czwartek, 22 października 2020

"Surfer Girl" - The Beach Boys [Recenzja]



Po raz pierwszy za stanowiskiem producenta zasiadł samodzielnie Brian Wilson i to on nadzorował powstawanie (tylko w pisaniu jednej piosenki nie wziął udziału) i nagrywanie płyty, którą później zatytułowano Surfer Girl. W USA ukazała się w 1963 roku i cieszyła się sporą popularnością, a także uznaniem krytyków (choć nie wychwalali też jej pod niebiosa). W Wielkiej Brytanii na jej wydanie fani musieli czekać aż 4 lata.


Zaczynamy od jednego z największych przebojów The Beach Boys, czyli tytułowego Surfer Girl. To utwór napisany samodzielnie przez Briana i stanowi esencję stylu wczesnych Beach Boysów. Mamy rytm walca, przepiękne harmonie wokalne, cudowną melodię, która wpada w ucho, no i mało urozmaiconą aranżację. To pierwsza w pełni autorska kompozycja Briana, który śpiewa tu też wokale wiodące rozmarzonym i kojącym głosem. Może i nie jest to jakieś bardzo wymagające lub ambitne granie, ale jak najbardziej przyjemnie się tego słucha.

I have watched you on the shore
Standing by the ocean's roar
Do you love me do you surfer girl
Surfer girl surfer girl

We could ride the surf together
While our love would grow
In my Woody I would take you everywhere I go

Dynamiczniej wypada Catch a Wave, napisane przez Wilsona już wespół z Mike'iem Love. Bardzo przyjemny, chwytliwy i odprężający kawałek o surfowaniu.

Don't be afraid to try the greatest sport around
Everybody tries it once
Those who don't just have to put it down
You paddle out turn around and raise
And baby that's all there is to the coastline craze
You gotta catch a wave and you're sittin' on top of the world

Niegorzej wypada też ładne zwolnienie w postaci balladowego The Surfer Moon. Tu jednak Brian Wilson już tak się nie popisał i zafundował nam całkiem niezłą, ale szczególnie nie wyróżniającą się niczym balladkę. Ot, miło płynie, ale raczej w pamięć nie zapada.

Other moons have brought light and love before
Promising to remain for evermore
But they all disappeared with each new tune
They make way for the surfer moon

Równie bezbarwnie wypada też odtwórcze i monotonne South Bay Surfer (The Old Folks at Home). To po prostu typowi Beach Boysi, jednak mało chwytliwi.

Look out here come those South Bay surfers
California's gettin' hot
There they go cruisin' down that coastline
Lookin' for their favorite spot

We'll find the big one

The Beach Boys postanowili widocznie kontynuować podjęty na Surfin' USA wątek kompozycji instrumentalnych. Pierwszą z nich na Surfer Girl jest The Rocking Surfer. Podobnie jak na poprzedniej płycie, nie jest ona zbyt ciekawa i wypada raczej mało interesująco.
Po tym kilkupiosenkowym zastoju prawdziwym orzeźwieniem jest Little Deuce Coupe. Beach Boysi zeszli trochę z tematyki surfowania, tym razem opowiadając nam o motoryzacji (czemu nieco bardziej się poświęcą się już wkrótce). Mamy tu bardzo przyjemne, dynamiczne i radosne tempo i wreszcie wpadające w ucho refreny ze znakomitymi falsetami Mike'a Love.

She's got a competition clutch with the four on the floor
And she purrs like a kitten till the lake pipes roar
And if that ain't enough to make you flip your lid
There's one more thing, I got the pink slip daddy

And comin' off the line when the light turns green
Well she blows 'em outta the water like you never seen
I get pushed out of shape and it's hard to steer
When I get rubber in all four gears

Zaskakująco intymnie i delikatnie wypada natomiast ballada In My Room. To zdecydowanie jeden z bardziej poruszających utworów The Beach Boys; opowiada on o osobie, która zamyka się w pokoju, gdzie wreszcie może poczuć się sobą. Znów mamy rytm walca, przepiękną i chwytliwą melodię... Zresztą, co ja będę mówił. Warto posłuchać, bo to świetna piosenka.

There's a world where I can go and tell my secrets to
In my room, in my room
In this world I lock out all my worries and my fears
In my room, in my room

Do my dreaming and my scheming
Lie awake and pray
Do my crying and my sighing
Laugh at yesterday

Now it's dark and I'm alone
But I won't be afraid
In my room, in my room

Znacznie słabiej od In My Room wypada natomiast Hawaii. Ale w perspektywie reszty pyty jest naprawdę całkiem fajne. Miłe wokale, przyjemna melodia i w ogóle sympatycznie się tego słucha.

Now I don't know what town you're from
But don't tell me that they got bigger waves
Cause everyone that goes
Comes back with nothing but raves

That's in Hawaii

Ale już mało co zostaje mi na obronę Surfer's Rule. To wyjątkowo toporny i monotonny kawałek, który nie ma sobą nic do zaoferowanie, pomijając może bezbolesne słuchanie. 

They burn't it in the grass on the football field now
Just try to make them cool it and they'll never yield now
Take what you've heard now and go pass the word now
Surfers rule

Z tych "samochodowych" piosenek wolę Little Deuce Doupe, jednak Our Car Club też wstydu nie przynosi. Fajnie płynie, ma miłą melodię i świetne refreny.

I've been cruisin' round the town now with the guys for quite a while
We been thinkin' 'bout starting up a club that shows some class and style
And we'll get the finest cars

Your Summer Dream to jednak znów słabe i mało ciekawe balladowe granie.

See another couple over there
To them an ordinary day
Soon you wonder where the time has gone
The sun has almost slipped away

Now it's gone and your alone
In her eyes you see a gleam
Time has come for you to show your love
Make it real your Summer dream

Boogie Woodie to kolejny słaby instrumentalny numer. Słabe domknięcie płyty.


Surfer Girl to słaby album. Właściwie jest to tylko parę dobrych piosenek otoczonych przez prawdziwe wypełniacze. No cóż,  nie wszyscy artyści potrafili trzymać poziom przy tempie wydawania, jaki obowiązywał w latach 60. Ewidentnie Brian Wilson (który brał udział w powstawaniu każdej piosenki na płycie) potrzebował czasu, by napisać coś dobrego. Tu trafiły mu się złote strzały, nie powiem że nie (Surfer Girl, Little Deuce Doupe, In My Room), ale poza tym, to raczej mamy tu do czynienia albo ze średniakami, albo wręcz ze słabymi utworami, których miło się słucha, ale ani nie wpadają w ucho, ani nawet szczególnie nie wciągają. Estetyka surf rocka chyba się już Beach Boysom wyczerpała i na tej płycie czuć zmęczenie materiału.

Ocena: 4/10


Surfer Girl: 25:30

1. Surfer Girl - 2:26
2. Catch a Wave - 2:07
3. The Surfer Moon - 2:11
4. South Bay Surfer (The Old Folks at Home) - 1:45
5. The Rocking Surfer - 2:00
6. Little Deuce Coupe - 1:38
7. In My Room - 2:11
8. Hawaii - 1:59
9. Surfer's Rule - 1:54
10. Our Car Cab - 2:22
11. Your Summer Dream - 2:27
12. Boogie Woodie - 1:56

wtorek, 20 października 2020

"Nursery Cryme" - Genesis [Recenzja]


