niedziela, 24 listopada 2019

"Bad Boy" - Ringo Starr [Recenzja]


Ringo nie wiodło się najlepiej. Po komercyjnej porażce albumu Ringo the 4th, Starr uznał że pójście w disco to jednak nie najlepszy dla niego kierunek. Razem z Vinii Poncia postanowili więc kolejny materiał zrealizować w nieco mniej campowym stylu. Po raz drugi obyło się bez znanych gości wśród autorów i muzyków, po raz kolejny Ringo uznał że lepiej jest coverować niż pisać i po raz kolejny odniósł klęskę. Płyta została zmieszana z błotem, nie odniosła sukcesu i nie była nawet notowana na żadnych listach sprzedaży.
Cały album został nagrany w ciągu dziesięciu dni w listopadzie 1977 roku, z wyjątkiem kilku orkiestracji nagranych 8 marca 1978. Płytę wydano 21 kwietnia 1978 roku.

Who Needs a Heart to całkiem zgrabny otwieracz autorstwa duetu Starr/Poncia. Piosenka jest typowym, wpadającym w ucho średniakiem, tak charakterystycznym dla tej dwójki. Z tą różnicą, że refren jest tutaj zupełnie bez wyrazu i przemija, kiedy nawet nie zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z zakończeniem zwrotki. Kompletnie bezbarwny numer, co dziwne, bo openery akurat Ringo zawsze wychodziły.

Why does it hurt when you know who's to blame?
Why were the words softly spoken?
Why waste the time when we've been there before?
The ties that bind are almost broken

Tytułowy Bad Boy to utwór, który swoje 5 minut miał w 1957 roku. Ringo odtwarza go dość wiernie, ale brzmi to naprawdę fajnie. Może nie ma tu osiągania wyżyn interpretacyjnych, ale słucha się tego z niemałą przyjemnością i można się szczerze przy tym uśmiechnąć. Jest lepiej.
Pierwszym singlem promującym płytę został Lipstick Traces (On a Cigarette). Jest to kolejny cover, tym razem z roku 1962. Jeśli album - określany mianem "autorskiego" - reklamuje cover, to znak że coś tu jest nie tak. Szczególnie jeśli jest on wykonany tak płasko, bez zapału, bez energii i bez pomysłu. Lipstick Traces to wyjątkowo słaby numer. Starr miał szansę tu zabłysnąć, jednak tego nie wykorzystał. 
Heart On My Sleeve to kontynuacja całkiem bezbarwnego wykonawstwa. Piosenka miała być w zamierzeniu czarująca i relaksująca, jednak jest irytująca. Nie wiem jak Ringo to robi, że nawet tak dobrą melodię potrafi zepsuć. Piękna aranżacja, piękny utwór, tylko Starr coś trochę niedomaga. Niedomagała chyba też wytwórnia, skoro wyznaczyła ten numer, jako drugi singiel promujący płytę. No i jak tu się dziwić, że krążek się nie sprzedawał?
Where Did Our Love Go? wypada przynajmniej przyjemnie. Utwór ten w latach 60. wylansował zespół The Supremes ze słynnej wytwórni Motown. W wykonaniu Ringo czuć nawet odrobinę unoszący się duch tamtego klimatu. Całość została okraszona znakomitą orkiestracją, która jest największą siłą tego numeru. Powiedzmy, że całość wraca dzięki temu wykonowi na właściwe tory. W takim właśnie stylu Starr kończy stronę A longplaya.
Stronę B zaczyna też całkiem nieźle, bowiem Hard Times to całkiem udany żwawy i płynnie galopujący zapychacz. Nic z tego nie ma szansy na zapamiętanie, ale słucha się fajnie. Wreszcie Starr śpiewa tu z pasją, a dęciaki i chórki dobrze podbijają dynamikę. Ringo zdaje się łapać wiatr w żagle...

I tell her that I'd rather be alone
She gets the car and says she'll drive me home
She gives me hard times
But when she loves me, she loves me
She gives me hard times
But when she loves me, she loves me

Tonight to jednak raczej słabizna, choć teoretycznie niczego tu nie brakuje. Jest klimatycznie, jest fajna barwa Ringo, więc co jest nie tak? Chyba po prostu zbytnia zachowawczość. Wszystko jest tu za sztampowe i nie ma za grosz polotu.
Monkey See - Monkey Do wypada natomiast zdecydowanie lepiej. Całość fajnie buja, Ringo znowu śpiewa na miarę swoich możliwości, a dęciaki wpadają w ucho tak samo dobrze, jak rewelacyjny refren. Dla mnie to zdecydowanie najlepszy moment albumu.

Love has locked us up, peaches
Locked inside this zoo
Your bananas get thrown at me
And mine get thrown at you
Every night we fuss and fight
Like me and you know who
I guess love is always just

Love is monkey see and monkey do

Old Time Relovin' to jednak ponowna gleba. Piosenka wypada jakby muzykom po prostu się już nie chciało. A skoro muzykom się nie chce już grać, to i słuchaczowi nie chce się już tego słuchać. I tyle na temat tej zapchajdziury.

You and I always take from each other
Until there's nothing left to give no more
You and I are just like lightning and thunder
We never let the sun just shine

Dobrze, że chociaż na koniec Ringo pokazuje jeszcze klasę. A Man Like Me to bowiem rzecz naprawdę udana, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć na solowym debiucie muzyka - Sentimental Journey. Przepiękna orkiestracja i jedyny głos, który może tak szczerze wyśpiewać tak prostą treść. Naprawdę można odpłynąć. Szczególnie, że po tak słabej płycie przyda się słuchaczowi chwila relaksu przy naprawdę wartościowym nagraniu.

You can count to me
I'll be there you'll see
I'll be there when you need a friend
When you're feeling down
That's when I'll be your clown
And we'll sing our songs to the end

'Cause a man like me belongs to the world
And the world is a great place to be
And a man like me just sings for the world
That goes round and round for free


Bad Boy to zdecydowanie jedna z najgorszych płyt w solowym dorobku Ringo (a pamiętajmy, że Starr nigdy wybitnym twórcą nie był). Muzycy i sam ex-Beatles brzmią tutaj, jakby byli już jedną nogą w samochodzie do domu. Jedyną osobą, która pokazała klasę i równy poziom podczas całego nieco ponad półgodzinnego materiału jest Jason Newton Howard, który zaaranżował orkiestracje. Poza nim wszyscy zasługują na naganę. Niemniej jest tu parę fajnych melodii, a w Starra raz na jakiś czas wstępuje chęć do zrobienia czegoś więcej niż odrobienia pańszczyzny. Za mało tego jednak na dobrą muzykę.

Ocena: 3/10


Bad Boy: 34:27

1. Who Needs a Heart - 3:48
2. Bad Boy - 3:14
3. Lipstick Traces (On a Cigarette) - 3:14
4. Heart on My Sleeve - 3:20
5. Where Did Out Love Go - 3:15
6. Hard Times - 3:31
7. Tonight - 2:56
8. Monkey See - Monkey Do - 3:36
9. Old Time Relovin' - 4:16
10. A Man Like Me - 3:08

poniedziałek, 18 listopada 2019

"London Town" - Wings [Recenzja]


Po gigantycznych sukcesach albumów Band On the Run, Venus And Mars i Wings At the Speed of Sound, a także trasy Wings Over America, Paul McCartney ostrzył sobie zęby na więcej. W lutym 1977 roku zaczął więc nagrywanie pod kątem wydania nowego albumu. Wingsi mieli nawet ruszyć w trasę, ale okazało się wtedy, że Linda McCartney jest w ciąży, więc Paul odwołał serię koncertów.
Jako że McCartney lubił nagrywać w ekscentrycznych warunkach, wynajął kilka łodzi cumujących na Wyspach Dziewiczych. Na jednym zamieszkał on z Lindą i rodziną, na jednym urządzono prowizoryczne studio nagraniowe, a resztę zajął zespół wraz z ekipą. Oprócz kilku piosenek nagranych w "prawdziwym studiu" resztę nagrań rejestrowano na pokładach, pod gołym niebem. Nie mogło to oczywiście obyć się bez konsekwencji: Denny Laine doznał udaru słonecznego, a inżynier dźwięku został porażony prądem. 
Przed nagraniami zespół Wings wypuścił singiel Mull of Kintyre. Piosenka stała się światowym megahitem, sprzedażowo pobijając nawet największy komercyjny sukces zespołu The Beatles, czyli utwór She Loves You. Paul nie czekał długo i wkrótce potem (a dokładnie 31 marca 1978 roku) wydał longplay zatytułowany London Town (chociaż pierwotnie nazwa miała brzmieć Water Wings) z czarno-białą okładką, na której znajdowali się McCartneyowie oraz Denny Laine na tle Tower of Bridge. Pozostali latem zrezygnowali bowiem z grania w zespole Wings (Joe English wyjechał do rodziny, a Jimmy McCulloch dołączył do zespołu Small Faces).

