wtorek, 19 marca 2019

"Here And There" - Elton John [Recenzja]


Elton John w latach 70. - a zwłaszcza na koncertach - uchodził za gwiazdę co najmniej ekstrawagancką. Słynne stały się jego rozmaite, niekonwencjonalne kostiumy oraz niepohamowane i pełne szaleństwa zachowania na scenie, kiedy to potrafił nawet wskoczyć na fortepian i na nim tańczyć. Przede wszystkim jednak to, co charakteryzowało jego koncerty to jego energia; Elton na scenie zamieniał się w prawdziwy dynamit, wkładając w wykonywanie swoich utworów całe pokłady swojego szaleństwa.
Pierwszy album koncertowy wydał już w w 1971 roku, zatytułowany 17-11-70 (od daty zarejestrowania). Krążek cieszył się wielkim zainteresowaniem zarówno widzów, jak i krytyków, gdyż prezentował naprawdę wysoki poziom wykonawstwa i kreatywności. Na kolejną płytę koncertową fani musieli czekać stosunkowo niedługo, bo tylko 5 lat. W tym czasie John zdążył wydać już 8 albumów, więc wydawało się, że materiału ma aż zanadto. Okazało się jednak, że ten album zawiera 2 występy, oba nagrane już w 1974 roku, więc obejmujące repertuarowo tylko okres do Caribou.
Pierwsza płyta, Here, to występ z Royal Festival Hall w Londynie, natomiast There to koncert zarejestrowany w ulubionej po dziś dzień hali koncertowej Eltona, czyli Madison Square Garden w Nowym Jorku. Niespodzianką na There może być fakt, iż jest to nagranie ze słynnego koncertu, na którym do Eltona dołączył legendarny John Lennon. Warto tu przybliżyć okoliczności tego scenicznego spotkania. Otóż Elton wraz z Lennonem nagrał utwór Whatever Gets You Thru The Night, który znalazł się na solowej płycie ex-Beatlesa, Walls And Bridges. Lennon był zachwycony jego nagraniami, jednak gdy Elton powiedział mu, że to prawdziwy hit, który zdobędzie szczyty list przebojów, ten pierwszy go wyśmiał. Elton zaproponował więc zakład: jeśli ten kawałek wyląduje na pierwszym miejscu, Lennon (który od dłuższego czasu już nie występował) zagra na jego koncercie. Beatles (którego żadna piosenka, za jego życia, nie dotarła do pierwszego miejsca) zgodził się, nie przypuszczając, że Whatever Gets You Thru The Night się to uda. Niespodziewanie jednak utwór dostał się na pierwsze miejsce w USA. Lennon musiał więc dotrzymać słowa i ten koncert okazał się jego ostatnim występem na scenie.

Zaczyna się krótkim, orkiestrowym motywem puszczonym z taśmy. Wciąż jednak słychać rozmowy publiczności, cichną one dopiero wraz z brawami. Gdy Elton pojawia się na scenie, słychać głośne okrzyki. John wita się z publiką i mówi, że "plan na dzisiaj jest taki, że chcemy tutaj zrobić wieczór pełen nostalgii i wrócić do kilku starych albumów". O pierwszej piosence mówi, że to pierwszy numer, z którego razem z Berniem byli nad wyraz zadowoleni - Skyline Pigeon z albumu Empty Sky. Wykonuje ją tylko przy akompaniamencie fortepianu i bardzo dobrze, gdyż dzięki temu rzecz wypada kameralnie i podkreśla tylko tę zjawiskową melodię. Głos Eltona brzmi świetnie; emocjonalnie, a w refrenach znakomicie stopniuje dramaturgię. Przepiękne otwarcie.
Kontynuujemy jedną z moich ulubionych piosenek z drugiego longplaya artysty - zatytułowanego po prostu Elton John - Border Song. Zaczyna się znów tylko przy wtórze fortepianu, jednak po około minucie dołączają do niego także perkusja i bas. Muszę podkreślić tu, że o wiele bardziej podobają mi się wokale tej wersji, niż tej płytowej. Elton śpiewa tu jakby z większym zaangażowaniem i wyczuciem, a także czuć tu większą siłę jego głosu.
Następnym numerem jest Take Me To The Pilot, czyli jedna z ulubionych piosenek Eltona (także z drugiej płyty). Ponownie, o wiele bardziej podoba mi się tu nie tylko wokal, ale w ogóle ta wersja. Wszystko jest tu jakby do przodu, z większym zaangażowaniem i pasją. Żywiołowość tego utworu jest tu tylko podkreślona, a John z luzem bawi się po prostu tą piosenką. Poza tym całość została rozbudowana o rozimprowizowaną, rockową kodę, bez której wersja studyjna jest już zawsze dla mnie niepełna. Świetna rzecz.
Przechodzimy teraz do Tumbleweed Connection i jednej z wizytówek tego krążka, czyli Country Comfort. Jest to odegrane "po bożemu", wiernie, lecz nie zachowawczo. W refrenie słychać skrócenie niektórych fraz, jednak nie przeszkadza to zupełnie w odbiorze. Piosenka brzmi świetnie, jednak bez rewolucji (jak to miało miejsce w przypadku poprzednich).
Przed kolejnym numerem, Elton mówi, że sporo osób pochodziło do niego i mówiło, że ich ulubionym numerem z Tumbleweed Connection jest piękne Love Song. Zaprasza na scenę osobę, która jest za tę piosenkę odpowiedzialna, czyli Lesley Duncan. Razem tworzą magiczny klimat, a aranż zostaje rozszerzony o piękne, delikatne perkusjonalia i wyciszone partie na gitarze elektrycznej. Głosy Johna i Duncan tworzą piękny nastrój i można się rozmarzyć. Coś pięknego. Dobrze, że artysta sięgnął też po ten numer i go znacznie rozbudował, bowiem w środkowej części perkusja wchodzi już na dobre, a Davey Johnstone gra jedną ze swoich najlepszych solówek. Jeden z jaśniejszych punktów tego koncertu. Coś wspaniałego.
Partią gitary elektrycznej rozpoczyna się genialnie rozbudowane Bad Side of the Moon. Stopniowanie napięcia na poziomie wręcz wzorowym (czuć tu klasyczne wykształcenie muzyczne Eltona). Zwrotki wybuchowe, w refrenach wyciszenie, ale dąży one crescendo do kolejnej eksplozji energii i pasji. To co w tym numerze wyprawia John z zespołem to pokaz czystej wirtuozerii, niespotykanej na koncertach (chyba, że w rozimprowizowanych Led Zeppelin). Ciężko nie porwać się tej pasji i energii, która aż bije z tego kawałka. Co chwila nowe solówki, nowe, uzależniające wokale... Brak słów, by opisać co tu się dzieje. Wykon wybitny.
Powrót do Tumbleweed Connection gwarantuje nam (kończący wspomniany album) Burn Down The Mission. Do momentu, gdy piosenka urywa się w wersji studyjnej, całość odegrana jest dość zachowawczo. Ciekawiej robi się jednak później, gdy nabiera tempa, a Nigel Olsson rozpoczyna swoje perkusyjne wyczyny. Eltona ponosi energia, całość nabiera wręcz hard rockowego sznytu i niczym rozpędzona machina rusza przed siebie, miażdżąc na co tylko natrafi. Ostre partie gitary przeplatają się z szalonymi wstawkami na fortepianie. Gdy całość się urywa, czujemy że muzycy mogliby to ciągnąć i ciągnąć.
Elton sięga jednak wreszcie po przeboje z prawdziwego zdarzenia, zaczynając od utworu Honky Cat, który rozpoczął prawdziwie rockowy okres w jego karierze. Brak tu może dęciaków, jednak okazuje się, że i bez nich numer bez trudu się broni. Czuć, że muzyków wprost rozpiera energia, a śmiechu dostarcza solo Raya Coopera na... wabiku, który imituje odgłosy godowe kaczki. Całość udziela się publiczności, która zaczyna śpiewać z Eltonem. Muzycy rozciągnęli numer do siedmiu minut, jednak w ogóle tego nie czuć, gdyż całość hipnotyzuje i zaraża pozytywnymi wibracjami, co czuć też po reakcji publiczności, która nagrodziła całość największymi brawami.
Następny hit. Crocodile Rock z Don't Shoot Me I'm Only The Piano Player. Falsetom Johna wtóruje ponownie Ray Cooper, tym razem przygrywając na organach słynny motyw. Całość kipi energią i wraz z Honky Cat stanowi najbardziej energetyczny i szalony segment tego koncertu. Wykonanie wierne oryginałowi i nie ma tu najmniejszych przejawów inwencji, jednak zagrane wzorcowo.
Robimy sobie jednak odpoczynek, a to za sprawą najbardziej znanego utworu z opus magnum Eltona - albumu Goodbye Yellow Brick Road - Candle In The Wind. Zagrane jest dość wiernie i właściwie nie ma tu znaczących zmian aranżacyjno-wykonawczych, ale też w przypadku takich numerów może to i lepiej.
Brawa już po pierwszych dźwięków zbiera przebój nad przeboje, czyli nieśmiertelne Your Song. Prawdziwe dzieło gatunku, ponownie zagrane wiernie i raczej odtwórczo, ale w przypadku takiego sztosu nie należy raczej mieć o to pretensji do Eltona. Czasem mniej znaczy więcej. Ta piosenka robi wrażenie w każdej wersji, więc i tu wspaniale się prezentuje.
Żeby zakończyć jednak koncert mocnym akcentem, na sam finał muzyk proponuje nam mocny, glamrockowy numer z Goodbye Yellow Brick Road, czyli słynne Saturday Night's Alright For Fighting. Nie różni się to zbytnio od pierwowzoru. Rozciągnięto to do siedmiu minut, jednak Elton mimo wszystko nie pokusił się na szaleństwo i trzymał się ram, pozwalając publiczności łatwo i przyjemnie podążać rytmem tego numeru, a w finale zaśpiewać refren wraz z nimi. Tak kończy się pierwszy koncert z tej płyty, który oceniam nader pozytywnie.


