niedziela, 12 stycznia 2020

"Blizzard of Ozz" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


O karierze solowej Ozzy Osbourne myślał jeszcze przed wydaniem Technical Ecstasy. Marzył wówczas o odejściu z Black Sabbath i założeniu własnego zespołu; chodził nawet w koszulkach z wymyśloną przez niego nazwą, Blizzard of Ozz, którą miałą przyjąć jego nowa grupa. Dobrze grało mu się w Black Sabbath, ale to nie on był tam liderem, a bardzo chciał pełnić tę funkcję. Jasnym jednak było, że to Tony Iommi (gitarzysta) był głównym trzonem grupy i nikt mu nie podskoczy, bo bez niego Black Sabbath po prostu by upadł.
Never Say Die! nagrywany był w okropnej atmosferze. Początkowo Ozzy odszedł z zespołu, więc piosenki były pisane pod kogoś innego. Zdecydował jednak, że wróci, więc nagrał te kawałki, po czym... został wywalony. Z tym już sobie nie poradził. Poczuł się porzucony i zdradzony. Zamknął się więc w pokoju i oddał się temu, za co go wywalono - zaczął pić i ćpać. Przez kilka miesięcy nie wychodził z pokoju hotelowego, a dowożono mu tylko narkotyki, alkohol i jedzenie. Zatracił się w nałogach i nie widział już dla siebie żadnych perspektyw.
Pewnego dnia w jego pokoju zjawiła się Sharon Arden (córka managera Black Sabbath). Gdy zobaczyła, w jakim Ozzy jest stanie (niekontaktujący, spasiony i rozespany) postanowiła wyciągnąć do niego rękę i pomóc mu wrócić do życia. Wiedziała, że jedyne, co może go doprowadzić do porządku, to powrót do muzyki. Osbourne zgodził się, by została jego managerem, a także - po wspólnej dyskusji - ustalili, że Ozzy nie będzie pakował się ponownie w zespół. Dzięki dziesięcioletniej przygodzie z Sabbathami wyrobił sobie jako-taką markę, więc samo jego nazwisko wystarczyłoby na dobry początek.
Kilka piosenek na debiutancki album powstała podczas jam session w Walii (I Don't Know, Crazy Train, Goodbye To Romance, You Lookin' At Me Lookin' At You). Grali wówczas: na wokalu Ozzy, na gitarze odkrycie Osbourne'a, wspaniały Randy Rhoads, na basie Bob Daisley, a na perkusji Barry Screnage. Z tym, że ten ostatni nigdy nie był nawet rozważany, jako członek nowego zespołu, a jedynie wyświadczał kolegom przysługę, pojawiając się na sesji. W wyniku przesłuchań wyłowiono byłego bębniarza Uriah Heep, Lee Kerslake'a.
Album ostatecznie zatytułowano tak, jak miał nazywać się niedoszły zespół Ozzy'ego - Blizzard of Ozz. Co ciekawe, początkowo Osbourne cały czas powtarzał tę nazwę, więc Kerslake i Daisley byli przekonani, że są członkami zespołu o tej właśnie nazwie (Randy był bliżej zaprzyjaźniony z Ozzym, więc wiedział, że to tylko tytuł albumu). Zdziwili się jednak, widząc po wydaniu albumu, że są tylko instrumentalistami Osbourne'a. Sharon jednak zabrała ich na rozmowę i tak ich usadziła, że pogodzili się z tym faktem i grali dalej swoje. Póki co.

Zaczynamy od jednego z większych przebojów Ozzy'ego, czyli chwytliwego I Don't Know. Już od samego początku atakuje nas wpadający w ucho riff, a po chwili wchodzi Osbourne z bardzo fajną melodią. Tekst piosenki zdaje się być credo Ozzy'ego, w którym tłumaczy, że nie zna odpowiedzi na wszystkie dręczące ludzi pytania. Piosenka jest dość długa, jak na tak prostą zawartość (nieco ponad 5 minut), a mimo to nie nudzi. Nie ma tu żadnych aspiracji, by być czymś więcej niż melodyjnym i wpadającym w ucho lekko-strawnym metalem, ale - jak widać - wystarcza to, by stworzyć naprawdę dobry numer. Bardzo lubię moment zwolnienia, po którym Randy Rhoads prezentuje nam szybkie i znakomite solo. Potem powrót do głównego riffu i powtórzenie pierwszej zwrotki. Bardzo fajna piosenka. Trasa Osbourne'a bez niej, to trasa stracona. Grał ją bowiem od 1980 roku aż po swoje ostatnie koncerty z trasy No More Tours 2. Świetnie sprawdza się zarówno słuchając jej na płycie, jak i na żywo. Bardzo dobry otwieracz.

People look to me ans say
Is the end near, when is the final day?
What's the future of mankind?
How do I know, I got left behind

Everyone goes through changes
Looking to find the truth
Don't look at me for answers
Don't ask me
I don't know

Chyba największy przebój Ozzy'ego. Żadna piosenka Osbourne'a (z jego solowego katalogu) nie weszła tak mocno do kanonu muzyki rockowej. Pierwszy singiel solowej kariery Ozzy'ego, a także pierwszy promujący ten album - Crazy Train. Riff, który gra tutaj Rhoads, to jeden z najbardziej chwytliwych motywów gitarowych w historii, znanym nawet największym laikom tego gatunku. Chwytliwe partie wokalne Ozzy'ego znakomicie tu brzmią, a pełen całkiem fajnych frazesów tekst brzmi tu jak ulał. Prawdziwy hymn Osbourne'a, który brzmi tak samo dobrze 40 lat od premiery. Piosenka z miejsca weszła do kanonu i po dziś dzień jest najbardziej rozpoznawalną piosenką Ozzy'ego (obok Dreamer). Na osobną uwagę zasługuje jednak delikatne zwolnienie, po którym następuje szybkie, rozpędzone solo gitarowe i efektowny powrót do głównego motywu. Znakomity kawałek, którego słuchania dostarcza sporo przyjemności i rockowej energii.

Heirs of a cold war
That's what we've become
Inheriting troubles
I'm mentally numb
Crazy, I just cannot bear
I'm living with something that just isn't fair

Mental wounds not healing
Who and what's to blame
I'm going off the rails on a crazy train

Zwolnienie gwarantuje nam natomiast Goodbye To Romance. Jest to pierwszy utwór napisany na płytę i jest on swoistym pożegnaniem Ozzy'ego z Black Sabbath. O ile tekst jest naprawdę fajny, wokale Osbourne'a niezłe, melodia wpada w ucho, o tyle całość wydaje się odrobinę przesłodzona. Słychać tu, że Ozzy ma idealny głos do ballad (co będzie potem wykorzystywać, na każdym krążku umieszczając co najmniej jedną balladę). Całe 5 i pół minut warte jest jednak przesłuchania dla dwóch momentów: sola gitarowego i motywu klawiszowego na sam koniec. Serio, te dwa elementy to coś, co zasługuje na szczególne wyróżnienie. 