W 1970 roku muzycy wydali wreszcie swój pierwszy profesjonalny longplay. Jednak chwilę potem z zespołu odeszli perkusista i basista. Genesis było na granicy rozpadu. Postanowili jednak wziąć się w garść i po prostu poszukać nowych członków. Na pierwszy ogień poszedł perkusista, bowiem już w sierpniu na miejsce Johna Mayhewa wskoczył młodziutki, dobrze się zapowiadający Phil Collins, który wziął też na siebie obowiązki drugiego wokalisty. Niestety, muzycy mieli problem z zastąpieniem gitarzysty, Anthony'ego Phillipsa. W trasę ruszyli więc bez niego, mocno ograniczając swój repertuar przez brak tak ważnego instrumentalisty. W listopadzie dołączył do nich Mick Barnard, jednak reszta Genesis uznała, że prezentuje zupełnie inne podejście niż zespół, więc musieli się ostatecznie z nim dość szybko pożegnać.
W grudniu Peter Gabriel zamieścił w magazynie "Melody Maker" ogłoszenie, w którym pisał, że potrzebują gitarzysty, który gra więcej niż tylko stałe i dawno znudzone muzyczne formy. Zgłosił się do nich muzyk, który był ich fanem, widział ich na żywo i zapragnął z nimi grać. Nazywał się Steve Hackett. Wniósł do zespołu swoją miłość, którą była gra na dwunastostrunowej gitarze i całą masę nowych pomysłów, z których sporo mieli wykorzystać na kolejnej płycie. W takim oto składzie (Peter Gabriel - v, Tony Banks - k, Mike Rutheford - b, Phil Collins - d, Steve Hackett - g) Genesis ruszyło w trasę. Mieli zamiar nie tylko okrzepnąć muzycznie, ale także zacząć już pisać materiał na nowy album. Niestety, będąc w trasie jakoś im to pisanie nie szło, więc zapadła decyzja o poświęceniu czasu tylko na pisanie nowych piosenek.
W lipcu rozpoczęli więc trzymiesięczny "urlop", który mieli zamiar poświęcić na komponowanie i nagrywanie płyty. Muzycy zabukowali się w Luxford House (XVI-wiecznej posiadłości położonej we wschodniej części Sussex. Collins i Hackett nie do końca wiedzieli, czego oczekują od nich pozostali członkowie zespołu, a także na jakim są poziomie. Podczas gdy Hackett wciąż proponował nowe muzyczne rozwiązania, a także sugerował zakup melotronu, na którym Banks mógłby grać, na przemian z organami Hammonda, zamiast fortepianu, Collins był pracoholikiem, uwielbiał pracę z zespołem i w każdej chwili był gotów na wspólne granie, improwizacje, czy pisanie. Część materiału powstała w Genesis jeszcze za czasów Phillipsa i Mayhewa; teraz jednak został on odświeżony, a w wielu przypadkach napisanych praktycznie od nowa. 
Pisanie materiału nie zabrało muzykom zbyt dużo czasu i już w sierpniu mogli wziąć się za nagrywanie. Skończyli je w tym samym miesiącu. Album Nursery Cryme (gra słów: "nursery rhyme" oznacza niewinną dziecięcą rymowankę, a "crime" to morderstwo) ukazał się w listopadzie. Wytwórnia jednak nie zaangażowała się zbytnio w promocję, w efekcie czego płyta radziła sobie średnio. Została jednak zauważona przez prasę muzyczną, która oceniała ją raczej pozytywnie (choć nie wszyscy byli jednomyślni w tej ocenie). 
Okładką zajął się Paul Whitehead (ten sam, który odpowiedzialny jest za oprawę graficzną Trespass. Ilustracja odwołuje się do piosenki The Musical Box, a także wiktoriańskiej posiadłości, w której dorastał Gabriel. Pierwsza wersja okładki bardzo podobała się muzykom, ale kazali Whiteheadowi ją trochę bardziej "postarzyć". Tak więc artysta wrócił niedługo potem z tą samą ilustracją, tylko stylizowaną na XIX-wieczną rycinę.

Otwierający całość The Musical Box na pierwszy rzut oka nie przynosi zaskoczeń. Wciąż jest to stylistyka, którą poznaliśmy na Trespass. Przynajmniej tak 5 pierwszych minut, bowiem później rozpoczyna się już jazda bez trzymanki. Mamy ostre solo gitarowe, szaloną perkusję i takie przyspieszenie tempa, jakiego Genesis nam jeszcze nie fundowali. W ogóle cały utwór jest znakomicie skonstruowany, wielowątkowy, kolejne elementy świetnie się ze sobą przeplatają, a całość jest spójna. Trwa to 10 i pół minuty, a dzieje się tak wiele, że nie sposób się nudzić. Zachwyca także groteskowy tekst, w którym młody chłopak Henry zostaje nagle zdekapitowany podczas gry w krokieta. Gdy dziewczyna, która dokonała tego czynu, wchodzi do jego pokoju, odkrywa że w starej pozytywce chłopca ukryta jest jego dusza. Dojrzały Henry jest sfrustrowany i rozpiera go seksualne pożądanie. Do pokoju włamują się jednak siostry zakonne, które postanawiają zniszczyć pozytywkę, jak i duszę Henry'ego. Z tym dziwacznym tekstem wspaniale kontrastuje rozedrgana, nieokiełznana muzyka, która znakomicie oddaje dziwność i odrealnienie tej historii. Powiem tak: mimo niemałej sympatii do Trespass, The Musical Box bije cały poprzedni album na głowę.

While Henry Hamilton-Smythe minor was playing croquet
with Cynthia Jane De Blaise-William, sweet-smiling Cynthia
raised her mallet high and gracefully removed Henry's head.
Two weeks later, in Henry's nursery, she discovered his treasured
musical box. Eagerly she opened it and as "Old King Cole"
began to play, a small spirit- figure appeared. Henry had returned -
but not for long, for as he stood in the room his
body began ageing rapidly, leaving a child's mind inside. A lifetime's desires
surged through him. Unfortunately the attempt
to persuade Cynthia Jane to fulfill his romantic desire led his nurse to the nursery
to investigate the noise. Instinctively Nanny hurled
the musical box at the bearded child, destroying both.

Muzykę do For Absent Friends skomponował Hackett, a tekst napisał wspólnie z Collinsem. Wspomina jednak, że miał spore opory przed pokazywaniem utworowi Gabrielowi, jako że wraz z Philem byli wciąż "świeżynkami". Razem z perkusistą ograli więc tę piosenkę, a gdy w końcu zaprezentowali ją reszcie zespołu, stało się jasne, że musi to zaśpiewać właśnie Collins. Tak więc For Absent Friends to pierwsza kompozycja, na której możemy usłyszeć głos Phila Collinsa. Co do samej piosenki, jest to bardzo sprawnie skomponowany, przesympatyczny akustyczny numer. Trwa niespełna 2 minuty, więc nie ma kiedy się znudzić. I, to prawda, nie zapada może w pamięć, ale słucha się bardzo przyjemnie i miło do tego wracać.

Inside the archway,
the priest greets them with a courteous nod.
He's close to God.
Looking back at days of four instead of two.
Years seem so few (four instead of two).
Heads bent in prayer
for friends not there.

Leaving twopence on the plate,
they hurry down the path and through the gate
and wait to board the bus
that ambles down the street.

Po króciutkim For Absent Friends mamy już zdecydowanie dłuższy i bardziej rozbudowany The Return of the Giant Hogweed. To zdecydowanie ostrzejszy numer od poprzednich, z mocnymi partiami na organach Hammonda i świetnymi wejściami gitarowymi Hacketta. A jednak kompozycja wypada już nie tak dobrze, jak The Music Box. Nie trzyma poziomu przez cały czas i pojawiają się tu niepotrzebne dłużyzny i nieco zbyt toporne powtarzanie motywów. Słucha się tego wciąż bez bólu, jednak nie jest już tak równa, a w efekcie czego - mniej zachwycająca.

Long ago in the Russian hills,
A Victorian explorer found the regal Hogweed by a marsh,
He captured it and brought it home.
Botanical creature stirs, seeking revenge.
Royal beast did not forget.
He came home to London,
And made a present of the Hogweed to the Royal Gardens at Kew.

Znacznie bardziej przypadło mi za to do gustu Seven Stones. Jak zawsze znakomicie spisują się instrumentaliści, jednak tym, co zawsze mnie porusza, jest od lat powalający Peter Gabriel. Jego melodyjne i teatralne partie wokalne są obezwładniające. Uwielbiam moment, gdy po refrenach, nagle śpiewa nieco ciszej, a "w pół zdania" wchodzi mu solo fletu. Wypada niezwykle egzotycznie i melancholijnie. Sama piosenka jest całkiem zgrabnie skomponowana, melodia może wpaść w ucho, a całość robi wrażenie podniosłej, acz nie nadmiernie pompatycznej. Bardzo, bardzo dobry numer.

Tinker, alone within a storm,
And losing hope he clears the leaves beneath a tree,
Seven stones
Lay on the ground.
Within the seventh house a friend was found.
And the changes of no consequence will pick up the reins from nowhere.