Drugi występ dzieli od pierwszego tylko pół roku, a mimo wszystko już na wstępie czuć znaczącą zmianę repertuarową. Całość bowiem nie zaczyna się delikatnie i kameralnie, a monumentalnie i z przytupem, a mianowicie kawałkiem Funeral For A Friend/Love Lies Bleeding, który otwierał najwspanialsze płytowe dokonanie Eltona, czyli - oczywiście - Goodbye Yellow Brick Road. Utwór jest arcydziełem sam w sobie, jednakże w tej wersji został mocno okaleczony wymuszonym i pełnym fałszów solo gitarowym. Fortepian trzyma, rzecz jasna, poziom, perkusja dudni aż miło, klawisze wykonują swoją robotę, Elton śpiewa tak jak powinien, ale gitara za to momentami naprawdę mocno zgrzyta. Szczególnie dobrze wypada część zwolnienia w Love Lies Bleeding. Znakomicie zagrane. Świetne otwarcie koncertu.
Bardzo poprawnie wypada Rocket Man (I Think It's Going To Be A Long Long Time), czyli jeden z największych przebojów Eltona, zresztą zasłużenie, bo to naprawdę wybitny utwór. Artysta nie pokusił się jednak tutaj o wyjście poza bezpieczną strefę i gra całość raczej odtwórczo, a szkoda, bo na przykład współcześniejsze koncerty zawierały bardzo ciekawą improwizację fortepianową, która znakomicie rozwijała ten utwór, jednak nawet i bez tego piosenka wypada świetnie.
Zupełnie inaczej natomiast rozpoczyna się Take Me To The Pilot. Elton zamiast dynamicznych fraz funduje nam tu raczej wolniejszy i bardziej majestatyczny wstęp. Początkowo tylko z fortepianem, jednak później dochodzi do niego reszta w rozimprowizowanym wstępie. Część środkowa to już - standardowa - jazda bez trzymanki i prawdziwy pokaz energii i pasji. Tu na pewno wypada o wiele lepiej i bardziej żywiołowo niż na pierwszej płycie.
Kolejnym zagranym przez Johna tu hitem jest Bennie And The Jets. I tu mógłbym powtórzyć wszystkie plusy i minusy wypisane przy okazji Rocket Man. Podobnie sprawa ma się też z Grey Seal, z tym że tu akurat piosenkę rozciągnięto do pięciu minut, lecz zdecydowanie na niekorzyść. Oprócz sola gitarowego i perkusyjnego (a to dopiero końcówka) 3 minuty to ten sam motyw, grany w ten sam sposób. Nuda, a szkoda, bo tu akurat - gdyby skończyć na wersji właściwej - całość miałaby więcej dynamiki i energii.
Pięknie wypada bardzo poprawny Daniel, a bardzo energetycznie i dynamicznie zostaje zagrany jeden z jaśniejszych punktów Caribou - You're So Static. W przypadku obu, zachowany został dokładnie charakter obu z pierwowzorów, tak więc w pierwszym jest delikatnie i sentymentalnie, a w drugim ostro i żywiołowo. Za grosz w tym inwencji, ale za to wysokie noty za profesjonalizm wykonania.
Przychodzi moment, kiedy Elton zapowiada kogoś, kto "nikomu z publiczności nie będzie nieznany". Gdy na scenę wchodzi "Mr John Lennon" owacje publiczności są ogromne. Nikt nie spodziewał się występu takiej legendy. Panowie zaczynają od ich wspólnego utworu Whatever Gets You Thru The Night. Całość - choć ponownie zachowawcza - wypada bardzo żywiołowo i radośnie, jak ma się także sprawa z oryginałem.
Następnie panowie wykonują Lucy In The Sky With Diamonds z repertuaru Beatlesów, które w wersji Eltona zdobyło szczyty list przebojów. Nie ma co się dziwić, gdyż w jego interpretacji uwypuklona została przebojowość melodii, podbita świetnymi dęciakami i porywającą środkową częścią. Tutaj jednak solo melotronu zastąpiła ostra gitara Lennona, który wspomaga jednocześnie Johna w refrenach, a w pewnym momencie śpiewa je nawet solo. Całość brzmi naprawdę porywająco.
Sensacją może być natomiast wykonanie przez panów... I Saw Her Standing There. Owszem, Elton w tamtym czasie śpiewał to na swoich koncertach, jednak w oryginalnej wersji wokalu wiodącego nie śpiewał Lennon, lecz Paul McCartney. Tutaj wypada to jednak nad wyraz dobrze, panowie świetnie się odnajdują, odśpiewując to w tandemie. Rzecz jasna, brak tu młodzieńczej energii, pasji i żarliwości pierwowzoru, jednak i tak ta wersja to prawdziwy dynamit ze znakomitym, obezwładniającym solo gitarowym Lennona. Na tej piosence kończy się też kariera sceniczna ex-Beatlesa. Ten numer to ostatnie dźwięki gitary i ostatnie wokale, które Lennon kiedykolwiek wykonał na scenie. Jeśli jednak uznać to za swoiste domknięcie pewnego etapu jego kariery, pożegnał się w pięknym stylu. Mocno, energicznie, a także piosenką, którą rozpoczął swoją oszałamiającą karierę z Beatlesami.
Wracamy jednak do solowego repertuaru głównej gwiazdy wieczoru, czyli do wielkiego przeboju Don't Let The Sun Go Down On Me, nominowanego zresztą do nagrody Grammy. Piosenka ta to prawdziwy majstersztyk i w wersji na żywo również wypada znakomicie. Jedynym zgrzytem jednak jest finalne solo trąbki; trębaczowi zabrakło chyba oddechu, bo całkowicie zepsuł to wymuszonymi dźwiękami. Mimo to, piosenka i tak brzmi bardzo dobrze.
Pod koniec koncertu przychodzi pora na największy przebój, czyli Your Song. Pod koniec Elton zmienia nieco tekst, by pasował do podziękowania publiczności za wieczór i pozwala sobie na nieco swobodniejsze wokalne wyskoki, co tylko ubarwia piosenkę i sprawia, że jest pięknym pożegnaniem i tak właściwie mógłby się koncert zakończyć...
Jednakże na sam koniec John trzymał jeszcze glamowy cios z prawdziwego zdarzenia, czyli The Bitch Is Back. Tutaj zostało to jeszcze bardziej przyspieszone niż na płycie, co w efekcie skutkuje prawdziwą, energetyczną jazdą bez trzymanki. Całość wypada naprawdę znakomicie i jest prawdziwą petardą zostawioną nam na sam finał.


Bardzo ciężko mi ocenić ten album, gdyż oba to koncerty szalenie się od siebie różnią. Pierwsza płyta to szaleństwo w najczystszej formie, sporo innowacji względem pierwowzorów, dużo ciekawych rozwinięć utworów i nieoczywisty dobór utworów. Druga natomiast to granie raczej zachowawcze; dobór utworów bezpieczniejszy, a Elton i spółka nie robią nic, by je jakoś urozmaicić. Sytuację poprawia John Lennon, który samą swoją obecnością już wnosi powiew świeżości do koncertu, jednakże bez niego, byłby to o wiele gorszy występ. Rzecz jasna całość stoi na wysokim poziomie wykonawczym i to bardzo dobrze wykonane bardzo dobre utwory. Jednakże ja od płyty koncertowej oczekuję raczej ich rozwinięć i nieustannych emocji, hitów przeplatanych z mniej oczywistymi kawałkami. Tutaj jednak momentami robi się nudno, a do tego na żadnej płycie (niezależnie czy studyjnej czy koncertowej) absolutnie nie można dopuścić. Reasumując: pierwsza płyta - znakomita, druga - taka sobie.