Album otwiera utwór tytułowy. London Town był również trzecim z trzech singli promujących płytę. Trafił na parę chwil na niskie pozycje na listach przebojów, ale za długo tam nie przetrwał. Ciężko się dziwić, bowiem to tylko miałka balladka bez wyrazu. Mamy tu niezłe wokale Paula (ale to już oczywistość) i przyjemny klimacik, jednak całość jest nazbyt przesłodzona i nie potrafi zaczepić się o ucho, tak by zapaść w pamięć na dłużej niż 4 minuty jej trwania. Mamy tu niby nagły gitarowy zryw pod koniec piosenki, ale jest on nazbyt bałaganiarski i kończy się zanim zdążymy w ogóle go zauważyć. Także utwór otwiera płytę może i udanie, ale sam jest raczej do zapomnienia.

Silver rain was falling down
Upon the dirty ground of London Town

People pass me by on my imaginary street
Ordinary people it's impossible to meet
Holding conversations that are always incomplete
Well, I don't know

Oh where are the places to go
Someone somewhere has to know
I don't know

Cafe On the Left Bank to już jednak rzecz zdecydowanie żywsza i lepsza. Nie jest to może rewelacja, ale słucha się z tego z prawdziwą przyjemnością. Można odczuć tu delikatną nutę disco, ale umiejętnie została tutaj połączona z soft rockiem. Słowem: ten jeden utwór wypada lepiej niż cały album Ringo the 4th, na którym perkusista The Beatles starał się połączyć oba te gatunki.

Dancing after midnight, sprawling to the car
Continental breakfast in the bar
English-speaking people drinking German beer
Talking far too loud for their ears

Cafe on the left bank, ordinary wine
Touching all the girl with your eyes

I'm Carrying to z kolei całkiem bezbarwna ballada. Paul znakomicie gra na gitarze akustycznej, a jego wokal brzmi nadzwyczaj lekko, jednak melodia jest za słodka, a tekst grafomański. Szkoda zmarnowanego potencjału, bo jakby dłużej nad tym posiedzieć, to może wyszłoby z tego coś wartego uwagi.

Long time no see baby, sure has been a while
And if my reappearance lacks a sense of style
I'm carrying, something
I'm carrying, something for you

Backwards Traveller to króciutki, nieco ponad minutowy przerywnik. Ciężko o nim znowu cokolwiek napisać, poza tym że po prostu jest kolejnym elementem tej całkowicie bezbarwnej strony A (jak i całego longplaya zresztą). 

Hed, did you know that I'm
Always going back in time
Rhyming slang, auld lang syne my dears
Through the years

Przechodzi jednak gładko w oparty na syntezatorach instrumentalny Cuff Link. Sporą krzywdę zrobiło mu to, że jeden motyw rozciągnięty został do prawie dwóch minut. Przez to rzecz niemiłosiernie nudzi i zamiast wprowadzić ciekawe urozmaicenie, po prostu drażni.
Całkiem przyjemnym, delikatnym motywem rozpoczyna się natomiast Children Children śpiewane przez Laine'a. Niestety delikatność robi się drażniąca, a prostota aż kłuje po oczach. Okropnie to naiwne i nieprzyjemne.

I know a tiny waterfall
A magic little place
Where we can play together
And watch this fishes race

Children children where are you
Hiding in the forest playing in the rain
I hope you're not too far away
For me to see again

Docelowo Girlfriend pisane było dla innego artysty, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii muzyki popularnej, a mianowicie Michaela Jacksona, który rozstawał się wówczas ze swoim rodzinnym zespołem The Jacksons (a przed zmianą wytwórni The Jackson 5) i rozpoczynał karierę solową. Jackson w 1979 wydał swój przełomowy album Off the Wall, na którym scoverował ów utwór McCartneya. Mimo, że został wydany nawet jako singiel, był tam najsłabszym ogniwem. A jak to wypada na London Town? Otóż naiwność utworu w otoczeniu tak bezbarwnej melodii wydaje się zaskakująco ujmująca i naprawdę może się podobać. Zwłaszcza dzięki znakomitemu solo gitarowemu i rockowemu przyspieszeniu w łączniku. Świetna rzecz.

Girlfriend I'm gonna show your boyfriend
Show him the letters I've been saving
Show him how you feel inside
Then our love couldn't be denied
And we're gonna have to tell him
You'll gonna be a girlfriend of mine

Kończący stronę A I've Had Enough to całkiem udany przyspieszacz. Fajne gitary, chwytliwa linia wokalna i w ogóle fajnie to buja. Udało się to Wingsom, aczkolwiek o rewelacji absolutnie nie może jeszcze być mowy. Po prostu zgrabnie to wypada.

I earn the money and you take it away
When I don't know where you're from
I should be worried but they say
It'll pay for a bomb

Stronę B otwiera największy przebój albumu, czyli With a Little Luck. Czy zasłużenie? Trudno powiedzieć, bo jak dla mnie ten numer absolutnie niczym nie wyróżnia się z tego peletonu. Owszem, melodia jest nad wyraz urokliwa i nieprzesłodzona, co Paulowi wcale nie tak często się na tym longplayu udało, ale nie widzę tu na tyle zalet, by uznać to za wybitnie wyróżniający się numer. Jest po prostu w porządku i fajnie chwytliwy, więc nie dziwi mnie wybranie go na singiel, jednak poziomem daleko mu do innych wielkich singlowych przebojów ex-Beatlesa.

With a little luck we can help it out
We can make this whole damn thing work out
With a little love we can lay it down
Can't you feel the town exploding?

There is no end to what we can do together
There is no end
The willow turns his back on inclement weather
And if he can do it, we can do it, just me and you

Famous Groupies ma najwięcej charakteru na całej tej płycie. Mamy chłodny, rockowy podkład, pobrzmiewającą harmonijkę, narzucające się syntezatory i zadziorny wokal Paula. Bardzo dobra rzecz.

There was a lead guitarist
Who lived in Epping Forest
And all he ever wanted was to blow
When the girls were with him
He never lost his rhythm
And nobody knows what the famous groupies know
Nobody goes where the famous groupies go

W Deliver Your Children rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Denny Laine i ponownie mamy tu do czynienia z bardzo słabym utworem. Nawet nie zauważyłem, kiedy tak przeleciał mi między uszami. Nie zaabsorbował mnie nawet do tego stopnia, by chcieć tego posłuchać. Słabo.

Deliver your children to the good good life
Give 'em peace and shelter and a fork and knife
Shine a light in the morning and a light at night
And if a thing goes wrong you'd better make it right

Name And Adress czyli "Szamotania Ciąg Dalszy". McCartney uderza tu w bardziej rockowe dźwięki, jednak efekt jest słaby, żeby nie powiedzieć "żenujący". Kompletnie bez wyrazu i bez sensu.

But if it's all over baby, you know I'll understand
Maybe I'll hate to think of you with another man
Meanwhile I'm sitting here, I'm getting in a mess
If you want my love, leave your name and adress

Don't Let It Bring You Down brzmi całkiem zgrabnie. Nieźle rozwinięto tu motyw wiodący, a orientalny klimat nadaje tu nieco tajemnicy. Szkoda tylko, ze utwór nie rozwija się w żadną stronę, a tylko kręci się w kółko. Nie ma na co jednak narzekać, bo jeśli chodzi o tę płytę, to i tak jest to naprawdę bardzo dobrze.

