środa, 24 lipca 2019

"Rock 'n' Roll" - John Lennon [Recenzja]


Jeśli chodzi o powstawanie jakiegokolwiek solowego albumu Johna Lennona, to właśnie Rock 'n' Roll charakteryzuje się, według mnie, najbardziej wyboistą drogą trwającą od pierwotnego pomysłu aż do wydania. W latach 70. Lennonowi nie dane było łatwo uzyskać "zielonej karty", która umożliwiłaby mu powrót do Stanów Zjednoczonych. Ze względu na jego stałe zaangażowanie polityczne i zamiłowanie Johna do mówienia wszystkiego, co tylko pomyśli, był pod stałą obserwacją służb, które miały po określonym czasie inwigilacji stwierdzić, czy ex-Beatlesowi można będzie spokojnie zezwolić na powrót do USA. W tej sytuacji upatrzył dla siebie okazję do zarobienia kilku groszy szef wytwórni Roulette Records o nazwisku Morris Levy. Pozwał on bowiem Lennona o plagiat, popełniony jeszcze w czasach Beatlesów. Chodziło tu konkretnie o utwór Come Together, rozpoczynający największe dzieło zespołu, jakim był album Abbey Road z 1969 roku. Według Levy'ego zawierał on melodię a także jeden wers ("Here come old-flat top") zapożyczone z utworu You Can't Catch Me Chucka Berry'ego, do którego Levy miał prawa autorskie. John, nie chcąc w okresie wzmożonej inwigilacji jego osoby ryzykować procesu mogącego zaszkodzić jego powrotowi do Stanów, zdecydował się na ugodę, w myśl której na jego kolejnej płycie miały znaleźć się 3 utwory, do których również Morris Levy posiadał prawa autorskie. Podczas szukania tychże piosenek, John ostatecznie zdecydował się na nagranie całego albumu złożonego właśnie z utworów, które w młodości ukształtowały przyszłą legendę muzyki.
Umowa ta została zawarta po wydaniu Mind Games. Wówczas Lennon i Yoko Ono zdecydowali się na separację. John wyjechał więc ze swoją sekretarką May Pang do Los Angeles, gdzie rozpoczął sesje do nowej płyty wraz z Philem Spectorem. Tym kolejnym albumem miał być właśnie Rock 'n' Roll. Temperament obu panów zamienił jednak sesje w niekończące się libacje alkoholowe i imprezy, które spowodowały, że właściciel studia zadecydował o wyrzuceniu z nich muzyka i producenta. Spector zabrał ze sobą taśmy - jedyny rezultat tamtych sesji - i zapadł się pod ziemię. Niezrażony Lennon wyjechał do Nowego Jorku i rozpoczął pracę nad kolejnym nowym materiałem, czyli płytą Walls And Bridges, która miała być już zbiorem całkowicie nowych piosenek. Na samym końcu umieszczono jednak jeden utwór, do którego Levy miał prawa autorskie - Ya Ya. Tuż przed wydaniem płyty, odnaleziono taśmy, które zabrał ze sobą Spector. Lennon jednak, całkowicie pochłonięty pracą nad Walls And Bridges, zdecydował się odłożyć je na później.
Levy nie był tym, rzecz jasna, zachwycony; umowa zakładała wszakże, że owe 3 utwory z katalogu Morrisa zostaną wydane na kolejnej płycie Johna po Mind Games. Lennon tymczasem wydał Walls And Bridges z tylko jedną umówioną piosenką. Opisał on jednak Levy'emu zaistniałą sytuację i obiecał, że na kolejnej płycie zamierza dotrzymać słowa. Zebrał więc tych samych muzyków, z którymi nagrywał pierwotną wersję - wśród nich znaleźli się m.in. Jose Feliciano, Klaus Voorman i Leon Russell - i dokończył całość w zaledwie kilka dni. Płyta okazała się wielkim sukcesem Lennona, a przeróbka standardu Bena E. Kinga, Stand By Me, podbiła listy przebojów na całym świecie. Jest to także ostatni album przed pięcioletnią przerwą Lennona w wydawaniu płyt spowodowaną narodzinami jego syna, Seana Lennona.

Be-Bop-A-Lula to jeden z największych rockandrollowych klasyków z repertuaru Gene'a Vincenta. Lennon, z racji dość sporego podobieństwa wokalnego do pierwowzoru, w swojej wersji pozostaje dość wierny oryginałowi. Sprawdza się tu jego surowy, momentami ostry wokal. Już od pierwszej piosenki słychać, że Lennon świetnie czuje się wracając do swoich muzycznych korzeni. Ta piosenka dla Johna jest ważna z jeszcze jednego powodu: otóż jej wykonanie przez Paula McCartneya spowodowało, że Lennon zdecydował się przyjąć swojego późniejszego muzycznego partnera do zespołu, który ostatecznie miał przemienić się w The Beatles. (McCartney zresztą także wrócił do niej po latach, a jego wykonanie można usłyszeć na koncertówce Unplugged: The Official Bootleg). Album zaczyna się obiecująco.

Well
She's the One in the red blue jeans
She's the queen of all the team
She's the woman walkin' that I know
She's the woman that loves me so

Stand By Me to piosenka, o której śmiało mogę napisać, że dzięki wykonaniu Lennona otrzymała drugie życie. Oryginał Bena E. Kinga to delikatna, ozdobiona pięknymi smyczkami laurka dla ukochanej. W wizji Johna nabrała ona rockowego sznytu, skrzypce zastąpiono gitarami, a wokal ex-Beatlesa sprawdza się w tej wersji wręcz znakomicie (szczególnie w refrenie). Oprócz wokali na uwagę zasługuje także krótkie, aczkolwiek bardzo liryczne solo gitary. Piosenka stała się jednym z większych przebojów Lennona i dziś pamiętana jest bardziej, niż pierwowzór. I chyba nawet słusznie.

If the sky that we look upon
Should tumble and fall
And the mountain should crumble to the sea
I won't cry
No I won't shed a tear
Just as long as you stand by me

Medley: Rip It Up/Ready Teddy to wiązanka dwóch utworów pochodzących z repertuaru jednego z pionierów rockandrolla: Little Richarda. Zaśpiew tegoż wokalisty znakomicie potrafił naśladować McCartney, gdyż wymagała ona znacznych umiejętności wokalnych. Z całym szacunkiem do Lennona, nie dorasta on jednak do pięt jeśli chodzi o technikę ani do Richarda, ani do Paula. Mimo, że medley trzyma fason i wypada nawet porywająco, to nie jest on nawet bladym cieniem oryginałów.

Well it's Saturday night, and I just got paid
Fool about my money, don't try to save
My hearts says "Go! go! have a time
'Cause it's Saturday night", baby I'm feeling fine

You Can't Catch Me aż prosi się o odczytanie jako mrugnięcie okiem do zorientowanych w sytuacji fanów. To właśnie przecież od tej piosenki "wywiódł się" pomysł na nagranie tego albumu. Jest to utwór Chucka Berry'ego, o którego splagiatowanie Lennon został oskarżony. Rzeczywiście, nie trzeba bardzo wytężać ucha, by wysłyszeć podobieństwo do Come Together. Melodia ze zwrotek została zerżnięta praktycznie 1:1, przy czym spisanie jednego wersu wydaje się tylko lekkim zapożyczeniem. Nie mniej, słychać tu, że Lennon "czuje Berry'ego" i daje się naprawdę ponieść tej kompozycji, dzięki czemu całość wypada na tyle przekonująco, że nawet nie brakuje tu tego charakterystycznego głosu "ojca chrzestnego rock and rolla". A w przypadku takiego artysty i takiej kompozycji jest to nie lada komplement.

Now you can't catch me
Baby, you can't catch me
'Cause if you get too close
You know I'm goin' like cool breeze

Przychodzi czas na kolejną legendę gatunku, czyli Fatsa Domino i jego niezapomniane Ain't That a Shame. Lennon odwzorowuje całość dość wiernie, jednak mimo wszystko wydaje się to wyprane z energii i nieco ociężałe. Tak jakby Johnowi zabrakło powera, by zaśpiewać to dostatecznie przekonująco. Szkoda, zwłaszcza że liczyłem na jego żywiołowe wokale w tym numerze chyba najbardziej na całej płycie. A taki zawód boli podwójnie.

You made me cry
When you said goodbye
Ain't that a shame?
My tears fell like rain
Ain't that a shame?
You're the one to blame

Do You Wanna Dance? to utwór z końcówki lat 50. (dokładniej z 1958 roku) wykonywany w oryginale przez Bobby'ego Freemana. Ma on nastrój bardziej balladowy, więc stanowi fajny przerywnik po kilku żywszych kawałkach. Jeśli chodzi o wersję Lennona, to w porównaniu z oryginałem prezentuje się po prostu poprawnie. W odróżnieniu od bezpłciowego Ain't That a Shame, słychać tu jednak serce ex-Beatlesa i może dlatego wypada to o wiele bardziej przekonująco od poprzednika.

