
She'll ball it with her shift on and we'll have a good time


Surfin' Safari to typowe rockandrollowe (czy w tym przypadku raczej surf rockowe), energetyczne, pozytywne granie, nieodzownie przystające do epoki, w której płyta powstała. Niestety, w ślad za tym idzie - typowa dla tamtych longplayów - wtórność i wrażenie, że album to po prostu kilka potencjalnych hitów otoczonych wypełniaczami (zresztą nie było to dalekie od prawdy). Z racji jednak, że materiał na niespełna 25 minut, całość nie ma czasu znudzić i zmęczyć do tego stopnia, byśmy ze słuchania wynieśli tylko nieprzyjemne wrażenia. To wciąż optymistyczne i radosne granie, które potrafi wprawić w znakomity humor. Niezła płyta.

Ocena: 6/10


Surfin' Safari: 24:53

1. Surfin' Safari - 2:05
2. County Fair - 2:15
3. Ten Little Indians - 1:26
4. Chug-A-Lug - 1:59
5. Little Miss America - 2:04
6. 409 - 1:59
7. Surfin' - 2:10
8. Heads You Win-Tails I Lose - 2:17
9. Summertime Blues - 2:09
10. Cukoo Clock - 2:08
11. Moon Dawg - 2:00
12. The Shift - 1:52

piątek, 8 marca 2019

"Rock of the Westies" - Elton John [Recenzja]


W 1975 roku nad karierą Eltona Johna zawisły czarne chmury. Artysta walczył z uzależnieniem od alkoholu i kokainy, co negatywnie wpływało na jego kreatywność, a swój wizerunek publiczny nadwyrężył, przyznając publicznie, że jest biseksualistą. Jego kariera była jednak zbudowana na zbyt mocnych fundamentach, by tak łatwo móc ją zdmuchnąć; Goodbye Yellow Brick Road był najlepiej sprzedającym się albumem w USA, kolejne piosenki Eltona zdobywały popularność, a ponadto w 1975 wydał album, który powędrował na szczyty list przebojów - Greatest Hits (dość zabawny jest fakt, że ta składanka znalazła się na liście 500 najlepszych albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone).
Opisywany tu longplay wzbudził szczególne zainteresowanie publiczności głównie z jednego powodu. Otóż John dotychczas był opisywany, jako tzw. "mellow singer". Kojarzono go głównie z ckliwymi, banalnymi balladami. Samym tytułem tego albumu Elton niejako daje nam znać, że postanowił zerwać z tym wizerunkiem i napełnił album mocnymi, dynamicznymi rockowymi kompozycjami.

Elton wytacza od razu najcięższą artylerię fundując nam niezapomniany początek w postaci Medley (Yell Help/Wednesday Night/Ugly). Pierwsza część, czyli Yell Help to ostry rock and roll z wpadającymi w ucho refrenami, i świetnymi partiami gitary. Jeszcze ciekawiej natomiast prezentuje się Wednesday Night przyozdobiony ciekawymi syntezatorami i monumentalnymi chórkami. Elton wchodzi tu w swoje - charakterystyczne już wówczas - górne rejestry i ciekawie rozwija Yell Help. Po niezwykle oszczędnej w aranżacji wersji, całość wchodzi w tempo i aranż znany nam już z poprzednika. Ugly to natomiast szalona jazda bez trzymanki z syntezatorami, gitarami, rozpędzoną perkusją i kobiecym chórkiem. Rozpoczęcie albumu zapiera nam dech w piersiach, a to przecież dopiero początek!

Well I met this woman down in New Orleans
Lord she built just like a dream
Ever wore stockings that had seams
And she was ugly

Jeszcze lepiej prezentuje się natomiast jeden z najlepszych kawałków Eltona, czyli znakomity Dan Dare (Pilot of the Future). Ponownie mamy tu syntezatory, jednak to nie one pełnią tu główną rolę, tylko niezwykle drapieżny głos Johna wyskakujący na słuchacza niespodziewanie w refrenach, które są o wiele ostrzejsze niż zwrotki. Przyznam się, że na początku niezbyt doceniałem ten utwór, jednak - na szczęście - udało mi się dostrzec drzemiący w nim potencjał i dziś jest jednym z moich ulubionych kawałków Eltona. Wspaniała i mocna rzecz, której nikt by się po tym artyście nie spodziewał.

So long captain Dan
I fail to see what motivates your hands
Goodbye restless night
You know I loved Dan Dare, but I couldn't make his flight
So long, so long

Największy przebój (chociaż dziś już zapomniany) z tego krążka to, bez wątpienia, Island Girl. Czuć, że ta mieszanka disco i gitarowych zagrywek slide od początku miało być "tylko" przebojem. Jednak po raz kolejny czuć tu świetnego nosa Eltona to wpadających w ucho, przyjemnych melodii, którym nie można odmówić ambicji. Wolniejsze zwrotki splatają się tu z żywym, zachęcającym do tańca refrenem, który na długo po przesłuchaniu wciąż jeszcze zostaje w głowie. Szkoda, że tak świetny hit musiał ustąpić miejsca granym dziś do znudzenia Sacrifice i Nikita, chociaż Island Girl w niczym im nie ustępuje.

She's black as coal but she burn like a fire
And she wrap herself around you like a well worn tire
You feel her nail scratch your back just like a rake
He one more gone, he one more John who make the mistake

Największym zaskoczeniem jednak okazuje się utrzymany w klimacie hard rocka Grow Some Funk Of Your Own (wbrew tytułowi z funkiem ma niewiele wspólnego). Zaczyna się mocnym riffem, który na myśl przywodzić może sznyt grupy ZZ Top. Zadziornym głosem Elton nie tyle wyśpiewuje, co wypluwa z siebie kolejne wersy, a całość prowadzi do zwolnienia w bridge'u i potężnego uderzenia w refrenie. Zwracają uwagę wspaniałe zagrywki Davy'ego Johnstone'a na gitarze elektrycznej. Grow Some Funk Of Your Own to jeden z najmocniejszych i najbardziej porywających utworów w repertuarze Eltona, zdając się nawiązywać do takich rockowych sztosów w repertuarze artysty jak Saturday Night's Alright For Fighting czy The Bitch Is Back. Ciekawym smaczkiem pod koniec może być także porywająca gra na dzwonkach perkusisty Eltona, Raya Coopera (którego sam Phil Collins określił mianem "prawdopodobnie najlepszego perkusisty na świecie").

Oh I dreamed I'd been in a border town
In a little cantina that the boys had found
I was desperate to dance
Just to dig the local sounds

Pierwszą balladą na krążku jest natchniona I Feel Like a Bullet (In the Gun of Robert Ford), która ma sporą siłę oddziaływania na słuchacza. Swoim urokiem i klimatem nawiązuje do takich płyt jak Elton John czy Madman Across The Water. Utwór został wydany jako singiel, jednak nie zaszedł wysoko na listach, plasując się ledwie na 14. miejscu listy Billboard. Przyznam się szczerze, że nie potrafię tego zrozumieć. Według mnie kompozycja ta ma wszystko, czego tylko można oczekiwać od takiego mistrza ballady, jak Johna. Mamy nieoczywiste rozwiązania rytmiczne, wpadający w ucho, pełen wdzięku refren, delikatne zwrotki i nieustanne zagęszczanie faktury. Coś pięknego i niesłusznie zapomnianego. Mój cichy faworyt z tego albumu.

And I feel like a bullet in the gun of Robert Ford
I'm low as a paid assassin is
You know I'm cold as a hired sword
I'm so ashamed, can't we patch it up
You know I can't think straight no more
You make me feel like a bullet honey in the gun, in the gun of Robert Ford

Stronę B rozpoczynają sprzężenia gitar i mocne, rockowe uderzenie w postaci rozbudowanego do ponad sześciu minut Street Kids. Rozpoczyna się zadziorną zwrotką, w której rolę przewodnią pełnią znakomite gitary, a całość prowadzi do... no właśnie, piosenka ta jest o tyle nietypowa jak na tego artystę, że nie posiada w ogóle refrenu. Dodaje jej to tylko wyjątkowości, a piosenka hipnotyzuje nas swoim rockowym rytmem, do którego Elton prezentuje jedne ze swoich najostrzejszych wokali w karierze. Znakomita rzecz.