Ocena: 6/10


Here and There: 139:42

CD 1:
1. Skyline Pigeon - 5:41
2. Border Song - 3:27
3. Take Me to the Pilot - 4:33
4. Country Comfort - 6:44
5. Love Song (with Lesley Duncan) - 5:03
6. Bad Side of the Moon - 7:54
7. Burn Down the Mission - 8:25
8. Honky Cat - 7:04
9. Crocodile Rock - 4:08
10. Candle in the Wind - 3:57
11. Your Song - 3:56
12. Saturday Night's Alright for Fighting - 7:09

CD 2:
1. Funeral for a Friend/Love Lies Bleeding - 11:53
2. Rocket Man (I Think It's Going to Be a Long, Long Time) - 5:03
3. Take Me to the Pilot - 6:00
4. Bennie and the Jets - 5:59
5. Grey Seal - 5:27
6. Daniel - 4:06
7. You're So Static - 4:32
8. Whatever Gets You Thru the Night (with John Lennon) - 4:40
9. Lucy in the Sky with Diamonds (with John Lennon) - 6:15
10. I Saw Her Standing There (with John Lennon) - 3:17
11. Don't Let the Sun Go Down on Me - 5:57
12. Your Song - 3:58
13. The Bitch is Back - 4:23

niedziela, 17 marca 2019

"Sentimental Journey" - Ringo Starr [Recenzja]


Najpierw był soundtrack The Family Way Paula McCartney'a. Potem kolejna ścieżka dźwiękowa do filmu, tym razem autorstwa George'a Harrisona zatytułowana Wonderwall Music. Następnie ukazała się awangarda Johna Lennona i Yoko Ono. Jednakże pierwszym "prawdziwym" solowym albumem z Beatlesów może pochwalić się Ringo Starr. Ta płyta to zbiór ukochanych piosenek Ringo i jego rodziny z lat 40. i 50. Są to same evergreeny, wydany na długo przed - popularną dziś - serią "the great american songbook", z której szczególnie znany jest dziś Rod Stewart. Aranżacje na tym krążku są dziełami takich ludzi jak Quincy Jones, George Martin czy Paul McCartney. Warto wspomnieć też o tym, że trafił też na siódme miejsce list przebojów i utrzymała się na nich przez 6 tygodni. Jest to o tyle dość wyjątkowa sytuacja, że większość płyt Starra w ogóle nie była notowana.

Sentimental Journey to bardzo delikatne rozpoczęcie płyty. Delikatne, z lekka jazzujące zwrotki przeplatają się z odrobinę żywszymi refrenami. Warto zwrócić uwagę na sekcję smyczków, która pięknie nadaje klimatu całej piosence. Na całym albumie Ringo zajął się tylko wokalami, natomiast cała reszta instrumentów jest obsługiwana przez orkiestrę George'a Martina. Aranżację do tego utworu ułożył Richard Perry, który znany jest ze współpracy z takimi gwiazdami jak Elton John, Rod Stewart czy Art Garfunkel. Trzeba przyznać, że mimo niezbyt imponujących umiejętności wokalnych, Starr zręcznie radzi sobie z takimi warunkami, jakie ma, tworząc naprawdę czarujący klimat. Piękna piosenka.
Mocnymi dęciakami rozpoczyna się Night And Day, który po chwili klimatem przywodzić może knajpkę w jazzującym Nowym Orleanie. Zdecydowanie robi się tu żywiej niż w poprzedniku, jednak nie brakuje tu znaczącej dozy szaleństwa i najzwyczajniejszej w świecie radości. Nastrój utworu nie dziwi, gdyż o oprawę muzyczną zatroszczył się Chico O'Farrill - znany kubański jazzman. Świetny kawałek.
Lirycznie robi się w Whispering Grass (Don't Tell the Trees). Ponownie mamy tu cudowne smyczki, jednakże są tu one jeszcze bardziej wyeksponowane niż w Sentimental Journey. W zwrotkach mamy odrobinę oszczędniejszą warstwę instrumentalną, w chwili wybuchu jednak smyczki oczarowują słuchacza nadzwyczajnym wręcz pięknem i tworzą cudowny nastrój. 
Country mamy natomiast Bye Bye Blackbird. Zarówno aranż, jak i wykonanie może kojarzyć się z tym, co w The Beatles zwykł śpiewać Ringo. Może dlatego najłatwiej tu o nostalgię. Ciekawy zabieg mamy też od, mniej więcej, połowy utworu, gdy do country dołącza symfonika i mamy tu delikatne, acz wyraziste połączenie obydwu stylów, z których możemy znać ex-Beatlesa. Wybuchowa końcówka to również - bez wątpienia - rzecz robiąca wrażenie. Znakomity i wyważony kawałek.
W I'm a Fool To Care Ringo schodzi momentami do bardzo niskich rejestrów, pokazując także tę stronę swoich umiejętności wokalnych. Moim ulubionym momentem w tym numerze jest ten w połowie, gdy niespodziewanie mamy wybuch dęciaków, które potem co chwilę powracają. Solo na trąbce odrobinę przyspiesza cały kawałek, a w ślad za nim podąża cała reszta instrumentarium. Po chwili wracamy jednak do poprzedniego, wolniejszego i delikatniejszego klimatu. Ciekawie!
Stardust to prawdopodobnie największy standard, po który na tym krążku sięgnął Ringo. Ciężko zaaranażować coś tak ogranego, jednocześnie wnosząc do tego jakąś nową jakość. Może dlatego Starr poprosił o to swojego dobrego przyjaciela, Paula McCartney'a. Paul może nie wniósł tu niczego specjalnie odkrywczego, jednak zachował klasę oryginału i wprowadził ciekawy zryw orkiestry, który wspaniale współgra z klimatem całości. Do tego oszczędny, minimalistyczny Ringo i tak o to mamy Stardust: zachowawczo, ale niestandardowo. 
Znowu żywiej robi się w Blue Turning Grey Over You. Eksplozje dęciaków, zwalniające refreny i zwrotki, dzięki czemu całość brzmi oryginalnie i z polotem. Warto zwrócić uwagę na znakomitą grę perkusisty. Mam wrażenie, że w swojej technice sporo czerpie ze stylu wypracowanego przez Starra. Znakomite przyspieszenia i wymykanie się ze sztywnych ran bez tracenia rytmu, jazzowe wstawki i improwizacje. A skoro już o improwizacjach mowa, całkiem zabawna jest dość niezręczna wokalna próbka "szaleństwa" Ringo, który stara się zachowywać w niej jak jazzman z krwi i kości. Ciekawostka, ale warto zwrócić na nią uwagę. Wracając jednak do samego utworu: robi się naprawdę pięknie, chociaż jest to pierwszy moment, kiedy styl płyty zaczyna nieco nużyć.
Love Is a Many Splendoured Thing to znowu zwolnienie z bardzo przyjemnymi smyczkami, ale i chórkiem kobiecym, który dodaje całości nieco gracji i pięknie otacza nieco kanciasty wokal Starra. Jest to bez wątpienia jeden z najwspanialszych momentów płyty (no, ale czego się spodziewać, skoro za stołem aranżera stoi sam Quincy Jones), do którego regularnie wracam i zawsze czerpię z niego taką samą przyjemność.
Najlepszym momentem jest jednak przepiękne Dream. Po pierwsze: aranżacja George'a Martina. Po drugie: znakomite dęciaki. Po trzecie: niski, kojący głos Ringo. Po czwarte: konsekwentny, ale nie nużący podkład. I tyle. Te 4 rzeczy absolutnie wystarczą by stworzyć coś tak zjawiskowo pięknego jak ta piosenka. Nic tak nie ukoi zszarganych nerwów.
Monumentalnie (niczym trąby anielskie) rozpoczyna się You Always Hurt The One You Love. Potem jednak robi się raczej standardowo i nie ma co oczekiwać większych sensacji i rewolucji. Ot, kolejny kawałek na płycie, który stylistycznie idealnie wpisuje się w koncept całości. 
Have I Told You Lately That I Love You to już rzecz z dystansem, z zabawnymi przejściami między zwrotkami. Jest żywo, bez patosu i luźno. Czyli wszystko, czego trzeba by stworzyć kolejny przyjemny numer tej płyty. I taki właśnie jest ten kawałek: przyjemny i nic więcej.
Zakończenie, czyli Let the Rest of the Day Go By, to rzecz jakby żywcem wzięta z sountracku klasycznej bajki Disney'a. Pięknie, nastrojowo, z pompatyczną (w dobrym tego słowa znaczeniu) orkiestrą. Nie jest ani ociężale, ani zbyt wesoło. Jest tak pomiędzy i w tym właśnie drzemie siła tego kawałka. Znakomicie całości dopełnia delikatny kobiecy chórek. Godne zakończenie płyty.