Well do you wanna dance under the moonlight?
Hug and kiss all through the night, now?
Baby, do you wanna dance, dance, dance?

Sweet Little Sixteen to powrót do repertuaru Chucka Berry'ego i naprawdę wielka szkoda, że ostatni na płycie, bo po raz kolejny Lennon daje tu świadectwo, że naprawdę czuje tego wykonawcę. Żywiołowe dęciaki, żwawe tempo i znakomite wokalizy Johna. Po prostu klasa. Znowu!

Sweet little sixteen
She's just got to have
About half a million
Framed autographs
Her wall is filled with pictures
She gets them one by one
Becomes so excited
Oh watch her at the run, boy

Stronę B Lennon rozpoczyna od Slippin' And Slidin', czyli kolejnego standardu Little Richarda. Tutaj John brzmi już zdecydowanie lepiej niż przy zetknięciu z repertuarem tego twórcy na stronie A. Mamy tutaj już uderzenie z wysokiego C; głośne dęciaki, wyrazista instrumentacja i niewymuszone wokale Johna. Aż nóżka sama chodzi.

Slippin' and slidin' , peepin' and hidin', been told long time ago
I been told, baby, you been bold, I won't be your fool no more

Peggy Sue to absolutny klasyk klasyków niezapomnianego Buddy'ego Holly'ego. Jest to też piosenka, której po prostu nie da się zepsuć i absolutnie Lennon nie złamał tej reguły. Wciąż mamy tu do czynienia z galopadą godną oryginału, wypadającą tyleż energetycznie co przekonująco. Fajna rzecz.

If you knew, Peggy Sue
Then you'd know why I feel blue
About Peggy, my Peggy Sue
Oh well I love you girl, yes I love you Peggy Sue

Medley: Bring It On Home To Me/Send Me Some Lovin' to wiązanka piosenek Sama Cooke'a i Little Richarda. Obie jednak po prostu nie brzmią dobrze. Są to wykonania absolutnie wyprane z emocji i energii (nawet jak na tę płytę). Jeśli Lennon przy niektórych piosenkach z płyty się potknął, to przy tych wywalił się na całego.

If you ever
Change your mind
About leaving
Leaving me behind
You better bring it to me
Bring your sweet loving
Bring it on home to me

Bony Moronie to kolejna niepotrzebna zapchajdziura, która jedyną rolą, jaką spełnia, jest dopełnienie tej drugiej strony longplaya. Oryginał Larry'ego Williamsa nie był przesadnie interesujący, ale przynajmniej dało się tego słuchać z umiarkowaną przyjemnością. Tutaj - nie dość, że zostało to niechlujnie wykonane - to jeszcze kaleczy to "ściana dźwięku" Phila Spectora. Zdecydowanie nie do słuchania.

Well, she's my one and only, she's my heart's desire
She's a real up setter, she's a real live wire
Everybody's watching when my baby walks by
She's so good looking, really catches the sky

W Ya Ya wybrzmiewa chociaż autentyczna radość z grania. Radosne wokale Lennona, naprawdę świetny bas Voormana, gitara podbijająca perkusję... Jak się okazuje, John jak chce to potrafi. Szkoda, że nie chciał przez resztę strony B. Tutaj powraca radość i serce, którym tak emanował na samym początku longplaya.

Well, I'm sittin' in the la la
Waitin' for my ya ya

It may sound funny
But I don't believe she's comin'

Just Beacause to smutny walc, w którym John wypada nad wyraz przekonująco. Przywołuje on echa ponurych ballad z Mind Games i Walls And Bridges, a to już znaczny komplement, gdyż tamte piosenki to zdecydowanie rzeczy warte uwagi. Lennon wykorzystuje tu odpowiednio swój wokal, który jest tu siłą napędową dla całości. Znakomite pożegnanie. Trzeba przyznać Johnowi, że inteligentnie rozmieścił utwory: nudną stronę B rozpoczął i zakończył czterema naprawdę udanymi piosenkami. 

Just beacause you left and said goodbye
Do you think that I will sit and cry?
Even if my heart should tell me so
Darlin', I would rather let you go


Jeśli chodzi o album Rock 'n' Roll, to bardzo wyraźnie słychać tu, że John Lennon nagrał go przede wszystkim dla własnej radochy i przyjemności. Publiczność zdecydowanie to wyczuła, gdyż wywindowała go na szczyty list sprzedaży, a także umożliwiła artyście na ponowne podbicie list przebojów ze swoją wersją Stand By Me. I to serce na dłoni tu czuć, nie ulega to dyskusji. Całość jednak wypada bardzo zachowawczo i jednowymiarowo, przez co materiał w 40-minutowej konfrontacji wypada dość nużąco. Jest to poważna usterka, szczególnie że 40 minut to optymalna rama czasowa dla jednopłytowych wydawnictw (żeby dłuższy album przez cały czas trzymał poziom, to muszą znaleźć się na nim naprawdę znakomite kompozycje). Piosenki tu zawarte to naturalne samograje - żeby je zepsuć, trzeba naprawdę nieźle się natrudzić. Słychać tu miłość Lennona do tych piosenek, jednak słychać tu też coś jeszcze: jazdę na autopilocie (chociaż na stronie A jeszcze jako tako się szamotał, by sprawić, że całość będzie interesująca, to na stronie B jakby złożył broń). John wiedział, że jedyne wyjście, by z powrotem wrócić do łask szerokiej publiczności, musi wrócić do starych, sprawdzonych patentów i dać im przemówić. Przekombinował jednak: zamiast po sprawdzone patenty, sięgnął po gotowce i tak bardzo skupił się na tym, by dać mówić muzyce, że zapomniał tego dobrze zaśpiewać. 

Ocena: 5/10

wtorek, 16 lipca 2019

"Dark Horse" - George Harrison [Recenzja]


W roku 1973 George Harrison, zmęczony już ciągłymi procesami i sporami z wytwórnią Apple Records, postanowił założyć własną wytwórnie płytową, którą nazwał Dark Horse Records. Okres 1973/74 był dla "cichego Beatlesa" dość ciężki: jego problemy z alkoholem, a także fiasko pierwszego małżeństwa zainspirowały pierwszy utwór napisany od czasu płyty Living In the Material World. Piosenkę tę zatytułował Dark Horse (i to właśnie od niej wzięła nazwę wytwórnia, a także kolejny longplay muzyka). Klaus Voorman, przyjaciel Harrisona, wspomina ten okres, jako "krok w tył jego rozwoju religijnego", natomiast Pattie Boyd opowiada, że ich wspólny przybytek można określić "zatopionym alkoholem i zasypanym kokainą domem wariatów". (Boyd w czerwcu 1974 roku zostawiła Harrisona dla... jego najlepszego przyjaciela, Erika Claptona). Pod wpływem tych - i wielu innych, których tu nie wspominam - czynników powstała płyta, którą Simon Leng, muzyczny biograf George'a, określił jako "muzyczna opera mydlana, która kataloguje muzyczne wybryki rockandrollowca, małżeńskie kłótnie, utracone przyjaźnie i zwątpienie w siebie".


Rozpoczyna się od Hari's On Tour (Express). Jest to stosunkowo długi - bo trwający prawie 5 minut - utwór instrumentalny. Mimo jego długości nie wieje tu nudą. Nagrania dokonano w 1974 roku w Friar Park i jest to nic innego, jak spontaniczne jam session. Prym wiedzie tu motyw oparty na gitarze, na której Harrison gra, używając swojego znaku rozpoznawczego, a więc stylu slide. Znaczącą rolę w nagraniu odgrywa także saksofon (na którym zagrał sam Tom Scott - członek The Blues Brothers). Mimo, że muzycznie jest to właściwie zapętlony motyw, to wspaniała jazzowa aranżacja dodaje całości blasku i sprawia, że ten numer świetnie sprawdza się w roli otwieracza albumu.
W Simply Shady pojawia się już wokal Harrisona. Utwór ten napisany został w 1974 roku w Bombaju i jest reakcją George'a na rozpadające się małżeństwo z Pattie Boyd, a także skutki wynikające z nadużywania przez niego alkoholu i zbyt rozwiązłego życia muzyka. Ex-Beatles umieścił tu także nawiązanie do utworu Johna Lennona, Sexy Sadie z podwójnego albumu The Beatles (rok 1968). Piosenka utrzymana jest w nastroju country rocka i jest bardzo delikatna, wzruszająca i pełna smutku. Refren może nie zapada specjalnie w pamięć, ale jest piękną eskalacją budowanego w zwrotkach napięcia. Oprócz bardzo dobrych wokali zwraca tu uwagę również wspaniale łkająca w tle gitara (ale do tego Harrison zdążył nas już przyzwyczaić). Przepiękna ballada; jedna z bardziej udanych w repertuarze George'a.