I've been the king, I've been the clown
Now broken wings can't hold me down
I'm free again
The jester with the broken crown
It won't be me this time around
To love in vain

Dee to króciutki i zupełnie niepotrzebny przerywnik. Ta miniaturka na gitarze akustycznej nagrana była przez Randy'ego dla jego mamy. Poprosił bowiem Ozzy'ego, by nagrać jakąś piosenkę dla jego mamy, ale pisanie jakoś nie szło, więc ostatecznie skończyło się na tym. 
Powrotem do solidnego, porządnego grania jest natomiast Suicide Solution. Mocarny riff, który atakuje nas na dzień dobry to prawdziwe uderzenie. Potem znakomita linia wokalna ze znakomitym głosem Ozzy'ego. Piosenkę napisano jako reakcję na śmierć Bona Scotta (wokalistę zespołu AC/DC, który zmarł w wyniku przedawkowania alkoholu), a także pijaństwo Osbourne'a, które w tamtych czasach osiągało wręcz horrendalny poziom. Oczywiście nie obyło się bez kontrowersji. W październiku 1984 roku pewien młodociany fan Ozzy'ego, John McCollum, włączył sobie koncertówkę Osbourne'a - Speak of the Devil - po czym zastrzelił się z pistoletu, który ukradł ojcu. Rodzice wytoczyli więc Ozzy'emu protest, oskarżając go o to, że piosenką Suicide Solution zachęcił ich syna do popełnienia samobójstwo. Było to kompletna bzdura, ponieważ na wspomnianym Speak of the Devil nie ma nawet tej piosenki (jest to koncertowy album z piosenkami Black Sabbath). Co więcej, tekst raczej właśnie wystrzega przed samobójstwem, a tam gdzie prawnicy słyszeli "Why try? Get the gun and shoot" w rzeczywistości było "Get the flaps out" (a warto dodać, że "flaps" oznacza damskie miejsca intymne). Jak sam trafnie podsumował to Ozzy: "To bez sensu, po co miałbym zachęcać moich fanów do samobójstwa? Kto wtedy kupowałby moje płyty?". Pomijając jednak te bezsensowne oskarżenia, piosenka ta to kawał dobrego i porządnego grania. Mocna gitara, dobra melodia i w ogóle całość po prostu mocno brzmi.

Now you live inside a bottle, the reaper's travelling at full throttle
It's gettin you, but you don't see it
The reaper's you and reaper is me
Breaking laws, knockin' doors, but there's no one at home
Make your bed, rest your head, but you lie there and moan
Where to hide, suicide is the only wat out
Don't you know what it's really about?

Na tej płycie znajduje się jednak jedno metalowe arcydzieło, a jest nim bez wątpienia Mr. Crowley. Zaczynamy organowym, ponurym motywem. Potem najpierw wchodzi sam Ozzy, a następnie ostra gitara i sekcja rytmiczna. To, co na wiośle wyczynia tutaj Randy Rhoads przechodzi tu ludzkie pojęcie. Jego solówki są wręcz idealne, a linia wokalna Osbourne'a to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka wyszła z jego muzycznej wyobraźni w trakcie całej kariery. Mimo oczywistego ciężaru, całość nie przestaje jednak być ani na chwilę chwytliwa i zachwyca przez całe 5 minut, ani chwili nie nudząc. Jak powstała? Otóż po wejściu do studia, na stole Ozzy zobaczył talię kart tarota. Przypomniała mu się książka o Aleisterze Crowley'u (okultyście), którą czytał jakiś czas temu. Zaproponował więc, by napisać o tym piosenkę. Tekst powstał bardzo szybko, potem Osbourne zaczął nucić melodię i cała reszta poszła już z górki. Tak czy siak, ten utwór to - moim zdaniem - najlepszy utwór solowej kariery Ozzy'ego. Nie zliczę, ile razy go słuchałem, ale za każdym razem mam ciary i słucham go z jednakową przyjemnością. Nic nie zastąpi dreszczu emocji przy pierwszym odkrywaniu tego kawałka, ale emocje towarzyszące mu przy n-tym odsłuchu to wciąż coś niezwykłego.

Mr. Crowley, what went on in your head?
Mr. Crowley, did you talk to the dead?
Your life style to me seemed so tragic
With the thrill of it all
You fooled all the people with magic
And you waited on Satan's door

Jedynym oczywistym niewypałem na tej płycie jest banalny No Bone Movies. Głupiutka piosenka, stworzona chyba tylko do chóralnego śpiewania na koncertach. Nawet Ozzy'emu wydaje się nie chcieć za bardzo tego śpiewać i całość wypada niestety drewnianie. 

I shouldn't do it, the guilt tells me why
I just can't stop it, I try and I try
X-rated demon that lives in my head
Hungry for bodge and he wants to be fed

Poziom jednak podnosi się dzięki Revelation (Mother Earth). To kolejny utwór raczej balladowy, jednak nieporównywalnie lepszy od Goodbye To Romance. Melodia jest oryginalniejsza, a płaczliwy głos Ozzy'ego brzmi zdecydowanie szczerzej. Tekst - niestety - wciąż aktualny i wzruszający. Bardzo podobają mi się fajne zaostrzenia gitarowe po delikatnych i spokojnych zwrotkach. Szczególnie dobry jest mocny i szybszy finał, w którym Randy znowu pograł sobie nieco na gitarze i wywija kolejne znakomite solówki. Cios.

Mother please forgive them
For they know not what they do
Looking back in history's books
It seems it's nothing new
Oh, let my mother live

Płytę kończy radosny, żartobliwy i dynamiczny Steal Away (The Night). Mimo, ze tu też raczej mamy sporo banału, nie razi to aż tak jak w przypadku No Bone Movies. Może chodzi po prostu o to, że dobrze to brzmi? Może melodia jest fajniejsza? Może wypada to dynamicznie, a nie wymuszenie? Wszystko jedno, w każdym razie piosenka naprawdę jest dobra i stanowi całkiem udane zakończenie longplay'a.

Could it be a dream come true, now that I am here with you
Tearful eyes of joy is something new
Run away with me tonight, dream the dream and light the light
Happiness is what you give to me


Blizzard of Ozz to zdecydowanie dzieło nieidealne. Jest na pewno jednak najważniejszą płytą w solowej karierze Osbourne'a. Na żadnym albumie Ozzy nie umieścił już tylu przebojów. I Don't Know, Crazy Train, Suicide Solution i Mr. Crowley na stałe weszły już nie tylko do kanonu Osbourne'a, ale także muzyki rockowej. Ilość znakomitych riffów i solówek jest wręcz zatrważająca jak na jeden album. Mimo kilku słabszych momentów (Goodbye To Romance, No Bone Movies), ten krążek to jednak kawał porządnego, lekko strawnego metalu, który do mocnych gitar dodaje też fajne, wpadające w ucho i niebanalne melodie. Wszystko rozbija się właściwie o samego Ozzy'ego - jeśli lubicie jego głos, jego wrażliwość muzyczną i typ muzyki, który tworzy, to będziecie wysoce usatysfakcjonowani tym albumem. Jeśli natomiast dopiero poznajecie karierę współzałożyciela Black Sabbath, to dobrze będzie zacząć właśnie od tego albumu, gdyż jest to właściwie kwintesencja jego twórczości: nie zabraknie kiczu, nie zabraknie banału, ale przede wszystkim nie zabraknie też naprawdę dobrych melodii, porządnego grania i wartościowej muzyki. I choć są płyty, które cenię bardziej niż tę, to ta jest absolutnym klasykiem.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 6 stycznia 2020

"Travelling Wilburys Vol. 1" - Travelling Wilburys [Recenzja]