Sentimental Journey to płyta raczej jednowymiarowa. Nie ma co dopatrywać się tu geniuszu, bądź wirtuozerii rodem z płyt The Beatles, czy nawet solowej działalności członków zespołu (w tym i kilku albumów samego Starra). Można jednak zauważyć tu pełne szacunku podejście do klasyków, miłość do muzyki, która wprost wylewa się ze spokojnego głosu Ringo i aranżacji, które nie próbują zredefiniować zanadto tych numerów. Bo cała ta płyta to po prostu hołd, który Starr złożył swojemu dzieciństwu i swojej pasji, chcąc pokazać, skąd wzięły się jego muzyczne korzenie. Bo i czemu nie? Jako najsłynniejszy perkusista na świecie mógł sobie na to pozwolić i nagrał piękny album, wprost stworzony do słuchania w spokojne, jesienne wieczory. Są momenty, gdy robi się trochę nudnawo, ale taki urok tej płyty. Opinię, którą wyraziłem przy okazji piosenki Stardust, mógłbym powtórzyć ponownie, odnośnie całego longplaya: zachowawczo, ale niestandardowo.

Ocena: 6/10


Sentimental Journey: 34:03

1. Sentimental Journey - 3:26
2. Night and Day - 2:25
3. Whispering Grass (Don't Tell the Trees) - 2:37
4. Bye Bye Blackbird - 2:11
5. I'm a Fool to Care - 2:39
6. Stardust - 3:22
7. Blue, Turning Grey Over You - 3:19
8. Love is a Many Splendoured Thing - 3:05
9. Dream - 2:42
10. You Always Hurt the One You Love - 2:20
11. Have I Told You Lately That I Love You? - 2:44
12. Let the Rest of the World Go By - 2:55

czwartek, 14 marca 2019

"Elvis" - Elvis Presley [Recenzja]


Już na początku swojej oszałamiającej kariery, Elvis Presley zaczął ustanawiać nowe standardy. Swój drugi longplay, zatytułowany po prostu Elvis (chociaż w Wielkiej Brytanii został wydany pod tytułem Elvis Presley No. 2) nagrał w zaledwie 3 dni (plus jedna piosenka pochodząca z sesji do pierwszej płyty). Album trafił na pierwsze miejsce listy Billboardu, gdzie pozostał przez 4 tygodnie. Tym samym Presley ustanowił rekord - został pierwszym artystą, który w tym samym roku umieścił na szczycie aż 2 albumy. 

Zaczynamy jednym z największych przebojów Elvisa, czyli Rip It Up. Mimo upływu wielu lat ten kawałek to wciąż masa energii. Król swoim z lekka erotycznym wokalem wyśpiewuje tekst do typowo rockandrollowego tempa i aranżu, a mimo to piosenka ani trochę nie wydaje się banalna czy anachroniczna. Brzmi naprawdę świetnie i efektownie otwiera longplay. 

'Cause it's Saturday night and I just got paid
Fool about my money don't try to save
My hearts says go
Have a time 'cause it's Saturday night
And I'm feeling fine

Kolejny kawałek to typowa dla Elvisa, rzewna ballada o wymownym tytule Love Me (nie mylić z Love Me Tender). Pięknym, delikatnym, ale i silnym głosem wyśpiewuje swoje błagania wraz z męskim chórkiem i lekką perkusją. Robi się pięknie, romantycznie, ale nie ckliwie. 

If you ever go
Darling, I'll be oh so lonely
Beggin' on my knees
All I ask is please, please love me

When My Blue Moon Turns To Gold Again to żywsze granie, jednak nie stricte rockandrollowe. Nie jest też banalne, gdyż po klimatycznej zwrotce, perkusja nagle wybija szybsze tempo, a bluesowa gitara wygrywa ciekawą solówkę. Ponownie Elvisa można tu usłyszeć wespół z męskim chórkiem. Ciekawa i nieoczywista piosenka. Na plus.

When the memories that linger in our hearts
Memories that make my heart cold
However some day they'll live again sweetheart
And my blue moon again will turn to gold

Przychodzi czas na cover wielkiego hitu Little Richard'a, Long Tall Sally. Wersja Elvis nie umywa się, rzecz jasna, do oryginału, gdyż nie ma w sobie za grosz polotu. Jest po prostu wiernym odwzorowaniem, a całą jego siłą jest znakomity głos Presley'a. Szkoda, gdyż mogłaby z tego być prawdziwa rockandrollowa bomba.

Gonna tell Aunt Mary about Uncle John
He claim he got misery but he's havin' lots of fun

Pierwsze, co rzuca się w uszy przy słuchaniu First In Line to bardzo słabo zarejestrowany wokal. Przytłumiony, z daleka, przywodzi raczej na myśl nagrane dyktafonem wykonanie z sali prób, niż profesjonalnie nagrany utwór na drugą płytę wschodzącej gwiazdy rocka. Gdy jednak przejdziemy na tym do porządku dziennego, okazuje się, że ta piosenka to całkiem udana rzecz, nie pozbawiona uroku ale i zbędnego patosu.

There may be others that know you longer
Who pledge their hearts to you
But there's no other could love you stronger
Any stroger than I do
Don't refuse me, say I'll choose me
My darlin' say I'm your darlin'
The first and the last in line

Paralyzed to już wyższy poziom i powrót do oczywistej rockandrollowej konwencji z początku płyty. Męskie chórki, typowy rytm, z lekka niedbały wokal Elvisa - całość tworzy całkiem zgrabną kompozycję, która (podobnie jak 4/5 utworów z tego longplaya) na dłużej nie zostaje w głowie, ale ze słuchania jej czerpie się sporą przyjemność.

When you looked into my eyes
I stood there like I was hypnotized
You sent a feeling to my spine
A feeling warm and smooth and fine
But all I could do were stand there paralyzed

So Glad You're Mine to jedyna piosenka na płycie pochodząca z sesji do poprzedniej płyty. Otwiera ją barowe pianino i świetnej jakości nagrany wokal. Czuć przez to, z jaką starannością podchodzono do debiutu i w jakim pośpiechu i niedbałości nagrywany był Elvis. Nie ma jednak czasu tego żałować, gdyż So Glad You're Mine to nad wyraz udany numer ze świetną perkusją, wyrazistym pianinem i całkiem przyjemnym solo gitary. Bardzo dobry kawałek.

My baby knows just how
To treat me right
Gives me plenty loving
Morning, noon and light

Old Shep to piękna, leniwie sącząca się ballada o miłości chłopca do psa, którego był właścicielem w młodości i nigdy o nim nie zapomniał. Melodia jest naprawdę piękna, tak samo jak wokale Elvisa i chórki, a jednak... coś tu nie gra. Prawdopodobnie problem tkwi w tym zbyt ślamazarnym tempie, przez co piosenka ciągnie się i ciągnie, zaś pod koniec mamy już jej serdecznie dosyć. Gdyby odrobinę ją przyspieszyć i odjąć nieco ckliwości, byłoby o wiele lepiej i nie zostałby zmarnowany tak piękny i nostalgiczny tekst.

When I was a lad
And old Shep was a pup
Over hills and meadows we'd stray
Just a boy and his dog
We were both full of fun
We grew up together that way

Ready Teddy na szczęście podnosi poziom i wynagradza nam te 4 minuty smęcenia. Ten kawałek to ostre, rockandrollowe granie, które potrafi każdego poderwać z rana na nogi. Działa lepiej niż niejedna mała czarna, zapewniam! Genialna rzecz.

Going down to the corner
Pick up my sweetie pie
She's my rock'n'roll baby
She's the apple of my eye

Anyplace Is Paradise to dowód, że da się zrobić piękną piosenkę o miłości, bez nadmiernej rzewności i rozczulania się. Utrzymana w średnim tempie ballada ze świetnym wokalem Elvisa i tak samo rewelacyjną gitarą i barowym pianinem to jeden z największych atutów tej płyty. Pozytywnego wrażenia całości dopełnia miłosny, lecz nie ckliwy tekst. 