It's just another street kid on your tail
Running on the wrong side of the rails
With my boot lace tie and my hand-me-downs
You know I run the toughest bunch this side of town
Those street kids making news just being around

Nieporozumieniem natomiast jest Hard Luck Story. Niczym się nie wyróżnia, nie ma wyrazistej melodii, a refren - w założeniu zapewne chwytliwy i przebojowy - męczy i wydaje się totalnym pójściem na łatwiznę. Szkoda, że ta kompozycja musiała przerwać dobrą passę tego longplaya.

All you hear are hard luck stories
And the ways I look at life
And the way I think the world treats me
And the way I treat my wife

Wszystko jednak wraca do normy przy drugiej balladzie, Feed Me. Jest to pełna pasji i zaangażowania odpowiedź na Madman Across The Water, w którym bohater opowiada o popadaniu w obłęd. I tutaj mamy do czynienia z mroczną, porywającą kompozycją, gdzie Elton daje popis swoich wokalnych umiejętności, a szczególne wrażenie robi zakończenie, gdzie artysta wyśpiewuje rozpaczliwie tytułowe błagania. Po prostu wybitna rzecz. To trzeba usłyszeć! 

Don't close the shades
I'm scared of the darkness
I'm cold as a razor blade
Inches from madness

Don't let me sleep here
They're all trying to kill me
I've seen the walls moving
They've all heard me screaming

Zakończenie to rasowy rockowy killer, którego nikt by się po tym muzyku w tamtych czasach zapewne nie spodziewał. Mowa tu o Billy Bones And the White Bird z mocną, wybijającą wyrazisty rytm perkusją, ostrymi gitarami i wpadającym w ucho refrenem wybuchającym po drapieżnych zwrotkach. Lepszego zakończenia dla najmocniejszej rockowej płyty w swoim dorobku Elton John napisać chyba nie mógł. 

Take the wheel I hear the timbers creaking
Take the wheel I think this ship is sinking
Jamaica seems so far and I've been thinking
Old Billy Bones has gone to sea and quit his dockside drinking


Elton John, tworząc Rock of the Westies chciał udowodnić publiczności, że nie zamierza zwalniać tempa i poświęcić się tylko i wyłącznie ckliwym balladom. I udało mu się to, bowiem stworzył krążek przepełniony rockowymi numerami z krwi i kości z prawdziwą, mocną, nieudawaną energią i pasją. Udowodnił tu, że to właśnie rock jest jego prawdziwą pasją, tworząc album przystępny, ale nie banalny. Znalazło się tu miejsce dla tylko jednego niewypału (Hard Luck Story), który mocno obniża średnią, ale na szczęście znajdujące się za nim sztosy (Feed Me, Billy Bones And the White Bird) wracają do niezwykle wysokiego poziomu kompozycji ze strony A, poprawiając wydźwięk krążka. Reasumując: Rock of the Westies to świetna płyta, którą można spokojnie zaliczyć w poczet tych najbardziej udanych dzieł Eltona w latach 70.

Ocena: 8/10


Rock of the Westies: 43:39

1. Medley (Yell Help, Wednesday Night, Ugly) - 6:13
2. Dan Dare (Pilot of the Future) - 3:30
3. Island Girl - 3:42
4. Grow Some Funk of Your Own - 4:43
5. I Feel Like a Bullet (In the Gun of Robert Ford) - 5:28
6. Street Kids - 6:23
7. Hard Luck Story - 5:10
8. Feed Me - 4:00
9. Billy Bones and the White Bird - 4:24

czwartek, 7 marca 2019

"Abbey Road" - The Beatles [Recenzja]


W 1969 roku Beatlesi byli na skraju rozpadu. Wszyscy byli na siebie wzajemnie wkurzeni i nikt nie chciał z nikim już więcej współpracować. Na powrót do studia najbardziej nalegał McCartney, sugerując kolegom, że taki zespół jak The Beatles powinien godnie zejść ze sceny. Pozostali dali się w końcu przekonać i rozpoczęto sesje do albumu, który roboczo nazwano Get Back; miał być on powrotem Beatlesów do rock and rolla, o którym najwyraźniej zapomnieli eksperymentując przy takich dziełach jak Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band czy Magical Mystery Tour. Z sesji nie wyszło jednak nic satysfakcjonującego i porzucono prace.
George Martin, jak sam wspominał, był bardzo zdziwiony gdy kilka miesięcy później odebrał telefon od Paula, który zameldował mu gotowość zespołu do pracy. Producent był w szoku, mając w pamięci, jaka atmosfera panowała podczas sesji do Get Back. Zapytał się, czy John też się zgodził, na co McCartney odparł twierdząco. Martin postawił jednak jeden warunek dla swojego powrotu: nie chciał być tylko kimś nadzorującym - chciał znowu mieć udział w kształcie utworów. W odpowiedzi na to usłyszał: "Jasne, też tego chcemy".
Tak oto Beatlesi weszli do studia, by nagrać w komplecie swój ostatni (choć wydany jako przedostatni) album. Atmosfera podobno była bardzo dobra, gdyż każdy czuł, że nagrywają po raz ostatni i chcieli stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Dla każdego znalazło się tu miejsce, a pozostali robili wszystko, by całość brzmiała jak najlepiej, niezależnie od tego, kto akurat był autorem granej piosenki. McCartney wraz z Martinem w przypadku strony B albumu zastosowali niecodzienny zabieg, a mianowicie niedokończone jeszcze utwory połączyli w jedną całość, co dzisiaj nosi nazwę Abbey Road Medley. Lennonowi niezbyt się ten pomysł spodobał i długo jeszcze na nią utyskiwał, jednak nie chciał by był to efekt twórczy tylko Paula i Martina, więc sam też coś od siebie dorzucił.
Początkowo płyta miała nazywać się Everest od nazwy papierosów, które palił inżynier dźwięku, Geoff Emmerick, a okładka miała przedstawiać Beatlesów na szczycie tejże góry. Nikomu jednak nie chciało się jechać aż do Azji, a na następny dzień mieli już mieć okładkę. Beatlesi zaproponowali więc fotografowi, Ianowi MacMillanowi, żeby po prostu wyszli ze studia i zrobili tam parę ujęć. W oparciu o projekt Paula zdecydowano się na zdjęcie zespołu przechodzącego przez ulicę. MacMillan rozłożył się ze swoim aparatem (zdjęcia wykonywał stojąc na drabince) i wykonał 6 ujęć w pół godziny. Wybrano z tego jedno, które dziś jest najbardziej rozpoznawalną muzyczną okładką wszech czasów.

Płyta rozpoczyna się jednym z najwybitniejszych muzycznych dokonań Beatlesów, czyli wspaniałym Come Together Lennona. Piosenka początkowo była napisana na potrzeby kampanii politycznej jednego z przyjaciół Johna, jednak gdy okazało się, że zespół ma nagrywać nowy album, ten natychmiast pomyślał o tej kompozycji. Co ciekawe, początkowo piosenka była o wiele szybszym i dynamiczniejszym rockerem, jednak podczas nagrywania Paul zwrócił Johnowi uwagę, że lepiej by brzmiała, gdyby nagrali ją wolniej i zaprezentował jedną z najlepszych partii basu w całej swojej karierze. Dech zapiera też wspaniała gra Ringo, który dał tu prawdziwy popis swoich perkusyjnych umiejętności. Sugestia McCartneya nie była przypadkowa, gdyż zauważył spore podobieństwo Come Together do przeboju Chuck'a Berry'ego You Can't Catch Me. Kilka lat później zauważył to także opiekujący się prawami do utworów Berry'ego, Morris Levy i pozwał za to Lennona do sądu. Jako zadośćuczynienie, Beatles miał nagrać 3 utwory należące do katalogu Levy'ego na swój solowy album. Czym jednak piosenka by nie była inspirowana, jest naprawdę wyjątkowa i zawiera jeden z najbardziej enigmatycznych i zagadkowych tekstów w karierze Lennona (chociaż wiele zwrotów zostało już dzisiaj rozszyfrowanych). Znakomite otwarcie.