Po wielkim sukcesie Cloud Nine, George Harrison podczas jednego z wywiadów powiedział, że jego wielkim marzeniem jest zebrać kilku kumpli, nagrać jakiś fajny album, może ruszyć w trasę i tak dalej. Producentem, który pomógł mu z powrotem wrócić do łask był lider Electric Light Orchestra, Jeff Lynne. Razem rozważali wtedy założenie takiej właśnie super-grupy. Plany te kontynuowali podczas wspólnej kolacji z Royem Orbisonem, z którym Harrison przyjaźnił się jeszcze od lat 60., kiedy to Beatlesi supportowali jego występy na wspólnej trasie. W międzyczasie George poprosił Orbisona, by ten towarzyszył mu podczas nagrywania piosenki, która miała trafić na stronę B singla This Is Love, promującego ostatni album Harrisona. Roy się zgodził, po czym umówili się na nagrania w domu Boba Dylana, z którym Harrison również przyjaźnił się od dawna.
W międzyczasie domową wizytę George złożył też Tom'yemu Petty. Podczas odwiedzin zostawił tam jednak gitarę. Wrócił po nią parę dni później opowiedział koledze o pomyśle nagrania wspólnej piosenki i także zaprosił go do domu Dylana. Petty się stawił. Był przygotowany jednak, by zobaczyć wspólnie muzykujących Harrisona, Lynne'a i Orbisona. Zobaczył natomiast, że spontanicznie dosiadł się do nich kręcący się po kuchni (bo tam właśnie urządzili "salę prób") Bob. Petty przysiadł się i zaczęli razem grać. Podczas jednego wspólnego posiedzenia napisali piosenkę i naprędce ją nagrali. Potem trochę posiedzieli, pośmiali się i każdy udał się w swoją stronę, a taśma z nagraniem została wysłana wytwórni.
Warner Bros. jednak skontaktowało się niedługo potem z Harrisonem i powiedzieli: "Nie wydamy tego na stronie B singla. To jest zbyt dobre. Poza tym, tyle tu gwiazd." To podsunęło George'owi pomysł. Zadzwonił najpierw do Lynne'a i zapytał, czy pamięta ich rozmowę o super-grupie. Jeff potwierdził i przypomniał pomysł na nazwę: Travelling Wilburys. Skąd nazwa? Otóż - jak w przypadku Sierżanta Pieprza - każdy członek zespołu miał udawać kogoś innego, w tym wypadku członka rodzinny Wilburysów. Więc występowali tam: Nelson Wilbury (George Harrison), Otis Wilbury (Jeff Lynne), Lefty Wilbury (Roy Orbison), Charlie T. Wilbury Jr. (Tom Petty) oraz Lucky Wilbury (Bob Dylan). Panowie się zdzwonili i umówili na wspólne nagranie płyty. Każdy z nich przyniósł jakąś piosenkę (lub chociaż pomysł), jednak pod każdą, jako autorzy, podpisani są wszyscy członkowie zespołu. Dylana goniły terminy, gdyż musiał niedługo wyruszać w trasę, więc narzucili sobie rygor:  jeden dzień na jedną piosenkę. Tak oto ruszyły prace nad płytą, którą nagrano w 10 dni, a końcowych poprawek dokonano w domowym studiu George'a.
Praca się opłaciła, gdyż Travelling Wilburys Vol. 1 okazał się niebywałym sukcesem. Nie tylko artystycznym ale i komercyjnym. Lynne, Dylan i Orbison nie osiągnęli takiego od lat. Mało tego, Dylan od kilku lat przeżywał regres artystyczny i komercyjny, a o Orbisonie wszyscy już zdążyli zapomnieć. Dylan okrzepł nieco, a i Orbison ruszył do nagrywania longplaya, wraz z Jeffem za konsoletą, który miał przywrócić go do łask. Niestety, okazało się że album Mystery Girl stał się nie tylko jego wielkim powrotem, ale też pożegnaniem. Nie dożył bowiem jego sukcesu. Udało mu się go ukończyć, jednak tuż przed wylotem na plan teledysku End of the Line mającego promować album Travelling Wilburys Vol. 1, niespodziewanie zmarł na atak serca, 6 grudnia 1988 roku, w wieku 52 lat. Nie dożył ani wielkiego sukcesu swojego ostatniego albumu, ani popularności grupy Travelling Wilburys.

Jak powstawała ta najważniejsza na płycie piosenka, od której właściwie wszystko się zaczęło? Otóż, gdy cała piątka gitarzystów (i perkusista, Jim Keltner) siedziała już obok siebie, George zaczął coś tam improwizować i zaśpiewał parę wersów. Bob Dylan przestał jednak grać i zapytał: "Co to w ogóle za piosenka? Jak się nazywa? O czym jest?". Harrison nie miał na to odpowiedzi, zaczął więc rozglądać się dookoła siebie. Jego wzrok natrafił na paczkę z naklejką "Handle with care". I już miał odpowiedź. Handle With Care to zdecydowanie najważniejsza piosenka na płycie i największy przebój zespołu. Wokalnie udzielają się tutaj wszyscy członkowie grupy. Zwrotki śpiewa George, w mostkach swojego wokalu użycza Roy, a w refrenach śpiewa pozostała trójka (w drugim dochodzi do nich także Orbison). Piosenka jest wspaniała. Słychać tu po prostu radość z grania muzyki. Całość zagrana jest bez ani jednego zbędnego instrumentu. Wszystko jest "po domowemu", po prostu gitary, perkusja i harmonijka, na której gra Big O. Do piosenki powstał również jedyny teledysk, w którym występują wszyscy członkowie zespołu. Wszystko wydaje się tu po prostu na miejscu, nie ma niczego ani za dużo, ani za mało. Rewelacyjna piosenka.

I'm so tired of being lonely
I still have some love to give
Won't you show me that you really care?

Everybody's got somebody to lean on
Put your body next to mine and dream on

Ciekawa jest natomiast geneza powstania Dirty World. Pomysł na nią przyniósł ze sobą Bob Dylan, który śpiewa tu też wiodący wokal. Chociaż, nie wiem, czy można nazwać to pomysłem. Na początku kolejnego dnia nagrań, nikt nie miał planu na piosenkę. Jeff zapytał więc: "Co robimy, panowie?", na co Bob wypalił dla żartu: "Zróbmy piosenkę w stylu Prince'a" i zaczął coś tam improwizować, jęczeć i piszczeć. Wszystkich to na tyle rozbawiło, że dołączyli do Dylana i tak oto powstało Dirty World. Piosenka może niezbyt przypomina utwory Prince'a, ale brzmi naprawdę wybornie. Bob śpiew znakomicie, a całości dopełniają fajne dźwięki dęciaków. Całość wypada dynamicznie, żartobliwie i luźno. Super.

He loves your sexy body, he loves your dirty mind
He loves when you hold him, grab him from behind
Oh baby, you're such a pretty thing
I can't wait to introduce you to the other members of my gang

Rattled to z kolei piosenka, z którą na sesję przyszedł Jeff. Jest to rockandroll w starym, dobrym stylu, oparty głównie na gitarze akustycznej. Udzielają się tu wokalnie wszyscy oprócz Dylana. Piosenka i aranżacja dowodzą, że można nagrać świetną, żywą i dynamiczną piosenkę bez użycia dudniącej perkusji, gitar elektrycznych (chociaż pojawia się tu jej solówka) i Bóg wie, czego jeszcze. Wystarczy po prostu grać i śpiewać z sercem. A Lynne wkłada tu całą swoją duszą i śpiewa wspaniale. Kolejna rewelacja.