The rest is simply shady
It's all been done before
But it doesn't make life simple
That's for sure
You may think about a lady
Cause yourself a minor war
And your life won't be so easy anymore

So Sad to kolejny przykład lirycznego Harrisona. Piosenka ta została pierwotnie nagrana na album Living In the Material World, lecz ostatecznie George zrezygnował z jej wydania i oddał ją Alvinowi Lee (gitarzyście i wokaliście Ten Years After), który nagrał to z piosenkarką gospel jako So Sad (No Love of His Own). Utwór został napisany przez George'a w 1972 roku, jako reakcja na pogłębiające się kłopoty w jego ówczesnym małżeństwie. Przedstawiony tu obraz zimy kontrastuje z wiosennym, radosnym i sielankowym obrazem z Here Comes the Sun z 1969 roku. Wersja z Dark Horse nagrana została zaledwie 8 miesięcy przed tym, gdy Pattie zostawiła "cichego Beatlesa" dla Erika Claptona. Mimo, że nie dorównuje Simply Shady, absolutnie nie uważam So Sad za porażkę. Jest to piękny, wzruszający utwór o radiowym potencjale (mimo wszystko, ze względu na zawarty w nim potężny ładunek smutku, nie było raczej możliwe, by mógł odnieść jakikolwiek sukces). Piękna rzecz.

Now the winter has come
To eclipse out the sun
That has lighted my love for sometime
And a cold wind now blows
Not much tenderness flows
From the heart of someone feeling so tired
And he feels so alone
With no love of his own
So sad, so bad

Bye Bye, Love to mocno zmodyfikowana przez George'a wersja piosenki zespołu The Everly Brothers. Harrison zmienił tu linię melodyczną i zdecydowanie przerobił tekst tak, by teraz zawierał odniesienia do Pattie i Erika. Mimo smutnego tekstu, jest to rzecz zdecydowanie żywsza niż poprzednie 2 kawałki. Niestety, jest zarazem słabsza. Po upływie tych czterech minut nic nie zostaje w głowie, a i podczas słuchania nie czuć specjalnie wielkiej przyjemności. Zwykły wypełniacz. Szkoda.

Goodbye happiness
Hello loneliness
I think I'm gonna cry
Bye bye my love bye bye
It's gonna be a raining out of doors
Hello happiness
Goodbye my love goodbye

Maya Love pierwotnie napisane było jako instrumentalny utwór slide, do którego dopiero po czasie Harrison dopisał słowa. Podobnie jak wszystko na tej płycie, tekst odnosi się do Pattie, która miała zostawić Beatlesa dla jego najlepszego przyjaciela. Słowa opowiadają o złudnej miłości, która szybko ulatuje i jest zdradliwa (maya w sanskrycie oznacza bowiem właśnie "iluzję" lub "coś, czym nie jest"). W nagrywaniu piosenki George'owi towarzyszył m.in. Billy Preston, który towarzyszył ex-Beatlesowi w trasie. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, George odchodzi tu od tradycyjnego dla swojej solowej kariery orientalnego zabarwienia na rzecz funku i r&b. Trzeba przyznać, że eksperyment wyszedł mu w miarę zadowalająco. Czemu "w miarę"? Ano dlatego, że słucha się tego z przyjemnością, jednak w głowie nic nie zostaje.

Maya Love is like the sea
Flowing in and out of me
Maya Love is like the day
First it comes, then it rolls away
Maya Love is like the wind
Blowing hard on everything
Maya Love is like the rain
Beating on your window brain
Maya Love is like the stream
Flowing through this cosmic dream

Ding Dong, Ding Dong to piosenka, która w założeniu miała być wielkim świątecznym przebojem George'a (chociaż według mnie ze świętami wiąże ją tylko refren i dźwięki dzwoneczków). Niestety piosenka nie jest dziś tak pamiętana, jak świąteczne hity kolegów z zespołu (Happy Xmas (War Is Over) Lennona i Wonderful Christmastime McCartney'a), jednak zdecydowanie jest warta uwagi. Jeśli chodzi o kwestie aranżacyjne, zastosowano tu typową dla Phila Spectora "ścianę dźwięku", co świetnie się tu sprawdza (piosenka spokojnie mogłaby być odrzutem z sesji do All Things Must Pass). Poziom też trzyma, a chwytliwy refren, przeznaczony do śpiewania w wieczór noworoczny, rzeczywiście wpada w ucho. Całkiem fajne.

Yesterday today was tomorrow
And tomorrow today will be yesterday
So ring out the old
Ring in the new

Dark Horse było pierwszym singlem promującym album. W Stanach zostało umiarkowanym przebojem trafiając do Top 20, jednak stało się też pierwszym nienotowanym w Wielkiej Brytanii singlem Harrisona. Osobiście bliżej mi chyba do podejścia Amerykanów, gdyż jest to zdecydowanie mój faworyt na albumie. Tekst może być adresowany zarówno do krytyków, którzy nie zostawili suchej nitki na albumie Living In the Material World przez zbyt wiele religijnych aluzji, do ex-żony Pattie Boyd, a także do byłych kolegów: Johna Lennona i Paula McCartneya. Pierwotnie George nagrywał tę piosenkę wraz z Ringo Starrem, jednak ostatecznie na album trafiła wersja zarejestrowana podczas prób do jego trasy koncertowej. Wtedy właśnie Harrison cierpiał na utratę głosu, stąd też bardzo zachrypnięte i wymuszone wokale. Jednak dodaje to tej piosence tylko zaangażowania, bowiem słychać w wokalach George'a niebywałą pasję i serce. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych kompozycji Harrisona w jego post-beatlesowskiej karierze i warty wysłuchania utwór.

I'm a Dark Horse
Running on a Dark Horse course
I'm a blue moon
Since I picked up my first spoon
I've been a cool jerk
Looking for the source
I'm a Dark Horse

Far East Man to utwór napisany przez George'a wespół z Ronniem Woodem (późniejszy gitarzysta The Rolling Stones), który przygotowywał wówczas swój debiutancki album. W efekcie tego kawałek ten pojawił się zarówno na Dark Horse, jak i I've Got My Own Album To Do Wooda. Piosenka powstała podczas romantycznego wzlotu miłosnego Harrisona i Boyd, jak i Wooda i jego żony Krissie. Miłostka skończyła się jednak z chwilą, gdy Pattie zostawiła George'a dla Erika (który był także przyjacielem Ronniego). Muzycy w tej piosence flirtują z soulem, jednak nie jest to eksperyment udany. Sporo mu brakuje co funkowego Maya Love. Piosenka ta po prostu JEST i nic więcej nie da się o niej powiedzieć.

All these ups and those downs
Makes me question what love is
Is it a lie or worthwile
I won't let him down
Got to do what I can
I won't let him drown
He's a far east man

Wieńczący album It Is "He" (Jai Sri Krishna) napisany został przez George'a podczas wizyty w północnych Indiach. Refren zaczerpnięty został z intonacji sanskrytu umieszczonej w parku poświęconym młodości Krishny. Ten kawałek to jedyny religijny hymn i manifest wiary Harrisona na Dark Horse i spokojnie mógłby się znaleźć na niezwykle uduchowionym Living In the Material World. Jest to fascynujący i rewelacyjny kawałek zawierający zarówno gospelowe klawisze, folkową gitarę akustyczną, indyjskie gitary i instrumenty perkusyjne, jak i partie zagrane na syntezatorze Mooga. Mimo, że nie kompozycja nie osiągnęła sukcesu poprzednich religijnych hymnów Harrisona, to według mnie nie ustępuje niczym My Sweet Lord i Give Me Love (Give Me Peace On Earth).

He whose eyes have seen
What our lives have been
And who we really are
It is 'He'
Jai Sri Krishna


Nastrój Dark Horse nie może dziwić, gdy wiemy, w jakich okolicznościach powstawał. Rozpad małżeństwa, skutki rockandrollowego, rozwiązłego życia w trasie, a także zmęczony swoim prześladującym go życiem z czasów Beatlesów, Harrison napisał bardzo pesymistyczny i rozpaczliwy album, który jest jednym wielkim krzykiem bólu i rozpaczy. Zbyt egzaltowana charakterystyka? Nie sądzę. Muzycznie jest to jednak krok w tyłu względem Living In the Material World (a tym bardziej All Things Must Pass). Mimo to, ex-Beatles wciąż jednak trzyma fason i potrafi zaserwować nam porcję pięknego gitarowego grania i jeden wybitny utwór (tytułowy Dark Horse). Koniec końców album można scharakteryzować w ten sposób: słucha się przyjemnie, ale nic na dłużej w głowie nie zostaje. Jest "po prostu" dobrze.