Sailors, in peril on the sea,
Amongst the waves a rock looms nearer, and not yet seen.
They see a gull
Flying by.
The Captain turns the boat and he asks not why.
And the changes of no consequence will pick up the reins from nowhere.
Nowhere.

Rozładowaniem tej powagi jest Harold the Barrel, czyli zdecydowanie bardziej skoczny i wesoły utwór. Tekst opowiada przemyślenia młodego chłopaka przed skokiem z okna; pełen jest czarnego humoru, głównie autorstwa Phila Collinsa, zainspirowanego autoironiczną In His Own Write Johna Lennona. Sam Collins śpiewa tu zresztą wraz z Gabrielem, a ich wokale zostały nałożone do siebie i od czasu do czasu jeden z nich wysuwa się na prowadzenie. Jasne, piosenka jest dość zachowawcza, monotonna i mało odkrywcza, ale ciężko nie dać się porwać tym uzależniającym refrenom. W gruncie rzeczy miło się tego słucha, choć do reszty materiału pasuje jak wół do karety.

If I was many miles from here,
I'd be sailing in an open boat on the sea
Instead I'm on this window ledge,
With the whole world below
Up at the window
Look at the window...

Harlequin traktuję tak samo jak For Absent Friends. Ot, miła, sympatyczna akustyczna miniaturka, która może w pamięć nie zapada, ale słucha się tego bardzo miło.

There was once a harvest in this land.
Reap from the turquoise sky, harlequin, harlequin,
Dancing round, three children fill the glade,
Theirs was the laughter in the winding stream, and in between.
Close your door, the picture fades again
From the flames in the firelight.

Powrotem do nieco bardziej okazałego grania jest The Fountain of Salmacis. Tu jednak już wkrada się czasem zupełnie niepotrzebny patos, który nie tylko owocuje dłużyznami, ale też dość nierównym tempem. Generalnie - mimo niezaprzeczalnych zalet - to piosenka strasznie się ciągnie, jest dość monotonna i niespecjalnie mi podeszła, szczerze mówiąc. Czuć, że muzycy mieli tu ambicje, ale nie bardzo wiedzieli jak je wykorzystać. A największe wrażenie z tych całych ośmiu minut na mnie robi solówka Hacketta. Magia.

The child Hermaphroditus was the son of Hermes and Aphrodite,
the result of a secret love affair. For this reason he was
entrusted to the nymphs of the isolated Mount Ida,
who allowed him to grow up as a wild creature of the woods. After his
encounter with the water-nymph Salmacis, he laid a
curse upon the water. According to fable, all persons who bathed in the
water became hermaphrodites.


Nursery Cryme to album, na którym Genesis kontynuuje drogę wytyczoną na Trespass. Nie ma tu żadnego progresu, ani regresu; to po prostu dokładnie to samo, acz trochę lepiej wyprodukowane i nieco mniej monotonne. Stylistyka pozostała jednak dokładnie identyczna, a Nursery Cryme spokojnie mógłby być ciągiem dalszym Trespass. Nie wiem, czy Genesis uznali, że mają już tak świetny styl, że nie trzeba tu nic dopracowywać, czy po prostu chcieli, by nowi muzycy dołączyli do poziomu tych trzech "dłuższych stażem" i w kolejny etap twórczości ruszyli z tego samego miejsca? Wszystko jedno. Najważniejsze jednak jest to, że mimo swych licznych wad, Nursery Cryme wstydu nie przynosi. Jeśli komuś podeszło poprzednie wydawnictwo, to jest spora szansa, że i tu znajdzie coś dla siebie. Mimo kilku nudniejszych momentów, ja stawiam ten album na równi z Trespass. Tu momentami niedomaga materiał, ale z kolei produkcja wydaje mi się bardziej klarowna, a i w muzykach czuć więcej zapału. No i Genesis zyskał świetnych muzyków: Hackett to czarodziej gitary, a Collins z Ruthefordem tworzą sekcję rytmiczną rodem z marzeń. Nursery Cryme to udany album, acz nie wybitny. Po prostu bardzo dobre wydawnictwo.

Ocena: 7/10


Nursery Cryme: 39:26

1. The Musical Box - 10:25
2. For Absent Friends - 1:48
3. The Return of the Giant Hogweed - 8:09
4. Seven Stones - 5:08
5. Harold the Barrel - 3:01
6. Harlequin - 2:56
7. The Fountain of Salmacis - 8:02

niedziela, 18 października 2020

"Led Zeppelin III" - Led Zeppelin [Recenzja]


W 1969 roku muzycy Led Zeppelin byli jednym z najbardziej zajętych, ale jednocześnie szalenie rozchwytywanych zespołów. Non stop byli w trasie, w krótkich przerwach między kolejnymi koncertami nagrywali nowy materiał, a jednocześnie nie mieli nawet kiedy zająć się rodziną. W 1970 roku uznali jednak, że potrzebują wakacji. Robert Plant namówił Jimmy'ego Page'a, by wzięli swoje rodziny i pojechali odpocząć w pewnej wsi w Walii. Osiedlili się w kamiennej chatce z XVIII wieku, w której nie było elektryczności, bieżącej wody i ogrzewania. W takich spartańskich warunkach w końcu jednak zaczęli się nudzić. Wzięli się więc za komponowanie nowych piosenek. Jak na warunki przyrody przystało, większość pisana była z myślą o wykonywaniu akustycznym. Co ciekawe, Page i Plant nie zakładali wówczas, że oto tworzą muzykę na nowy album. Po prostu chcieli coś robić w wolnym czasie. Efekty jednak bardzo im się spodobały i postanowili, że od tej pory zawsze będą gdzieś wyjeżdżać, by szukać inspiracji na kolejne płyty.
Po jakimś czasie jednak przyszedł czas wyjazdu. No i wyjechały rodziny... a Page i Plant zostali. Dołączyło do nich kilku technicznych i zaczęli rejestrować demówki. Trzeba jednak pamiętać, że nagrywanie Led Zeppelin III nie zaczęło się wtedy, w tym walijskim domku Bron-Yr-Aur. Zeppelini już wcześniej robili do tego przymiarki. W listopadzie/grudniu 1969 toku zarejestrowali piosenkę Jennings Farm Blues, która miała być pierwszym brytyjskim singlem grupy. Pomysł jednak upadł, a piosenkę przerobiono na Bron-Y-Aur Stomp. Na koncertach w 1969 roku muzycy grali też Since I've Been Loving You, jednak wciąż brakowało im czasu, by wejść do studia i go na porządnie zarejestrować. Wcześniej Page miał na tapecie jeszcze Song in F (Overlord) (które ewoluowało później w Immigrant Song), Gallows Pole (interpretację klasycznej ballady folkowej The Maid Freed From the Gallows), Friends i Tangerine, które miał napisane w sporej części jeszcze przed powstaniem Led Zeppelin.
Pełnoprawne nagrywanie rozpoczęło się dopiero w maju 1970 roku i, jak to ostatnio u Zeppelinów bywało, regularnie było przenoszone ze studia do studia, więc niemiłosiernie się wydłużało. Za każdym razem trzeba było od nowa ustawiać sprzęty, ogrywać się z nowym miejscem itd. Oczywiście wszystko odbywało się z przerwami na koncerty.
Żaden z muzyków nie wiedział jednak za bardzo, jak ostatecznie ma wyglądać ich nowy album. Robert Plant wspomina, że on wiedział tylko, że chce połączyć brzmienia akustyczne i elektryczne. Skupiali się jednocześnie na źródłach ich inspiracji, a więc muzyce folkowej (no i bluesowej, rzecz jasna). Page w końcu zaproponował bardzo logiczny podział: strona A będzie elektryczna, a B - akustyczna. Oczywiście, taki podział nie był niczym nowym, bowiem choćby w 1965 roku zaproponował go już Bob Dylan na swoim przełomowym Bringing It All Back Home. Wydanie przez Led Zeppelin części albumu pod szyldem grania akustycznego spotkało się z podobną krytyką, jaka spadła także na Dylana, gdy ten przestawił się na granie z instrumentarium rockowym. Led Zeppelin III zarzucano porzucenie emploi budowanego na poprzednich albumach, a także pójście w komercję i złagodzenie wizerunku. 
Muzycy byli jednak z niego zadowoleni (i, według ich słów, są do dzisiaj), a płyta była jednym z najbardziej oczekiwanych wydawnictw muzycznych 1970 roku. W samych Stanach liczba zamówień przedpremierowych przekroczyła milion egzemplarzy. Niestety, ze względu na skomplikowaną do zrealizowania okładkę (na pierwszej stronie okładki były wycięte okręgi, a w niej ukryte było koło, które po przesuwaniu za każdym razem pokazywało inną konfigurację ilustracji uzależnioną od zdjęcia członka zespołu, które akurat wypadło) premiera opóźniła się o miesiąc. Album sprzedawał się rewelacyjnie, jednak o wiele gorzej niż "jedynka" czy "dwójka".