Baby, won't you save one night for me?
Baby, is there something wrong with you?
Baby, this is out of my control
It looks like nothing's wrong but deep down in my soul
I'm rattled, twisted, shaken

Last Night to już pomysł Petty'ego. Ta oparta na dźwiękach reggae piosenka wydająca się jednocześnie hołdować klasycznemu country. Wpadający w ucho refren i przewrotna historia w zwrotkach to przepis na jak najbardziej udany kawałek. Piosenka tekstowo może trochę przypominać historie opowiadane w piosenkach Dylana; oto mamy zwykłego faceta, który spotyka kobietę, jednak okazuje się ona być kimś innym, niż można by się spodziewać. W tle pobrzmiewają dźwięki saksofonu, świetnie dopełniające piosenkę. Wypada do wszystko luźno i pogodnie. Kolejny fajny numer.

I asked her to marry me she smiled and pulled out a knife
The party's just beginning she said, "Your money or your life?"

Last night, talking about last night

Mimo, że to Roy śpiewa wiodący wokal w Not Alone Any More, jest to piosenka Jeffa. Lynne od początku jednak wiedział, że takie coś zaśpiewać może tylko Orbison. Jest to tęskna piosenka o dołującej samotności, zazdrości i porzuceniu, która do nikogo nie pasuje tak jak do Roya. W ustach każdego innego wokalisty brzmiałaby rzewnie i łzawo, jednak Big O przyzwyczaił nas do takich historii opowiedzianych jego głosem. Co ciekawe, oprócz tekstu, nie powiedziałbym jednak że mamy tu do czynienia z piosenką smutną, bowiem kompozycja jest raczej żwawa. W dodatku to "sha la la" w tle odejmuje jej powagi. Przewrotnie. Brak konsekwencji, ale to wszystko po prostu razem brzmi dobrze i aż się chce tego słuchać. Piękne zakończenie strony A albumu.

You always said that I'd be back again
That I'd come running to you in the end
I thought that you were on your own
And now I find you're not alone

I'll see you through the rain
Through the heartache and pain
It hurts like never before
You're not alone anymore

Stronę B rozpoczyna natomiast gorzkie Congratulations Dylana. Tylko Bob mógłby napisać tak sarkastyczny i dołujący tekst. Tytuł sugeruje wesołą piosenkę, jednak kawałek ten bynajmniej nie jest wesoły. Opowiada o rozczarowaniu ukochaną kobietą, która potraktowała podmiot liryczny jak śmiecia. Chropowaty i zawiedziony wokal Boba jest tu więc jak najbardziej na miejscu. Piosenka jest naprawdę znakomita i nie ma tu ani jednej fałszywej nuty, dzięki czemu przede wszystkim jest szczerze. A w piosenkach Dylana to właśnie szczerość i realizm grają pierwsze skrzypce. I tu właśnie dostajemy wszystko, co stanowi o sile poezji i muzyki Boba. 

I guess I must have loved you more than I ever knew
My world is empty now 'cause I don't have you
And if I had just one more chance to win your heart again
I would do things differently, but what's the use of pretending?

Congratulations for making me wait
Congratulations, now it's too late
Congratulations, you came out on top
Congratulations, you never did know when to stop

Kolejny pomysł Harrisona - Heading for the Light. Mamy tu prawdziwie optymistyczną i wybuchową kompozycję z potężnymi dęciakami w refrenach (i nie tylko w refrenach, bowiem mamy tu i solo saksofonu). Piosenka była napisana przez George'a jeszcze przed powstaniem zespołu, ale podpisano pod nią wszystkich muzyków. Piosenka to potężna dawka optymizmu i energii. Świetnie.

My shoes are wearing out from walking down this same highway
I don't see nothing new but I feel lot of change
And I get the strangest feeling
As I'm heading for the light

Mistrzem lekkich i żartobliwych piosenek na płycie okazuje się jednak Tom Petty, który udowadnia to za sprawą kolejnego utworu, Margarita. Numer ten brzmi zdecydowanie najbardziej nowocześnie, a to za sprawą użycia syntezatorów na początku piosenki. Utwór brzmi bardzo dynamicznie, luźno i płynie z niewymuszoną lekkością. Kolejna rewelacja.

Still the sun went down your way
Down from the blue into the grey
Where I stood, I saw you walk away
(Margarita) You danced away

Pewnego dnia Bob Dylan przyszedł do studia i oznajmił, że chciałby nagrać utwór, w którym czuć by naleciałości stylu Bruce'a Springsteena. Tak właśnie powstał Tweeter And the Monkey Man, czyli - o ironio - najbardziej dylanowski kawałek na płycie. Mamy tu typowe dla Boba powolne snucie historii, przeplatane wpadającym w ucho, melodyjnym refrenem. (Najbardziej przywodzić to może Lily, Rosemary and the Jack of Hearts z albumu Blood On the Tracks). Nie muszę chyba dopowiadać, że tekst jest rewelacyjny i opowiada naprawdę interesującą historię. Świetne, surowe, mocno amerykańskie nagranie. 

And the walls came down, all the way to hell
Never saw them when they're standing
Never saw them when they fell

Finałowy End of the Line to również pomysł Harrisona. Jest to optymistyczna i pełna nadziei piosenka na lepsze jutro. Powstał do niej również teledysk, niestety w niepełnym już składzie. Wszystko było dogadane. Terminy, miejsce, bilety zabukowane. Tuż przed wylotem Roy Orbison zmarł jednak na atak serca. Pozostała czwórka zdecydowała jednak nagrać teledysk, by oddać cześć zmarłemu koledze. W momentach, kiedy w piosence pojawia się głos Roya, kamera pokazuje fotel bujany z postawioną na nim gitarą Orbisona, a także jego czarno-białym zdjęciu leżącym na stoliku obok. Wspaniały utwór kończący wspaniałą płytę.

Well, it's all right, even when push comes to shove
Well, it's all right, if you got someone to love
Well, it's all right, everything'll work out fine
Well, it's all right, we're going to the end of the line


Bez zaskoczenia. Co mogło wyjść, gdy na wspólnej płycie siły łączy pięciu gigantów muzyki rockowej? Tylko dzieło. Bo Travelling Wilburys Vol. 1 nie mogę nazwać inaczej, niż dziełem. Co ciekawe, żaden z muzyków nie proponuje jednak tu niczego wybitnego, szczególnego, ani nowatorskiego. Każdy po prostu gra tu po swojemu, śpiewają tak jak potrafią śpiewać i piszą tak, jak zwykli pisać w najlepszych latach. Nie dali tu niczego specjalnego poza sercem. Bo serce i miłość do muzyki czuć tu w każdej pojedynczej nucie. Ot, zebrała się paczka znajomych i postanowili się oni podzielić z publicznością swoją miłością do muzyki. Tylko tyle. I to wystarczyło, by stworzyć zespół rewelacyjnych piosenek, które są na niewiarygodnie wysokim poziomie, który ani na chwilę nie spada. Żaden nie proponuje tu nic nowego. Nic ponadto, co byśmy już słyszeli. Proponują za to coś, za co pokochaliśmy każdego z nich. Nie ma znaczenia, ile kto wniósł, ile kogo słychać i tak dalej. Ważne po prostu, że tych pięciu muzyków stworzyli coś, czego po prostu słucha się z prawdziwą satysfakcją. Podczas słuchania tej płyty czuć po prostu taką samą miłość do muzyki, jaką oni czuli, nagrywając te piosenki. Czapki z głów.