Though some things in life are hard to bear
Don't let it bring you down

Should the sand of time run out on you
Don't let it bring you down

Morse Moose And the Grey Goose ma jedno z najlepszych rozpoczęć, jeśli chodzi o całą fonografię Paula. Tajemniczo, jakby z oddali, by po chwili przyłożyć z całą mocą syntezatorami i bezbłędnie rockującym wokalem McCartneya. Kiedy chce się już jednak załamywać ręce nad jednostajnością melodii, po chwili wprowadzona zostaje gitara akustyczna, która trzyma klimat, ale też nieco go urozmaica. Naraz w oddali słychać skoczną partię fletu, na którym gra McCartney. Wreszcie Paul stworzył coś na miarę swoich możliwości! Szkoda tylko, że musieliśmy czekać całą płytę, by usłyszeć najlepszy utwór albumu.

Right on down at the bottom of the sea
Tell me are you receiving me?
My name is Morse Moose and I'm calling you

The Grey Goose was a steady boat
People said she'd never float
One night when the moon was high
The Grey Goose flew away


Jako wierny fan Beatlesów i McCartneya przykro mi to mówić, ale London Town to porażka na całej linii. Wingsi najzwyczajniej w świecie się wypalili, a Paul postanowił ciągnąć to na siłę i stworzyć bardziej akustyczną płytę. Sam pomysł nie był zły (w przypadku McCartney jako tako to działało), jednak zabrakło tu po prostu dobrych piosenek. Melodie są miałkie, banalne, przesłodzone i nie sposób żadnej z nich zapamiętać. A to już naprawdę poniżej możliwości Paula, który słynął od zawsze z wpadających w ucho utworów. Jest parę dobrych elementów (zwłaszcza mocarne zakończenie), jednak są to tylko lekkie przebłyski. Koniec końców album może i trzyma poziom wykonawczo, ale autorsko to po prostu jedna, wielka KATASTROFA.

Ocena: 3/10


London Town: 51:29

1. London Town - 4:10
2. Cafe on the Left Bank - 3:25
3. I'm Carrying - 2:44
4. Backwards Traveller - 1:09
5. Cuff Link - 1:59
6. Children Children - 2:22
7. Girlfriend - 4:39
8. I've Had Enough - 3:02
9. With a Little Luck - 5:45
10. Famous Groupies - 3:36
11. Deliver Your Children - 4:17
12. Name and Address - 3:07
13. Don't Let It Bring You Down - 4:34
14. Morse Moose and the Grey Goose - 6:25

niedziela, 17 listopada 2019

"Ringo the 4th" - Ringo Starr [Recenzja]


Po porażce wydanego w 1976 roku albumu Ringo's Rotogravure, Ringo Starr postanowił odświeżyć nieco formułę: zrezygnował z pomocy swoich przyjaciół z The Beatles (dotychczas pisali oni dla niego piosenki i przeważnie uczestniczyli w ich nagrywaniu), a zintensyfikował współpracę autorską z Vinii Poncia. Po raz kolejny zaprosił jednak do studia wielu muzyków, którzy nie tylko dbali o wersję instrumentalną płyty, ale także napisali dla Starra parę utworów.
Nagrywanie płyty Ringo rozpoczął 5 lutego 1977 roku, a zakończył 4 miesiące później. Tytuł pochodzi od numeracji albumów Starra, jest to bowiem jego czwarty album z solowym materiałem. W sumie do 1977 roku wydał ich jednak 5 (2 z nich to płyty z cyklu "The Great American Songbook" - Sentimental Journey i Beaucoups of Blues), a w zasadzie 6, jeśli liczyć także kompilację Blast From Your Past.

Jak można wyzbyć się wątpliwości co do kreatywności Ringo, skoro płytę rozpoczyna cover? Fakt faktem, że niezbyt wiekowy, bowiem z 1971 roku, ale jednak. Drowning In the Sea of Love to utwór z repertuaru Joego Simona. W wykonaniu Starra wypada jak najbardziej poprawnie, a nawet ciut lepiej. Swoje robi fajne rozwinięcie, dobry wokal Ringo, no i bezbłędny aranż. Dostajemy więc otwieracz na poziomie, który wcale nie tak często zdarza się ex-Beatlesowi.
W zdecydowanie lżejszym nastroju utrzymane jest Tango All Night. Wbrew tytułowi, nie uświadczymy tu jednak ani śladu tanga. Mamy tu typowy numer w stylu disco. Fajnie potupać sobie do tego nóżką, ale specjalnej przyjemności ze słuchania to nie dostarcza.

I wanna tango all night, mambo till daylight
That was all she said
But when she showed us how, I almost lost my head

Celująco wypada natomiast Wings, czyli pierwszy utwór na płycie, przy powstaniu którego brał czynny udział Ringo. Gitara brzmi świetnie, całość fajnie buja, a piosenka ma pewien nieoczywisty klimat - trochę mroku i tajemnicy. Do tego dołożyć jeszcze trąbki i smyki i wychodzi naprawdę dobry kawałek. Najlepszy na płycie. Nie dziwi fakt, że został wydany jako singiel promujący Ringo the 4th, a sam Starr powrócił do niego, przearanżowując go i wykonując ponownie ponad 30 lat później, na swoim krążku Ringo 2012.

If I had the wings of an eagle
Over these broken dreams I will fly
If I could be shot like an arrow
Straight to you, in your arms I will lie
Don't you know I love you so?

Gave It All Up to z kolei nostalgiczna ballada. Za pomocą dźwięków harmonijki, Starr wraca tu do swoich bluesowych korzeni. Szkoda jednak, że całkiem fajny, refleksyjny tekst nie został okraszony odpowiednią melodią. Ta tutaj jest całkiem niezła, jednak brakuje jej "tego czegoś". Słowem: nie jest źle, ale mogło być lepiej.

Me and Billy were a couple of kids
Nobody knew about the things that we did
Sharing our toys and riding our bikes
We thought it would last for the rest of our lives

Po utworach z nieco wyższej półki wracamy do sztampowego disco. Out On the Streets to nic innego jak zwykła zapchajdziura. Melodia jest taka sobie, aranż nie odnalazłby się nawet na dyskotekach w latach 70., a nawet wokal jest jakiś taki wymuszone. W skrócie: nic tu nie gra.

Well, night time is fadin', I jumped off my motor
Somebody told me to try the Dakota
They're just like two people you'll meet out on the street
Out on the street

Drugą stronę winyla otwiera Can She Do It Like She Dances. Ten numer dla odmiany wypada całkiem ciekawie. Zagrany jest na luzie i z odpowiednim feelingiem. Mamy tu doniosłe dęciaki i śpiewającego z niemal jazzowym wyczuciem Ringo. Ex-Beatles może nie zakończył pierwszej strony albumu najlepiej, ale drugą rozpoczyna z klasą!

I was sitting at the bar, talking to a lady friend
Sipping on a glass of wine and making time - you know what I mean
Then my favourite record played and I turned to watch the crowd
But one dancin' lady made me spill my wine
She looked so wild and she looked so free and she moved so temptingly
All the boys had just one question on their minds:

Can she do it like she dances?

O Sneaking Sally Through the Alley nie jestem w stanie zupełnie nic napisać. Nawet nie zauważyłem, że ten utwór już przeleciał. Zwykły wypełniacz.

I said: "I can't find nothing wrong with being friends,
'Cause sometimes she lets me use her car"
She said: "If you can't find nothing wrong in your mind
I know you've gone too far"

Po dwóch utworach przerwy, do głosu znów dochodzi duet twórczy Starkey/Poncia i prym będzie wieźć już do końca albumu. Rozpoczynają od It's No Secret, które jest całkiem przyjemnym i chillującym kawałkiem. Romantyczny tekst, chórki przywodzące na myśl ballady McCartneya... Wszystko czego trzeba, by stworzyć kawałek niewybitny ale i niebanalny.

And lately, you ain't my baby
I want a word with you
A moment alone with you
'Cause you, you were a part of my heaven, my shining star
And now I look at you and I wonder just who you are

Gypsies In Flight to kolejny bardzo kameralnie brzmiący utwór. Można naprawdę przy nim odpłynąć. Nie ma może żadnej angażującej melodii, jednak całość ma naprawdę sporą klasę wykonawczą. Piękna rzecz.

I'd like to thank you
For spending time with me
And when the morning comes
I know you must be free

Simple Love Song jest dokładnie tym, na co wskazuje tytuł. Bez ambicji, bez nadęcia, za to z luzem i dystansem. I prawidłowo, bo to właśnie te cechy są największą zaletą tej piosenki, która wypada nad wyraz dobrze, wzorowo kończąc longplay.