Album rozpoczyna jeden z największych przebojów Led Zeppelin, czyli ostry, potężnie brzmiący Immigrant Song. Oczywistą oczywistością jest tu niewiarygodnie chwytliwy i hipnotyzujący riff Page'a i mocarna perkusja Bonhama. Nie do zapomnienia są też niesamowite wokale Panta. Najpierw chwytliwe wokalizy, a później - wciąż bardzo przekonująco zaśpiewany - tekst o najazdach Wikingów na Anglię. Piosenka przy każdym przesłuchaniu dosłownie powala swoją energią, pasją, chwytliwością, a jednocześnie klarowną, acz nie wypolerowaną produkcją. Docenili to też słuchacze na całym świecie, gdyż Immigrant Song z miejsca stał się przebojem i jest nim z pewnością do dziś, będąc nie tylko jednym z bardziej znanych kawałków Led Zeppelin, ale i w ogóle całego nurtu cięższego grania. Utwór może i nie trwa długo, ale zapada w pamięć na o wiele dłużej.

We come from the land of the ice and snow
From the midnight sun where the hot springs flow

How soft your fields so green. Can whisper tales of gore
Of how we calmed the tides of war. We are your overlords

On we sweep with threshing oar
Our only goal will be the western shore

So now you'd better stop and rebuild all your ruins
For peace and trust can win the day despite of all your losing

Następny numer, Friends, rozpoczyna się chwytliwą partią na gitarze akustycznej. Spokojnie, to jednak jeszcze nie strona B, więc sporo się tu dzieje; mamy tu nieco wschodni, orientalny klimat, podkreślony tylko przez prostą, acz efektowną aranżację instrumentów smyczkowych (muzyka indyjska rodem z późnych Beatlesów). Page wspomina, że piosenka ta dosłownie wypłynęła z niego po kłótni z ówczesną partnerką. Mamy tu ponownie chwytliwą melodię, świetne wokale Planta, no i ten klimat, o którym już wspominałem, który dodaje kompozycji unikatowego, niepowtarzalnego brzmienia, o którym ciężko zapomnieć.

Had a friend, she once told me, "You got love, you ain't lonely, "
Now she's gone and left me only looking for what I knew.

Mmm, I'm telling you now, The greatest thing you ever can do now,
Is trade a smile with someone who's blue now, It's very easy just...

Met a man on the roadside crying, without a friend, there's no denying,
You're incomplete, they'll be no finding looking for what you knew.

Z końcówki Friends gładko wyłania się kolejny utwór - Celebration Day. Zaczynamy riffem na gitarze elektrycznej i krótkim fragmentem śpiewu Planta, po czym... mamy kolejny riff i kolejną melodię. Mimo tego "świętowania" w tytule i "jestem taki szczęśliwy" w refrenach, to tekst zdecydowanie nie wydaje się radosny. Mamy tu strach przed życiem w wielkim mieście (Plant przyznał po latach, że opisywał tu swój pobyt w Nowym Jorku), który ciekawie koresponduje z rozedrganą, niespokojną, wciąż zmienną muzyką. Utwór jednak jakoś nie może przypaść mi do gustu. Trochę za dużo tu chaotyczności, a za mało faktycznie dobrych melodii. Niby wszystko tu gra, ale koniec końców, wypada to trochę zbyt bałaganiarsko.

Her face is cracked from smiling, all the fears that she's been hiding,
And it seems pretty soon everybody's gonna know.
And her voice is sore from shouting, cheering winners who are losing,
And she worries if their days are few and soon they'll have to go.

Nie będę silił się na oryginalność, więc powiem to już na samym początku: Since I've Been Loving You to mój ulubiony utwór z tej płyty. Mało tego, to też jeden z moich ulubionych numerów Led Zeppelin w ogóle. Page wspomina, że zależało im na powrocie do rasowego, czystego bluesa, jednak, by nie iść na łatwiznę, w tak oczywiste rejony, nie chcieli, by był dwunastotaktowy. Chcieli zrobić coś bardziej złożonego, jednocześnie nie wyrzekając się gatunku. Byli bardzo dumni z piosenki, ogrywali ją wiele razy na koncertach, jednak wciąż nie czuli się na siłach, by nagrać ją "jak należy", uchwycić jej magnetyzm, kunszt i niezwykły klimat. Page przyznaje, że czuł sporą odpowiedzialność, jeśli chodzi o solówkę, bo nie chciał sknocić sprawy. No i, trzeba to przyznać, nie sknocił. Wszyscy muzycy dają tu z siebie wszystko i tę pasję po prostu czuć z każdej zagranej i zaśpiewanej przez nich w tej piosence nuty. Stopniowo budowane napięcie, płacząca gitara Jimmy'ego, emocjonalne zaśpiewy Roberta, organy Jonesa w tle, no i potężna perkusja Bonhama, która wciąż podbija tempo. Since I've Been Loving You trwa prawie 7 i pół minuty. Zaręczam, w ogóle tego nie czuć, a kompozycja mogłaby tak trwać i trwać, nie miałbym nic przeciwko. Hipnotyzujący numer, który chyba nigdy mi się nie znudzi.

Working from seven to eleven every night
Really makes the life a drag
I don't think that's right

I've really been the best, the best of fools
I did what I could
'Cause I love you, baby
How I love you, darling
How I love you, baby
My beloved little girl, little girl

But baby, since I've been loving you
I'm about to lose my worried mind

Out on the Tiles oparty jest na pomyśle Bonhama. Page mówi, że wymyślił główny riff, ale reszta jego partii oparta była na melodii, którą John od czasu do czasu sobie nucił. To o wiele prostszy, motoryczny i głośny numer, w którym za bardzo nie ma może nad czym się zachwycać, ale wstydu też nie przynosi. Ot, leci sobie, ale jakoś mnie zbytnio nie zachwyca.

I'm so glad I'm living and gonna tell the world I am,
I got me a fine woman and she says that I'm her man,
One thing that I know for sure gonna give her all the loving
Like nobody, nobody, nobody, nobody can.

Standing in the noonday sun trying to flag a ride,
People go and people come, see my rider right by my side,
It's a total disgrace, they set the pace, it must be a race
And the best thing I can do is run.

Akustyczną stronę B Led Zeppelin III zaczynamy od Gallows Pole, czyli starej folkowej pieśni, znanej jako The Maid Freed from the Gallows. W tekście wchodzimy do głowy skazańca, który czeka na wykonanie wyroku powieszenia. Mimo że najstarszą znaną wersją jest ta z 1939 roku, to Zeppelini najprawdopodobniej oparli się na znacznie świeższej - z roku 1962. Page wziął tu na siebie grę na gitarze elektrycznej, akustycznych (6- i 12-strunowych), a także banjo, a John Paul Jones gra tu na basie i mandolinie. Znakomicie wypada tu też Robert Plant ze wspaniałymi wokalami, w których przechodzi od mrocznego, tajemniczego szeptu, do dynamicznych i wysoko śpiewanych refrenów. Bardzo, bardzo dobra piosenka (czy też 'wersja'), która może zamknąć usta tym, którzy twierdzili że "Zeppelini akustycznie - to się nie może udać". Muzycy udowadniają, że może, a nawet, że może to brzmieć niemniej przekonująco, niż w wydaniu elektrycznym. Zaostrza apetyt na resztę piosenek z drugiej połowy longplaya.