Ocena: 9/10


Travelling Wilburys Vol. 1: 36:22

1. Handle with Care - 3:19
2. Dirty World - 3:30
3. Rattled - 3:00
4. Last Night - 3:48
5. Not Alone Any More - 3:24
6. Congratulations - 3:30
7. Heading for the Light - 3:37
8. Margarita - 3:15
9. Tweeter and the Monkey Man - 5:30
10. End of the Line - 3:30

"Past Masters" - The Beatles [Recenzja]


Wystarczy spojrzeć na dyskografię Rolling Stonesów, by przekonać się jak łatwo o bałagan w regularnych wydawnictwach zespołu. W latach 60. wydawane było zarówno edycje oryginalne (w tym wypadku: brytyjskie) albumów, jak i amerykańskie, które często różniły się tytułami, okładkami i doborem utworów. W wyniku kontraktu, zespół The Rolling Stones po dziś dzień nie może ujednolicić swojej dyskografii, w efekcie czego - by mieć pełny zestaw piosenek ukochanego zespołu - fani muszą kupić zarówno edycje brytyjskie, jak i amerykańskie. 
Gdy na rynek wkraczały płyty kompaktowe, postanowiono przyjąć oryginalne, brytyjskie wydania płyt The Beatles, jako te obowiązujące i ostateczne (chociaż edycje amerykańskie są regularnie wznawiane). By fani mogli mieć jednak pełen zestaw piosenek swoich idoli, trzeba było jednak obmyślić sprawę singli. W tamtych czasach bowiem single były nawet ważniejsze od samych albumów, gdyż trafiały one do szerszej publiczności; longplay'e były zdecydowanie droższe i nie każdego było na nie stać. Beatlesi robi jednak rzecz niepopularną, która bardzo cieszyła fanów, a mianowicie wydane na singlach piosenki nie były powtarzane na płytach długogrających. Wytwórni było to nie w smak, bo przecież łatwiej sprzedać album, gdy jest na nim hitowy singiel. Beatlesi nie chcieli jednak, by fani musieli płacić 2 razy za to samo. 
Przy reedycjach płyt stało się to jednak problemem. Nie chciano do oryginalnych longplay'ów dodawać singli, gdyż wychodzono z założenia, że te pierwsze stanowią odrębną i określoną całość i najczęściej single nie pasowałyby do reszty zawartości. (No, umówmy się, rolę odegrała tu też chęć większego zarobku). Zdecydowano się więc na kompilację. Tego samego dnia, 7 marca 1988 roku, wydano więc Past Masters: Volume One i Volume Two. Przy okazji kolejnego remasteru płyt Beatlesów (który, nawiasem mówiąc, jest w sprzedaży do dzisiaj), w 2009 roku, postanowiono z obu pojedynczych płyt złożyć album i wydać po prostu pod tytułem Past Masters. Początkowo trafiło to tylko do zestawu The Beatles: Stereo Box Set, który był zbiorem całej, zremasterowanej na nowo, dyskografii Beatlesów. Ostatecznie jednak trafił też niezależnie do sklepów.

Love Me Do to jedyny utwór Beatlesów nagrywany w trzech różnych składach. Najpierw z Pete'em Bestem (ich pierwszym perkusistą). George Martin nie był jednak zadowolony z jego gry i kazał zespołowi się go pozbyć. To nagranie miało miejsca 6 czerwca 1962 roku i można go posłuchać na albumie Anthology 1. Chociaż, na dobrą sprawę, była to raczej po prostu rejestrowana próba. Pierwsze "prawdziwe" nagranie odbyło się bowiem 4 września, już z Ringo za bębnami. Utwór zarejestrowano dopiero przy piętnastym podejściu i to właśnie ta wersja znajduje się na Past Masters. (Na Please Please Me słyszymy natomiast nagranie pochodzące z nagrań zrealizowanych z perkusistą sesyjnym, Andy'm White'em). Utwór oczywiście odniósł sukces (no, umiarkowany) i stał się pierwszym stopniem, który zaprowadził Beatlesów do wielkiej sławy. Po wsłuchaniu się możemy usłyszeć, że Paul zdaje się tu dość zdenerwowany. Powód tego stresu jest bardzo prosty; zespół bowiem rejestruje tutaj piosenkę ze zmienionym w ostatniej chwili rozłożeniem wokali. W oryginalnym zamyśle to Lennon miał zaśpiewać frazę "love me do" po zwrotce i dopiero grać główny motyw na harmonijce. Martin miał jednak inny pomysł; chciał, żeby harmonijka zabrzmiała jeszcze podczas śpiewania, więc poprosił Paula, by przejął tę frazę od Johna. McCartney oczywiście nie odmówił, jednak wspomina dziś z uśmiechem, jak bardzo się wtedy denerwował. Zapewniam, że znając genezę tego "drżącego" wokalu słucha się tej piosenki z jeszcze większym uśmiechem na twarzy. Jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Beatlesów, więc sądzę, że pisanie o nim nie jest tu więcej potrzebne (szczególnie, że moją opinię na temat tejże piosenki można przeczytać w recenzji płyty Please Please Me). Mistrzostwo w swoim gatunku i tyle.

Love, love me do
You know I love you
I'll always be true
So please, love me do

From Me To You to natomiast ich trzeci singiel, ale za to pierwszy, który zdobył szczyt list przebojów. Muszę się przyznać, że mam do niego wyjątkową słabość. Uwielbiam tę melodię, wokale i prosty, ale chwytliwy tekst. I jeszcze ta harmonijka... Ciężko mi być wobec niego obiektywnym, bo wracam do tej piosenki bardzo często i zawsze z jednakową przyjemnością.

If there's anything that you want
If there's anything I can do
Just call on me and I'll send it along
With love from me to you

Thank You Grl początkowo miało być singlem wydanym na fali popularności Please Please Me, ale John nie był co do tego przekonany, więc ostatecznie skończyło jako strona B singla From Me To You. Może i lepiej. Kawałek jest zdecydowanie mniej chwytliwy i po prostu słabszy. Czuć tu zalążki charakterystycznego dla Paula stylu, chociaż utwór przypisywany jest raczej Lennonowi. Nie jest to może jakiś kompletny niewypał, ale też nie ma za co chwalić.

Thank you girl for loving me
The way that you do
That's the kind of love
That is too good to be true
And all I gotta do
Is thank you girl, thank you girl

She Loves You. Czy ktoś nie zna tego kawałka? Nie sądzę. Beatlesi sporo mu wszakże zawdzięczają. Był to ich pierwszy singiel wydany poza granicami Wielkiej Brytanii, więc przedstawił ich też w Stanach Zjednoczonych. Jest to też ich najlepiej sprzedający się singiel. (Jeśli chodzi o Beatlesów, to sprzedażowo przebił to tylko Paul za sprawą swojego przeboju Mull of Kintyre). Jest to jeden z pierwszych mocniejszych utworów Beatlesów, dzięki czemu zaczęto kwalifikować ich jako zespół rockowy, aniżeli tylko popowy. Pomijając teraz wszelkie jego zasługi, jest to naprawdę niesamowita piosenka. Niech o sile tego numeru świadczy fakt, że gdy usłyszał go pewien nastolatek z Aston, zapragnął całe swoje życie związać z muzyką. Parę lat później chłopak ten stał się znany pod pseudonimem Ozzy Osbourne.