Whether you're riding down a highway
Or walkin' down the street
It makes no difference baby
I'm gonna love you just as mean
'Cause holdin' your little hand
Makes me feel so very nice
Anyplace is paradise
When I'm with you

How's The World Treating You to już jednak rzewna rzecz, lecz nad wyraz udana i niepozbawiona uroku. Nie ma tu zbytniego smęcenia, Elvis ograniczył nieco swój płaczliwy wokal znany z tego typu utworów, dzięki czemu całość sprawia pozytywne wrażenie i chwyci za serce niejednej dziewczyny (chociaż obecnie to już raczej kobiety) zakochanej w cudownym barytonie Króla Rock'n'Rolla.

Got no plans for next Sunday
Got no plans for today
Everyday is blue Monday
Everyday you're away

How Do You Think I Feel, mimo smutnego tekstu, nie jest typową balladą, gdyż utrzymany jest w średnim tempie z pogodną perkusją i żywym wokalem Presleya. Efektownie - lecz nie efekciarsko - kończy longplay.

How do you think I feel?
Well, I know your love's not real
The girl I'm mad about is just a gadabout
How do you think I feel?


Elvis to bez wątpienia longplay o wiele dojrzalszy niż debiutancki Elvis Presley. Pojawiło się tu mniej identycznie brzmiących utworów; każdy ma swoją odrębną jakość i cechy odróżniające go od reszty peletonu. Nie ustrzeżono się jednak jednego, znaczącego błędu: pośpiechu. Czuć, że na nagranie nie wystarczyło czasu i kilka piosenek jest nagranych lepiej, a kilka bardzo słabo, co szczególnie słychać w - momentami - beznadziejnie nagłośnionym głosie Elvisa. Gdyby nie to, longplay może wybrzmiałby lepiej, a tak muszę uznać go za coś pomiędzy płytą dobrą a bardzo dobrą. Od Elvisa z reguły oczekuje się albumu dobrego, więc może termin "powyżej oczekiwań" będzie tu na miejscu?

Ocena: 8/10

"Blue Moves" - Elton John [Recenzja]


Sława, którą Elton John zdobył w latach 70. zaczęła go przytłaczać. Coraz bardziej zatracał się w nałogach, a nagrywanie kolejnych albumów i granie koncertów przestało dawać mu radość. Zmęczony tym wszystkim postanowił więc na jakiś czas wycofać się z muzyki. Po nagraniu wypełnionego rockową energią Rock of the Westies, artysta postanowił uczynić swój kolejny longplay bardziej zamyślonym i subtelnym. Tak właśnie powstało Blue Moves, czyli dwupłytowy album, zdecydowanie smutniejszy i delikatniejszy niż poprzednicy. Podczas koncertu na Wembley, promującym ten album, muzyk powiedział pod koniec: "To koniec. Na razie to tyle". Jak się potem okazało, był to ostatni koncerty trasy, a Elton na ponad rok zniknął z życia publicznego.

Zaczyna się niewinnie, czyli nieszkodliwym openerem w postaci półtoraminutowego You Starter For... Jest to kompozycja raczej żywiołowa, z wyrazistymi dęciakami, jednak podszyta jest pewnego rodzaju wewnętrzną melancholią. 
Tak naprawdę jest ona tylko wstępem do potężnego, monumentalnego Tonight, czyli jednej z najbardziej zjawiskowych kompozycji w całym repertuarze Eltona, a zarazem moim faworytem tego longplaya. Rozpoczyna się delikatnym wstępem na fortepianie, by potem móc uderzyć z całą siłą orkiestracją. Po chwili pojawiają się kolejne wariacje wokół głównego tematu. Pompatyczność całości mocno przytłacza słuchacza, jednak tutaj jest to jak najbardziej zaleta, gdyż podkreśla siłę i urok kompozycji. Po prawie trzech minutach instrumentalnego grania wreszcie możemy usłyszeć Eltona. Gorzkim głosem wyśpiewuje jeden z najbardziej poetyckich liryków Berniego Taupina. Jego wokal, jak jeszcze nigdy wcześniej, jest tu niebywale smutny, co uwydatnia tylko urok całej piosenki. Po trzech zwrotkach mamy niedługi przerywnik instrumentalny i repryzę trzeciej zwrotki, która brzmi naprawdę powalająco. Wybitny utwór. Trzeba posłuchać, by zrozumieć.

Tonight
Just let the curtains close in silence
Tonight
Why not approach with less defiance
The man who'd love to see you smile

Kontrastem do subtelnego Tonight jest ostry, rockowy One Horse Town. Zaczyna się przytłumionym riffem granym na elektrycznym pianinie, wspomaganym od pewnego momentu smykami. Nagłe uderzenie perkusji i gitary elektrycznej wybijają nas jednak z zamyślenia, zapowiadając kolejną znakomitą kompozycję. Elton śpiewa tu o wiele dynamiczniej, znakomicie wplatając tu (podobnie zresztą jak w Tonight) swoje falsety. Zwrotki to istna jazda bez trzymanki, na łeb na szyję. Zwraca tu uwagę potężna orkiestracja; nigdy wcześniej ani nigdy później nikt nie zaaranżował tak rockowej piosenki. Genialne solo gitary, napędzające całość smyki i dęciaki i bezbłędne wokale - oto właśnie One Horse Town.

'Cause it's no dice living in a one horse town
Laid back, as my old coon hound
And I just can't wait to get out of this one horse town
There's nothing to steal 'cause there's simply nothing much around

Powrotem do ballad jest Chameleon, czyli utwór o ponownym spotkaniu po wielu latach. Piękne partie na wibrafonie i uroczy refren bez wątpienia dodają kompozycji piękna, dzięki czemu można go łatwo zaliczyć w poczet najlepszych na płycie. 

And I can still recall wet afternoons
When we were small and simply childish
But you've created your own ghost
And the need you have is more than most to hide it

Po pięknym początku musiała jednak pojawić się wpadka, bo tym niewątpliwie jest Boogie Pilgrim. Irytujący, choć wpadający w ucho, motyw dęciaków, mało wyraziste zwrotki i słabiutki refren. Szkoda, bo Blue Moves zaczynało się naprawdę bardzo dobrze.

Crime in the streets
I read about it everyday in papers
Justice needs and justice wants
But just in times, yes, too late here
Feels like I wasn't born there
I feel just like a Boogie Pilgrim

Całość wraca na prawidłowe tory za sprawą Cage The Songbird. Jest to niejako następca Candle In The Wind, który był hołdem dla Marilyn Monroe, gdyż tu mamy utwór poświęcony nieszczęściu Edith Piaf. Opowiada jednak fikcyjną historię Piaf parę godzin przed samobójstwem (w rzeczywistości francuska pieśniarka zmarła na raka). Jest to delikatna i oszczędna - choć o nieco egzotycznie brzmiącej aranżacji - smutna piosenka, którą śmiało można uznać za kolejne wielkie dzieło Eltona, których niemało przecież stworzył w trakcie swojej pięćdziesięcioletniej kariery.

And you can cage the songbird
But you can't make her sing
And you can trap the free bird
But you'll have to clip her wings
'Cause she'll soar like a hawk when she flies
But she'll dive like an eagle when she dies

Crazy Water to kolejna dynamiczna kompozycja, jednak zakwalifikować ją trzeba jako średniak. Niby wszystko gra; jest pomysłowy motyw, piękna orkiestracja, żywe zwrotki i wpadające w ucho refreny, a jednak coś tu nie do końca gra. Lubię tę piosenkę, jednak gdybym powiedział, że jest udana, musiałbym jednocześnie zestawić ją z takimi rzeczami jak Tonight, One Horse Town, Chameleon i Cage The Songbird, a na to ta piosenka nie zasługuje, mimo całej mojej do niej sympatii.

Crazy water
Takes my fishing boat on Monday morning
Dangerous dreaming
If we all believe in the things you believe you're seeing
Oh we'd never drop our nets in the crazy water

Jeśli ktoś nie lubi dęciaków, na pewno nie przypadnie mu do gustu kolejny utwór, czyli Shoulder Holster. Niestety, nawet jak ktoś lubi, to nie ma na to gwarancji, gdyż to zwyczajny przeciętniak. Refreny są słabe, zwrotki marne, a cały utwór - przewidywalny. Nic wartego uwagi.