I couldn't get no silver, I couldn't get no gold,
You know that we're too damn poor to keep you from the Gallows Pole.
Hangman, hangman, hold it a little while,
I think I see my brother coming, riding many a mile.
Brother, did you get me some silver?
Did you get a little gold?
What did you bring me, my brother, to keep me from the Gallows Pole?

Tangerine to najstarszy autorski utwór na tej płycie. Pochodzi bowiem jeszcze z czasów The Yardbirds. Konkretniej z roku 1968, kiedy to znany był jeszcze pod tytułem Knowing That I'm Losing You. Wtedy do muzyki Page'a tekst napisał Keith Relf. Podczas zbierania utworów na Led Zeppelin III, Page przypomniał sobie o tej piosence i pozmieniał co nieco w słowach. Ostatecznie wyszedł z tego kawałek o tytule Tangerine. To znakomity, poruszający i bardzo satysfakcjonujący numer ze świetną solówką Page'a na gitarze pedal steel.

Measuring a summer's day, I only finds it slips away to grey,
The hours, they bring me pain.

O wiele bardziej akustycznie wypada That's the Way napisany przez Page'a i Planta podczas pieszej wycieczki po walijskiej wiosce. Przyjemny numer.

I don't know how I'm gonna tell you,
I can't play with you no more,
I don't know how I'm gonna do what mama told me,
My friend, the boy next door.
I can't believe what people saying,
You're gonna let your hair hang down,
I'm satisfied to sit here working all day long,
You're in the darker side of town.

Tekst do Bron-Y-Aur Stomp powstał, jak sam tytuł wskazuje, w walijskim domku, w którym Page i Plant odpoczywali na początku 1970 roku. Kompozycja jest jednak z 1969 roku i wtedy nosiła tytuł Jennings Farm Blues. Wówczas jednak była typowym, elektrycznym bluesem. Tu muzycy nadali jej zupełnie nowe, akustyczne oblicze. Kolejny sympatyczny i miły w odsłuchu kawałek.

Ah, caught you smiling at me, that's the way it should be,
Like a leaf is to a tree, so fine.
Ah, all the good times we had, I sang love songs so glad
Always smiling, never sad so fine.

As we walk down a country lane, I'll be singing a song,
You hear me calling your name.
Hear the wind whisper in the trees telling Mother Nature 'bout you and me.

Hats off to (Roy) Harper. Cóż to za dziwaczny tytuł i o co tu chodzi? Ano, jest to cover (no, dość luźny) Shake 'Em On Down Bukki White'a z 1937 roku, ale zadedykowany Royowi Harperowi - bardowi, który przyjaźnił się z Led Zeppelin, a 15 lat później Page miał nawet nagrać z nim wspólny album. Ciekawa i niebanalna rzecz, którą ciężko się znudzić, bo za każdym razem zwracamy w niej uwagę na co innego.

Well, I ain't no monkey; I can't climb no tree.
No brown skin woman gonna make no monkey out of me.
Yeah, I ain't no monkey, Sure can't climb no tree.
Ah, I've been mistreated, babe, I believe I'll shake 'em on down.
Well, I've been mistreated babe, I believe I'll shake 'em on down.


Led Zeppelin III to kolejne bardzo dobre wydawnictwo Led Zeppelin. Album może nie zwala z nóg, jak poprzednie dwie płyty, ale z pewnością jest bardzo satysfakcjonującą pytą. Wbrew pozorom, nie jest wcale tak, że Zeppelini stronę elektryczną wypełnili znanymi nam chwytami, a to na tej akustycznej pozwolili sobie na parę eksperymentów. Tak naprawdę nowe rzeczy można znaleźć i tu, i tu. Może Immigrant Song niczym nowym jeszcze nie zaskakuje, jednak nie przeszkadza mu to rzucić nas na kolana. Potem mamy bogate instrumentarium, niejednoznaczne kompozycje i masę kolejnych odniesień i zapożyczeń do wykonawców, którymi muzycy Led Zeppelin z pewnością się inspirowali. Strona B jest niemniej intrygująca. Kompozycje są dość różnorodne (chociaż po przesłuchaniu ciężko je w pamięci od siebie oddzielić), a muzycy wypadają w nich równie przekonująco. Podsumowując: Led Zeppelin III to płyta udana i godny następca poprzednich dwóch albumów, choć nieco im ustępujący.

Ocena: 8/10


Led Zeppelin III: 43:04

1. Immigrant Song - 2:25
2. Friends - 3:54
3. Celebration Day - 3:29
4. Since I've Been Loving You - 7:23
5. Out on the Tiles - 4:06
6. Gallows Pole - 4:56
7. Tangerine - 3:10
8. That's the Way - 5:37
9. Bron-Y-Aur Stomp - 4:16
10. Hats off to (Roy) Harper - 3:42

piątek, 16 października 2020

"St. Anger" - Metallica [Recenzja]


Jeśli ktoś chciałby poznać okoliczności powstawania St. Anger, to polecam obejrzeć film Some Kind of Monster. Jeśli już jest po seansie - wstęp można pominąć, bo nie napiszę tu nic nowego. Zaś jeśli ktoś woli raczej nie oglądać sfilmowanych kłótni, nieporozumień, napięć i - mówiąc wprost - konfliktów wewnątrz zespołu, a chciałby dowiedzieć się jak powstawał "ten (nie)sławny" St. Anger, to zapraszam do lektury.
Mimo, że za nagrywanie następcy ReLoad muzycy mieli wziąć się dopiero w 2001 roku, to na pewno nie można powiedzieć, że od 1997 roku próżnowali. W międzyczasie wydali dwupłytowy album z coverami (chociaż z kronikarskiej powinności uściślę tylko,  że nagrali tylko jeden dysk, a drugi był zbieraniną ich coverów z różnych dotychczasowych wydawnictw) , a także zagrali koncert z orkiestrą symfoniczną, co zaowocowało wydaniem nietypowej koncertówki S&M. Pierwszego roku nowego wieku wzięli się jednak za nagrywanie płyty. A raczej - chcieli się wziąć, gdyż rok ten zaczął się od złej wiadomości. W połowie stycznia swoje odejście z zespołu ogłosił Jason Newsted. Basista twierdził, że w zespole brak było braterskich więzi, a wszyscy mieli siebie nawzajem gdzieś i zbyt obrośli w piórka, a radość z gry gdzieś się zagubiła. Muzycy nie chcieli jednak rezygnować z nagrań. We trójkę tworzyli szkice utworów, wraz z producentem, Bobem Rockiem, który na potrzebę nagrań chwycił za bas. Jednak pół roku później na Metallikę spadł kolejny cios - James Hetfield zdecydował o pójściu na odwyk, by walczyć z uzależnieniem od alkoholu. W sumie zniknął z zespołu na prawie rok. Lars i Kirk widzieli, że w zespole naprawdę źle się dzieje. Zatrudnili więc terapeutę, który miał pomóc im się pozbierać.
Po powrocie z odwyku, James oświadczył, że potrzebuje więcej odpoczynku od Metalliki. A gdy już wrócił do studia, to i tak panowie nie wzięli się od razu za nagrywanie, rozmawiając i próbując na nowo określić stosunki między sobą, a także pogodzić rytm pracy z nowymi nawykami "odświeżonego" Hetfielda.
Za prawdziwe nagrywanie muzycy ostatecznie wzięli się dopiero w 2002 roku. Zdecydowali się też na zupełnie nową technikę nagrywania - jammowali, a potem bawili się osiągniętymi rezultatami, tworząc z tego utwory. Ani razu nie zagrali choć jednego utworu od początku do końca. We wspólnych naradach zgodnie uznali, że album ten powinien być mroczny i mieć surowe brzmienie. Dla każdego znaczyło to jednak co innego, dlatego podczas sesji pojawiało się sporo spięć i kłótni dotyczących tego, jak to wszystko ma brzmieć. Muzycy musieli pracować tylko 4 godziny dziennie, by mieć na względzie nowe nawyki Jamesa, a ponadto znowu zaczęli eksperymentować z grą na instrumentach. Dokoła nich byli tylko gorliwi potakiwacze, którzy przyklaskiwali czemukolwiek, co wyszło spod palców któregoś z muzyków, bo przecież to TA Metallica. Wszystkie te problemy nie przeszkodziły jednak St. Anger stać się bestsellerem na całym świecie. Dziś jest albumem absolutnie kultowym, aczkolwiek raczej nie ma się czym chwalić, gdyż uznawany jest powszechnie za najgorszą płytę Metalliki, a o jego "legendarnym" brzmieniu krążą takie legendy i jest tak powszechnie krytykowane, jak podczas wydawanego 15 lat wcześniej ...And Justice for All.