She says she loves you
And you know that can't be bad
Yes, she loves you
And you know you should be glad

I'll Get You to strona B singla She Loves You. I ponownie strona B wypada znacznie słabiej. Teoretycznie mamy tu wszystko, za co kochamy Beatlesów, jednak nie brzmi to przekonująco. Wypada wręcz bez przekonania, jak gdyby było pisane na autopilocie. Piosenka więc na minus, aczkolwiek nie ma też nad czym łamać rąk.

Imagine I'm in love with you
It's easy 'cause I know
I've imagined I'm in love with you
Many, many, many times before

Jeśli She Loves You wprowadziła Beatlesów do USA, to I Want To Hold Your Hand zapewniła im tam sukces. Do dziś jest to jeden z najpopularniejszych kawałków The Beatles. Nie bez przyczyny, bowiem jest to rzecz naprawdę znakomita. John wspomina, że pisał tę piosenkę siedząc na przeciw Paula i odpowiadali sobie nawzajem kolejnymi wersami. Piosenka ta to prawdziwa bomba energetyczna i robi wrażenie nawet prawie 60 lat od nagrania. Znakomita rzecz.

Oh, please, say to me
You'll let me be your man
And please say to me
You'll let me hold your hand

This Boy to strona B I Want To Hold Your Hand, jednak absolutnie nie zostaje w tyle. Jest to piosenka napisana przez samego Johna, na wzór Sonaty księżycowej Beethovena - utwór napisany jest na kilku dźwiękach, jednak pomiędzy nimi mamy bardzo ciekawe wstawki instrumentalne. Kawałek ten nagrano w piętnastu podejściach. Największe wrażenie robi na mnie mostek wyśpiewany samodzielnie i przejmująco przez Lennona. Rewelacja.

Oh, and this boy would be happy
Just to love you, but oh my
That boy won't be happy
'Till he's seen you cry

Komn, gib mir deine Hand. Piosenka ta nagrana została dla niemieckich fanów. Nie bardzo przepadam za tym językiem, więc oczywistym jest, że nie podchodzi mi też i ta wersja, aczkolwiek może to być fajny smaczek dla Niemców. Dla mnie jednak nie jest to nic ciekawego. Ot, ciekawostka. Nie będę też tu opisywać Sie Liebt Dich, bo mam o niej dokładnie to samo do powiedzenia.
Long Tall Sally to z kolei cover. A konkretniej: cover klasyka Little Richarda z roku 1956. Paul przyznawał, że wokalnie bardzo inspirował się tym właśnie artystą i w nagraniu tam słychać nie tylko te inspiracje, ale również jak świetnym wokalem dysponował McCartney. Lennon miał ciekawszą barwę, która bardziej nadawała się do śpiewania ostrych, rockowych kawałków i poruszających, przejmujących ballad. Uważam jednak, że bardziej techniczny wokal Paula zasługuje na więcej uwagi, gdyż umożliwiał mu zaśpiewanie praktycznie wszystkiego, czego dowód mamy właśnie w Long Tall Sally. Ciężko usiedzieć w miejscu, słysząc ten znakomicie zagrany i zaśpiewany rockandroll. Świetna rzecz, która wybija z butów.

Well long tall Sally built pretty sweet
She got everything that Uncle John needs
Oh baby

I Call Your Name to kolejny numer napisany właściwie samodzielnie przez Lennona, chociaż - by oddać sprawiedliwość - McCartney co nieco mu w tym pomagał. John oddał tę piosenkę zespołowi The Dakotas, którzy wydali to jako stronę B singla Bad To Me (również, swoją drogą, napisanego przez duet Lennon/McCartney). Lennonowi nie przypadło jednak to wykonanie do gustu i postanowił zrobić to po swojemu, więc nagrał to z The Beatles i wydał na EP-ce wraz z Long Tall Sally. W tym pojedynku zwycięzca może być tylko jeden, jednak nie jest to zdecydowanie I Call Your Name, bowiem mamy tu do czynienia ze słabym i bezbarwnym utworem, który nawet nie wpada w ucho. Szkoda miejsca na płycie na taki niewypał.

I call your name but you're not there
Was I to blame for being unfair
Oh I can't sleep at night
Since you've been gone
I never weep at night
If I can't go on

Slow Down to piosenka Larry'ego Williamsa, do którego Beatlesi zdawali się mieć szczególną słabość, bowiem w sumie porwali się na aż 3 jego piosenki. Dizzy Miss Lizzy, Bad Boy i właśnie Slow Down. Wypada to naprawdę fajnie i mocno. Lennon wydziera się jak trzeba i całość brzmi porywająco. Co ciekawe, piosenka nagrana była podczas sesji do A Hard Day's Night, jednak w wyniku decyzji o wydaniu całkowicie autorskiej płyty, nie mogła trafić na album. Wylądowała więc na stronie B singla Matchbox.

Well, I used to walk you home baby, after school
Carry your books home too
But now you got a boyfriend down the street
Baby what you're trying to do

Wspomniane Matchbox. To pierwszy singiel Beatlesów z wiodącym wokalem Ringo. Chociaż nie stało się to, oczywiście, bez powodu. Było to poniekąd odcinanie kuponów od popularności Starra w USA po jego znakomitej roli w filmie A Hard Day's Night. Jest to cover Carla Perkinsa (z którym Ringo mierzył się także przy okazji piosenki Honey Don't z albumu Beatles For Sale). Piosenka wypada nieźle i do dziś jest jednym z większych przebojów Starra i samych Beatlesów. Nie umiem trochę tego zrozumieć, gdyż ten utwór nie jest dla mnie jakoś bardzo zachwycający. Ot, przyjemny kawałek, ale bez rewelacji. Jak to Ringo.

I said I'm sittin' here watchin'
Matchbox hole in my clothes
I ain't got no matches but I sure
Got a long way to go

I Feel Fine rozpoczyna nieco bardziej eksperymentalny okres w karierze Beatlesów. Jest to jedno z pierwszych nagrań, w których słyszymy sprzężenia zwrotne gitary. Co ciekawe, efekt ten udało się Johnowi osiągnąć przypadkowo podczas pracy w studio. Pozostałym bardzo się spodobało i George Martin umieścił ten dźwięk na nagraniu. Piosenka napisana przez Lennona jest do dziś jedną z najbardziej chwytliwych i rozpoznawalnych w całym katalogu The Beatles. Wspomnę tylko nieśmiało, ze i jedną z tych najbardziej przeze mnie lubianych.

I'm so glad that she's my little girl
She's so glad, she's telling all the world

She's a Woman to zdecydowanie ciekawe nagranie, nie dziwi jednak fakt, że umieszczone zostało jako strona B singla I Feel Fine, bowiem przegrywa z nim na każdym froncie. Paul śpiewa tu bardzo fajnie, jest tu też ciekawy instrumental i przemyślana budowa. Jednak mniej to zapada w ucho, za mało tu charakterystycznej "beatlesowości" i w ogóle jakoś nie przekonuje mnie to w pełni. Lubię, ale nie przepadam.