Well, I hope you understand
But now I'm just one woman man
Before the sun goes down
I wanna se you
I wanna see you again


Ringo the 4th miał być konfrontacją legendarnego muzyka ze stylem disco, który opanował ówczesną muzykę. Ringo został wyśmiany przez krytyków, którzy mówili, że wystawia się na pośmiewisko; stara się pochylić nad młodzieżą, która spogląda nań z litością, niczym na dziadka, który używa słów: "klawo" i "morowo", mając nadzieję, że brzmi na luzie. Płyta przepadła na listach przebojów i została powszechnie zmieszana z błotem. Moim zdaniem odrobinę niesłusznie. Nie wypadła AŻ tak źle. Owszem, dobrze też nie jest, jednak tragedii nie ma. Na pewno nie jest to płyta, której oczekuje się od byłego członka The Beatles, jednak jak na Ringo jest naprawdę dobrze! "Chamskie disco" wynagradzają piękne, oszczędne i delikatne piosenki z końcówki albumu, a także taki sztos jak Wings. Parę utworów zaczepia się o uszy, a dzięki naprawdę wysublimowanym aranżacjom słucha się tego ze sporą dozą przyjemności.

Ocena: 6/10


Ringo the 4th: 38:05

1. Drowning in the Sea of Love - 5:09
2. Tango All Night - 2:58
3. Wings - 3:26
4. Gave It All Up - 4:41
5. Out on the Streets - 4:29
6. Can She Do It Like She Dances - 3:12
7. Sneaking Sally Through the Alley - 4:17
8. It's No Secret - 3:42
9. Gypsies in Flight - 3:02
10. Simple Love Song - 2:57

środa, 13 listopada 2019

"Live At the Hollywood Bowl" - The Beatles [Recenzja]


5 maja 1977 roku to dzień, w którym ukazał się koncertowy album pt. The Beatles At the Hollywood Bowl, zawierający 13 piosenek nagranych w roku 1964 i 1965. Gdy wydawano tę płytę, George Martin przyznał, że jakość tych nagrań była tragiczna. The Beatles śpiewali wszakże bez odsłuchów, przed kilkunastotysięcznym, piszczącym tłumem, przez który nie słyszeli własnej muzyki. John dzięki temu mógł pozwolić sobie czasem na zmienienie tekstów, a nawet wykrzyczenie wulgaryzmów (chociaż na płycie akurat tego nie uświadczymy), bo nikt i tak tego by nie zauważył. Wszyscy gubili czasem rytm, ale publiczność i tak tego nie słyszała. Paul przyznał po latach, że podczas koncertów, śpiewając z Georgem do jednego mikrofonu, starali się stać jak najbliżej siebie, mając nadzieję, że ten drugi może cokolwiek słyszy. Beatlesi, gdy zdecydowali o zaprzestaniu koncertowania, przyznali, że to nie miało już sensu, bowiem jaki jest sens ze śpiewania na żywo, kiedy ani artysta, ani publiczność nie słyszą granej muzyki.
W roku 2016, na potrzeby promocji filmu dokumentalnego The Beatles: Eight Days a Week - The Touring Years wydano odświeżoną wersję tego albumu zatytułowaną The Beatles: Live At the Hollywood Bowl. Poza cyfrowo zremasterowaną oryginalną zawartością (nadzorowaną m.in. przez Gilesa Martina) dodano także cztery dotychczas niepublikowane nagrania koncertowe z tego samego okresu (chociaż wykonanie Baby's in Black z 30 sierpnia 1965 roku trafiło na stronę B singla Real Love promującego album Anthology 2 w 1995 roku), które były możliwe do zmiksowania dzięki zdobyczom współczesnej technologii i to właśnie tę wersję tutaj omawiam i recenzuję.

"And now here they are: The Beatles!" i oszałamiające, wwiercające się w uszy piski. Beatlesi zaczynają od mocno okrojonej wersji Twist and Shout czyli najjaśniejszego punktu debiutu płytowego. Słychać oczywiście nieczystości, jednak publiczność zupełnie się tym nie przejmuje. Niestety słuchacz już nie wybaczy czegoś takiego, więc wykonanie, mimo że fajnie otwiera płytę, raczej na minus.
Całkiem wiernie wypada natomiast She's a Woman. Nie widzę tu większych zmian w stosunku do studyjnego pierwowzoru. Paul znakomicie naśladuje manierę Little Richarda, co tylko działa stymulująco na publiczność, szczególnie w ostatnim akcie piosenki, kiedy daje się ponieść energii i wykrzykuje tytułową frazę. Znakomity wykon.
Dizzy Miss Lizzy natomiast w tej wersji nieco ucierpiała, a konkretniej: z Beatlesów jakby zeszło powietrze. Piosenka wydaje się kompletnie wybrana z energii; riff gitarowy jest zagrany wolniej, całość brzmi ociężale i nawet Lennon wydziera się na zupełnym autopilocie. Rozczarowująco.
Jeśli chodzi o Ticket To Ride to na pewno in plus należy zaliczyć to, że harmonia wokalna Paula jest tu o wiele lepiej słyszalna. To dobrze, bo uważam że to jeden z najlepszych "drugich głosów" McCartneya i fajnie, że został tu dobrze wyeksponowany. Niestety rzuca tu się w uszy to, że Beatlesi nie słyszeli się nawzajem na scenie przez ogłuszającą publiczność. Parę razy ich wokale się minęły, a także nie współbrzmią idealnie. Mimo wszystko słucha się tego przyjemnie.
Mimo kilku wokalnych niedociągnięć w refrenach, uważam że równie dobrze wypada Can't Buy Me Love wyśpiewane w całości przez Paula. McCartney, jak zawsze, kipi energią i dobrze wypada to też na nagraniu. Na minus zapisać należy jednak wymuszone solo gitarowe George'a. Generalnie jednak jest w porządku.
Things We Said Today był od zawsze jednym z moich ulubionych elementów na A Hard Day's Night. Paul spóźnia się nieco z wokalem w pierwszej zwrotce, jednak nie to jest tu najgorsze. W pierwowzorze piosenka ta miała jakiś podskórny niepokój, niepewność. Tutaj jedyna niepewność, jaką słychać, wynika z tego, że Beatlesi nie mają jeszcze tej piosenki ogranej w wystarczającym stopniu. Błędem było grać ją na żywo, bowiem co chwila słychać jak Lennon nie jest pewny, kiedy dokładnie ma wejść z drugim głosem, a Paul śpiewa tekst zupełnie jakby czytał z kartki i nie pamiętał, w jakim tempie ma to wyśpiewywać. Słowem: porażka.
Roll Over Beethoven na szczęście jest już dostatecznie ograny i temu wykonowi ciężko cokolwiek zarzucić. Harrison wykorzystuje swoje 5 minut do ostatka. Znakomite wokale i żywiołowe solo gitarowe sprawiają, że jego jedyne solowe wejście w oryginalnej wersji koncertówki jest godne zapamiętania, a i w kontekście rozszerzonej całości jest jednym z jaśniejszych punktów.
Podobnie porywająco wypada Boys wykonane przez Ringo. Utwór wypada nawet bardziej żywiołowo niż wersja studyjna z Please Please Me. 
Po zapowiedzi piosenki z "ich pierwszego filmu" wybrzmiewa A Hard Day's Night. Warto dodać, że wybrzmiewa bardzo dobrze. Szczególnie na gruncie wokalnym. Mimo, że całość zagrana jest dość ospale, to chociaż Lennon i McCartney śpiewają prawie tak znakomicie jak na LP. Dzięki temu wynagradza to instrumentalne niedostatki, a piosenka wypada lepiej niż nieźle.
"Kolejna piosenka z kolejnego filmu" to zarazem kolejny otwieracz z filmowego soundtracku. Help! to kolejny średnio ograny przez Beatlesów kawałek, jednak wypada to mimo wszystko nieporównywalnie lepiej od Things We Said Today. Chórki McCartneya i Harrisona są jednak bardzo słabe i brzmią, jakby chłopakom po prostu się nie chciało. Co za tym idzie, ciągną tym w dół Lennona, a także cały kawałek.
All My Loving naprawia jednak niedociągnięcia poprzednika, mimo że sam nie jest ich pozbawiony. McCartney nie wyciąga wyższych nut, ale nadrabia to chociaż zapałem i entuzjazmem, którym zaraża najwidoczniej pozostałych muzyków, dzięki czemu piosenka brzmi dynamicznie i jest zagrana z prawdziwą ikrą.
She Loves You brzmi natomiast, jakby nie śpiewali na koncercie, tylko w sali prób, wygłupiając się i wrzeszcząc do mikrofonu. Lennon śpiewa od niechcenia, a Paul wydziera się, czasem tylko zahaczając o melodię. strasznie okaleczyli ten numer.
Oryginalne wykonanie koncertówki kończy Paul ze swoim coverem Long Tall Sally Little Richarda. I muszę uczciwie przyznać, że jest to jedyna wokaliza na płycie, która naprawdę mnie zachwyca. McCartney brzmi tu rewelacyjnie, wydziera się nie zapominając o melodii i ani na chwilę nie traci tempa, chociaż na moment (tak gdzieś w połowie) łapie zadyszkę. Niemniej wypada to rewelacyjnie i bardzo żywiołowo.
You Can't Do That to jeden z najbardziej zapomnianych utworów Beatlesów. Pochodzi on z LP A Hard Day's Night. Ciężko się dziwić, bo to "po prostu" dobry rockandrollowy kawałek. I, niestety, tak tutaj został odśpiewany. Beatlesi nie poświęcają mu większej uwagi i odśpiewują go jak kolejny numer z setlisty, który trzeba odśpiewać, żeby dobrnąć jakoś do końca.
Całkiem nieźle brzmi też I Want To Hold Your Hand. Czuć tu wprawę w graniu, ale i - niestety - autopilota, co odbija się na żywiołowości tego wykonania. Niby nie ma za co ganić, ale nie ma też za co specjalnie pochwalić, bo prawidłowe odegranie utworu, to już coś, czego od zespołu pokroju The Beatles po prostu się oczekuje, jako rzeczy oczywistej.
Everybody's Trying To Be My Baby zostaje odegrane dość wiernie, a George Harrison po raz kolejny pokazuje klasę jako wokalista. Fakt, że na koncercie nie miał zbyt wiele do zaśpiewania, ale być może właśnie to sprawia, że to o jego piosenkach mamy najlepsze zdanie po wysłuchaniu całości.
Ostatni utwór na rozszerzonym wydaniu koncertówki to Baby's In Black z albumu Beatles For Sale. Niestety wypada on okropnie. Beatlesi fałszują wręcz niemożliwie, a Lennon z McCartneyem mijają się wokalnie właściwie w każdym możliwym momencie. Jaka płyta, takie zakończenie.