He roller coaster
He got early warning
He got Muddy Water
He one Mojo filter
He say "One and one and one is three"
Got to be good looking, 'cause he so hard to see
Come together right now over me

Pierwszą piosenką George'a na albumie jest przepiękne Something. Napisana została przez niego podczas sesji do Białego Albumu, jednak Harrison uznał, że jest zbyt banalna. Nagrał ją jednak dzięki namowom Johna i Paula, którzy uważali, że jest zjawiskowa. Do dziś Paul uważa ją za najlepszą piosenkę George'a, a Frank Sinatra (który również ją swego czasu wykonywał) stwierdził, że to najlepsza piosenka Beatlesów. Początkowo Harrison, nie chciał by została nagrana przez Beatlesów, więc pisał ją z myślą o Joe Cockerze, jednak marzył, by wykonał ją kiedyś Ray Charles (jak zresztą się stało w 1971 roku). Dziś jest to druga (po Yesterday) najczęściej coverowana piosenka Beatlesów w historii. Oprócz znakomitych wokali George'a zwraca tu także uwagę jego zapierająca dech w piersiach gra na gitarze. O jakości tej piosenki niech świadczy to, że Harrison miał kiedyś wywiad w BBC z Michaelem Jacksonem. Gdy dziennikarz zapytał Beatlesa o Something, Jackson był zaskoczony, gdyż myślał, że napisał to duet Lennon/McCartney. Utwór jest jednym z najpiękniejszych miłosnych songów nie tylko w repertuarze tego zespołu, ale i w historii i na zawsze już wszedł do kanonu, pozostając jedną z najlepszych kompozycji Harrisona.

Don't want to leave her now
You know I believe and how

You're asking me will my love grow
I don't know, I don't know
You stick around, now it may show
I don't know, I don't know

Harrison w swoich piosenkach czerpał z własnych doświadczeń bądź przemyśleń. Lennon uwielbiał obalać mity i ukazywać nagą, nieupiększoną prawdę. McCartney natomiast, jako jedyny z nich, potrafił wymyślać różne głupie historyjki i umiejętnie połączyć je z wodewillową muzyką, a popis swoich umiejętności daje w Maxwell's Silver Hammer. Znany ze swojego perfekcjonizmu Paul podchodził do tej piosenki aż 21 razy i skończyło się na tym, że nagrano ją dopiero w 3 dni. Harrison i Starr (Lennona nie było podczas sesji do tej piosenki, gdyż dochodził do siebie po wypadku) mieli już serdecznie dość tej "głupkowatej piosenki", jednak wytrzymali i dzisiaj słyszymy w niej George'a na basie i gitarze, Paula na pianinie i Ringo na perkusji. Początkowo miał także zagrać na kowadełku, jednak nie miał dość siły, by podnieść młotek, więc powierzono to Malowi Evansowi, który miał spory problem by trafić w rytm. Można tu także usłyszeć syntezator Mooga i organy Hammonda, na których gra Martin. Piosenka jest bardzo krytykowana za jej tendencyjność, ale i uważam że jest naprawdę świetna i znakomicie wpisuje się w wodewillowy nurt twórczości Paula, który śpiewa tu bardzo delikatnie i z wyczuciem, wyśpiewując mało wesoły tekst w wesoły sposób. Znakomity utwór.

Bang, band, Maxwell's silver hammer
Came down upon her head
Clang, clang, Maxwell's silver hammer
Made sure that she was dead

Prawdziwy popis McCartneya dostajemy jednakże w Oh! Darling. I tutaj McCartney dał popis swojego perfekcjonizmu. Chciał by jego głos brzmiał jakby był "bluesmanem, który przez miesiąc nie schodzi ze sceny", jak wtedy gdy śpiewał I'm Down, Kansas City/Hey,Hey,Hey,Hey czy też Long Tall Sally. W związku z czym przychodził codziennie rano do studia i śpiewał (bez słuchawek, do muzyki z głośników) odpowiedni fragment piosenki, po czym kręcił głową i mówił, że spróbuje jeszcze raz jutro. Lennon do końca miał mu za złe, że nie pozwolił mu tego zaśpiewać, gdyż jego głos bardziej by pasował (i ja również tak myślę), jednak był to już ten etap działalności zespołu, kiedy nie prosili się o wzajemną pomoc we własnych piosenkach i woleli wszystko robić po swojemu. Jest to jeden z najbardziej znanych utworów McCartneya i ciężko się temu dziwić, gdyż to świetna piosenka, odwołująca się swoim klimatem do lat 50. Głos Paula wspaniale brzmi w zwrotkach, natomiast w refrenach prezentuje się nieco wymuszenie, jednak słuchaczowi zapiera dech w piersiach, gdy słyszy jak wielkimi umiejętnościami McCartney dysponował. Według mnie gdyby oddał tę część do zaśpiewania Lennonowi, powstałaby piosenka jeszcze lepsza, ale nie ma co narzekać, gdyż w tej wersji również powala i jest moim ulubionym momentem płyty. Jest to też historyczny moment, gdyż to właśnie w tej piosence Lennon, nagrywając chórki, po raz ostatni stanął z Beatlesami przed mikrofonem. Jest to więc ostatni chronologicznie utwór nagrany przez całą czwórkę.

When you told me
You didn't need me anymore
Well you know I nearly broke down and cry

Oh darling
Please, believe me
I'll never let you down
Believe me when I tell you
I'll never do you no harm

Na Abbey Road znalazło się także miejsce dla piosenki napisanej przez Ringo, a mianowicie - Octopus's Garden. Napisał ją już rok wcześniej, podczas sesji do Białego Albumu, kiedy to czuł się coraz bardziej niepotrzebny i spychany na bok (McCartney ponadto zdawał się wątpić w jego umiejętności i sam grał na perkusji w swoich numerach). Wtedy to wyszedł ze studia i - razem ze swoimi dziećmi - popłynął na Sardynię. Na statku zaczął słuchać opowieści kapitana o tym, jak ośmiornice żyją pod wodą, że zbierają sobie puszki i różne błyskotki i urządzają sobie miejsce spoczynku, co wygląda jak ogród. Gdy Ringo wrócił na Abbey Road, oznajmił kolegom, że ma nową piosenkę. Na The Beatles było jednak miejsce tylko dla jednej kompozycji Starra, a ten wybrał Don't Pass Me By, więc Octopus's Garden musiało poczekać na swoją kolej. Pojawiło się więc na Abbey Road i uważam, że to najlepsza piosenka, jaką Ringo kiedykolwiek napisał. Świetny wokal, znakomite refreny i niecodzienna struktura. Bardzo niedoceniona i zapomniana piosenka, a szkoda bo ma sporo wdzięku i ambicji. Jasne, to wciąż Starr ze swoimi niezbyt imponującymi umiejętnościami wokalnymi i piosenką country, jednak wydaje się to bardziej do przodu niż wszystkie wcześniejsze i późniejsze piosenki Ringo. Ma sporo uroku i ciężko przy tej piosence się nie uśmiechnąć i nie dać się porwać.