Ocena: 6/10

niedziela, 23 czerwca 2019

"Goodnight Vienna" - Ringo Starr [Recenzja]


Ringo Starr kuł żelazo póki gorące i za nagrywanie kontynuacji fenomenalnego i popularnego Ringo wziął się już w 1974 roku. Bardzo chciał ponownie nagrać płytę w iście beatlesowskim stylu "z małą pomocą swoich przyjaciół". Paul McCartney zajęty był jednak promocją swojego arcydzieła, Band On the Run, a George Harrison nagrywał wówczas Dark Horse. Jedynym ex-Beatlesem, który ruszył Ringo z pomocą, był John Lennon, celebrujący wtenczas "stracony weekend", czyli półtoraroczny okres separacji z Yoko Ono (za obopólną zgodą). Namówił on Starra do wykonania jednej z jego ukochanych piosenek, Only You, a także napisał dla niego tytułowy utwór (It's All Down To) Goodnight Vienna wraz z repryzą (w których, nawiasem mówiąc, możemy usłyszeć także samego Lennona). Sam idiom "goodnight Vienna" w liverpoolskim slangu znaczy po prostu "wszystko skończone".

(It's All Down To) Goodnight Vienna to piosenka napisana dla Ringo specjalnie przez Johna Lennona, od której nazwę wziął cały album. Zaczyna się odliczaniem i krzykiem "All right" wydanym przez Lennona. Piosenka jest utrzymana w raczej szybkim tempie i przywodzi na myśl typowe dla Ringo połączenie country i rockandrolla. Wokal Starra to wciąż ta sama, ciepła barwa, która radzi sobie bez problemu z utworami o stosunkowo małej rozpiętości dźwiękowej. Słychać, że Lennon doskonale wyczuwa warunki kolegi (tak jak w I'm the Greatest) i potrafi połączyć swoją charakterystyczną muzyczną wrażliwość z muzycznym emploi Ringo. Dzięki temu ta piosenka brzmi naprawdę fajnie i porywająco. Jako opener ustępuje I'm the Greatest, ale ma swój urok i zaostrza apetyt ma resztę longplaya.

I took my baby to a party last night
She was so beautiful, she made me uptight
Up came a butcher with her ju jus alight
It's all down to goodnight Vienna

Felt like a bohunk but I kept up my cool
Green as a frog, man, I was back into school
Zipped up my mouth 'cause I was starting to drool
It's all down to goodnight Vienna

Następny kawałek, czyli Occapella, otwierają delikatne dęciaki, które prowadzą nas do piosenki zbliżonej stylistycznie bardziej do tych z płyty Beaucoups of Blues. Mamy tu w zwrotkach zabarwienie country i r&b, w tle pobrzmiewają klawisze i dęciaki, a i czasem do głosu Ringo dołączają gospelowe chórki. Naprawdę dobry kawałek, napisany dla ex-Beatlesa przez legendę rhythm and bluesa, Allena Toussainta. Piosenka idealna do relaksu. Niezbyt absorbująca, ale satysfakcjonująca.

Ah, there's music in the streets and there's music in the air
A little ol' soul beat, and there's dancing everywhere
I would tell the whole world, tell 'em if I could
To add a little song into each life
Oh, it's a-finger snappin' good

Oo-Wee to kolejna prosta przyśpiewka country w stylu Ringo. Nie wyróżnia się niczym spośród poprzedników (nawet refren nie zapada szczególnie w pamięć) i czuć tu brak dopracowania. Szkoda, bo odpowiedzialny za ten numer jest tandem Ringo Starr/Vini Poncia (twórcy przebojowego i porywającego Oh My My z albumu Ringo). Tutaj jednak mamy do czynienia z naprawdę słabą rzeczą. Zupełnie bez polotu.

Everytime I look inside me
I see the man that I've become
You make me wanna holler
And jump right out my collar
You've got me on the run

Husbands And Wives to utwór wykonywany w latach 60. przez amerykańskiego piosenkarza country, Rogera Millera, który załapał się do pierwszej dziesiątki zestawienia TOP 10 US Country. Trzeba przyznać, że Ringo ze swoim głębokim barytonem, w wydaniu balladowym jak najbardziej może się podobać. Mi na pewno podeszła właśnie taka stylistyka. Zaaranżowana bardzo oszczędnie, podkreślając jakby, że w pierwszym rzędzie jest tutaj przepiękna melodia i bardzo emocjonalne wykonanie Starra. Szkoda, że mija tak szybko. Można się rozmarzyć.

Two broken hearts lonely looking like
Houses where nobody lives
Two people each having so much pride inside
Neither sides forgives


W przypadku albumu Ringo, Starr otrzymał kompozycje od takich geniuszy muzyki (Paul, George i John), których złota ręka musiała przynieść natychmiastowy sukces. W przypadku utworu Snookeroo również poprosił o pomoc dwójkę swoich przyjaciół, a konkretnie święcący - porównywalne z Beatlesami w latach 60. - sukcesy tandem: Elton John i Bernie Taupin. Piosenka opowiada o młodym, pochodzącym z Anglii chłopcu, z którym spokojnie Starr mógłby się utożsamiać. John, nie dość że napisał muzykę, to ponadto gra tu na fortepianie. Piosenka doszła do trzeciego miejsca listy Billboard Hot 100. Trudno się dziwić, bo mamy tu typową dla Eltona bombę energetyczną z wpadającym w ucho refrenem, do którego nieciężko wyobrazić sobie jego wykonanie. Ringo spokojnie nadąża i wykonuje całość bardzo poprawnie. Nie ukrywam, że chętnie bym usłyszał demo, do którego wokal nagrałby Elton (wówczas myślę, że mielibyśmy tu do czynienia z rzeczą jeszcze lepszą), ale Starr spełnia w zadowalającym stopniu obowiązki wokalisty i dzięki jego ciepłemu głosowi brzmi to naprawdę dobrze. Znakomicie gra tu sekcja dęta, a nawet krótkie, rockandrollowe solo na gitarze i - jakże typowe dla Eltona - wysokie chórki w tle. Aż nóżka sama chodzi. Pierwsza stronę longplaya kończy mój zdecydowany faworyt z całego albumu.

I was born in the north of England
I was raised in a working town
I broke all the rules when I went to school
But the teacher's couldn't pin me down

I tried to make my parents proud
By adapting the social powers
Oh, pigs will fly and the earth will fry
When they get me doing honest hours

Rockandrollowy riff fortepianowy rozpoczyna także All By Myself. Piosenka zdecydowanie jednak wypada dość słabo. Nie ma tu niczego, o co można by się uchem zaczepić. Słaba rzecz. Do zapomnienia.

I've got a brand new feeling I just can't hide
I'm standing all by myself
Ain't got nobody else
All by myself
I don't need nobody

Call Me to rzecz aż porażająca swoim infantylizmem i nijakością. Nawet Ringo brzmi jakby w ogóle nie starał się uratować tej piosenki. Śpiewa, jakby ktoś spuścił z niego powietrze i jedną nogą był już w taksówce do domu. Nie warto zawracać sobie głowy tą piosenką.

If you still think you need me
Like I do, I want you to feed me
With your love I'll be strong
With your love I'll be strong and carry on

No No Song to piosenka, która opowiada o próbie sprzedania marihuany, kokainy i bimbru dla uzależnionego, który odmówił. Znów - ambicji tu za grosz, ale przynajmniej miło się tego słucha. Ringo śpiewa znów z jakimiś emocjami, a całość wypada bardzo optymistycznie i radośnie. Ma to potencjał radiowy (zresztą wydane zostało jako singiel wraz ze Snookeroo) i brzmi naprawdę fajnie.

A lady that I know just came from Columbia
She smiled beacause I did not understand
Then she held out some marijuana
She said it was the best in all the land

Only You (And You Alone) to piosenka, o wykonanie której przez Starra bardzo nalegał John Lennon. Oryginalnie grana była przez zespół The Platters w pierwszej połowie lat 50. i stała się wielkim przebojem. Trzeba przyznać, że John miał ucho i doskonale wyczuł, że Ringo może tu korzystnie wypaść. Nie pomylił się, gdyż ex-Beatles po raz kolejny udowadnia, że z balladami radzi sobie równie dobrze jak ze żwawym country.

Only you can make this change in me
For it's true, you are my destiny
When you hold my hand I understand
The magic that you do
You're my dream come true
My one and only you

Easy For Me to piosenka napisana dla ex-Beatlesa specjalnie przez Harry'ego Nilssona. I mamy tu do czynienia z najpiękniejszą na płycie balladą, wziętą jakby z sesji do Sentimental Journey. Mamy tu przepiękną, orkiestrową aranżację i klasyczny fortepian, a Ringo śpiewa tu jak natchniony. Przepiękna rzecz.

Sand castles fell from the tears in our eyes
That made it easier to see
Now the dream's over and I realise
That makes it easy for me

Goodnight Vienna (Reprise) to powtórzenie energetycznego openera, ale tym razem Ringo dziękuje wszystkim, którzy nagrywali album, a także publiczności, która go wysłuchała. Jest to rzecz bardzo króciutka, więc stanowi jedynie miły akcencik na koniec longplaya.