O ile uwielbiam The Beatles jako znakomitych twórców, wokalistów i całkiem niezłych muzyków, o tyle album Live At the Hollywood Bowl zdecydowanie mnie rozczarował. Zdaję sobie sprawę, że występ na żywo rządzi się swoimi prawami, jednak tutaj Beatlesi grają bez żadnego zapału, wyraźnie zmęczeni już występami. Być może na żywo brzmiało to lepiej (chociaż wątpię by choćby kilka nut zdołało się przebić przez te wrzaski), jednak na płycie brzmi to okropnie. Piski fanek aż kłują w uszy, a Beatlesi najzwyczajniej w świecie fałszują i stanowczo zbyt często są po prostu pod dźwiękiem. Sory, ale to już nie ten poziom, na którym można sobie pozwolić. Koniec końców uważam, że Live At the Hollywood Bowl to najgorsza płyta sygnowana nazwą The Beatles. Miał być zapis złotych lat energicznych, rockandrollowych wykonów, a wyszedł zapis kryzysu.

Ocena: 3/10

niedziela, 27 października 2019

"Wings Over America" - Wings [Recenzja]


Wings Over America to najbardziej znana koncertówka Paula. Wydany 10 grudnia 1976 roku potrójny winylowy album podsumowywał amerykańską część trasy Wings Over the World. Odniósł wielki sukces, a w USA dotarł nawet na szczyt zestawień. Na początku album miał zawierać tylko dwie płyty, jednak dzięki sukcesowi bootlegu Wings from the Wings (zawierał on cały koncert z 23 czerwca w The Forum, w L.A.) zdecydowano się na poszerzenie wydanego materiału. W trakcie selekcji, McCartney musiał przesłuchać ponad 900 godzin nagrań, by wybrać te finalne 115 minut. Mimo, że Joe English - perkusista Wingsów - twierdził, że materiały były praktycznie gotowe do wydania bo zmiksowaniu, to i tak trzeba było nanieść na nie w studiu wiele poprawek. Jimmy McCulloch - basista i gitarzysta - wspomina, że overdubbing trwał miesiącami. Głównym powodem, dla którego były one koniczne była Linda McCartney. Żona Paula nie potrafiła bowiem zbytnio ani grać, ani śpiewać. O ile studio dużo wybacza, to scena wszystko weryfikuje. McCartney nie dał jednak sobie nic wytłumaczyć i uparcie twierdził, że świetnie sobie radzi. Winę za overdubbing zrzucił na Denny'ego Laine'a - gitarzystę i wokalistę - który, mimo że potrafił śpiewać, miał problem z utrzymywaniem tonacji. Rzeczywiście, wymagało to poprawek, jednak nie tak znaczących jak u Lindy.