She don't give the boys the eye
She hates to see me cry
She is happy just to hear me say
That I will never leave her

Bad Boy to - jak już wcześniej wspomniałem - cover Larry'ego Williamsa, tym razem śpiewany przez Johna. Tym razem też zdecydowanie mniej udany. Piosenkę nagrano tego samego dnia co Dizzy Miss Lizzy i początkowo miała ona trafić na album Help!, jednak ostatecznie skończyła na singlu. Piosenkę przed nagraniem Beatlesi mieli już ograną jak trzeba, gdyż wchodziła ona w skład ich setlisty podczas koncertów w Hamburgu we wczesnych latach 60. Utwór nagrano na prośbę wytwórni Capitol, która potrzebowała nowej muzyki od Beatlesów, by móc ich dalej promować w USA. Dostali więc... przyzwoicie odegrany rockandroll. Oznacza to jednak tyle samo co: wyprany z energii.

Well, in mama's head it's got to stop
Junior's head is hard as a rock
Now, junior, behave yourself!

W Yes It Is można dostrzec sporo podobieństw do This Boy, jednak to właśnie strona B singla I'm Down wydaje się nagraniem znacznie bardziej dojrzalszym. Mamy tu "potrójne" wokale w zwrotkach i solowo wyśpiewane przez Lennona mostki. John nie był z piosenki zbytnio zadowolony, lecz McCartney bardzo utwór chwalił, a Harrison mówił nawet, że zdecydowanie bardziej podoba mu się to niż same I'm Down. No, aż tak to bym tego nie ujął, ale rzeczywiście również uwielbiam ten numer. Bardzo kojące zwrotki kontrastują z emocjonalnie wykrzykiwanym refrenem. Znakomita rzecz.

"Please don't wear red tonight"
This is what I said tonight
For red is the color that will make me blue
In spite of you, it's true
Yes it is, it's true

I'm Down to z kolei rockowy McCartney w pełnej krasie. Piosenka początkowo wydana była na stronie B singla Help!, jednak uznano, że zasługuje ona na większa popularność, więc wydano ją jako osobny singiel. Piosenka ta udowadnia, że Beatlesi potrafili solidnie dać do pieca; to kolejny energetyczny kopniak, który znakomicie sprawdzał się w czasie koncertów. McCartney wydziera się na całe gardło, a Lennon i Harrison nie ustępują mu kroku, wyśpiewując świetną harmonię. Rewelacyjna rzecz i wspaniałe zakończenie pierwszej płyty.

We're all alone and there's nobody else
You still moan, "Keep your hands to yourself"


Płytę drugą rozpoczynamy jednym z najbardziej rozpoznawalnych gitarowych riffów w historii, a zarazem chyba najlepszym w całej karierze The Beatles. Day Tripper to kolejny wyśmienity rockowy kawałek, który wybija z butów. Swoim bluesowym sznytem przywodzić może na myśl nagrany zaledwie parę dni przed nim Drive My Car z albumu Rubber Soul. Omawiany tu utwór wypada jednak zdecydowanie lepiej. Uwielbiam ten kawałek i mimo wielokrotnego przesłuchania wciąż nie mam go dosyć.

She was a day tripper
A one wat ticket yeah
It took me so long
To find out, and I found out

Początkowo to właśnie Day Tripper miał być singlem wiodącym, więc rozpoczęto nagrywanie strony B. Jednak po ukończeniu We Can Work It Out Lennon stanowczo zaprotestował przeciwko temu, by ten napisany przez McCartneya utwór miał zostać zepchnięty na stronę B. Beatlesi, po raz pierwszy w swojej karierze, wydali więc singiel z podwójną stroną A. Piosenka ta to zdecydowanie kolejny wielki krok w kierunku rozwoju zespołu. W refrenie zmienia się przede wszystkim metrum, co wcale nie było tak często spotykane w muzyce rozrywkowej. Wielkie wyzwanie dla producenta i muzyków, ale wszyscy poradzili sobie z tym zadaniem znakomicie i piosenka wyszła perfekcyjnie. Singiel stał się numerem 1 zarówno w UK, jak i w USA. Nie dziwię się. Wybitna rzecz.

Life is very short and there's no time
For fussing and fighting my friend
I have always thought that it's a crime
So I will ask you once again

W 1966 roku Beatlesi postanowili też zacząć pisać piosenki, które opowiadałyby o czymś innym, niż tylko o miłości. Jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym) utworem z tego nowe nurtu był kawałek Paula, Paperback Writer. Dodajmy, że ZNAKOMITY. Do dziś jest to jeden z najbardziej pamiętanych utworów zespołu. Wpadający w ucho refren, znakomite wokale i zagrany z pasją podkład. Wszystko, czego do szczęścia potrzeba.

If you really like it, you can have the rights
It could make a million for you overnight
If you must return it, you can send it here
But I need a break and I want to be a paperback writer

Rain to kolejny, jak na swoje czasy, prekursorski utwór. Można odnotować tu sporo podobieństw do I'm Only Sleeping wydanego na albumie Revolver. Również czuć tutaj silne wpływy LSD, a także rozważania nad odnalezieniem siebie w bezbrzeżnym wszechświecie. Muzycznie mamy tu natomiast śpiew Lennona do puszczonej od tyły taśmy podkładu.  Przyznam się szczerze, że w moim osobistym rankingu Paperback Writer nie przekonuje mnie aż tak bardzo, jak Rain. Rozumiem jednak, czemu Beatlesi zdecydowali o umieszczeniu tego kawałka na stronie B. Jest to bowiem piosenka zupełnie niekomercyjna i niestandardowa.  I to właśnie w tej "inności" tej piosenki brzmi cała siła. Znakomite.

Can you hear me
That when it rains and shines
It's just a state of mind
Can you hear me

Rockandrollowe fortepiano riffy to już jeden ze znaków rozpoznawczych kompozycji Paula. Lady Madonna ma bez wątpienia jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych motywów w całej dyskografii Beatlesów. Zapadającą w pamięć melodię nuci się z Paulem już w trakcie pierwszego przesłuchania piosenki. Teraz parę słów na temat teledysku do tej piosenki. W początkowym zamyśle Beatlesi mieli po prostu wejść do studia i nagrać ten utwór, a nagrania z sesji miały być teledyskiem. W ostatniej chwili jednak John zdecydował, że nie będą pracowali nad Lady Madonna, ale nad jego Hey Bulldog. I tak oto w teledyskach do obu piosenek mamy użyte nagrania z tej samej sesji. Kończąc jednak temat piosenki: jest naprawdę rewelacyjna i w kategoriach rockandrollowego popu opartego na fortepianie może uchodzić nawet za jedną z najlepszych w gatunku.

Lady Madonna, children at your feet
Wonder how you manage to make ends meet
Who finds the money when you pay the rent?
Did you think that money was heaven sent?