Zaczynamy mocno. Frantic to drugi singiel promujący album, a przy okazji jeden z najchętniej granych po latach utworów z St. Anger przez Metallikę na koncertach. Ale zaraz... czego ja właściwie słucham? Bo odniosłem wrażenie, że jakiejś garażowej demówki, która ma na celu tylko utrwalić pomysł muzykom, by gdzieś nie przepadł. A jednak nie, to pełnoprawny album Metalliki. Więc może miejmy to z głowy już na wstępie: brzmi to okropnie. Zwłaszcza perkusja. Gitary jeszcze jako tako się bronią, szczególnie w takiej piosence. Nie podoba mi się też, jak nagrano wokale; są mocno za głośne i brzmią po prostu plastikowo. Jednak Frantic należy się plus za jedną, bardzo istotną rzecz: to po prostu dobry kawałek. Ma dobry, nośny riff (w momentach, gdy wybrzmiewa, gitary mi się naprawdę podobają), bije z niego agresja, ma znakomity tekst i po prostu wpada w ucho. Niestety, perkusja i wokale (w których Hetfield czasami brzmi naprawdę zniewieściale, jakby był nastolatkiem, który chce zaśpiewać agresywnie, ale przechodzi mutację i co chwila głos mu ucieka) wypadają koszmarnie, co mocno odcisnęło swoje piętno na nagraniu. W kontekście całej płyty oceniam go jednak bardzo pozytywnie.

I've worn out always being afraid
 An endless stream of fear that I've made 
Treading water full of worry 
This frantic tick tick talk of hurry 

Do I have the strength 
To know how I'll go? 
Can I find it inside 
To deal with what I shouldn't know?

Tytułowy St. Anger był pierwszym singlem promującym album. I, uwaga, najlepsze: ta piosenka dostała nagrodę Grammy. Serio, za co? Brzmi to jak metal nastolatków z pseudo-rapami, okropnym brzmieniem i pseudo-trashowymi zagrywkami. Generalnie jednak jest to utwór naprawdę słaby, bez wyrazistej melodii, ze słabym tekstem i okropnym, niechlujnym wykonaniem. Ciężko przez to przebrnąć.

Fuck it all and no regrets 
I hit the lights on these dark sets 
I need a voice to let myself 
To let myself go free 
Fuck it all and fuckin' no regrets 
I hit the lights on these dark sets 
Medallion noose, I hang myself 
Saint Anger 'round my neck

Some Kind of Monster to kolejna kompletnie asłuchalna piosenka. Naiwność, pretensjonalność i fatalna realizacja jedyne, co mogą wywołać u słuchacza, to ból głowy. Ośmioipółminutowy koszmar.
 
These are the legs in circles run 
This is the beating you'll never know 
These are the lips that taste no freedom 
This is the feel that's no so safe 
This is the face you'll never change 
This is the God that ain't so pure 
This is the God that is not pure 
This is the voice of silence no more

Dirty Window. Kurwa, na czym gra ten Lars, na garnkach i patelniach? Ale uwierzcie mi, chciałbym, by to był największy problem tego nagrania. Jednak ta piosenka leży zarówno realizatorsko, jak i kompozycyjnie. Jedyny plus jest taki, że chociaż nie trwa tyle, co dwa poprzednie numery, choć podczas słuchania miałem wrażenie, że ciągnie się przez jakieś 10 minut.

I see my reflection in the window 
It looks different, so different than what you see 
Projecting judgment on the world 
This house is clean baby 
This house is clean 

Am I who I think I am? 
Am I who I think I am? 
Am I who I think I am? 
Look out my window and see it's gone wrong 
Court is in session and I slam my gavel down

Invisible Kid to kolejny zupełnie bezbarwny kawałek, który może co najwyżej zirytować swoją nijakością. Plus jest taki, że chociaż brzmienie tu tak nie boli przy słuchaniu.

Invisible kid 
Got a place of his own 
Where he'll never be known 
Inward he's grown 

Invisible kid 
Locked away in his brain 
From the shame and the pain 
World down the drain

W całym tym natłoku żenady i miernoty, My World jawi się wcale nienajgorzej. Oczywiście, na większości poprzednich płyt Metalliki byłby jakimś słabszym elementem, jednak tu wypada w miarę przyzwoicie. Czuć tu chociaż jakiś pomysł i chęć, by złożyć to, by było słuchalne. Oczywiście, piosenka sama w sobie się nie broni, bo to wciąż koszmarne granie, jednak w perspektywie całego St. Anger jest całkiem w porządku.

Mama, why's it rainin' in my room? 
Cheer up boy, clouds will move on soon 
Heavy fog got me lost inside 
Gonna sit right back and enjoy this ride 

It's my world 
You can't have it 
It's my world, it's my world 
It's my world

Shoot Me Again. No i znowu czuć, że muzycy szarpią się, by stworzyć coś nadającego się do słuchania, ale efekt jest raczej mierny i chaotyczny. Kolejny wkurzający kawałek.

All the shots I take 
 I spit back at you 
 All the shit you fake 
 Comes back to haunt you 

 All the shots 

 All the shots I take 
 What difference did I make? 
 All the shots I take 
 I spit back at you

W Sweet Amber pojawia się chociaż jakaś melodia, która wypada w miarę chwytliwie. Co jednak z tego, skoro poza nią Metallica nie ma nam tu nic do zaoferowania, a piosenka ta to kolejny okropny numer, którego ciężko słuchać bez bólu.

Wash your back so you won't stab mine 
Get in bed with your own kind 
Live your life so you don't see mine 
Drape your back so you won't shine

The Unnamed Feeling. Koszmar, koszmar i jeszcze raz koszmar, wywołujący autentyczną niechęć i odruch wymiotny podczas słuchania. Gówno.

I'm frantic in your soothing arms 
I can not sleep in this down filled world 
I've found safety in this loneliness 
But I can not stand it anymore 
Cross my heart and hope not to die 
Swallow evil, ride the sky 
Lose myself in a crowded room 
You fool, you fool, it will be here soon

Purify. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, ale to pominę. I tak sporo już, jak na mnie, wulgaryzmów w tej recenzji, a tu by się  bez tego nie obyło, więc po prostu przejdę dalej, skończymy tę płytę i nigdy do niej więcej nie wrócimy. Możemy tak się umówić?

Truth and dare 
Peeling back the skin 
Acid wash 
Ghost white 
Ultra clean 
Wanna be skeleton 
Clear eyes 
Diamond eyes 
Strip the past of mine 
My sweet turpentine

All Within My Hands to piosenka z potencjałem kompozycyjnym. Jednak "właściwie" objawiła nam się dopiero na późniejszych koncertówkach Metalliki (akustycznej i symfonicznej). Słuchając wersji z St. Anger trudno połapać się w tym, że to ten sam numer, bowiem wypadł tu równie koszmarnie co reszta płyty.

Hate me now 
 Kill all within my hands 
 Hate me now 
 Crush all within my hands 
 Squeeze all within my hands 
 Choke all within my hands 
 Hate me now 
 Trap all within my hands 
 Hurry up and hate me now 
 Kill all within my hands


Będzie krótko, bo i nie ma o czym mówić. St. Anger to dla mnie płyta koszmarna, okropna, ohydna, fatalnie brzmiąca, ze słabymi kompozycjami będącymi tylko nikłym cieniem dawnej chwały. Metallica próbowała być młodzieżowa, jednak panowie brzmią po prostu jak stare dziady, które rozpaczliwie próbują ratować swoją sławę i pozycję na wszelkie możliwe sposoby. Naprawdę, trudno mi wskazać tu jednoznacznie pozytywne elementy. Jest może parę piosenek (konkretnie to dwie: Frantic i My World), na które jeszcze jestem skłonny przymknąć oko, ale musiałbym się bardzo wysilić. Generalnie jednak St. Anger to jeden wielki koszmar i, naprawdę, obiegowa opinia, która o niej krąży, jest nieprzesadzona. Czasem nawet mam wrażenie, że mówi się o niej zbyt łagodnie...