Album rozpoczyna się dokładnie jak wspaniałe dokonanie zespołu, czyli album Venus And Mars. Medley: Venus And Mars/Rockshow/Jet zawiera jednak także rockowy klasyk Paula z jego najlepszego solowego albumu - Band On the Run. Jednak po kolei; Venus And Mars wypada wspaniale i delikatnie. Rzecz jasna publiczność reaguje bardzo żywiołowo, gdy tylko słyszy pierwsze linijki wyśpiewane przez Paula. Trudno się dziwić. Zaskakuje, jak wprawnie potrafi zmienić nastrój i dostroić swój głos do zupełnego przeciwieństwa Venus And Mars, czyli do mocnego i dynamicznego Rockshow. Na płycie aranż może i był bogatszy, może i wokale bardziej dopracowane i tak dalej, jednak to właśnie w wersji koncertowej można w pełni docenić ten utwór. Koncertowa energia dodaje mu bowiem jeszcze większego kopa, dzięki czemu kawałek ten bez wątpienia potrafi postawić na nogi. Płynnie przechodzi on do równie żywiołowego Jet. Na tyle płynnie, że ma się wrażenie, że piosenka ta od początku była pomyślana, jako rozwinięcie Rockshow. Uwagę zwraca bardziej wysunięta gitara prowadząca niż w studyjnej wersji. Mimo kilku niedociągnięć względem pierwowzoru, numer wypada przekonująco, a 10-minutowy medley jak najbardziej udanie otwiera cały album.
Wings kontynuują kolejnym klasykiem z Band On the Run, czyli niemal hard rockowym Let Me Roll It. Nie ma rozczarowania. Brzmi wspaniale i żywiołowo, jak w oryginalne. Nic dodać, nic ująć.
W Spirits of Ancient Egypt pałeczkę głównego wokalisty przejmuje Jimmy McCulloch. Tak jak w pierwowzorze, nie zachwyca mnie ten numer, jednak na uwagę zasługują (ponownie) świetne partie gitary, a także znakomite wokalizy zarówno McCullocha, jak i Paula w refrenach, które wprowadzają "egipski" klimat.
W Medicine Jar wokalnie wkracza Denny Laine i robi to z przytupem, mimo że jego wokal nigdy specjalnie mnie nie zachwycał. Moim zdaniem, jeśli chodzi o skalę (a nawet trochę barwę), bardzo przypomina śpiew Ringo Starra. Laine zdaje się zdawać sobie z tego sprawę i pisał piosenki, które równie dobrze mógłby wykonywać perkusista Beatlesów. Na żywo wypada to po prostu poprawnie; energetycznie i żywiołowo, ale nic nad czym można by się zachwycać. Dobrze, że to właśnie ta szybka piosenka kończy pierwszą stronę pierwszej płyty winylowej wydawnictwa, gdyż wprowadza słuchacza w dobry nastrój i bez wątpienia zachęca do sięgnięcia po kolejne utwory.
Do mikrofonu powraca Paul i za pomocą piosenki Maybe I'm Amazed sprawia, że wokalne wyczyny jego kolegów z zespołu wydają się zaledwie supportem dla niego. Ta piosenka już nigdy na żywo nie zabrzmiała w ustach Paula tak potężnie, a zarazem melodyjnie. McCartney wyciąga tu wciąż bez problemów wszystkie nuty, a w refrenach wydziera się aż miło. To właśnie choćby dla takich wykonań warto sięgać po koncertówki ex-Beatlesa. 
Swoje wokalne wyczyny, które zapierają dech w piersiach, Paul kontynuuje w zjawiskowym Call Me Back Again. Zdarza mu się jednak nie utrzymać dźwięku tak długo, jak na płycie, jednak absolutnie nie jest to żadnym mankamentem tego wydania. McCartney śpiewa jak natchniony, Laine wywija na gitarze elektrycznej, a dęciaki podbijają całość.
Prawdziwy entuzjazm u publiczności wywołuje podkręcona Lady Madonna. Paul zasuwa na fortepianie zdecydowanie szybciej niż na wersji studyjnej i brzmi to świetnie. Cieszy fakt, że McCartney na tej trasie włączył do repertuaru kilka klasyków macierzystego zespołu; dotychczas nie śpiewał ich, tłumacząc się, że to wciąż jeszcze dla niego za trudne, by śpiewać piosenki Beatlesów skoro tak niedawno się rozstali. Dobrze dla muzyki, że Paul w końcu się z tym pogodził i do nich powrócił.
Szczególnie poruszająco wypada The Long and Winding Road. W tej wersji zdecydowanie ujęto tej piosence sporo patosu (chociaż najlepiej wypadło to na Let It Be... Naked), co tylko jej się przysłużyło. McCartney śpiewa tu wręcz intymnie i nie ma tu miejsca, na żadne rozdmuchane orkiestracje i chóry, które tylko przykrywały sobą wspaniałą melodię i głębię tego utworu. Tutaj jest to znakomicie słyszalne i ex-Beatles wypada tu nad wyraz przekonująco.
Lepiej niż w oryginale wypada zdecydowanie, kończący pierwszą płytę winylowego wydania, Live And Let Die. Szczególnie zachwycają dynamiczniejsze instrumentacje i świetne wokale Paula. Dopiero w wersji na żywo ujawnia się prawdziwa siła tej piosenki.
Drugą płytę rozpoczyna krótki urywek Picasso's Last Words z płyty Band On the Run. W oryginale zawierał on motywy z dwóch innych piosenek z krążka: Jet i Mrs Vandebilt. Tutaj zostały one jednak pominięte na rzecz innego ciekawego zabiegu...
... a mianowicie gładkiego przejścia do Richard Cory. Piosenka ta jest coverem utworu napisanego przez Paula Simona, a zaśpiewanego przez duet Simon & Garfunkel na ich drugim albumie Sounds of Silence. Brzmi bardzo fajnie i sympatycznie, aczkolwiek nie wnosi dużo do oryginału. Super jednak, że się tu znalazła, bo może poszczycić się dobrym wykonaniem i świetnym aranżem.
Przechodzimy do Bluebird, które zostało wzbogacone o 20-sekundowe intro w klimacie boosa novy. I to wykonanie jest po prostu wspaniałe. Muszę przyznać, że wokale Paula podobają mi się tu zdecydowanie bardziej niż na wersji studyjnej z Band On the Run, a już tam uznałem, że to jeden z najlepszych wokalnych popisów McCartneya. Ex-Beatles śpiewa tu z niezwykłym wyczuciem, dzięki czemu brzmi to cudownie, a słuchacz - gdy zamknie oczy - może bez problemu się rozmarzyć i odpłynąć.
McCartney, wracając do piosenek zespołu The Beatles, zdecydował się na same klasyki, a ponadto - na takie utwory, które bez wątpienia publiczność kojarzyć będzie, jako jego indywidualne prace. I've Just Seen a Face z albumu Help! wypada równie dynamicznie, co oryginał. Dokonano w nim pewnych kosmetycznych zmian pod względem budowy i układu kolejnych części utworu. Dzięki temu ciekawie się tego słuchało, nawet będąc tak dobrze zaznajomionym z wersją studyjną.
Blackbird. Paul musiał mieć sporo odwagi, umieszczać to w set liście tak blisko Bluebird. Już w 1973 roku, po wydaniu Band On the Run, sporo słuchaczy wskazywało podobieństwo do tego klasyka The Beatles z ich "Białego Albumu". McCartney postanowił pokazać słuchaczom, jak bardzo te piosenki są od siebie różne. Samo wykonanie jest bardzo wierne oryginałowi, a mimo to brzmi bardzo świeżo i przepięknie.
Gdy Paul postanowił powrócić do piosenek Beatlesów, stanął przed trudnym wyborem: co wybrać. Tyle znakomitych przebojów. Wybór jednego z tych utworów był jednak oczywisty i musiał się pojawić - Yesterday. Po reakcji publiczności słychać też, że to właśnie na ten numer najbardziej czekali tego wieczoru. Ja - jako słuchacz - zdecydowanie nie mam powodów do narzekań, gdyż Paul serwuje nam tu przepiękne wykonanie w nieco zmienionej aranżacji (smyczki zostały zastąpione dęciakami). Tak oto kończy się pierwsza strona drugiej płyty winylowej, bądź też pierwsza część zestawu kompaktowego.