We would be so happy, you and me
No one there to tell us what to do
I'd like to be under the sea
In the octopus's garden with you

Stronę A albumu wieńczy ciężka, rozbudowana do niemal ośmiu minut zapierająca dech w piersiach kompozycja Lennona, I Want You (She's So Heavy). Został także zmiksowany na album jako ostatni, a ponadto był to ostatni raz, gdy Beatlesi znaleźli się razem w jednym studiu. Piosenka opowiada o jego związku z Yoko, a narastająca napięcie ma symbolizować szaleństwo, którym John ją obdarza. Całość ma wciągający, transowy rytm i mimo że cały tekst składa się z dwóch wersów, jest bardziej wymowny niż wiele innych miłosnych poematów Johna. Lennonowi zależało na osiągnięciu jak najbogatszej faktury, co zaowocowało wieloma nakładkami gitar i syntezatora Mooga. Całość jest zbitką kilku podejść do nagrania, jednak utwór brzmi zupełnie, jakby nagrany został za jednym podejściem. Prezentuje się naprawdę wspaniale i jest jedną z najlepszych i najcięższych rzeczy, które Lennon kiedykolwiek stworzył.

I want you
I want you so bad
It's driving me mad

W Harrisonie podczas nagrywania albumu zaszła pewna zmiana, a mianowicie stał się bardziej pewny siebie. Wiedział, że jego ostatnie piosenki są nie gorsze od tych pisanych przez Johna i Paula, więc przychodząc do studia z Here Comes The Sun, doskonale wiedział, jaki efekt chce osiągnąć i nie dał sobie w kaszę dmuchać. Parę razy Paul starał się mu podpowiedzieć, że według niego lepiej by było, gdyby zagrał to tak a tak, na co Harrison miał mu odpowiedzieć: "Nie muszę się ciebie słuchać" i postawił na swoim. I bardzo dobrze się stało, bo ta pełna optymizmu piosenka to perła w repertuarze Beatlesów i jeden z najsłynniejszych ich utworów. Jest pełna pozytywnych dźwięków, które Harrison jeszcze długo po sesjach z Paulem i Ringo (Johna nie było wtedy w studiu) miał dogrywać. Był zadowolony z rezultatu, tak jak i reszta Beatlesów, która uznała Here Comes The Sun za najlepszą piosenkę George'a, jaką kiedykolwiek napisał dla zespołu. Zwraca tu uwagę przepiękna partia gitary i chórki Harrisona i McCartneya, które udowadniają, że nawet w stanie kompletnego rozpadu, Beatlesi wciąż potrafili tworzyć prawdziwą magię. Bo taki właśnie jest ten utwór - magiczny.

Little darling, it's been a long, cold, lonely winter
Little darling, it feels like years since it's been here
Here comes the sun, here comes the sun
And I say it's alright

Jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach piosenek w całym repertuarze Beatlesów jest zdecydowanie Beacause. Znaczny udział w jej powstawaniu miała Yoko Ono. Grała kiedyś Johnowi na fortepianie fragment Sonaty Księżycowej Bethovena, a Lennon poprosił ją, by zagrała to od tyłu. Tak właśnie zaczął pisanie tej piosenki, która z miejsca zachwyciła George'a Martinna, który poczuł od razu znowu swoją misję. Zasugerował by zdublować linię wokalną Johna na klawesynie, a także by zaśpiewali tu George, Paul i John, tworząc harmonie. Lennon podchwycił pomysł i wkrótce nagrali najpiękniejszą harmonię, jaką kiedykolwiek mieli stworzyć. Całość została zdublowana przez producenta, tak że brzmi to, jakby było śpiewane przez co najmniej 9 osób. Geoff Emerick wspomina, że podczas nagrywania wszyscy byli maksymalnie skupieni, by dać z siebie wszystko i nie zmarnować potencjału, który drzemał w tej piosence. Zadziałało i powstała wspaniała, powalająca i monumentalna kompozycja z jednym z najpiękniejszych tekstów Johna. George uznaje ją za swój ulubiony numer z całego albumu, dodając że zaskoczyło go, że Lennon potrafi tworzyć nie mniej melodyjne piosenki od McCartneya. Sam Paul zresztą docenia ten utwór i mówi, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie John kiedykolwiek stworzył. Ciężko o lepszą rekomendację. Zdecydowanie mój numer 1 Lennona z tej płyty.

Beacause the world is round it turns me on
Beacause the wind is high, it blows my mind
Love is old, love is new
Love is all, love is you
Beacause the sky is blue, it makes me cry

Przyszła pora na słynny Abbey Road Medley, a rozpoczyna się on McCartneyowskim You Never Give Me Your Money, który sam w sobie ma już postać mini-suity. Zaczyna się delikatnym motywem na fortepianie, a Paul wyśpiewuje swoje pretensje do ówczesnego menadżera zespołu, Alana Kleina. Następnie gwałtowne przejście do opowieści o dawnych latach zespołu i długie solo gitary, które prowadzi do ostatniego segmentu utworu, czyli marzeniach McCartneya o spokojnym życiu na wsi z Lindą. Całość wieńczy krótka, dziecięca wyliczanka ("One, two, three, four, five, six, seven/All good children go to heaven"). Samo You Never Give Me Your Money było już zbitką trzech napoczętych przez McCartneya utworów, umiejętnie połączonych w jedną całość. Główny motyw powróci jeszcze w Carry That Weight, jednak skupmy się póki co na You Never Give Me Your Money. Jest to naprawdę świetny, wielowątkowy utwór, pokazujący w pełnej rozpiętości talent i wszechstronność Paula. Znakomita rzecz.

You never give me your money
You only give me your funny paper
And in the middle of negotations
You break down

O Sun King John miał potem mówić, że to "kawałek śmiecia, który akurat miał pod ręką, gdy składali album" i "2 minuty, w których bawią się we Fleetwood Mac". Rzeczywiście, podobieństwa do wspomnianego zespołu (a zwłaszcza do piosenki Albatros) są nieodzowne. Lennon od początku mówił, że całość była tylko wygłupem, a hiszpański tekst to nic więcej, tylko zbitka słówek, które Paul pamiętał jeszcze z lekcji tego języka ze szkoły. Mimo tego, piosenka prezentuje się naprawdę nieźle; podczas sesji do niej, Beatlesi podobno znakomicie się bawili, a John i Paul śpiewali znów przy jednym mikrofonie. Czuć tu, co prawda, że to tylko szkic, a całości Lennon po prostu nie miał pomysłu dalej poprowadzić, jednak "znalazł sposób, żeby się tego pozbyć". 

Here comes the sun king
Everybody's laughing
Everyboy's happy
Here comes the sun king

Mimo, że mistrzem w kreowaniu fikcyjnych postaci w piosenkach Beatlesów był Paul (Jude, Maxwell, Eleanor Rigby, Father McKenzie, Desmond, Michelle), to w kolejnej piosence na taki zabieg pozwolił sobie John tworząc postać Niemiłego Pana Musztardy. Piosenkę Mean Mr. Mustard przywiózł jeszcze z Indii, jednak od tego czasu nie wpadł na żaden pomysł, by całość rozwinąć. Gdy jednak przyszedł pomysł stworzenia Abbey Road Medley, sprezentował ją kolegom, którzy bez słowa dołączyli ją do peletonu. Ciekawostką jest, że w tekście początkowo występowała "his sister Shirley", jednak zmienił jej imię na Pam, by pasowało do kolejnego utworu. Przyznam się, że jest to najmniej lubiany przeze mnie moment longplaya i czuć, że Lennon dodał go tylko dlatego, by nie było go mniej niż Paula. Utwory McCartneya jednak nawet w formie początkowej były już dopracowane, natomiast Lennon zajmował się dopieszczaniem melodii dopiero, gdy miał całość, a zarys miał dla niego pozostawać tylko zarysem.