Ocena: 1/10


St. Anger: 75:04

1. Frantic - 5:50
2. St. Anger - 7:21
3. Some Kind of Monster - 8:25
4. Dirty Window - 5:25
5. Invisible Kid - 8:30
6. My World - 5:46
7. Shoot Me Again - 7:10
8. Sweet Amber - 5:27
9. The Unnamed Feeling - 7:08
10. Purify - 5:14
11. All Within My Hands - 8:48

środa, 14 października 2020

"Michał Bajor '95" - Michał Bajor [Recenzja]

Po nieudanym podboju Stanów Zjednoczonych, Bajor postanowił powrócić do Polski. Zapragnął dać rodakom jednak znak "jak to się robi na Zachodzie". Zaplanował więc koncert złożony z kilku starszych numerów, ale i tych, które nagrał na potrzeby płyty Kings and Queens. Podczas pierwszego koncertu w Sali Kongresowej w Warszawie, publiczności objawił się "nowy Bajor". Wszedł bowiem na scenę w skórzanej kurtce, przetartych jeansach z dziurami i długimi, zaczesanymi do tyłu włosami. Zaśpiewał koncert i... odniósł klapę. Publiczność dała znać artyście, że nie podoba im się ten nowy image, po prostu nie przychodząc na kolejne koncerty. Bajor odczytał sygnał i od kolejnej trasy postanowił zacząć od nowa. Ale, by się tak stało, trzeba było nagrać kolejną płytę. 
Jako że po powrocie do kraju nie zdążył zebrać jeszcze wystarczająco dużo nowych piosenek, by złożył się z tego album. Musiał sięgnąć więc po parę sprawdzonych chwytów. Z wyjątkiem czterech nowych piosenek, ratował się tłumaczeniami utworów z Kings and Queens, kilkoma standardami, piosenką z musicalu Evita, w którym akurat grał, pięcioma utworami z musicalu Bajor w Buffo i dwoma przebojami, które już wcześniej wykonywał.

Zaczynamy od Na granicy łez, czyli piosenki absolutnie premierowej. Warto nadmienić już na wstępie, że to jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Najpierw piękny, symfoniczny wstęp i partia chóru, jednak wcale nie jest to pompatyczne (a przynajmniej nie w stopniu, który mógłby jakoś się narzucać). Następnie wchodzi Bajor, który najpierw wręcz recytuje tekst, a później tylko stopniuje napięcie, by w finale pokazać cały zakres swoich wokalnych umiejętności. Można się wzruszyć, bo ten głos w połączeniu z tak przepiękną melodią potrafi poruszyć najtwardsze serce. Rewelacja na sam początek.

Lecz wystarczy jeden Twój znak
a uwierzę, że to nie tak
że tych parę zdań na granicy łez
to początek, a nie kres

Lecz wystarczy szept, strzępek słów
a uwierzę, że kocham znów
że dość pustych dni, samotności dość
bo znów dla mnie żyje ktoś

Kings and Queens to z kolei, jak sam tytuł mówi, tłumaczenie piosenki z angielskiej płyty Bajora. Moim zdaniem wypada równie udanie, jak pierwowzór. Jeśli ktoś czytał moją recenzję Kings and Queens, to wie, że przepadam za tym numerem. Tu kompozycja wciąż się broni, a tekst całkiem nieźle brzmi i oddaje dość wiernie to, co Bajor wyśpiewywał po angielsku.

Bez scen rozstańmy się
bez słów pożegnaj mnie
bezwzględny czas
rozdzielił nas
bezkresem beznamiętnych lat

Nie mów nic - nic nie mów mi
niech kołysanka brzmi
co nam da wytknięcie win
nie są wieczni 
kings and queens

Barwa twoich słów ma jak najbardziej odpowiadający oryginałowi tekst. Bajor śpiewa nienagannie. Tym razem jednak zawiodła produkcja. Brzmi to trochę jak amatorskie nagranie karaoke (zwłaszcza w refrenach), gdyż wokale są trochę za głośno nagrane w porównaniu do akompaniamentu. Zwłaszcza, gdy Bajor śpiewa nieco głośniej, to tłumi tym samym choćby fajne przejścia perkusji, co kompletnie psuje efekt. Jednak po wsłuchaniu okazuje się, że panowie użyli po prostu dokładnie tego samego podkładu i chórki Lynell Bentley śpiewane są w tle wciąż... po angielsku. Naprawdę nie można było już nagrać tego od nowa? Bardzo słabo, panowie, naprawdę.

Przez cały czas gdy czułem ból milczenia
Widziałem wciąż błękit nieba w oczach Twych
Olśniewającą przestrzeń zapatrzenia
Przypływy mórz przenajczystszy błękit fal
Przez cały czas gdy czułem ból czekania
Widziałem wciąż błękit nieba w oczach Twych
Promienny blask pierwszego zakochania
Z którym rozstać się tak żal

Kontynuujemy premierową kompozycją. Kto mi powie to niestety piosenka dość słaba. Tekst Grażyny Kowalskiej i wokale Bajora są bez zarzutu, jednak fuszerkę odwalił Piotr Rubik, prezentując bezpłciową muzykę, która zupełnie się nie broni. 

Kto mi powie, jak kochać mam
i co kochać, by nie było ran
Kto mi powie, czy rękę dać
w ten czas, gdy upadnę "ja"

Jeśli wobec jakiejś piosenki na tej płycie miałem większe oczekiwania, to bez wątpienia była to Mroczna aleja wczorajszego dnia. To spolszczona wersja The Dark Street of Yesterday, która była moim ulubionym fragmentem Kings and Queens. Na szczęście ani Bajor, ani Roman Kołakowski (autor polskiego tekstu) nie zawiedli. Gwoździem do trumny okazała się ponownie produkcja, bowiem znów nie zdecydowano się na nowy podkład, a więc w tle słychać angielskie chórki śpiewane przez Lynell Bentley, a wokale Bajora czasem podkręcone są zdecydowanie za głośno. Psuje to napięcie i mrok piosenki. Na szczęście kompozycja jest tak przejmująca, że nie przeszkadza to zanadto w odsłuchu.

więc kiedy tylko oczy zmrużysz
na oślep pragniesz ku marzeniom iść
z raniących bose stopy cierni wróżysz
czy to się stanie właśnie dziś
czy to już dziś?

tańczmy w powietrzu, podaj dłoń
zanurzmy ciała w nocy toń
odbądźmy wśród gwiazd pogański chrzest
ich wieczny blask naszą szansą jest

nauczę cię czułości choć cały drżę
opowiem o jasności i sprawię, że
nie zlękniesz się nagości w ogrodzie czarnych róż
uleczę cię z szaleństwa, oswoję je
uwierzysz, że przekleństwa ominą cię,
bo magia czarnoksięska przestanie działać już

Czuję i trwam to kolejna po Kto mi powie premierowa piosenka na tej płycie. Na szczęście jednak efekt współpracy Grażyny Kowalskiej i Piotra Rubika jest tu znacznie bardziej zadowalający. Tym razem muzyka bardzo fajnie współgra z tekstem, a raz delikatne, a raz mocne wokale Bajora zapewniają ciekawsze słuchanie. Świetnie się tego słucha.

W zamkniętym słowie
w rozwartym półgeście
z ramionami co dźwigają czas
czuję i trwam

W codzienności zawiłej
w krzywdzie i złości
z otwartym czołem staję pod wiatr
czuję i trwam

Panie, który jesteś. Tak, ta piosenka brzmi tak pompatycznie, jak sugeruje tytuł. Bajor śpiewa tu tekst będący prośbą skierowaną do Boga (bądź jakiegokolwiek transcendentalnego bytu, to bez znaczenia), który można odczytywać zarówno jako błaganie wygłaszane na łożu śmierci. Mimo tego patosu, słucha się tego naprawdę dobrze. Wpadająca w ucho melodia, bezbłędna interpretacja Bajora.... Po prostu to brzmi, a na pierwszy rzut oka nie miało szans się udać. A tym czasem się udało i to bardzo dobrze.