Dalej McCartney serwuje nam You Gave Me the Answer z albumu Venus And Mars. Tym utworem rekompensuje nam zwolnienie przy poprzednich utworach. Świetnie wypadają tu partie harmonijki, na której zagrał Denny Laine, a także znakomite wokale Paula.
Muszę przyznać, że Magneto and Titanium Man nigdy mnie nie zachwycało, więc i tutaj ciężko mi to pochwalić. Szczerze mówiąc, wolałbym by Paul wykonał na przykład Wild Life, Nineteen Hundred And Eighty Five, czy choćby - co bardziej oczywiste - Mrs Vandebilt. McCartney zdecydował się jednak sięgnąć po średniaka z Venus And Mars. Brzmi to świetnie, jednak - niezależnie, jak dobre byłoby wykonanie - ciężko zachwycać się piosenką, która sama w sobie jest już średnia.
Do mikrofonu podchodzi Denny Laine i wyśpiewuje jeden z największych klasyków rocka, czyli Go Now, który największą popularność zyskał w wersji The Moody Blues. Mimo swoich ograniczeń wokalnych, Laine brzmi tu naprawdę dobrze (pytanie, na ile jest to zasługa overdubbingu), a sama piosenka porywa i słucha się tego świetnie.
Rolę głównego wokalisty ponownie przejmuje Paul i robi to w wielkim stylu; My Love to jeden z jego największych przebojów i ciężko się dziwić. Utwór ma bowiem przepiękną melodię i wcale nie takie głupie słowa. Dołożyć do tego delikatny, jedwabisty głos McCartneya i wspaniałe partie gitary Laine'a - i świetny wykon mamy właściwie gotowy. Tutaj wypada może nie tak powalająco, jak na Red Rose Speedway (brak orkiestracji jednak mocno rzuca się w uszy i ujmuje tej piosence nieco ze swojej potęgi), ale zwolennicy mniej rozbuchanych aranżacji, a także teorii "mniej znaczy więcej" powinni być jednak zadowoleni. Ja byłem.
Paul nie oszczędza nas i publiczności na koncercie i sięga po kolejny wspaniały przebój, przy którym nie da się po prostu wysiedzieć w miejscu. Listen to What the Man Said wypada równie radośnie i swobodnie, jak w wersji studyjnej i chwała Wingsom za to, że zbyt wiele tu nie zmienili. Wspaniały wykon, w którym dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy.
Let 'Em In to utwór otwierający album, który zespół promuje tą właśnie trasą, a więc Wings At the Speed of Sound. W tym wypadku otwiera też ostatnią, trzecią, płytę w wydaniu analogowym.Także i tutaj Wingsi postanowili dużo nie zmieniać względem aranżacji (poza tym, że zrezygnowano tu z gwizdania w bridge'u), co wyszło piosence na dobre. Paul śpiewa tu z wielką swobodą, a słucha się tego z niemałą przyjemnością.
W Time to Hide na wokalu wyręcza Paula ponownie Denny Laine (ostatni już raz na tym albumie) i robi to w typowy dla siebie sposób. Przyjemnie wyśpiewuje tak charakterystyczną dla siebie, prostą melodyjkę, która wpada w ucho i jest dobrą okazją, by trochę potupać sobie nóżką.
Silly Love Songs to jeden z największych przebojów zespołu Wings, więc na tym koncercie po prostu musiał zabrzmieć. Wykonanie nie wnosi absolutnie nic do oryginału, ale wypada równie radośnie i dynamicznie, więc można powiedzieć chyba, że piosenka nic nie straciła. I bardzo dobrze, bo słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.
Beware My Love to utwór, który po prostu do mnie nie trafia. Mamy tu może świetny tekst i wspaniałe wokale Paula, jednak ta piosenka praktycznie nie ma żadnej melodii i niestety wersja na żywo nic tu nie udoskonaliła. Wypada to bowiem tak bałaganiarsko i niedbale, jak na Wings At the Speed of Sound. Gdyby nie to, że album ten zawiera tak wiele świetnej muzyki, nie wiem czy po przesłuchaniu tego numeru chciałbym kontynuować słuchanie, bowiem ta piosenka kończy pierwszą stronę trzeciej płyty winylowej.
Drugą rozpoczyna jednak świetnie mroczny Letting Go. Szkoda, że gitara elektryczna została trochę schowana na rzecz zbyt głośnych klawiszy, na których bardzo słabo gra Linda. Gdy wchodzi wokal Paula wszystko jednak wraca do normy i piosenka brzmi zachwycająco. Szczególne wrażenie robi końcówka, która została rozbudowana o powtórzony kilkakrotnie refren, tylko w nieco szybszym tempie. Po przesłuchaniu tego, wersja studyjna już zawsze wydaje mi się wybrakowana. Ale wynagradzam sobie słuchanie jej partiami gitary elektrycznej, które tam można bez problemu wysłyszeć i się nimi zachwycić.
Nie było też możliwości, by nie pojawiło się tu Band On the Run. Ta wersja nie dodaje może dużo od siebie, ale i w przypadku tej piosenki, może to i lepiej. Uważam, że jest świetna w wersji oryginalnej i każda zmiana mogłaby jej tylko zaszkodzić, albo być uznawana za niepotrzebne grzebanie przy świętości. Wypada bardzo przekonująco i tyle wystarczy, by słuchać tego z przyjemnością.
Następnie Paul serwuje nam swój rockowy, zbanowany przez BBC, przebój Hi, Hi, Hi. Tutaj został jeszcze bardziej przyspieszony, dzięki czemu bezbłędnie dodaje energii o każdej porze dnia i nocy.
Cały ten potężny album koncertowy kończy Soily, czyli utwór napisany przez Paula w 1971 roku. Do usłyszenia był wyłącznie na koncertach Wingsów (a dla słuchaczy na nieoficjalnych rejestracjach tych występów), ale na szczęście ukazał się w wersji oficjalnej właśnie na tej płycie. Mówię "na szczęście", bowiem Soily to rock and roll z krwi i kości. Pokazuje, że McCartney świetnie się czuje pisząc tak dynamiczne i mocne piosenki. To piosenka, która równie dobrze sprawdziłaby się w roli otwierającej koncert, jak i w zamykającej. Tutaj akurat go zamyka i wypada w tym miejscu bardzo dobrze. 


Wings Over America to zdecydowanie najlepsza koncertówka Paula, a także moja droga ulubiona, jeśli chodzi o któregokolwiek z Beatlesów (zaraz po The Concert for Bangladesh). McCartney postawił przed sobą bardzo trudne wyzwanie. Nie od dziś wiadomo, że podwójne albumy odstraszają słuchaczy, sugerując im przeładowanie i zbędne przedłużanie. Ale potrójne?! Mało kto się na to porywa. Lider Wings był jednak ambitny i założył sobie, że skoro na koncertach się uda, to i na płycie utrzyma uwagę słuchacza przez 2 godziny. Wiedział na pewno, że scena rządzi się swoimi prawami, więc zdawał sobie sprawę z ryzyka. Udało mu się jednak. Mimo bardzo długiego czasu trwania, album nie nudzi i słucha się go z niesłabnącym zainteresowaniem. Piosenki płynnie przechodzą jedna w drugą, miks sprawia, że słucha się tego z jakością porównywalną z wersjami studyjnymi, a i dobór utworów nie pozostawia wiele do życzenia. Paul stanął tu przed trudnym wyzwaniem, ale wyszedł z niego obronną ręką, serwując fanom znakomity album.

Ocena: 9/10


Wings over America: 115:33

CD 1:
1. Venus and Mars/Rock Show/Jet - 9:56
2. Let Me Roll It - 3:51
3. Spirits of Ancient Egypt - 4:04
4. Medicine Jar - 4:02
5. Maybe I'm Amazed - 5:10
6. Call Me Back Again - 5:04
7. Lady Madonna - 2:19
8. The Long and Winding Road - 4:13
9. Live and Let Die - 3:07
10. Picasso's Last Words (Drink to Me) - 1:55
11. Richard Cory - 2:50
12. Bluebird - 3:37
13. I've Just Seen a Face - 1:49
14. Blackbird - 2:23
15. Yesterday - 1:43

CD 2:
1. You Gave Me the Answer - 1:47
2. Magneto and Titanium Man - 3:11
3. Go Now - 3:27
4. My Love - 4:07
5. Listen to What the Man Said - 3:18
6. Let 'Em In - 4:02
7. Time to Hide - 4:46
8. Silly Love Songs - 5:46
9. Beware My Love - 4:49
10. Letting Go - 4:25
11. Band on the Run - 5:03
12. Hi, Hi, Hi - 2:57
13. Soily - 5:10

wtorek, 15 października 2019

"Thirty Three & 1/3" - George Harrison [Recenzja]


W 1974 roku George Harrison podpisał 5-letni kontrakt z wytwórnią Dark Horse. Po spełnieniu zobowiązań wobec poprzedniej (tj. wydaniu bardzo słabego albumu Extra Texture (Read All About It)), George mógł wreszcie zacząć wydawać we własnej wytwórni płytowej, mogąc zarazem czerpać większe zyski z dochodów pochodzących od własnych albumów. Kontrakt zakładał wydanie przez Harrisona, w ciągu tych pięciu lat, czterech albumów. Początek 1976 roku ex-Beatles spędził jednak na wszystkich możliwych okołomuzycznych sprawunkach. Pierwsze sesje rozpoczęły się dopiero pod koniec maja 1976 roku. George cierpiał jednak na zapalenie wątroby, co uniemożliwiło pracę przez większość lata. Dopiero dzięki swojej żonie, Olivii Arias, która stosowała na nim leczenie niekonwencjonalne, udało mu się wyzdrowieć i wznowić nagrania.
24 maja 1976 roku rozpoczęły się sesje, na których Harrison nagrał wiodące linie dla dwunastu utworów. Gdy udało mu się zebrać skład muzyków sesyjnych, rozpoczęły się właściwe nagrania, a liczbę piosenek przycięto z 12 do 10. Sesje zakończyły się 13 września, a sam album wydany został 19 listopada. Tytuł oznacza zarówno prędkość odtwarzania płyty na adapterze, jak i wiek Harrisona, w chwili gdy nagrywał ten materiał.

Płytę rozpoczyna Woman Don't You Cry For Me - pulsujący bas i rozpoznawalne od pierwszych akordów dźwięki gitary Harrisona. Piosenkę tę George zaczął pisać już w roku 1969, jednak dokończył ją dopiero przy okazji sesji na ten album. Utwór jest żwawy i wesoły. Na uwagę zasługują (oprócz niezłych wokali) świetne partie gitary. Piosenka została umieszczona na stronie B trzeciego singla promującego album (It's What You Value). Nie jest może najwyższych lotów, jakich oczekiwać należy od ex-Beatlesa, jednak jest bardzo przyjemna w odbiorze i zgrabnie otwiera krążek.