I took my baby to a party last night
She was so beautiful, she made up tight
Up came a butcher with her ju jus alight
It's all down to goodnight Vienna


Po rewelacyjnym Ringo fani mieli zaostrzone apetyty na kontynuację. Goodnight Vienna nie spełnia jednak tych oczekiwań, bowiem jest to rzecz nieporównywalnie słabsza i pozbawiona tej iskry, która charakteryzowała poprzednika. O ile pierwsza strona longplaya jeszcze w miarę trzyma fason, o tyle z drugą bywa różnie. Ze Starra jakby schodzi powietrze i zdarzają mu się już tylko przebłyski. Ta płyta może nie brzmiałaby tak źle, gdyby nie fakt, że niecały rok dzieli ją od Ringo i po prostu w tym zestawieniu, Goodnight Vienna wypada BARDZO blado. Generalnie ta płyta to taka średniawka (jakich wiele w dyskografii Starra), która, mimo bardzo krótkiego czasu trwania - nieco ponad pół godziny - zwyczajnie nuży. A to już bardzo źle o niej świadczy. By oddać sprawiedliwość - są tu naprawdę dobre kawałki, ale nawet one nie są w stanie uratować całości. Także, jeśli chodzi o nadzieje, że Ringo swoją solową karierą powtórzy sukces swoich kolegów to... goodnight Vienna.

Ocena: 5/10


Goodnight Vienna: 33:40

1, (It's All Down to) Goodnight Vienna - 2:35
2. Occapella - 2:55
3. Oo-Wee - 3:45
4. Husbands and Wives - 3:34
5. Snookeroo - 3:27
6. All by Myself - 3:21
7. Call Me - 4:07
8. No No Song - 2:33
9. Only You - 3:26
10. Easy for Me - 2:20
11. Goodnight Vienna (Reprise) - 1:20

czwartek, 20 czerwca 2019

"Walls And Bridges" - John Lennon [Recenzja]


Po wydaniu płyty Mind Games w 1973 roku John Lennon wraz ze swoją nową kochanką, May Pang, wyjechał z Nowego Jorku do Los Angeles, rozpoczynając trwającą półtora roku separację z Yoko Ono. W ramach swoich zobowiązań sądowych (więcej o tym: we wstępie do albumu Rock 'n' Roll), rozpoczął - z Philem Spectorem na stanowisku producenta - nagrania albumu, mającego zawierać rockandrollowe klasyki w nowych, "lennonowych" wersjach. Sesje nagraniowe zamieniły się jednak w głośne i pijackie imprezy. W związku z tym zdecydowano się zawiesić rejestrowanie albumu, a Spector zniknął wraz z taśmami, które dotychczas udało się zapełnić "nowym" materiałem. W efekcie Lennon wziął się za nagrywanie kolejnego solowego albumu. (Spector w końcu wrócił z taśmami-matkami, jednak po przesłuchaniu ich "na trzeźwo" okazało się, że nie nadają się do wydania i John był zmuszony nagrać całość ponownie).
Pierwotnie Lennon zamierzał nagrać płytę w akustycznym stylu Boba Dylana. W Nowym Jorku poznał jednak - odnoszącego sukcesy porównywalne do tych, którymi szczycili się Beatlesi - Eltona Johna. Jako, że był wielkim fanem jego dokonań (ponadto panowie nagrali nawet wspólnie jeden utwór), ostatecznie Lennon podjął się nagrania albumu nieco bardziej komercyjnego.
John, nie chcąc powtórki z sesji do Rock 'n' Roll, ustanowił jedną, jasną zasadę: żadnych imprez. Nagrania przebiegały gładko, w przyjaznej atmosferze. Na sam koniec jednak pozwolę sobie przywołać parę zdań, które Lennon napisał o albumie Walls And Bridges, a także czasie, w którym powstawał. Zamieścił je w swojej książce In His Own Words:

Muzycznie byłem niczym. Doskonale to widać na "Walls And Bridges", która jest produktem na wpół chorego rzemieślnika. Nie było żadnego natchnienia, pozostała jedynie aura rozpaczy... Zostałem artystą, ponieważ ceniłem wolność - nie nadawałem się do siedzenia w szkole czy w biurze. Ale wcale nie byłem wolny. Wycofywałem się wiele razy. Mam w sobie coś z mnicha i coś z cyrkowej pchły. Odkryłem, że życie nie kończy się wraz z upływem terminu prenumeraty "Billboardu".


Płytę rozpoczyna optymistyczny Going Down On Love. Tekst do tej piosenki Lennon napisał, jako reakcję na tzw. "stracony weekend", będący następstwem separacji z Yoko Ono. Mamy tu więc opis pozornie szczęśliwego, ale jednak pustego życia, w którym brakuje miłości. Za fasadą radosnego, niemal sielankowego śpiewu mamy tekst podszyty wewnętrznym smutkiem i pustką. W słowach można też dopatrywać się seksualnych aluzji, jednak wątpię by John miał to na celu. Mamy tu radosne dęciaki, wpadającą w ucho perkusję i delikatny wokal Lennona. Świetne i bardzo optymistyczne otwarcie, chociaż na dłuższą metę nie zapada zanadto w pamięć.

When the real thing goes wrong
And you can't get it on
And your love she has gone
And you got to carry on
And you shoot out the light
Ain't coming home for the night
You know you got to pay the price

Somebody please, please help me
You know I'm drowning in the sea of hatred

W 1974 roku John był jedynym ex-Beatlesem, który wciąż nie miał swojego singla numer 1. Ringo miał dwa, George jeden, a Paul aż trzy. W latach 70. prawdziwą fabryką przebojów był, poznany przez Lennona w Nowym Jorku, Elton John. I to właśnie z nim Lennon nagrał swój pierwszy (i jedyny za życia) numer 1, z którym wystąpili nawet w Madison Square Garden - był to ostatni publiczny występ Lennona (więcej o okolicznościach tego występu, a także jak do niego doszło, w recenzji koncertówki Eltona, Here And There). Mowa tu o Whatever Gets You Thru the Night, czyli optymistycznym i dość banalnym utworze; patrząc na to zarówno z punktu widzenia dorobku Lennona i Eltona. Mamy tu rozszalałe dęciaki, dość szczątkową melodię, niezbyt literacki tekst i zepchnięte na dalszy plan klawisze i fortepian Eltona. Jedyne, czego nie można odmówić tej piosence to naprawdę dobre wokale. Panowie znakomicie brzmią razem i tworzą ciekawy duet. Po ex-Beatlesie i mega-gwieździe muzyki pop oczekuje się jednak zwyczajnie więcej. Tak więc dla letniego słuchacza muzyki być może i ten utwór brzmiałby dobrze, jednak jak dla mnie jest to po prostu skrojony pod listy przebojów numer bez większego polotu. A i tak taki sukces osiągnął co najmniej w połowie dzięki dwóm potężnym muzycznym nazwiskom. 

Whatever gets you through the night it's alright
It's your money or your life it's alright
Don't need a sword to cut through flowers

Początek Old Dirt Road nasuwa natychmiastowe skojarzenia ze wspaniałym Jealous Guy z najlepszego albumu Johna - Imagine. Tekstowo, tytułowa "droga" jest metaforą pewności i stałości w galopującym wciąż na łeb na szyję świecie. Temat może niezbyt oryginalny, jednak Lennon dość ciekawie sobie z nim poradził. Muzycznie także jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Wyrazisty riff fortepianu, partie smyków i przerywniki w postaci tykania zegara. Czuć tu wyraźne zabarwienie stylistyką country. Całość wypada bardzo przekonująco, a delikatny głos Johna tylko dopełnia pozytywnego odbioru piosenki.

Breezing through the deadwood on a hot summer day
I saw a human being lazyboning out in the hay
I said uh, hey Mr. Human can ya rainmaker too?
He said I guess it's OK ya know the only thing we need is water
Cool, clear water, water

What You Got (czyli strona B singla #9 Dream) to już jednak żywiołowe i rockowe granie, z którym głównie możemy kojarzyć Lennona. Ex-Beatles powraca tu na znane sobie muzyczne rejony i udowadnia, że wciąż ma tu coś do powiedzenia. Całość zdecydowanie porywa, mamy tu połączenie dęciaków z wyrazistymi gitarami, a John zdziera głos jak za swoich najlepszych lat. Mamy tu też kolejny "motywujący" tekst, który odczytywać można jednak, jako przeprosiny skierowane do Yoko. Lennon wyśpiewuje więc swój żal i rozpacz z powodu "utraty" swojej żony. Znakomita rzecz i dobra odskocznia po melancholijnym poprzedniku.

You know the more it change, the more it stays the same
You gotta hang on in, you gotta cut the string

You don't know what you got, until you lose it
Oh baby, gimme one more chance

Bless You to jednak kolejna ballada, szkoda jednak że kompletnie bez wyrazu. Znowu delikatny głos Lennona, znowu gitara akustyczna, znowu granie pędzelkami na perkusji, solo dęciaków... to wszystko już było, tyle że w bardziej przekonujących wersjach. Broni się jednak całkiem niezły tekst i ujmująca swym pięknem linia wokalna. Jak na Lennona to jednak za mało, by uznać Bless You za w pełni udany numer.