Daj mi jeszcze odpocząć na ziemi,
nim zobaczę światełko jasne
nim przed Tobą znajd się niemy
kładąc na wadze czyny własne
Daj mi tutaj raju spróbować
muszę wiedzieć, czy mi smakuje
ten okruch szczęścia. Jakie słowa
i jakie gesty Cię przekonują?

Jednym z moich ulubionych "deep cuts" Bajora jest piosenka Umieram z muzyką Piotra Rubika i słowami Karola Myszela. Niejednoznaczny tekst łączy się tu z dość mroczną melodią i świetną, poruszającą interpretacją wokalną. Nie mam żadnych uwag.

Twe serce moim wieszczem
i wciąż mi go za mało
rzęsisty dreszczu deszczem
oblewasz moje ciało
to sprawia, że umieram

O Nie chcę więcej już pisałem przy okazji Nowych piosenek, więc nie będę się powtarzać. Tu wykonane jest równie poruszająco, jak w oryginale, więc słucha się tego znakomicie.

W zgryzocie pasma zbyt chudych dni
twe fortissimo serdecznie brzmi
w dramacie samych najchudszych dni
rzucasz mi
w oczy łzy
gorzkie łzy
szczęścia łzy
spełniasz sny

Proszę otrzyj łzy cierpi na tę samą bolączkę co Kings & Queens, Barwa twoich słów i Mroczna aleja wczorajszego dnia. Problem jednak leży w tym, że nigdzie miksu nie spieprzono tak jak tutaj. Wokale Bajora są koszmarnie wręcz podgłośnione w stosunku do podkładu, w związku z czym brzmi to po prostu koszmarnie i amatorsko. A nagraniom Artystów takiej miary jak Michał Bajor, taka realizacja nie powinna się zdarzać.

przewędrowaliśmy krainę słońca
i odchodziliśmy i powracaliśmy bez końca
proszę, otrzyj łzy

tak wiem - odszedłem stąd
tak wiem - zrobiłem błąd
lecz proszę cię
proszę, otrzyj łzy

Merci, Cheri to jedna z bardziej znanych melodii w historii muzyki. Dla Bajora przetłumaczył ją Andrzej Ozga. Zrobił to na potrzeby spektaklu Bajor w Buffo wystawianym w Teatrze Buffo w Warszawie. Musical stał się wielkim sukcesem, więc Bajor postanowił parę piosenek nagrać na płytę. Pierwszą na tym albumie jest Merci, Cheri. Artysta nie zawodzi i funduje nam naprawdę dobry, świetnie brzmiący wykon, którego można słuchać z prawdziwą przyjemnością.

Merci, merci, merci, już skończone 
Cheri, cheri, cheri, miłość słodka jest tak
Merci, merci, cheri, czemu łez słonych
czuję na ustach smak?

Podeptane kwiaty to chyba mój ulubiony utwór z tej płyty. To tekst Wojciecha Keine i muzyka Włodzimierza Korcza (ten sam duet, który odpowiedzialny jest za Do trzech cnót z albumu Nowe piosenki). Oba elementy są rewelacyjne. Korcz funduje nam bezbłędną melodykę w swoim stylu, a Keine zaprezentował tekst będący refleksją doświadczonego artysty (choć można by przypasować też do niego jakiegokolwiek człowieka), który żył w zbyt szybkim tempie i nie zwracał uwagi na rzeczy, które naprawdę mają znaczenie. Wspaniały, głęboki tekst i poruszające wykonanie Bajora. Podeptane kwiaty również zostały napisane z myślą o spektaklu Bajor w Buffo. 

A za mną bezmyślnie podeptane kwiaty
cichy smutek ciepłych, odtrąconych rąk
szklanki niedopitej w pośpiechu herbaty
uśmiech roztrzaskany o mój zimny wzrok.
A za mną zgaszone, ciepłe jasne twarze
kilka zbyt pochopnie zatrzaśniętych drzwi
ledwie kątem oka muśnięte pejzaże
w których tyle wierszy niespełnionych śpi

Płynie szmal to z kolei piosenka z musicalu Evita, w którym - grając w Teatrze Rozrywki w Chorzowie - Bajor grał rolę Che. To znakomicie wykonana, dynamiczna piosenka ze świetnymi chórkami i szybkim śpiewem Bajora. Rewelacyjne nagranie.

Do fundacji napływał szmal ze wszystkich stron
wyduszała go Evita rączką swą
ktoś powie, że powinien być to dobrowolny gest
ach, kochanie, to nie jest tak...
Wszak nie myślisz, gdy płynie szmal, skąd on się wziął?
Myślisz o tych, którym możesz pomóc mając go
Eva ogłosiła, że już nęzy nadszedł kres
najwspanialsza w świecie jest Fundacja Evy Peron

O Nie opuszczaj mnie powiem dokładnie to samo, co o Nie chcę więcej - drugi raz to samo, ale drugi raz tak samo dobrze.

Ja deszczowym dniem, ci przyniosę z ziem
gdzie nie pada deszcz, pereł deszczu sznur
jeśli umrę, z chmur spłynie do twych rąk
światła złoty krąg i to będę ja
w świecie ziemskich spraw, miłowanie me
będzie pierwszym z praw, królem stanę się
a królową Ty
nie opuszczaj mnie

Są ludzie to kolejna piosenka przetłumaczona dla Bajora przez Andrzeja Ozgę na potrzeby Bajora w Buffo. Przyjemny, radosny, żartobliwy i dowcipny kawałek, acz trochę naiwny i mało odkrywczy. Nic specjalnego.

Są ludzie, dla których wprost
chcę śpiewać i zdzierać głos
wciąż chce się dla tych ludzi
tu żyć, być
spalać się za dwóch
to dla was właśnie chcę
powracać tu

Moja droga to jeden z największych standardów w historii muzyki rozrywkowej. Również Bajor wziął się z nią na bary. Na potrzeby Bajor w Buffo przetłumaczył go Andrzej Ozga i zrobił to z pewnością w oryginalny i jedyny, niepowtarzalny sposób. Do tego Bajor dołożył poruszającą interpretację i mamy przepiękne domknięcie albumu.

I tak będę szedł
bo drogi szmat
choć z każdym dniem
wciąż przybywa lat
dopóki sił
wystarcza by
z tej drogi pył
przemieniać w sny
a żeby śnić
ja muszę iść
mą własną drogą


Największym problemem Michał Bajor '95 jest zdecydowanie długość. Ponad godzina muzyki to niemałe wyzwanie. Bajor jednak mu nie sprostał, a przynajmniej nie całkiem. Jest tu na pewno pełno wartościowych kompozycji, jednak nie da się nie odczuć, że płyta powstawała trochę na "odwal się". Przede wszystkim karygodny jest miks polskich wersji piosenek z Kings and Queens, jednak o nich pisałem już wcześniej nie raz, więc nie będę się tu powtarzał. Również dość średnio wypada fakt, że mało tu premierowych utworów. Za dużo tu sprawdzonych i starych patentów, a za mało nowego materiału, który mógłby uczynić płytę nieco bardziej atrakcyjną. Podsumowując: Michał Bajor '95 to niezły album, ale czuć tu za bardzo lenistwo i chodzenie na skróty. Jest tu trochę dobrych piosenek, których warto posłuchać, ale nie zabrakło miejsca dla wypełniaczy, które rozciągają płytę do granic możliwości, co działa tylko na jej niekorzyść.

Ocena: 6/10


Michał Bajor '95: 63:59

1. Na granicy łez - 4:05
2. Kings & Queens - 3:40
3. Barwa twoich słów - 4:48
4. Kto mi powie - 3:11
5. Mroczna aleja wczorajszego dnia - 4:00
6. Czuję i trwam - 3:10
7. Panie, który jesteś - 5:00
8. Umieram - 3:45
9. Nie chcę więcej - 3:50
10. Proszę, otrzyj łzy - 4:50
11. Merci Cheri - 3:45
12. Podeptane kwiaty - 3:55
13. Płynie szmal - 4:05
14. Nie opuszczaj mnie - 4:55
15. Są ludzie - 2:45
16. Moja droga - 4:15

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...