I'm gonna leave you here
I'm gonna leave you at the station
I've got a long way to go baby
Woman don't you cry for me

Now I can't take no more
Now I don't need no complication
I've got a long way to go baby
Woman don't you cry for me

Piosenka Dear One została już jednak napisana krótko przed rozpoczęciem nagrań do Thirty Three & 1/3. Jest to zupełne przeciwieństwo poprzednika, gdyż mamy tu do czynienia z przepiękną balladą, a miejsce gitary elektrycznej, zastępuje akustyczna. Tekst piosenki dedykowany jest Paramahnsa Yogananda, autorze Autobiografii Yogi, która miała wielki wpływ na rozwój duchowy George'a. Harrison gra tu bardzo ciekawe solo na syntezatorze, dodając piosence, charakterystycznej dla tego artysty, indyjskiej nuty. Utworowi sporo brakuje do największych osiągnięć Harrisona na polu balladowym, ale i tak miło się tego słucha.

You hear my spirit sing to you
You see creation at your feet
You feel my feelings calling you
You know Dear One I love you

Dear One show me - simple Grace
Move me toward Thee - with each pace

Uznaje się, że Beautiful Girl Harrison zaczął pisać już w 1969 dla Pattie Boyd. Prawda jest taka, że nie umiał wykrzesać z siebie więcej ponad 3 pierwsze wersy. Do piosenki wrócił więc dopiero w 1976 roku, pisząc ją dla swojej kolejnej żony, Olivii Arias. George wraca tutaj do gitary elektrycznej, a także gra na niej techniką slide, natomiast za organami zasiadł Billy Preston, który daje tu po raz kolejny pokaz swojej maestrii. Szkoda tylko, że piosenka jest taka sobie. Absolutnie nie brakuje jej uroku, ani romantyzmu, jednak jakoś rozmywa się i dużo z niej w głowie nie zostaje. Jakkolwiek na wyróżnienie zasługują organy, solo gitarowe i ogółem cała instrumentacja, tak wokal Harrisona brzmi tu dziwnie beznamiętnie, jakby muzyk odrabiał pańszczyznę. Szkoda.

Never seen such a beautiful girl
Got me shaking inside
Calling on me from deep within her eyes
Not the kind you go handing around
Want to keep her right there
But this love it don't come as no surprise

And when I saw the way that she smiled at me
I knew it there and then that she was A 1
And then I felt the way she was touching me
Was something I had known I was waiting upon


This Song została wybrana na pierwszy singiel promujący album. Uważam to za jak najbardziej trafny wybór, gdyż piosenka jest dynamiczna, radosna i chwytliwa. Mimo tego nastroju, George pisał ją pod wpływem złości, jako zapis frustracji. Skomponował ją bowiem po rozprawach sądowych, które podważały oryginalność jego przeboju My Sweet Lord. Pianino i organy Billy'ego Prestona podkreślają charakter boogie całej piosenki, zaś nagłe zrywy i solo saksofonu dodaje tu tylko więcej życia i podkręcają tempo. Zdecydowanie warta uwagi piosenka. Nieambitna acz przyjemna.

This riff ain't trying to win gold medals
This riff ain't hip or square
Well done or rare
May end up one more weight to bear

But this song could well be
A reason to see - that
Without you there's no point to this song


See Yourself to najstarsza piosenka na albumie, bowiem jej początki sięgają aż 1967 roku. Została napisana jako reakcja na publiczne wyznanie Paula McCartneya, odnośnie zażywania LSD. Szkoda, że tak dobry tekst został zmarnowany przez bardzo słabą melodię, która najzwyczajniej w świecie nuży. W efekcie czego piosenka rozmywa się na tle pozostałych utworów. Tym większy żal, że ten utwór kończy stronę A płyty winylowej, zostawiając po sobie jak najgorsze wrażenie.

It's easier to hurt someone and make them cry
Than it is to dry their eyes
I got tired of fooling around with other people's lies
Rather I'd find someone that's true

Żywo zaczyna się natomiast It's What You Value. Zdecydowanie jest to też rzecz o wiele wyższych lotów od poprzednika, choć absolutnie nie nazwałbym jej czymś ambitniejszym; ot prościutka piosenka pod nóżkę. Szkoda zmarnowanego początku i ciekawego efektu nałożonego na wokal w zwrotkach, gdyż refren jest tak sztampowy i nierozróżnialny od poprzednich,  że już przy pierwszym jego wejściu, piosenka traci rozpęd i nawet porywające solo saksofonu nie jest już w stanie nadrobić tej straty.

It's all up to what you value
Down to where you are
It all swings on the pain you've gone through
Getting where you are

It's all up to what you value
In your motor car
It all rests on what it's cost you
Getting where you are
It's what you value

True Love to jedyny na płycie cover. George sięga tutaj po piosenkę Cole'a Portera z 1956 roku (niecałe 20 lat później wykonywali ją również Elton John i Kiki Dee - duet odpowiedzialny za wielki przebój Don't Go Breaking My Heart). Wersja Harrisona jest nieco bluesowa, jednak czuć, że ex-Beatles nie ma żadnego pomysłu na wykonanie tego numeru. Utwór dłuży się, a słuchanie go męczy, mimo że trwa niespełna 3 minuty. Nie ratują tego nawet cudownie przebijające się od czasu do czasu akordy gitary George'a, przywodzące na myśl My Sweet Lord.

For you and I have a guardian angel
On high with nothing to do
But to give to you and to give to me
A love forever true

Pure Smokey już w tytule zapowiada styl, którego możemy się spodziewać (oczywiste nawiązanie do Smokey'a Robinsona). Cały album Extra Texture był prawdopodobnie najbardziej soulowym krążkiem któregokolwiek Beatlesa. George tutaj odnosi się do kolejnych utworów i wykonawców z tego właśnie gatunku, oddając im hołd. Wychodzi mu to znacznie lepiej niż na całym poprzednim albumie, jednak to wciąż za mało, by uznać ten numer za przynajmniej "dobry". Przyjemnie leci w tle, jednak oryginalności w tym za grosz.

Throughout my lifetimes I'd hesitate
I'd feel some joy
But before I'd show my thanks it became too late
But now all the way I want to find the time
Stop and say
I thank you Lord for giving us each new day

Inspiracją dla napisania Crackerbox Palace było zaproszenie, które wystosował do George'a Harrisona, George Grief. Jego dom nazywał się właśnie Cracerbox Palace. Ex-Beatles zanotował sobie tę frazę na paczce papierosów, a po powrocie do domu napisał właśnie tę piosenkę. Utwór ten jest bardzo przyjemny i fajnie się słucha. Żwawa, wesoła melodia, miłe dęciaki i naprawdę wpadający w ucho refren.

I was so young when I was born
My eyes could not yet see
And by the time of my first dawn
Somebody holding me... they said

I welcome you to Crackerbox Palace
We've been expecting you
You bring such joy in Crackerbox Palace
No matter where you roam know our love is true

Prawdziwa perła czeka nas jednak na koniec. Learning How To Love You to delikatnie jazzowo-soulująca ballada napisana dla Herba Alperta, piosenkarza i jednego z szefów A&M Records. Piękna aranżacja, niebanalna melodia, delikatne wokale, zadowalający tekst... Można by słuchać i słuchać. Szkoda, że Harrison nie nagrał płyty złożonej z tak wspaniale dopracowanych numerów. Może wówczas można by mówić o prawdziwym dziele. A tak, no cóż... Pozostaje nam tylko rozpłynąć się przy Learning How To Love You.

As teardrops cloud the sight
Your eyes may never know
No truth could ever fear me
And left alone with my heart
I'm learning how to love you

Love you like you may have never seen
Move you more ways than you have been
To a point in the time where we see so much more
Than the ground that we touch
With each step so unsure


Thirty Three & 1/3 generalnie zawodzi. Po debiutanckim albumie w nowej wytwórni, można by oczekiwać od George'a próby odświeżenia bądź zredefiniowania stylu. Harrison nie wysilił się jednak i przedstawił swoim fanom zestaw mocno średnich (Woman Don't You Cry For Me, Dear One, This Song i Crackerbox Palace) lub po prostu słabych (cała reszta) piosenek. Gdzieś w tym natłoku miernot zaplątało się jednak coś naprawdę wyższych lotów (zamykające album Learning How To Love You). Ciężko go ocenić, bowiem jest to coś lepszego od poprzednika, ale wciąż niegodne nazwiska Harrisona. Wszechogarniająca monotonia i kilka znośnych utworów to nie jest coś, czego oczekiwać możemy od ex-Beatlesa.

Ocena: 4/10

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...