Mean Mr. Mustard sleeps in the park
Shaves in the dark trying to save paper
Sleeps in a hole in the road
Saving up to buy some clothes
Keeps a ten-bob note up his nose
Such a mean old man

Lepiej wypada natomiast Polythene Pam, które tekstowo łączy się z Mean Mr. Mustard, a została nagrana jednym ciągiem wraz z She Came In Through The Bathroom Window (o którym za chwilę). Również napisana została przez Johna podczas pobytu w Indiach z myślą o Białym Albumie, jednak nigdy nie doczekała się rozwinięcia i skończyła na Abbey Road. Wypada jednak o wiele ciekawiej niż poprzednik, ma świetny, rockowy rytm, powalające wokale Johna i wielowątkowość. Jest lepiej, ale to wciąż nie poziom Beacause. Od Lennona po prostu wymaga się więcej.

Well you should see Polythene Pam
She's so good-looking but she looks like a man
Well you should see her in drag dressed in her polythene bag
Yes you should see Polythene Pam

She Came In Through The Bathroom Window to piosenka zainspirowana jak najbardziej autentycznym wydarzeniem, kiedy to jedna z grupy fanek zespołu (fanklub nosił nazwę Apple Scruffs) włamała się do domu Paula przez okno łazienkowe. McCartney napisał ten utwór podczas pobytu w Nowym Jorku, kiedy promował firmę Apple. Jako jedyna część Abbey Road Medley ma klasyczną budowę (wstęp-zwrotka-refren). Przynosi także chwilę wytchnienia po maratonie Sun King/Mean Mr. Mustard/Polythene Pam/She Came In Through The Bathroom Window i przygotowuje nas na szczytowy moment płyty. Sama w sobie jest raczej prosta i umiarkowanie ciekawa, chociaż nie można odmówić jej uroku. Nie prezentuje jednak ze sobą nic wyjątkowego i jest jednym z mniej lubianych przeze mnie punktów longplaya.

Didn't anybody tell her?
Didn't anybody see?
Sunday's on the phone to Monday
Tuesday's on the phone to me

Delikatny motyw na fortepianie rozpoczyna przepiękne Golden Slumbers z wspaniałym śpiewem McCartneya, który stworzył tu jeden z najlepszych wokali w całej swojej karierze. Powstała w jego domu w Liverpoolu, gdzie siedząc przy fortepianie zaczął kartkować książeczkę z poematami sprzed 400 lat i tak trafił na Golden Slumbers. Zaczął wymyślać do tego melodię na bieżąco i tak powstał ten piękny utwór, który dobitnie pokazuje jak wielką muzyczną wrażliwością może szczycić się Paul. Wspaniały kawałek. 

Once there was a way
To get back homeward
Once there was a way
To get back home
Sleep pretty darling, do not cry
And I will sing a lullaby

Golden Slumbers jednak od początku miał być dopełnieniem do napisanego wcześniej Carry That Weight. Pisana była docelowo dla Ringo i miała być pełnoprawną kompozycją na stronie A, ale ostatecznie skończyła jako część trzysegmentowej suity kończącej album. By podkreślić połączenia między "utworami", Paul zdecydował się zawrzeć tu repryzę kompozycji You Never Give Me Your Money, ze zmienionym - bardziej adekwatnym do całości - tekstem. 

I never give you my pillow
I only send you my invitations
And in the middle of the celebrations
I break down

The End to najwspanialszy finał, jaki można sobie wyobrazić dla zespołu pokroju The Beatles. Mamy tu solówki gitarowe Johna, George'a i Paula, a także solo perkusyjne, na które Ringo w końcu się zgodził. Utwór powstał w studiu, gdyż McCartney miał ze sobą dwuwers i zależało mu, by gdzieś go umieścić. Improwizując więc cała czwórka stworzyła The End, czyli hardrockowy kawałek, który leci na łeb na szyję i zapiera dech w piersiach. 

And in the end
The love you take is equal to the love you make

Całość wieńczy jednak półminutowa miniaturka Her Majesty, na którą składa się tylko śpiew Paula do wtóru gitary akustycznej, na której zresztą sam zagrał. Nagranie wymagało tylko trzech podejść i początkowo miała znaleźć się między Mean Mr. Mustard a Polythene Pam (stąd ten akord na początku). Całość jednak niezbyt się spodobała Beatlesom i kazali Emerickowi to wyciąć. Ten dostał jednak surowy zakaz usuwania czegokolwiek, co nagrali Beatlesi, więc przesunął to na sam koniec taśmy. Podczas odsłuchu finalnej wersji albumu, ta piosenka pojawiła się po 20 sekundach przerwy od końca The End i ten efekt spodobał się Beatlesom i zdecydowali się dokładnie tak umieścić to na płycie. I to jest właśnie koniec. Więcej Beatlesi już nic nam nie zostawili.

Her Majesty is a pretty nice girl
But she doesn't have a lot to say
Her Majesty is a pretty nice girl
But she changes from day to day
I'm gonna tell her that I love her a lot
But I gotta get a belly full of wine
Her Majesty is a pretty nice girl
Someday I'm gonna make her mine


Jeżeli czytający podczas lektury tego tekstu odniósł wrażenie, że za dużo tu pochwał, to chciałbym tu wyjaśnić, że żadna płyta jak Abbey Road na tyle pozytywów nie zasługuje. To absolutnie wspaniały i porywający album, dobitnie ukazujący muzyczny geniusz Beatlesów. Ich największe muzyczne dzieło. Absolutnie ikoniczne, dopracowane i skończone. Słuchając tego, aż ciężko uwierzyć, że wszyscy byli ze sobą tak bardzo skłóceni, gdyż płyta brzmi, jakby każdy świetnie się bawił podczas nagrywania. Według relacji osób współpracujących wówczas z zespołem tak jednak właśnie było - wszyscy wiedzieli, że zespół już nie przetrwa więcej i Abbey Road to ostatnia rzecz, jaką razem nagrywają, więc chcieli dać z siebie wszystko, by stworzyć godne pożegnanie. Wywiązali się z tego znakomicie, tworząc album absolutny. Jeśli ktoś miałby kiedykolwiek przesłuchać tylko jednej, jedynej płyty, powinna to być właśnie Abbey Road. To dzieło to najwspanialszy album, jaki miałem przyjemność i zaszczyt kiedykolwiek słuchać.

Ocena: 10/10


Abbey Road: 47:03

1. Come Together - 4:19
2. Something - 3:02
3. Maxwell's Silver Hammer - 3:27
4. Oh! Darling - 3:27
5. Octopus's Garden - 2:51
6. I Want You (She's So Heavy) - 7:47
7. Here Comes the Sun - 3:05
8. Because - 2:45
9. You Never Give Me Your Money - 4:03
10. Sun King - 2:26
11. Mean Mr. Mustard - 1:06
12. Polythene Pam - 1:13
13. She Came In Through the Bathroom Window - 1:58
14. Golden Slumbers - 1:31
15. Carry That Weight - 1:36
16. The End - 2:05
17. Her Majesty - 0:23

poniedziałek, 4 marca 2019

"At The Rock House" - Roy Orbison [Recenzja]


W latach 60. i 70. wydawanie dwóch lub więcej longplayów w ciągu roku przez artystę lub zespół należało do standardowej praktyki. Dzisiaj może się to wydać co najmniej niecodzienne, zważywszy na to, że współcześni artyści potrafią latami nagrywać swoje albumy, a mimo to jakościowo prezentują się one gorzej, niż te sprzed pół wieku lub nawet więcej. 
W 1961 roku Roy Orbison zadebiutował płytą Lonely And Blue, która okazała się sukcesem i przyniosła artyście pierwszy wielki przebój - Only The Lonely. Orbison zaprezentował światu zupełnie nową jakość. W dobie rozkwitu dynamicznego i szalonego rockandrolla, obdarzony niewielką charyzmą sceniczną i ciekawym, nieco operowym głosem, Roy zaproponował smutne piosenki o nieszczęśliwej miłości śpiewane z perspektywy skrzywdzonego przez los. Spodobało się to publiczności i kilka miesięcy później, by kuć żelazo póki gorące, Orbison nagrał i wydał kolejny album, At The Rock House, którym zapragnął wkraść się z kolei w łaski fanów rock and rolla.