Bless you whoever you are
Holding her now
Be warm and kind hearted
And remember though love is strange
Now and forever our love will remain

Kolejna ballada Scared naprawia jednak niesmak po Bless You. To kolejny numer utrzymany w wolnym tempie; więc czym się wyróżnia? Ano mamy tu rewelacyjny, mroczny, depresyjny i schizofreniczny klimat. Tutaj dęciaki nie urozmaicają tylko tła, ale wręcz stopniują napięcie. Lennon od delikatnego szeptu potrafi zdzierać głos. W tle pobrzmiewa łkająca gitara elektryczna, a klawisze robią tu świetną robotę. Ponownie John popisuje się znakomitym tekstem i umiejętnym budowaniem napięcia. Ten numer mógłby z powodzeniem znaleźć się na legendarnym The Beatles i poradziłby tam sobie z konkurencją, bez wątpienia. I tutaj byłby on moim zdecydowanym faworytem, gdyby nie...

You don't have to worry
In heaven and hell
Just dance to the music
You do it so well

Hearted and jealousy, gonna be the death of me
I guess I knew it right from the start
Sing out about love and peace
Don't wanna see the red raw meat
The green eyed goddamn straight from your heart

#9 Dream, które John Lennon napisał pod wpływem natchnienia. Według May Pang, ex-Beatles zaraz po przebudzeniu usiadł do pianina i przy jednym podejściu ukończył piosenkę. Na liczbę 9 można wielokrotnie natknąć się w biografii Johna. Sam zaaranżował partie smyczków dzięki czemu brzmią magicznie, wręcz fantasmagorycznie. Nie wiedział, co oznacza tajemnicza mantra, którą wyśpiewuje w refrenach - pojawiła się ona we wspomnianym już śnie Lennona. Cóż mogę powiedzieć; to prawdziwe muzyczne arcydzieło i kolejny epicki song Lennona, który spokojnie można postawić w jednym szeregu z Working Class Hero, God, Imagine, Jealous Guy czy też Mind Games. Delikatne zwrotki, gęsta faktura, wspaniałe smyczki i zwolnienie w bridge'u. Refren zaś to satysfakcjonująca eskalacja budowanego napięcia, w którym John wraz z żeńskim chórkiem wyśpiewuje tajemniczą mantrę. Piosenka uzależnia i nie wypada łatwo z głowy, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Szczególnie podoba mi się moment, gdy po refrenie mamy kolejne zwolnienie, w którym towarzyszą nam tylko i wyłącznie smyczki, a wstawka perkusyjna rozpoczyna kolejną ferię barw. Wspaniała rzecz i mój zdecydowany #1 z Walls And Bridges.

So long ago
Was it in a dream, was it just a dream?
I know, yes I know
Seemed so very real, it seemed so real to me

Took a walk down the street
Thru the heat whispered trees
I thought I could hear
Somebody call out my name as it started to rain
Two spirits dancing so strange


Surprise, Surprise (Sweet Bird of Paradox) to jednak powrót do grania bardziej konwencjonalnego, a zarazem - co za tym idzie - nudnego i przewidywalnego. Ta piosenka udowadnia, czemu Lennon nie potrafił sam napisać radiowego przeboju; po prostu każdy utwór, który potencjalnie miałby być przebojem, cierpiał na kompletną bezbarwność i wtórność. Tak samo jest też tutaj. Mamy tu wesołe dęciaki, radosny śpiew Lennona i nienatrętną perkusję, a mimo to... całość nie gra. Wypada wręcz nijako a utwór jest do całkowitego zapomnienia minutę po zakończeniu.

A bird of paradise
The sunrise in her eyes
God only knows such a sweet surprise
I was blind she blew my mind think that I love her

Steel And Glass Lennon określał w wywiadach, jako drugą część rewelacyjnego How Do You Sleep?, który był brutalnym atakiem przypuszczonym na Paula McCartneya (który jednak sam zaczął wojnę kawałkiem Too Many People z albumu Ram). Rozpoczyna się niemal akustycznie, tylko gitarą akustyczną i smyczkami, które nijak nie przywodzą na myśl legendarnego kawałka z Imagine. Po chwili, gdy wchodzą jednak dęciaki, podobieństwo jest widoczne jak na dłoni; riff jest praktycznie ten sam, a w tle pobrzmiewają identyczne smyki. Czuć tu jednak dojmujący brak rewelacyjnej gitary Harrisona, a i Lennon tekstowo jakby oklapł. Całość trzyma jednak wciąż niewiarygodnie wysoki poziom i wyróżnia się spośród reszty kawałków. Znakomita rzecz.

Your phone don't ring no one answers your call
How does it feel to be off the wall?

Well your mouthpiece squawks as he spreads your lies
But you can't pull strings if your hands are tied
Well your teeth are clean but your mind is capped
You leave your smell like an alley cat

Beef Jerky to kawałek instrumentalny. Oparty jest jednak wciąż na tym samym riffie gitary i identycznych patentach z dęciakami. Prawie 4 minuty nudy.
Nobody Loves You (When You're Down And Out) Lennon napisał na początku "straconego weekendu", a piosenka odbija jego dojmujące poczucie samotności w tamtym czasie. Nie chodziło jednak tylko o separację z Yoko, ale także o bardzo słabą recepcję jego ostatnich artystycznych dokonań. Czuł się zawiedziony i oszukany, gdyż zrobił to, o co prosili go fani, a mimo to Mind Games nie cieszyło się takim powodzeniem, na jakie liczył. John mówił, że ta piosenka byłaby idealna dla Franka Sinatry, a sam tytuł zaczerpnął z utworu Nobody Knows You When You're Down And Out (który coverował m.in. Eric Clapton). Sama piosenka jest jednak rewelacyjna i ponownie mamy tu mroczny i depresyjny klimat (echa Scared). Smutna, łkająca gitara, gorzki tekst wyśpiewany przez zmęczony wokal Lennona. Rewelacyjna rzecz, której warto posłuchać, by w pełni docenić jej piękno.

I've been across the water now so many times
I've seen the one eyed witchdoctor leading the blind
And still you ask me do I love you, what you say
Everytime I put my finger on it, it slips away

Well I get up in the morning and I'm looking in the mirror to see
Then I'm lying in the darkness and I know I can't get to sleep

Ya Ya to krótki żarcik muzyczny Lennona, mający charakter raczej taśmy demo niż pełnoprawnego utworu. Szczątkowy tekst, ledwo zauważalna muzyka i John śpiewający do wtóru perkusji. Jak dla mnie mogłoby tego w ogóle nie być, jednak dobrze że się pojawił i kończy album w optymistycznym nastroju.

Well, I'm sitting in the la la
Waitin' for my ya ya
I'm sitting in the la la
Waitin't for the ya ya

It may sound funny
But I don't believe she's comin'


Walls And Bridges to bardzo dziwaczna płyta. Na pewno jest odważniejsza od zachowawczego Mind Games. Poprzednia płyta była bardzo bezpieczna i właściwie stworzona do dobrej sprzedaży. Miała parę udanych momentów, jednak generalnie była raczej bez wyrazu. Walls And Bridges to natomiast obraz Lennona w najcięższym momencie jego życia. Artystycznie i prywatnie - stał w rozkroku. I ta płyta jest też bardzo schizofreniczna, obrazując wewnętrzne rozdarcie Johna. Od radości do smutku i przygnębienia. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że te bardziej udane kawałki są kalkami rzeczy z przeszłości: #9 Dream to oczywisty następca Mind Games, Steel And Glass wręcz prosi się o porównanie z How Do You Sleep?,  Old Dirt Road jest oparty na tych samych akordach co Jealous Guy, natomiast Scared i Nobody Loves You (When You're Down And Out) to właściwie bliźniacze utwory. Mimo to, te patenty wciąż jednak działają i potrafią przynieść słuchaczowi sporo satysfakcji z ich słuchania. Ta płyta nie odmieniła kariery Lennona, ani nie dała mu ani jego fanom jasnej informacji w którą stronę powinien zmierzać. Jest to płyta bardzo rozchwiana i trudna do ugryzienia - jak jej autor. Jednak jest w niej pewien urok i podskórnie ukryte piękno i twórcze ambicje. Warto się z nią zapoznać, by wyrobić sobie o niej zdanie. Ja odbieram ją nader pozytywnie, choć też nie zachwyciła mnie zanadto. Godna nazwiska Lennona, ale jednak za słaba jak na status ex-Beatlesa.