Now it was just like Frankie and Johnny
And it was just like Stagger Lee
Dolly Summers was a simple girl
From a mid-west family
With a stucco home and her own Mustang
And a charge account at Sears
She had everything that a girl could want
To live happy for the rest of her years


Płytę drugą rozpoczyna jeden z największych przebojów Eltona, czyli słynne Sorry Seems To Be The Hardest Word. Ciężko się temu dziwić, gdyż jest to kompozycja zjawiskowa z pięknym, delikatnym fortepianem podbijanym uroczymi smyczkami. Głos Johna niesie ze sobą nieopisany smutek i gorycz. Piosenkę coverowano wiele razy (by wymienić tylko Franka Sinatrę, Joe Cockera, Ray'a Charlesa czy zespół Blue) i każda wersja tej piosenki zapiera dech w piersiach z bardzo prostego powodu: ten utwór to po prostu absolutny klasyk i jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych melodii, jakie kiedykolwiek napisano.

What have I got to do to make you love me
What have I got to do to make you care
What do I do when lightning strikes me
And I wake to find that you're not there
What do I do to make you want me
What have I got to do to be heard
What do I say when it's all over
And sorry seems to be the hardest word

Kolejny, po You Starter For..., utwór instrumentalny na albumie to Out Of the Blue i jest to kompozycja jak najbardziej udana ze znakomitą gitarą elektryczną i ciekawymi partiami na wibrafonie. Zgodnie z tytułem, wybija słuchacza z zamyślenia i dodaje rockowej energii.
Oszczędniej prezentuje się Between Seventeen And Twenty, gdzie Elton wyśpiewuje piękny tekst o młodzieńczej tęsknocie. Niebanalne rozwiązania rytmiczne i pomysłowe chórki to cechy charakterystyczne tej - z pewnością udanej - piosenki. Nie jest może na miarę największych dzieł z tego albumu, ale to bardzo przyjemne granie.

I'm blue tonight, I'm red when I'm mad
I'm green when I'm jealous, yellow when I'm sad
I guess I cannot have everything
So much has flown between the years
When I was twenty and you were seventeen

O wiele bardziej nostalgicznie wypada egzotyczny The Wide-Eyed And Laughing i jest to jeden z najciekawszych utworów Eltona. Całość oparta jest na dźwiękach sitaru i robi naprawdę piorunujące wrażenie, przy którym nietrudno o ciarki podczas słuchania. Z pewnością nikt nie spodziewałby się, że muzyk sięgnie po wschodnią stylistykę aż w takim stopniu. Znakomite nagranie.

Are you still in control of the boat that you row
Or do you still cling to me when its sinking
I never condemned you, I only consoled you
When candlelight made me a King

Nastrój podtrzymuje smutne Someone's Final Song. Tak dramatycznie Elton jeszcze chyba nie śpiewał i nie grał. Tekst to treść listu napisanego przez umierającego i otoczka muzyczna idealnie do niego pasuje, tworząc jeden z bardziej poruszających utworów albumu.

And I don't know what the time is
Or what the next line is
Or how you're going to take the news
But if I had my life again
I wouldn't change a thing
I'd left nobody
Stand inside my shoes

Piękna opowieść o dziecięcych marzeniach o krainie wiecznej szczęśliwości, Where's The Shoorah? to kontynuacja obranego na drugiej płycie melancholijnego klimatu. Świetnie wpisuje się w całość i jest kolejną udaną balladą.

So where's the Shoorah she sang
You know I hear it again my friend
Where's the Shoorah she came upon it
Waiting to sing her back
'Cause she likes to sing about
Where's the Shoorah she sang
Over and over and over
Where's the Shoorah she sang

Całość przerywa jednak żywszy If There's A God In Heaven (What's He Waiting For?), o prowokującym, niemal bluźnierczym tekście. Poza nim jednak nie ma w tej piosence nic godnego zapamiętania. Elton, grając wesoło robił to wcześniej o wiele lepiej, a ta piosenka wydaje się jakby bez polotu i jakiegokolwiek zaangażowania. Szkoda, bo przerwała znakomitą passę tej płyty.

If there's a God in Heaven
What's He waiting for?
If He can't hear the children
Than he must see the war
But it seems to me
That he leads his lambs
To the slaughter house
And not the promised land

Rekompensuje nam to jednak, delikatny, jazzujący, zapierający dech w piersiach Idol. Jest to bez wątpienia nagranie wybitne, w którym Elton daje świadectwo swojej fortepianowej wirtuozerii. Tak delikatnie jeszcze na Blue Moves nie śpiewał. Znakomite dęciaki, solo saksofonu i delikatnie pobrzmiewające w tle perkusjonalia, no i te znakomite wstawki fortepianowe. Wspaniały utwór, mój faworyt z drugiego krążka.

He was a light star
Tripping on a high wire
Bulldog stubborn, born uneven
A classless creature, a man for all seasons
But don't bet them
They can't take him
To the very bottom
Beacause they made him and they'll waste him
And I don't believe that I want to watch them

Wyprowadzającym z nostalgii przerywnikiem jest krótki, instrumentalny Theme From A Non-Existent TV Series. Ot, wypełniacz.
Zupełnie odwrotnie sytuacja się ma z najbardziej żywiołowym na całym albumie, dyskotekowo-funkowym Bite Your Lip (Get Up And Dance). Całość to energetyczne granie na najwyższym poziomie, gdzie Elton powraca do szaleństwa, z którego jest powszechnie znany. Wpadający w ucho refren długo nie wychodzi nam z głosy, a rytm zmusza nas do poddania się magii tej piosenki. Rozciągnięta do czterech minut końcówka, gdzie chórki śpiewają tytułową frazę to rzecz może odrobinę przesadzona, ale kompletnie nie przeszkadza w zachwycie nad utworem.

She slid down to the city limits
Monkey time in fifteen minutes
Bite your lip, get up and dance
Don't let me down
Please stick around
Bite your lip, get up and dance


Blue Moves to - zgodnie z tytułem - smutny, delikatny i melancholijny album. Elton John zaproponował tu całą paletę grania, które odzwierciedlać miało jego ówczesny stan. Słuchając tych nagrań, nietrudno sobie wyobrazić, jak bardzo musiał czuć się przytłoczony, osamotniony i zmęczony. Niestety, o ile pierwsze dwa procentują naprawdę znakomitymi utworami, o tyle zmęczenie co jakiś czas się tu przebija, gdy mamy do czynienia z kawałkami mało wyrazistymi, bez polotu, lub po prostu słabymi. Mówi się, że by stworzyć dzieło wybitne, trzeba być albo bardzo szczęśliwym albo bardzo smutnym. Elton kilkakrotnie na tym longplayu ocierał się o wybitność, jednak przeładował album zanadto, w efekcie czego mamy do czynienia z płytą nierówną. Gdyby całość skrócić do jednopłytowego krążka i dokonać selekcji z tego zestawu, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Mimo to, nawet w wersji, która została wydana, Blue Moves to jeden z najwspanialszych albumów w całej karierze Eltona.

Ocena: 8/10


Blue Moves: 84:47

CD 1:
1. Your Starter For... - 1:23
2. Tonight - 7:52
3. One Horse Town - 5:56
4. Chameleon - 5:27
5. Boogie Pilgrim - 6:05
6. Cage the Songbird - 3:25
7. Crazy Water - 5:42
8. Shoulder Holster - 5:10

CD 2:
1. Sorry Seems to Be the Hardest Word - 3:48
2. Out of the Blue - 6:14
3. Between Seventeen and Twenty - 5:17
4. The Wide Eyed and Laughing - 3:27
5. Someone's Final Song - 4:10
6. Where's the Shoorah? - 4:09
7. If There's a God in Heaven (What's He Waiting For?) - 4:25
8. Idol - 4:08
9. Theme from a Non-Existent TV Series - 1:19
10. Bite Your Lip (Get Up and Dance!) - 6:43

poniedziałek, 11 marca 2019

"Live Peace In Toronto 1969" - The Plastic Ono Band [Recenzja]


W sierpniu 1969 John Lennon oświadczył Paulowi McCartneyowi, że zamierza opuścić The Beatles. W tym samym czasie zaproponował Klausowi Voormanowi (niemieckiemu grafikowi, autorowi - między innymi - okładki albumu Revolver, a także muzykowi) i Ericowi Claptonowi założenie nowego zespołu, który miałaby stanowić wymieniona trójka, a także Yoko Ono. Doszedł do nich jeszcze Alan White na perkusji i w tym składzie, 12 września 1969 w Toronto zagrali koncert, który wydany został jeszcze tego samego roku pod nazwą Live Peace In Toronto 1969, do którego próby - jak wspomina sam Lennon - odbywały się... w samolocie!
Płyta nie zdobyła wielkiej popularności w Wielkiej Brytanii, ale sporym powodzeniem cieszyła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie otrzymała nawet status złotej płyty (500 tys. egzemplarzy).Warto zaznaczyć, że do oryginalnego, winylowego wydania otrzymywano... trzynastomiesięczny kalendarz.