Zaczyna się od This Kind of Love czyli typowego dla swoich czasów rockandrolla, ozdobionego jednak niemal gospelowymi partiami chórków. Rozczarowuje jednak zbyt banalny tekst, który zdecydowanie nie dorasta poziomem do liryków, którymi raczył nas Orbison na debiucie. Dzięki jego ciepłemu głosowi całość jednak ma pozytywny wydźwięk i optymistycznie działa na słuchacza. Naprawdę fajne rozpoczęcie i dość nietypowe, jeśli spojrzeć na to przez pryzmat debiutu piosenkarza.

Our Love, our love, won't die, can't die
This kind of love was meant for you and I
This kind of love was meant for you and I

Nieco mniej ciekawie prezentuje się natomiast bardzo typowy dla rockandrollowych czasów Devil Doll. Mamy tu sporo monotonii i raczej dość nudnawą piosenkę, która absolutnie niczym się nie wyróżni, jeśli by spojrzeć na nią wstecz z perspektywy całego longplaya.

Now I'm not the first one
and I won't be the last
you'll make my heart
just another heart you've broken in the past
Don't play a game with another guy
don't make me feel so blue
I'm a guy that's true and I love you
Devil doll

Pierwszym rockandrollem z prawdziwego zdarzenia jest jednak żywiołowy i przepełniony szaleństwem You're My Baby. Orbison wprowadza tu więcej radości i energii, co przynosi nadzwyczaj pozytywny skutek. Naprawdę świetny utwór w stylu, którego nikt by się wówczas po tym artyście nie spodziewał.

Got me a guitar, got a six strings
And a picker to make 'em ring
Every string's gotta know what to do
'Cause I'm gonna use 'em to serenade you
'Cause you're my baby, ah-ah, you're my sugar
Don't mean maybe, you're my baby

Powrotem do sentymentalnego i wolniejszego grania jest Trying To Get You i jest to pierwszy utwór z tej płyty, który spokojnie można by równie dobrze umieścić na Lonely And Blue, bowiem idealnie przystaje stylistycznie do numerów z wspomnianego krążka. Roy wyśpiewuje swoim kojącym głosem romantyczny tekst do wtóru ze swoją charakterystyczną gitarą oraz delikatną perkusją i pianinem. Piękny acz trochę nudnawy kawałek.

Well since I read your lovin letter
where you said you love me true
well I been travelling night and day
runnin all the way
trying to get you

Pozostajemy w konwencji Lonely And Blue, a to za sprawą It's Too Late, czyli kolejnej płaczliwej (w dobrym tego słowa znaczeniu) balladzie z głównego nurtu repertuaru Orbisona. 

It's too late, she's gone
It's too late, my baby's gone
Wish I had told her she was my only one
But it's too late, she's gone

Tytułowy Rock House to z kolei powrót do żywiołowego, rockandrollowego grania w stylu Elvisa. Kawałek jest prosty, ale i chwytliwy; potrafi porwać swoją energią. Głos Orbisona zaskakująco dobrze sprawdza się w tej kompozycji , napędzając wzorowo całą piosenkę. 

Blue light, big crowd
Jukebox plays loud
No fear, no care
Everybody's rockin' everywhere
Rockhouse, rockhouse, rockhouse
We're goin' to the rockhouse

Rockowy Roy jeszcze nie zamierza nas uraczyć kolejną balladą, więc kontynuuje obraną przed chwilą rockandrollową stylistykę za pomocą You're Gonna Cry. Nie da się nie zauważyć sporych podobieństw z Ain't It a Shame, jednak nie tylko dlatego wypada to po prostu marnie. Brakuje tu energii, życia i rockandrollowego wykopy. Słabizna.
You wink your eye at every guy
Don't you know you'rere gonna cry
You say hello to every Joe
You're gonna know, I told you so
You're everybody's baby, everybody's knockin' on your door
But then one day, they're gonna say
That you're nobody's baby no more

W średnim tempie utrzymane jest natomiast I Never Knew. Szkoda jednak ciekawego początku, który zostaje po chwili przemieniony w kolejną rzewną balladę z przeuroczymi damskimi chórkami i jedwabnym głosem Orbisona. Nic specjalnego. 

I never knew how much I'd miss your touch till you said good bye
I never knew you'd hurt me too, till you made me cry
It never seemed you ever dreamed of hurting me this way
You said we're through what could I do I never knew
You left and you went away after saying never ever let me go

Sweet And Easy To Love to znowu rockandroll pełną parą. Jednakże nic poza tym nie umiem o tym utworze powiedzieć, gdyż niczym się nie wyróżnia. 

I want you to say you'll always stay and be my love so true
Because I know if you ever go I won't get over you
Cause it's so sweet and easy to love you
Like I do yes it's true I love you

Nawet w kwestii żywiołowości nie wiedzie prymu, gdyż zaraz po nim następuje najostrzejszy na płycie Mean Little Mama. Świetny i czadowy kawałek.

Well, why do you treat me so mean?
You're the meanest thing I've ever seen
You won't let a-me hold you tight
You won't let a-me love you right
But you know I love you
So why do you do me like you do?

Ooby Dooby budzi jednoznaczne skojarzenia z Tutti Frutti Little Richard'a; i nie chodzi tu nawet o sam tytuł, ale o brzmienie, a nawet melodię. Jeśli by skonfrontować ze sobą te dwa utwory, Orbison wypadnie w tym zestawieniu dość zgrzebnie, gdyż śpiewa tu, jakby brakowało mu pary i energii. No, ale umówmy się, z Little Richardem trudno konkurować, a i tak Roy brzmi tu rewelacyjnie. Jak dla mnie to najlepszy moment płyty, który stał się też niemałym przebojem. Zasłużenie, bo prawie nic tak nie porywa na tej płycie, jak właśnie Ooby Dooby.

Well you wiggle to the left
You wiggle to the right
You do the "Ooby-dooby"
With all of your might

Na sam koniec mamy kolejny przebój Roy'a, czyli Problem Child - typowy rockandroll nie tylko dla swoich czasów, ale i dla tej płyty, przez co nie robi takiego wrażenia, jak słuchany osobno, bo po prostu już to w ciągu minionych dwudziestu pięciu minut już słyszeliśmy co najmniej kilka razy.

Well my heartbeat is runnin' wild
Because of you my problem child
Oh baby, don't be running wild
Control yourself, don't be a problem child


At The Rock House to zupełnie nieszkodliwy album. Co to znaczy? Już tłumaczę: podczas słuchania potrafi dostarczyć słuchaczowi niemałej przyjemności, jednak po wyjęciu płyty z odtwarzacza nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie żadnego z utworów. Ta płyta taka właśnie jest. Po przesłuchaniu jednak mamy wrażenie przytłoczenia i znużenia (chociaż album trwał nieco ponad 25 minut). Jest tu dużo naprawdę fajnych kompozycji, jest trochę rockandrollowego szaleństwa, trochę smutnego grania, jednak co z tego, skoro wszystko zlewa się w jedno i jest kompletnie nie do odróżnienia? Orbison postanowił pójść w rockandrolla i - niestety - na tej płycie do końca się ta metamorfoza nie udała. Jego głos w co ostrzejszych kawałkach brzmi po prostu słabo, jakby nie potrafił (albo nie chciał) wykrzesać z siebie odrobiny szaleństwa; śpiewa bardzo technicznie i czysto, co sprawdza się idealnie w wolniejszych momentach. Dlatego Lonely And Blue był taki dobry i dlatego At The Rock House dobry nie jest.