Ocena: 7/10

środa, 5 czerwca 2019

"Band On the Run" - Paul McCartney & Wings [Recenzja]


Już od początku Paul McCartney chciał by następca Red Rose Speedway był czymś wyjątkowym, ale - jak na złość - wszystko szło jak po grudzie. Ex-Beatles wymyślił sobie, że kolejny album nagrywany będzie w egzotycznym otoczeniu, dzięki czemu muzyka miałaby nabrać szczególnego kolorytu. Wyobrażał sobie, że cały dzień wylegiwać się będą na plaży, a nagrywać będą nocą. Poprosił więc kierownictwo EMI o spis wszystkich studiów, rozsianych po całym świecie (wiedział, że wytwórnia go posiada, gdyż George Harrison nagrywał wcześniej w Kalkucie). Już przed wyjazdem pojawił się jednak problem, gdyż Paulowi wykruszyło się 2/5 zespołu. Henry McCullough miał już dosyć tego, że przez perfekcjonizm McCartneya musiał na koncertach odtwarzać wszystko, co udało mu się kiedyś stworzyć, jeden do jednego. Mimo, że chciał wymknąć się ze schematu i ponieść się improwizacji, Paul kazał mu się powstrzymać i grać dokładnie tak, jak zostało to zarejestrowane na płycie. Następny odpadł Danny Seiwell, który miał do McCartneya pretensje pod kątem finansowym. Musieli być dostępni 24/7, a w zamian za to dostawali 70 funtów tygodniowo (a gdy upominali się o podwyżkę, Linda McCartney mówiła, że to oni powinni płacić Paulowi za samą możliwość grania z nim). Wściekły Seiwell odszedł więc przed wylotem; miał nawet spakowaną walizkę, a o odejściu poinformował Paula telefonicznie. Koniec końców, w samolocie do Lagos lecieli Paul, Linda i Denny Laine.
Już sama pogoda w Nigerii znacznie minęła się z przewidywaniami Paula, gdyż przywitała ich fala tropikalnych deszczy i podczas całego ich pobytu w Lagos rzadko kiedy się rozpogadzało. Największym problemem okazało się jednak samo studio, które było w opłakanym stanie; nie było ani jednego mikrofonu, stół mikserski i ekrany dźwiękochłonne nie nadawały się do użytku, odkryto w studiu gniazdo szczurów, a za oknami wciąż przechadzali się żołnierze z karabinami. Paul, Linda, Denny i Geoff Emerick (inżynier dźwięku) musieli więc sami zbudować to studio. Tyle dobrze, że chociaż większość muzyki była już wcześniej gotowa; Paul i Linda napisali je w Szkocji, toteż do nagrywek ruszali po obiedzie i trwały one do późnego wieczora, a nierzadko nawet do rana.
Paul był zafascynowali muzyką afrykańską i bardzo chciał wykorzystać na płycie trochę tamtejszych dźwięków poprzez zatrudnienie lokalnych muzyków. Pewnego dnia do studia przybył jednak Fela Ransome-Kuti, nigeryjski muzyk, i zaczął oskarżać McCartneya o kradzież lokalnego folkloru; zaczął go wyzywać, krzyczeć na niego i mu grozić. Dopiero, gdy Paul puścił mu taśmy, Ransome-Kuti zrozumiał, że Paul wcale nie chce kraść niczego z afrykańskiej kultury, a McCartney musiał zrezygnować ze swojego pomysłu na wykorzystanie tamtejszych wpływów muzycznych.
Paul był tez ofiarą ataków lokalnej policji i mediów, którzy podejrzewali go o to samo, co Fela Ransome-Kuti. W pewnym wydaniu "Lagos Evening Post" - który został dostarczony do studia - z pierwszej strony straszył nagłówek: Uważaj, to miasto przynosi pecha. Pewnego dnia, podczas spaceru, Paul i Linda zostali napadnięci przez grupkę pięciu uzbrojonych w noże bandytów. McCartneyowie musieli oddać im biżuterię, aparat fotograficzny, a także taśmy demo, które akurat mieli ze sobą. Znacznie spowolniło to proces nagrywania, gdyż były tam wszystkie teksty; oryginały zostały w Anglii, więc Paul musiał z pamięci wszystko odtworzyć. To wydarzenie mocno wpłynęło na jego psychikę; często się załamywał i był zestresowany. Podczas nagrywania Nineteen Hundred And Eighty Five, Paul poczuł, że ciężko mu się oddycha i stracił przytomność. Sprowadzony lekarz stwierdził skurcz oskrzeli spowodowany nadmiernym... paleniem trawki przez ex-Beatlesa.
Po powrocie do Anglii Paul wysłał taśmy do George'a Martina, który zmiksował to w 7 tygodni. Nikt jednak nie spodziewał się sukcesu, który odniósł album. Został uznany przez magazyn Rolling Stone za najlepszy album 1973 roku, zdobył dwie nagrody Grammy, a także był najlepiej sprzedającą się płytą 1974 roku, pokonując składankę Greatest Hits Eltona Johna.
Band On the Run można uznać za album koncepcyjny; każdy utwór porusza tematykę wyrwania się na wolność i ucieczki od legendy The Beatles. Sam koncept podkreśla też okładka, która jest jednym z bardziej rozpoznawalnych zdjęć muzycznych na świecie. Jest to bezpośrednie odniesienie do okładki zdobiącej album Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band. Tam Beatlesi - przebrani w bajowe kostiumy - stali w otoczeniu całego szeregu kultowych postaci. Tutaj Paul, w świetle reflektora, jest wraz z ośmioma innymi postaciami (wśród nich m.in. Linda, Denny, aktor Christopher Lee i dziennikarz Michael Parkinson). Wszyscy przedstawieni są jako grupa więźniów uciekających z więzienia. Fotografia jest bardzo dynamiczna, co uwydatniają wyrazy twarzy wszystkich osób. Początkowo na okładce znaleźć się miał tylko tytuł albumu, lecz wytwórnia wymogła nazwę zespołu i nazwisko McCartneya. Było to spowodowane względami komercyjnymi; zespół Wings był wówczas mało znaną marką, natomiast Paula znali wszyscy.

Jak wspomina Paul, pisanie utworu Band On the Run zaczął od zwrotu "If we ever get out of here". Mówić tak miał zwyczaj George Harrison podczas długich narad w siedzibie Apple. Ta piosenka to właściwie 3 połączone ze sobą płynnie fragmenty utworów (tak McCartney robił już przy okazji chociażby Uncle Albert/Admiral Halsey czy przebojowego Live And Let Die). Sam tekst prawdopodobnie opowiada o potrzebie ucieczki od monotonni, w którą Paul wpadł po rozpadzie The Beatles. Muzycznie rozpoczyna się od najbardziej wyciszonej, balladowej części, której trzonem są wpadające w ucho klawisze i znakomity riff gitarowy. Po chwili pojawia się jednak drugi fragment, o wiele bardziej dynamiczny. Gitary mają tu więcej do powiedzenia i to tu właśnie pojawia się wspomniany przeze mnie wers. Zanim się obejrzymy, mamy już kolejny motyw dęciaków, przechodzący następnie w najbardziej znaną melodię z tego utworu. Tu z kolei Paul wyśpiewuje tytułową frazę. Ta piosenka to istny killer i rewelacyjnie sprawdza się na koncertach (McCartney sięgał po nią nawet 40 lat po jej powstaniu). Utwór stał się ogromnym przebojem i trudno się dziwić. Niebanalna konstrukcja, wpadająca w ucho melodie i smakowity aranż. Wspaniała rzecz!

Well the night was falling
As the desert world began to settle down
In the town they're searching for us everywhere
But we never will be found

Band on the run, band on the run
And the county judge, who held a grudge
Will search for ever more
For the band on the run

Na albumie The Beatles Paul McCartney jedną piosenkę poświęcił swojej suczce (Martha My Dear). W przypadku utworu Jet mamy tu rzecz zainspirowanym labradorem Paula i Lindy o tym właśnie imieniu. W ucho wpada tu przede wszystkim wykrzykiwane co jakiś czas przez McCartneya tytułowe słowo, a sam tekst opiera się na chęci gnania przed siebie. Znakomity riff gitary, zjawiskowa gra na perkusji, no i znakomicie kontrastujące ze zwrotkami refreny. Uwagę zwraca także świetne solo na syntezatorze Mooga. Paul dorzucił do pieca i cały kawałek leci na łeb na szyję, dodając płycie ognia. Na początku McCartney nie życzył sobie by wykroić z tej płyty jakikolwiek singiel, uważając, że docenić ten album można tylko całościowo, lecz - przekonany przez ludzi z wytwórni - zdecydował się ostatecznie właśnie na Jet. Kolejny znakomity kawałek.

Jet, I can almost remember their funny faces
That time you told them that you were going to be marrying soon
And Jet I thought the only lonely place was on the moon


Bluebird to rzecz bardzo mocno czerpiąca z beatlesowskiego Blackbird. Oczywiście już na stopie samego tytułu mamy tu nasuwające się podobieństwo; pojawia się ono także jeśli chodzi o tematykę utworu, gdyż ponownie mamy tu potrzebę poszukiwania wolności, ale także potrzebę kobiecej emancypacji. Muzycznie jednak jest to rzecz bardziej złożona i mniej akustyczna. Główną rolę pełnią tu instrumenty perkusyjne i przepiękne solo na saksofonie Howiego Caseya. Jest to zdecydowanie najbardziej beatlesowski utwór na płycie - ta harmonia w refrenach... Można odpłynąć, gwarantuję.