Strojenie instrumentów trwa nieco ponad minutę. Następnie Lennon zapowiada piosenkę, której "nigdy jeszcze ze sobą nie grali". Blue Suede Shoes w tej wersji prezentuje się bardziej ociężale i wolniej, zdecydowanie nie doganiając żywiołowego pierwowzoru. Dech zapiera natomiast znakomita solówka Claptona i bardzo dobra gra White'a na perkusji. Niezbyt zadowalająco prezentuje się jednak śpiew Lennona, który jakby się powstrzymywał i to głównie przez jego wokal całość brzmi, jakby nie była wykonaniem koncertowym, a jedynie nagraniem z próby.
Następnie zespół zagrał ciężką wersję coveru, po który sięgnęli także Beatlesi na swoim drugim lonplayu, czyli Money (That's What I Want). W tej wersji mamy do czynienia z niewątpliwie mocniejszym i bardziej rockowym podkładem, w którym prym wiedzie powalające solo Claptona i znakomite bębny. Nawet Lennon wokalnie już się rozkręcił i sięga tu po swoje firmowe chwyty, które sprawiają, że nawet jeśli ta wersja nie przebija klasycznego wykonania Beatlesów, to bardzo się do niego zbliża.
Pozostajemy w klimacie coverów, po które sięgali także The Beatles, gdyż zaraz po Money mamy Dizzy Miss Lizzy, który Fab Four umieścili na albumie Help!. Można powiedzieć, że dopiero tu The Plastic Ono Band w pełni się rozkręca i funduje nam szaloną jazdę bez trzymanki, gdzie wszystko idealnie pasuje. Wersja z tej płyty jest o wiele wolniejsza od tej, którą John śpiewał z macierzystą formacją 4 lata temu, ale świetnie pasuje do tego ówczesny wokal Lennona, który śpiewa niezwykle melodyjnie, ale też z wielką pasją i rozdzierającą prawdą. Pod koniec możemy usłyszeć także zawodzenie Yoko, które - mimo że w założeniu miało robić klimat i dodawać całości awangardowego sznytu - mnie okropnie drażni. Na szczęście w tym utworze nie jest to jeszcze tak nachalne, gdyż pojawia się tylko na chwilę.
Prawdziwą bombę mamy jednak dopiero teraz, a mianowicie ociężały i mocarny Yer Blues z Białego Albumu. Gitara Claptona znakomicie nadaje całości rockowo-bluesowego zabarwienia, a Lennon śpiewa jak natchniony tak, jak wcześniej rzadko kiedy mu się to zdarzało. Jego wokal przepełniony jest pasją, a także wewnętrzną frustracją i bólem. Warto dodać tu także, że mamy tu o wiele lepsze solo gitarowe niż to znane nam z oryginału. Znakomity utwór i najlepszy moment koncertu. Aż szkoda, że kończy się tak szybko; muzycy spokojnie mogliby rozciągnąć go jeszcze o kilka minut.
Nowym numerem jest tutaj Cold Turkey. Zwrot ten oznacza potocznie osobę zrywającą z nałogiem w sposób nagły, bądź zastąpieniem ich innymi medykamentami, zamiast zalecanego stopniowego obniżania dawek. Lennon napisał ją podczas odwyku narkotykowego. Yoko zapowiada ją tu jako najnowszą piosenkę, jaką napisał John. Ludzie reagują na to z entuzjazmem, ale gdy pada tytuł, przez widownię przechodzi szmer. Piosenka jest naprawdę znakomita - to jeden z najlepszych rockowych utworów solowej kariery Lennona. Psują ją jednak jęki i stękania Ono, które są najzwyczajniej w świecie irytujące. Poza tym jednak, nie ma się do czego przyczepić.
Kolejną nową piosenką jest wielki hymn i jeden z najbardziej ikonicznych utworów XX wieku - Give Peace A Chance. Napisany został podczas happeningu Bed-In Johna i Yoko, podczas którego leżeli w piżamach w łóżku w swoim pokoju hotelowym, protestując tym samym przeciwko wojnie w Wietnamie. Na pytania dziennikarzy John najczęściej odpowiadał: "all we're saying it's give peace a chance". Początkowo utwór, mimo że napisany został przez Lennona i Ono podpisywany był jako dzieło duetu Lennon/McCartney, jednak później John zadbał o to, by to niedopatrzenie naprawić. Mówił, że to nie fair wobec Yoko, a pytany o to, czemu w takim razie tak to opisał, odpowiadał, że chciał się w ten sposób zrewanżować Paulowi za pomoc w nagrywaniu piosenki The Ballad of John and Yoko. Slogan GIVE PEACE A CHANCE stał się bardzo szybko hasłem prawie wszystkich antywojennych manifestacji. W Toronto utwór był już dobrze znany i ograny, co słychać w wielkiej pewności wykonawczej. Wszystko jest tu jakby do przodu w kontekście wcześniejszych piosenek. John w kilku miejscach pozmieniał tekst, jednak jego wokal jest naprawdę ostry, a jednocześnie melodyjny. Znakomity wykon wybitnego utworu.
Tak o to dotarliśmy do końca strony A. Stronę B zapełniają natomiast dwie bardziej awangardowe kompozycje. Pierwszą z nich jest Don't Worry Kyoko (Mummy's Only Looking For Her Hand In The Snow). Kompozycja ta zainspirowana została walką Ono ze swoim byłym mężem o córkę, Kyoko. Właściwie słowo "kompozycja" powinienem już na początku wziąć w cudzysłów, gdyż całość z muzyką ma niewiele wspólnego. "Piosenka" ta to bowiem krzyki Yoko "don't worry" przeplatane jej niemelodyjnymi zawodzeniami i wrzaskami. Irytujące i żenujące. 
Ostatni "utwór" koncertu, John, John (Let's Hope For Peace) rozpoczyna się melodyjnym - jak na Yoko - zawodzeniem Ono, która "wyśpiewuje" tytuł do akompaniamentu sprzężeń gitar Lennona i Claptona. Brzmi niedorzecznie? Potem jest już tylko gorzej, gdy Yoko się rozkręca i jej improwizacje wokalne są coraz bardziej chaotyczne i mają w sobie już więcej z wrzasków niż ze śpiewu. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mają przyjemność słuchania czegoś takiego, jednak dla mnie jest to męczące, denerwujące i nie ma nic wspólnego z muzyką. 


Powiem tak: szkoda. Szkoda zmarnowanego potencjału. Strona A to naprawdę dobra koncertówka. The Plastic Ono Band potrzebował dwóch utworów by się w pełni rozkręcić, jednak gdy już złapali rytm, to całość zaczęła brzmieć znakomicie i z niezłej wskoczyła na poziom bardzo dobrej. Dlaczego więc szkoda? Ano dlatego, że potem nastąpiła strona B, na której piski i wrzaski Yoko przeplatają się z hałasem i zgiełkiem instrumentalistów. Całość się rozłazi i brak jej wspólnego mianownika, a awangardowa Ono wypada żenująco przy łączącym melodyjność z rasowym hard rockiem Lennonem. W ocenie końcowej chciałbym dać więcej, ale nie mogę. Naprawdę.

Ocena: 4/10


Live Peace in Toronto 1969: 39:49

1. Blue Suede Shoes - 3:50
2. Money (That's What I Want) - 3:25
3. Dizzy Miss Lizzy - 3:24
4. Yer Blues - 4:12
5. Cold Turkey - 3:34
6. Give Peace a Chance - 3:41
7. Don't Worry Kyoko (Mummy's Only Looking for Her Hand in the Snow) - 4:48
8. John John (Let's Hope for Peace) - 12:38

niedziela, 10 marca 2019

"Surfin' Safari" - The Beach Boys [Recenzja]


Pierwszą piosenką skomponowaną dla późniejszego The Beach Boys było Surfin' napisaną jesienią 1961 roku przez Briana Wilsona i Mike'a Love. Szybko został skompletowany zespół, w którym Brian grał na basie, jego młodsi bracia Dennis i Carl na perkusji i gitarze prowadzącej, Mike był frontmanem, a jego kolega Al Jardin na gitarze rytmicznej. W 1962 roku ich debiutancki singiel Surfin' Safai osiągnął 75. miejsce w US Top 100.
Murry Wilson (ojciec 3/5 zespołu) został ich menadżerem i wysłał profesjonalnie nagrane demo do Capitol Records. W czerwcu wydany został singiel Surfin' Safari/409, który odniósł sukces, w efekcie czego wytwórnia dała The Beach Boys zielone światło na wydanie pełnego longplaya. Brian Wilson, współpracując z Mike'iem Love i Garym Usherem stworzył lwią część materiału na album, który miał obwieścić narodziny surf rocka.