Ocena: 4/10


At the Rock House: 20:34

1. This Kind of Love - 2:09
2. Devil Doll - 2:09
3. You're My Baby - 2:05
4. Trying to Get to You - 2:38
5. It's Too Late - 1:59
6. Rock House - 2:02
7. You're Gonna Cry - 2:07
8. I Never Knew - 2:22
9. Sweet and Easy to Love - 2:12
10. Mean Little Mama - 1:57
11. Ooby Dooby - 2:13
12. Problem Child - 2:10

niedziela, 3 marca 2019

"Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy" - Elton John [Recenzja]


W 1975 roku Elton John był międzynarodowym fenomenem muzycznym. Jego utwory wymykały się wszelkim ramom gatunkowym, dzięki czemu pozyskał sporą publiczność; słuchali go zarówno fani rocka jak i popu. Łatwo wyobrazić sobie jego status megagwiazdy, skoro na jego koncercie w Madison Square Garden, w roli gościa wystąpił... sam John Lennon.
Poprzedni album Eltona i Berniego Taupina (jego tekściarza), Caribou, nie okazał się wielkim sukcesem, a i sam artysta przyznaje po latach, że niezbyt za nim przepada (poza dwoma, trzema utworami). Na stworzenie kolejnej pyty John postanowił poświęcić nieco więcej czasu.
Nie do końca wiadomo, kto pierwszy wpadł na pomysł stworzenia koncept albumu o charakterze autobiograficznym, opowiadającym o początkach znajomości Eltona i Berniego, aż do wydania płyty Empty Sky. Pomysł jednak zaskoczył i Taupin zabrał się za pisanie, a piosenki napisał w dokładnie takiej samej kolejności, w jakiej później znalazły się na longplayu (jak sam to określa: "jakby opowiadał historię"). Eltona i siebie określił swoimi pseudonimami z przeszłości; Captain Fantastic to Elton, a Bernie to Brown Dirt Cowboy. Proces tworzenia miło wspomina też John, podkreślając że nad wyraz dobrze śpiewało mu się te piosenki, gdyż mógł się z nimi - po raz pierwszy w dotychczasowej karierze - utożsamiać, gdyż opowiadały o nim samym i jego życiu; Bernie napisał je tak, by brzmiały jak opowieść mówiona ustami Eltona. Może dlatego po latach Elton John uznaje Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy za swój ulubiony własny album.
Warto wspomnieć tez o okazałej i ikonicznej już okładce, której twórcą jest słynny grafik Alan Aldridge. Elton podkreśla, że zawsze sporą wagę przykładali do okładek i tym razem chcieli stworzyć coś, co będzie zawierać co tylko się da, by po samym spojrzeniu wszystko już wiedzieć i nie musieć o nic pytać. Z Aldridgem współpracował nad nią Bernie Taupin i wspomina, że praca ta była koszmarem i jest materiałem na całą książkę. Jak ważne są dla tego albumu teksty świadczy fakt, że do oryginalnego wydania płyty dołączono osobną książeczkę z tekstami piosenek. 

Utwór tytułowy zaczyna się nad wyraz delikatnie i łagodnie, gdy tylko do wtóru gitary akustycznej Elton wyśpiewuje piękną i niebanalną melodię. Opowiada tu w znacznej części o indywidualnych cechach bohaterów tej opowieści. Elton z prostego chłopaka z przedmieścia stał się postacią niemal mityczną, a ludzie postrzegają go jak postać z bajki przez swoje kostiumy, osobowość i zachowanie (stąd też Captain Fantastic). Bernie natomiast wychował się na farmie i miał wielki sentyment do Dzikiego Zachodu;  podczas dorastania uwielbiał westerny i zbierał rozmaite gadżety z nimi związane (dlatego Brown Dirt Cowboy). Utwór jednak przerywa ostra gitara elektryczna i od tego momentu utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Po wybuchowym refrenie mamy jednak powrót spokojnej zwrotki, w którym mamy już opis pierwszych spotkań o charakterze twórczym między przyszłymi przyjaciółmi. Przyznam się, że ten utwór jest jednym z moich ulubionych w całej karierze Eltona. Mamy tu zmiany tempa i nastroju, a także znakomity wokal Eltona, który z niezwykle delikatnego przechodzi w drapieżny, nie tracąc jednak przy tym ani trochę ze swej melodyjności. Wspaniały otwieracz; zaostrza nasz apetyt na zawartość albumu.

For cheap easy meals and hardly a home on the range
Too hot for the band with a desperate desire for change
We've thrown in the towel too many times
Out for the count and when we're down
Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy
From the end of the world to your town

Subtelnie i melodyjnie zaczyna się również Tower of Babel i aż do końca utrzymuje ten melodyjny, senny klimat. Utwór opowiada o marzeniach i oczekiwaniach Johna i Taupina odnośnie wspólnej kariery. Chcieli wzbić się do nieba i odkryć niezbadane muzycznie rejony, a Wieża Babel była dla nich symbolem ich marzeń i celów. Warto zwrócić uwagę na niezwykle tekst Berniego, w którym wzbija się na wyżyny swoich poetyckich możliwości, a także na znakomicie dopasowaną do niego delikatną melodię Johna i jego poruszające wykonanie, w którym zgrabnie pokazuje swoje niezrównane umiejętności wokalne, swobodnie poruszając się przez większość czasu w wysokich rejestrach.

It's party time for the guys in the tower of Babel
Sodom meet Gomorrah, Cain meet Abel
Have a ball you all
See the letches crawl
With the call girls under the table
Watch them dig their graves
'Cause Jesus don't save the guys
In the tower of Babel

Mało kto wie, ale Elton i Bernie mieli w swojej karierze muzycznej epizod, gdy musieli pisać piosenki na zamówienie, by się utrzymać. Za pisanie utworów do nocnych klubów ze striptizem, spelunek, czy też na Eurowizję, dostawali co tydzień marną wypłatę. Nienawidzili tego i nie mieli do tego serca. Tworzyli właściwie określony typ piosenek, który nie do końca im odpowiadał, jednak nie mogli tego porzucić - musieli z czegoś żyć a tylko na pisaniu piosenek się przecież znali. O tym właśnie opowiada Bitter Fingers, czyli zdecydowanie bardziej rockowy od poprzednika kawałek z szybkim fortepianowym intro na początek i mocnymi partiami gitary elektrycznej. Ponownie mamy tu do czynienia ze znakomitym utworem i wpadającym w ucho, wyrazistym refrenem. W głosie Eltona dosłownie słychać frustrację i złość, gdy wspomina tamte niezbyt kolorowe dla siebie czasy. Jednak mimo wszystko, dzięki wsparciu swojej matki John je przetrwał, a nawet znalazł pozytywy; dostawał w końcu pieniądze za to, co lubił robić, a dodatkowo razem z Taupinem szlifowali swoje umiejętności, co tak bardzo miało potem zaprocentować. Pisali zresztą wówczas także piosenki dla siebie i trzymali w szufladzie, sfrustrowani że nikt ich nie usłyszy. Bitter Fingers opowiada jednak o tych przez nich nielubianych, pisanych z przymusu zarobku.

It's hard to write a song with bitter fingers
So much to prove, so few to tell you why
Those old die-hards in Denmark Street start laughing
At the keyboard player's hollow haunted eyes
It seems to me a change is really needed
I'm sick of tra-la-las and la-de-das
No more long days hocking hunks of garbage
Bitter fingers never swung on swinging stars

Tell Me When The Whistle Blows to piosenka o samym Taupinie i jego tęsknocie za domem. W historii mamy wszakże rok 1967/1968, a Bernie dopiero co opuścił swoje rodzinne strony i za nimi tęsknił. Miał zaledwie 17 lat i wyczekiwał każdego piątku, kiedy wracał do domu, gdzie razem z ojcem chodzili po polach i tak dobrze znanych mu miejscach. O tym właśnie opowiada ten jeden z najdelikatniejszych i najbardziej magicznych utworów płyty. Mamy tu senny klimat wspierany dyskretnymi, acz wyrazistymi smyczkami i subtelnymi partiami gitary elektrycznej. Zjawisko buduje nastrój i trzyma poziom przez ponad 4 minuty, nie pozwalając się słuchaczowi nudzić. Sam Elton przyznaje że dokładnie pamięta jej tworzenie i zamiar, by brzmiała w stylu Marvina Gaye'a. Do dzisiaj uznaje Tell Me When The Whistle Blows za swój ulubiony kawałek płyty.