Late at night when the wind is still
I'll come flying through your door
And you'll know what love is for
I'm a bluebird

Touch your lips with a magic kiss
And you'll be a bluebird too
And you'll know what love can do
I'm a bluebird

O czym tak naprawdę opowiada Mrs Vandebilt? Paul zaczerpnął pomysł od pewnego bogatego holenderskiego rodu, który zdobył bogactwo dzięki budowie kolei, jednak ostatecznie zbankrutował. Z historii to tyle, cała reszta to wymysł Paula. Trzeba przyznać, że ten utwór to najbardziej żywiołowa i przebojowa część albumu. Mamy tu i solo saksofonu i żwawe zwrotki i wpadające w ucho zaśpiewy "Ho Hey Ho". Jest to jeden z moich ulubionych momentów płyty, a przez wiele lat był żelaznym punktem koncertów Paula. 

When your light is on the blink
You never think of worrying
What's the use of worrying?
When your bus has left the stop
You'd better drop your hurrying
What's the use of worrying?
Leave me alone Mrs Vandebilt
I've got plenty of time of my own
What's the use of worrying?
What's the use of hurrying?
What's the use of anything?

Let Me Roll It to rzecz po dziś uważana za pastiż stylu, który w swojej solowej twórczości prezentował John Lennon. Szczególne podobieństwo można zauważyć po zestawieniu tego utworu z Cold Turkey. Let Me Roll It to jednak rzecz z nieporównywalnie wyższej półki.  Tytuł to ponowna inspiracja Georgem Harrisonem, który w swoim utworze I'd Have You Anytime użył frazy "Let me roll it to you". McCartney wspiął się tutaj na wyżyny swoich rockowych możliwości, tworząc jeden z najsłynniejszych riffów w historii rocka (a na pewno najsłynniejszy w swojej solowej karierze). Utwór znalazł się na stronie B singla Jet, więc można powiedzieć, że odniósł spory sukces, jednak według mnie zasługuje na to o wiele bardziej niż utwór ze strony A. Mamy tu genialny wstęp klawiszowy, chwytliwy i ostry riff gitarowy przyprawiony echem, rockandrollowe zaśpiewy Paula i świetne solówki. Mój absolutny faworyt albumu i jeden z ulubionych songów McCartneya. Kończy stronę A albumu w wielkim stylu. Warto posłuchać, choćby po to, żeby się przekonać, że Paul to nie tylko gładziutkie i popowe melodyjki, ale i rock, którego nie powstydziłby się sam Lennon.

I want to tell you
And now's the time
I want to tell you that
You're going to be mine

I can't tell you how I feel
My hearts is like a wheel
Let me roll it
Let me roll it to you

Rozpoczynająca stronę B albumu Mamunia to pierwsza piosenka nagrana przez Wingsów w Nigerii. Samo słowo "mamounia" po arabsku oznacza "bezpieczną przystań" i jest to zarazem nazwa domu, w którym zatrzymali się Paul, Linda i Denny podczas wizyty w Afryce. Jest to najbardziej fantasmagoryczna i rozmarzona piosenka na płycie, oparta na rewelacyjnej linii basu i tekście nawiązującym do protestów studentów w UCLA (ale można też uznawać to za pochwałę przyrody i ekologii). Klimatem najwięcej czerpie z Afryki i jest jednym z najciekawszych utworów na płycie, choć uważa się ją powszechnie jako wypełniacz; ja tak nie uważam. Sądzę, że jest to kolejny znakomity utwór z piękną melodią i wpadającym w ucho słowem-tytułem.

The rain comes falling from the sky
To fill the stream that fills the sea
And that's where life began for you and me

No the next time you see rain it ain't bad
Don't complain; it rains for you
The next time you see L.A. rainclouds
Don't complain; it rains for you and me

No Words to jedyna piosenka, w pisaniu której pomógł Paulowi Denny Laine (razem napisać mieli jeszcze megahit Mull of Kintyre). Tekstowo jest to raczej prosta rzecz o relacjach dwojga ludzi. Napisany został podczas sesji do Red Rose Speedway, jednak nie trafił wówczas na płytę. Dobrze, że się tu znalazł. Jest to najkrótsza rzecz na albumie, jednak brzmi nad wyraz dobrze i ma naprawdę fajną melodię.

I want to give your love away
And end up giving nothing
I'm not surprised that your black eyes
Are gazing

You say that love is everything
And what we need the most of
I wish you knew that's just how true
My love was

Picasso's Last Words (Drink For Me) to piosenka, którą McCartney napisał poniekąd "na zamówienie". Otóż podczas pobytu na plaży z aktorem, Dustinem Hoffmanem, Paul powiedział, że potrafi napisać piosenkę na każdy temat i od ręki. Hoffman nie uwierzył i powiedział, żeby w takim razie napisał na temat, który pierwszy wpadł mu do głowy. Zahaczył wówczas okiem o nagłówek artykułu w gazecie, którą akurat czytał. Były tam ostatnie słowa, które Pablo Picasso powiedział przed śmiercią: "Pijcie za mnie, pijcie za moje zdrowie, bo wiecie, że ja nie mogę już pić". McCartney usiadł więc z gitarą, zaczął coś brzdąkać i powoli zaczęła krystalizować się z tego piosenka. Oniemiały Hoffman zaczął wołać swoją żonę, krzycząc: "Anno! Anno! On naprawdę to robi! Pisze piosenkę!". McCartney był nieco zaskoczony jego reakcją, gdyż dla niego nie było to nic niezwykłego. Chcąc podkreślić jednak ciągłość i nierozerwalność poszczególnych fragmentów albumu ze sobą, postanowił w studiu trochę zmodyfikować tenże utwór. Po znakomitym, akustycznym utworze pojawiają się więc motywy z Jet i Mrs Vandebilt. Stanowi to fajną i przemyślaną repryzę. Sama piosenka Picasso's Last Words (Drink For Me) to jedna z najbardziej interesujących rzeczy, które Paul skomponował. Najpierw jest delikatnie, akustycznie, potem mamy zdecydowanie bardziej optymistyczny fragment przechodzący we fragmenty poprzednich numerów, przeplatane powrotami motywów z omawianej tu piosenki. Zapiera dech w piersiach!

The grand old painter died last night
His paintings on the wall
Before he went he bade us well
And said goodnight to us all
Drink to me, drink to my health
You know I can't drink anymore

Nineteen Hundred And Eighty Five to już przykład klasycznego dla Paula piano-rocka. Data nie znaczy tu nic szczególnego; ta fraza wpadła po prostu McCartneyowi do głowy i przez długi czas miał tylko ją. Dopiero przy okazji pisania materiału na ten album, postanowił to dokończyć i powstał z tego kolejny wybitny utwór ze zmianami tempa i nastrojów, kapitalnymi wokalami i wpadającym w ucho riffie fortepianu. W moim prywatnym rankingu piosenek Paula ten kawałek okupuje wysoką lokatę i bardzo lubię do niego wracać. Ten utwór pełni jednak też przykrą rolę - kończy najwspanialszy album, jaki kiedykolwiek stworzył ex-Beatles.

Oh my mama said the time would come when I
would find myself in love with you
I didn't think
I never dreamed
That I would be around to see it all come true
Well I just can't get enought of that sweet stuff
My little lady gets behind


John Lennon w zasadzie od rozpadu The Beatles o solowej działalności Paula wypowiadał się w najbardziej pejoratywnych słowach, jakie wpadały mu do głowy. Jeden album to jednak zmienił. Band On the Run John ocenił jako zestaw znakomitych, wysmakowanych piosenek, które prezentują to, co w Paula muzyce najlepsze. Trudno się ze stwierdzeniem Lennona nie zgodzić. Jeżeli komuś nie przypadły do gustu ascetyczne McCartney, beatlesowskie Ram, surowe Wild Life i popowe Red Rose Speedway, to ten właśnie album jest ostatnią deską ratunku by przekonać się do twórczości Paula. Cała płyta to praktycznie przebój na przeboju. Klasyk goni klasyk, a McCartney jako tekściarz i kompozytor pokazał się z najlepszej strony. Nigdy już nie osiągnął takiej formy i nie nagrał tak znakomitego i - nie waham się użyć tego słowa - Wybitnego albumu. Jest to nie tylko moja ulubiona płyta z solowego katalogu Paula, ale moja ulubiona płyta któregokolwiek ex-Beatlesa i postawić ją mogę w jednym szeregu z najwspanialszymi dokonaniami Beatlesów. Nie może więc być innej oceny...

Ocena: 10/10


Band on the Run: 41:08

1. Band on the Run - 5:12
2. Jet - 4:09
3. Bluebird - 3:23
4. Mrs. Vandebilt - 4:40
5. Let Me Roll It - 4:51
6. Mamunia - 4:51
7. No Words - 2:35
8. Picasso's Last Words (Drink to Me) - 5:49
9. Nineteen Hundred and Eighty Five - 5:28

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...