Płyta rozpoczyna się utworem pochodzącym z taśmy demo wysłanej do Capitol Records, a więc tytułowego Surfin' Safari. Można więc powiedzieć, że jest to piosenka, która rozpoczęła karierę The Beach Boys. Całość charakteryzuje się świetną harmonią wokalną i znakomitą perkusją Dennisa Wilsona. Piosenka ta to idealny przykład surf rocka, a rockandrollowego sznytu dodaje jej krótka, acz treściwa solówka gitarowa. Warto zaznaczyć na początku, że żaden utwór longplaya nie przekracza trzech minut, więc siłą rzeczy żadna z nich nie ma kiedy się znudzić. Bardzo dobre otwarcie zapowiadające nastrój, w jakim utrzymany będzie cały longplay.

Early in the morning we'll be startin' out
Some honeys will be coming around
We're loading up our Woody
With our boards inside
And headin' out singing our song

County Fair to utwór napisany w zaledwie 10 minut, a zainspirowany został targami hrabstwa w San Bernardino. Mamy tu kolejne świetne chórki, a także głosy przywodzące na myśl festyn. Bardzo optymistyczny poprawiacz humoru.

This time each year in our hometown
The county fair comes our way
Where the folks gather round to be happy and spend their day
Here's what happened now
I soon decide that I'd take with me
The most specialest girl I knew
I had her pack us a lunch and on down the dirt road we flew

Bardziej rockandrollowo prezentuje się Ten Little Indians z zabawnymi chórkami i żywiołową perkusją. Całość w zamierzeniu miała być próbą imitacji stylu grupy Running Bear. Trwa zaledwie półtorej minuty i kończy się - niestety - wyciszeniem, ale poza tym nie zauważam żadnych wad, może poza monotonią i dość przesłodzoną melodią. Wydany został nawet, jako singiel, jednak nie powtórzył sukcesu Surfin' Safari.

The first little Indian gave squaw pretty feather
The second little Indian made her an Indian dollar
Well the third little Indian gave her moccasin leather
The squaw didn't like 'em at all
The fourth little Indian took her riding in his big canoe
The fifth little Indian took her down the waterfall
The sixth little Indian taught the squaw how to woo-woo
But the squaw didn't like them at all

Według Briana Wilsona o wiele lepiej na listach poradziłby sobie Chug-A-Lug i w pełni się z nim zgadzam, gdyż jest to gotowy hit radiowy, który nawet 50 lat później myślę, że nie miałby problemu ze stałą emisją w eterze. Całości świetnie dopełnia żywiołowe solo na organach Wilsona. Bardzo dobry kawałek.

Gary likes a girl's tight black pants
Larry knows he doesn't stand a chance
Carl says hurry up and order it quick
Dave gets out to chase that chick
Dennis wonders what's under the hood
A big chrome tack and it sounds real good
I go down to the root beer stand
And drink up all that I can

Mimo, że najlepszymi wokalistami byli Mike Love i Brian Wilson, w Little Girl (You're My Miss America) na wokalu możemy usłyszeć Dennisa Wilsona. Piosenka ta to cover, jednak został tak świetnie zaaranżowany, że ciężko domyślić się, że nie napisali tego Beach Boysi. Piękny, delikatny kawałek.

Little girl just in your teens
Little girl you're in my dreams
You're so sweet, you're so fine
Dear won't you be mine
Everybody knows it

Kolejnym utworem z taśmy demo wysłanym do Capitol Records był 409. Jest to niezła piosenka, jednak nie dziwi, że wydana była jako strona B, a na stronie A umieszczono Surfin' Safari. Jest bardzo przyjemna, jednak nie wyróżnia się szczególnie na tle reszty.

Well I saved my pennies and I saved my dimes
For I knew there would be a time
When I would buy a brand new 409

Zupełnie inaczej sytuacja się ma z pierwszym albumem grupy, Surfin'. Najlepszy kawałek płyty. Tekst może nie jest najwyższych lotów, jednak całość broni się znakomitymi wielogłosami i lekkim, frywolnym wokalem Love'a. Cały podkład do gitara akustyczna, bas i werbel, na którym Dennis wybija staccato nośny rytm. Niezawodny poprawiacz humoru na smutniejsze dni.

Surfin' is the only life
The only way for me
Now surf, surf with me

Powrotem do żywiołowego grania jest Heads You Win - Tales I Lose. Na tym etapie longplaya stylistyka tej piosenki jednak męczy, gdyż piosenka brzmi dokładnie tak samo, jak poprzednicy. Jak to na albumach z tamtych epoki, całość utrzymana jest wciąż w jednym tempie (chociaż niekoniecznie, gdyż rok później mieli to zmienić Beatlesi ze swoim Please Please Me) i właśnie - niestety - ta piosenka jest momentem, kiedy zaczyna to męczyć. Szkoda, gdyż to naprawdę fajna piosenka, jednakże otoczona identycznymi numerami traci.

Why do we have to gamble just to see who's right?
Why can't we arbitrarily resolve a fight?
But with you're style of gamblin' there's no chance to win
That's how it is, and that's the way it's always been

Niestety, podobnie sprawa się ma z Summertime Blues, która - mimo naprawdę fajnych gitar - nie jest czymś, co dałoby się pamiętać choćby 3 minuty po jego zakończeniu. Eddie Chochran wypadał w niej o wiele bardziej przekonująco, a Beach Boysi nawet nie maja startu do oryginału.

I'm gonna raise a fuss, I'm gonna raise a holler
About a workin' all summer just to try to earn a dollar
Every time I call my baby, and ask to get a date
My boss says, "No dice son, you gotta work late"
Sometimes I wonder what I'm a gonna do
But there ain't no cure for the summertime blues

Cuckoo Clock to utwór o tyle wyjątkowy na tej płycie, że po raz pierwszy rolę głównego wokalisty przejmuje tu Brian Wilson. Słychać tu, że wokalnie wyprzedzał swoich kolegów z zespołu, jednak szkoda, że musiało to się okazać na tak niewyróżniającej się niczym piosence. Chociaż solo organów dodaje jej niezłego wydźwięku, a Wilson naśladujący zegar z kukułką jest całkiem zabawny. Szkoda tylko, że kompozycyjnie jest to wciąż to samo. Mimo to, piosenka daje sporo radości i fajnie się jej słucha.

I put that birdie away
His cuckoo was gone to stay
We both apologized for why
Forgave that doggone cuckoo
I went back to her side
I had to swallow my pride
The fire had almost died away
We just got situated

Następnie mamy do czynienia z utworem instrumentalnym, Moon Dawg. Mamy tu znakomitą gitarę i chórki nadające całości fajnego klimatu.
Powrotem do "normalności" jest The Shift. Po raz kolejny mamy niemal dokładne powtórzenie poprzednich numerów. Poprzednie jak w poprzednich nie można tej piosence odmówić zarówno uroku i pozytywnej energii, jak i wtórności.

Get your girl a shift and she'll look real fine
It fits like a glove and drives you out of your mind
She'll ball it with her shift on and we'll have a good time


Surfin' Safari to typowe rockandrollowe (czy w tym przypadku raczej surf rockowe), energetyczne, pozytywne granie, nieodzownie przystające do epoki, w której płyta powstała. Niestety, w ślad za tym idzie - typowa dla tamtych longplayów - wtórność i wrażenie, że album to po prostu kilka potencjalnych hitów otoczonych wypełniaczami (zresztą nie było to dalekie od prawdy). Z racji jednak, że materiał na niespełna 25 minut, całość nie ma czasu znudzić i zmęczyć do tego stopnia, byśmy ze słuchania wynieśli tylko nieprzyjemne wrażenia. To wciąż optymistyczne i radosne granie, które potrafi wprawić w znakomity humor. Niezła płyta.

Ocena: 6/10


Surfin' Safari: 24:53

1. Surfin' Safari - 2:05
2. County Fair - 2:15
3. Ten Little Indians - 1:26
4. Chug-A-Lug - 1:59
5. Little Miss America - 2:04
6. 409 - 1:59
7. Surfin' - 2:10
8. Heads You Win-Tails I Lose - 2:17
9. Summertime Blues - 2:09
10. Cukoo Clock - 2:08
11. Moon Dawg - 2:00
12. The Shift - 1:52

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...