Take my ears and tell me when the whistle blows
Wake me up and tell me when the whistle blows
Long lost and lonely boy
You're just a black sheep going home
I want to feel your wheels of steel
Underneath my itching heels
Take my money
Tell me when the whistle blows

Someone Saved My Life Tonight to - jak mówi o nim sam Taupin - utwór o ich przyjaźni. Tytuł odnosi się do próby samobójczej Eltona, którą podjął po rozstaniu się z dziewczyną. Bernie wspomina, jak musiał wyjmować jego głowę z pieca gazowego, gdy piosenkarz cierpiał na depresję. Pewnego wieczoru Elton podobno otworzył wszystkie okna w mieszkaniu, wziął poduszkę i odkręcił gaz, jednak niezbyt mocno, co świadczyć może że nie była to zbyt desperacka próba odebrania sobie życie. Tytuł sugeruje, że opowieść będzie o Taupinie, który - dosłownie - uratował życie Johnowi, jednak piosenka opowiada o przyjaźni; nie tylko tej między Beniem a Eltonem, ale między nimi a wieloma ludźmi, których wówczas znali i którzy ich wspierali. Ta piosenka to absolutny majstersztyk i popis muzycznych możliwości Johna. Serwuje nam on bowiem jeden z najbardziej melodyjnych i dramatycznych utworów w całej swojej karierze. Od delikatnych i pełnych desperackiego śpiewu zwrotek po wdzięczny refren. Piosenka zdecydowanie należy do najwybitniejszych osiągnięć w katalogu Eltona i nie dziwi fakt, że stała się przebojem i jedynym singlem promującym Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy. Nie muszę do tego wszystkiego chyba dodawać, że to najwspanialszy moment albumu.

And someone saved my life tonight, sugar bear
You almost had your hooks with me, didn't you dear
You nearly had me roped and tied
Altar-bound hypnotized
Sweet freedom whispered in my ear
You're a butterfly
And butterflies are free to fly
Fly away, high away, bye bye

Zaraz po tej zjawiskowej balladzie następuje jednak cios w postaci mocnego, glamowego (Gotta Get A) Meal Ticket. W poprzednich utworach opisywane były konkretne historie z życia Eltona i Berniego, jednak tutaj mamy do czynienia ze świadectwem czasów, w których toczy się cała opowieść, a konkretnie z Londynem z końca lat 60. Tak dynamicznie John na tej płycie jeszcze nie śpiewał, a sama piosenka to jedyny stricte rockowy utwór z prawdziwego zdarzenia na albumie. Ostre, zadziorne gitary, głos Johna i znakomite bębny. Niesamowity kawałek.

And I gotta get a meal ticket
To survive you need a meal ticket
To stay alive all you need is meal ticket
Feel no pain
No regret
When the line's been signed
You're someone else
Do yourself a favor, meal ticket does the rest

Better Off Dead to także opis Londynu, jednakże tutaj sportretowana została ulica, którą John i Taupin codziennie wracali ze studia podczas prac nad Empty Sky. Przesiadywali tam obserwując bezdomnych i bezrobotnych, którzy przetaczali się przez tę ulicę, mając jednocześnie samemu coraz większe nadzieje, że się im powiedzie. Bernie określa zarówno Better Off Dead jak i (Gotta Get A) Meal Ticket jako nostalgiczne określenie czasu i miejsca, gdzie toczy się akcja snutej historii. Muzycznie Better Off Dead to kolejna interesująca rzecz, w którym główną rolę gra fortepian, na którym Elton gra jak natchniony, a w późniejszej części utworu na pierwszy plan wysuwa się perkusja. Znów John prezentuje nam znakomitą, mocną, ale i nie pozbawioną melodyjności kompozycję. Wspaniała!

'Cause the steam's in the boiler the coal's in the fire
If you ask how I am then I'll just say inspired
If the thorn of the rose is the thorn in your side
Then you're better off dead if you haven't yet died

Następny utwór, Writing to nostalgiczna opowieść o czasach wspólnego pisania piosenek, pracy i wyczekiwania na swój wielki sukces. Całość ma nieco dziecinny wydźwięk, co ma podkreślić fakt, że Taupin i John byli wówczas dopiero nastolatkami i marzyli, jak każdy młody człowiek. Utwór ma jednak nader optymistyczny klimat i przesłanie, co daje nam chwilę oddechu po poprzedzających go dwóch mocnych, rockowych numerach. Jest to też najbardziej psychodeliczny utwór na płycie, chociaż - rzecz jasna - nie jest to psychodelia rodem z Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, gdyż Elton potraktował ją po swojemu, czyniąc z Writing swój kolejny przyjemny, melodyjny kawałek, który - gdyby trafił do radia jako singiel - z pewnością podbiłby listy przebojów.

And we were oh oh, so you know
Not the kind to dawdle
Will the things we wrote today
Sound as good tomorrow
We will still be writing
In approaching years
Stifling yawns on Sundays
As the weekend disappear.

Ostatnie 2 kawałki pomyślane są jako jedno (i tak też Elton grywał je na koncertach), gdyż świetnie się zazębiają i następują po sobie praktycznie bez przerwy. Ja jednak pomyślałem, by potraktować je osobno. We All Fall In Love Sometimes to piękna piosenka o poruszającej melodii i emocjonalnym wykonaniu wokalnym Eltona. Opowiada o tym, że każdy znajdzie coś w swoim życiu, jeśli tylko będzie do tego dążył i naprawdę będzie chciał. Jeden z tzw. "deep cuts" w repertuarze Johna, a szkoda, gdyż to naprawdę przepiękny utwór, dorównujący najlepszym balladom z jego katalogu. 

The full moon's bright
And starlight filled the evening
We wrote it and I played it
Something happened it's so strange this feeling
Naive notions that were childish
Simple tunes that tried to hide it
But when it comes
We all fall in love sometimes

Gładkie przejście i już rozpoczyna się finałowy, monumentalny i epicki Curtains. To jeden z najbardziej poetyckich tekstów Taupina, które Elton obudował wspaniałą muzyką i wespół stworzyli idealne podsumowanie idealnego albumu.

But that's ok
There's treasure children always seek to find
And just like us
You must have had
A once upon a time


Po słabiutkim Caribou Elton John stworzył wspaniały i zapierający dech w piersiach Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy. Warto tu zaznaczyć, że mimo że każdy utwór ma swoją indywidualność, najlepiej słucha się ich jako całości, a więc tak jak zostało to pomyślane. Elton zręcznie manipuluje słuchaczem, zmieniając nastroje i skacząc między kolejnymi muzycznymi gatunkami. Ostre, rockowe killery sąsiadują tu z poruszającymi balladami zawierającymi jedne z najpiękniejszych melodii w całej karierze muzyka. Warto też wgłębić się w teksty i zapoznać się z historią, która stała się pretekstem dla całego albumu. Elton uznaje Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy za swój ulubiony własny album. Dla mnie to już na zawsze będzie mimo wszystko Goodbye Yellow Brick Road, ale ten krążek depcze mu po piętach. Bez wątpienia ta płyta to jedno z największych płytowych dokonań Johna. Zdecydowanie warto posłuchać!

Ocena: 10/10


Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy: 46:54

1. Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy - 5:46
2. Towe of Babel - 4:28
3. Bitter Fingers - 4:35
4. Tell Me When the Whistle Blows - 4:20
5. Someone Saved My Life Tonight - 6:45
6. (Gotta Get A) Meal Ticket - 4:01
7. Better Off Dead - 2:37
8. Writing - 3:40
9. We All Fall in Love Sometimes - 4:15
10. Curtains - 6:15

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...