Apogeum fascynacji George'a kulturą i muzyką wschodu. The Inner Light to zdecydowanie najmocniej osadzona w klimatach indyjskich w repertuarze zarówno Beatlesów, jak i samego Harrisona, oparta głównie na charakterystycznym instrumentarium i refleksyjnym tekście opartym o rozważania religii Hare Krishna. Jeśli ktoś nie lubi indyjskich naleciałości w twórczości George'a, to The Inner Light będzie dla niego nie do przejścia. Tak w zasadzie innym też może być ciężko. Nie byłem nigdy tak wielkim fanem Harrisona, jak jestem Lennona i McCartneya (z przewagą tego drugiego), ale ta piosenka naprawdę mi się podoba i jest wręcz jedną z moich ulubionych w całym katalogu zespołu. Ciekawa odmiana i interesujący zabieg. George, jak widać, korzystał z tego, że skoro Beatlesi osiągnęli już wystarczającą sławę, to mogą pisać i nagrywać co im się tylko podoba. Harrisona ciągnęło wówczas do tego, więc to zrobił. Mało tego, wydał nawet na stronie B singla Lady Madonna. 

Without going out of my door
I can know all things on Earth
Without looking out of my window
I could know the ways of Heaven
The father one travels
The less one knows
The less one really knows

Chyba największy przebój Beatlesów. A kto mógł napisać taki hit, jeśli nie McCartney? W 1966 roku John poznał Yoko, a w 1968 rozwodził się już z Cynthią. Najgorszej rozwód rodziców przeżywał ich syn, Julian. Paul więc napisał mu piosenkę na pocieszenie, która brzmieć miała: "Hey, Jules, don't make it bad, take a sad song and make it better". Ostatecznie zmienił jednak imię w piosence, bo źle brzmiała. I tak powstała Hey Jude. W chwili wydania był to najdłuższy singiel w historii. Dotychczas artyści raczej nie pokusili się o wydanie czegoś dłuższego niż 3 minuty. Beatlesi wydali natomiast singiel, który miał... ponad 7 minut. Mimo to radia musiały to puszczać, gdyż chóralne zaśpiewy porywały - i wciąż mogą porywać - nie mniej niż piękne zwrotki. Wspaniała piosenka. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy Beatlesi będą żyć w świadomości społeczeństwa za 50 lat. Nawet gdyby świat już o nich zapomniał, to zaryzykuję stwierdzenie, że Hey Jude zostanie na zawsze.

So let it out and let it in, hey Jude, begin
You're waiting for someone to perform with
And don't you know that it's just you, hey Jude, you'll do
The movement you need is on your shoulder

Revolution to rewelacyjna strona B singla Hey Jude. Jest to charakterystyczny dla Johna protest-song. Tym razem skierowany jednak nie przeciwko decydentom, a protestującym, których metody niezbyt się Lennonowi podobały. Mamy tu ostre gitary, cięty tekst i przeszywający wokal Johna. Znakomite nagranie, choć ma się jak wół do karety do pięknego, melancholijnego Hey Jude ze strony A. Gdy przymkniemy jednak oko na tę niekonsekwencję, to ciężko się nie zachwycić.

You say you got a real solution
Well, you know
We'd all love to see the plan

W 1969 roku Paul robił wszystko, byle tylko sprawić, by zespół The Beatles znów zaczął działać sprawnie i by uratować go przed upadkiem. Wymyślił więc powrót do korzeni. Nie udało się jednak przekonać reszty do wyruszenia w trasę (najbardziej oponował Harrison), ale udało mu się namówić resztę do nagrywania, jak na początku kariery: "na sucho" i w kilku podejściach, bez zbędnych udziwnień studyjnych i niekończących się poprawek i nakładek. Efektem tych sesji miał być album o nazwie Get Back. McCartney błyskawicznie napisał więc piosenkę, która miała dać tytuł płycie. Przy nagrywaniu "Białego Albumu" atmosfera w studiu również była napięta, lecz nastrój poprawiła nieco wizyta gościa, Erika Claptona, który nagrał niezapomniane solo do piosenki While My Guitar Gently Weeps. Paul postanowił zaprosić więc tym razem do studia znakomitego klawiszowca Billy'ego Prestona, który zagrał rewelacyjne solo na tymże instrumencie w Get Back. Początkowo utwór miał jeszcze parę zwrotek, w których pojawiały się polityczne aluzje, jednak McCartney zdecydował sie ostatecznie ich nie umieszczać. Wracając jednak do piosenki: jest naprawdę znakomita. Rozpędzone zwrotki i wybuchowe zwrotki to prawdziwy dynamit. Jest to jeden z moich ulubionych utworów Paula i zawsze dodaje mi masę energii, która wręcz wylewa się z głośników podczas słuchania. Rewelacja.

Jojo was a man who thought he was a loner
But he knew it couldn't last
Jojo left his home in Tucson, Arizona
For some California grass

Don't Let Me Down to strona B singla Get Back. Piosenka miała trafić na album Let It Be, jednak - z niewiadomych dla mnie przyczyn - została odrzucona. Uważam to jeden za największych błędów Beatlesów, gdyż utwór ten mógłby tylko ponieść jakość wspomnianego longplaya. Istnieje kilka znanych wersji tej piosenki, jednak najpopularniejszą jest jednak chyba ta nagrana podczas ostatniego koncertu The Beatles na dachu siedziby Apple, w styczniu 1969 roku. I w tej piosence usłyszeć można Prestona na klawiszach. Świetny, rockowy kawałek.

I'm in love for the first time
Don't you know it's gonna last
It's a love that lasts forever
It's a love that has no past

Nagrywanie The Ballad of John and Yoko dowodzi, że muzyka jest jednak ponad podziałami. Po powrocie z Paryża, John napisał ostry, zgryźliwy tekst adresowany do wszystkich, którzy krytykowali Lennona i Ono za ich akcje pokojowe i za różne projekty. Póki piosenka była jeszcze aktualna, chciał szybko to nagrać i wydać jako singiel Beatlesów. Ani George'a ani Ringo nie było jednak wówczas na miejscu. Był tylko Paul, z którym stosunki John miał wówczas nienajlepsze, by delikatnie to ująć. Poprosił go jednak o pomoc, a McCartney nie wahał się ani minuty i od razu ruszyli do studia. John zaśpiewał więc, nagrał gitarę akustyczną i wiodącą, a Paul nagrał chórki, zagrał na basie, perkusji, fortepianie i marakasach. I tak oto we dwójkę nagrali piosenkę, która okazała się być ich ostatnim numerem 1 w Wielkiej Brytanii. Nagranie siłą szczerzy wypada dość surowo, jednak w tym jest cała jego siła i brzmi to bardzo dobrze i chwytliwie. Pełen zgryźliwości i ironii tekst jest znakomity i fajnie się po prostu tego słucha.

Christ, you know it ain't easy
You know how hard it can be
The way things are going
They're gonna crucify me

Słabsza natomiast jest strona B singla The Ballad of John and Yoko, czyli Old Brown Shoe Harrisona. George zagrał tu na gitarach i basie, Paul natomiast na fortepianie. W etapie postprodukcji gitara rytmiczna Johna została wycięta i zastąpiona organami, na których również zagrał "cichy Beatles". Piosenka jest jednak słabiutka. Nie ma o co się tu uchem zaczepić, a jej najlepszych fragmentem jest solo gitarowe.

I want a love that's right
But right is only half of what's wrong
I want a short haired girl
Who sometimes wears it twice as long

Chyba najbardziej poetycki tekst Lennona. Na Past Masters znalazła się również wczesna wersja Across the Universe nagrana z myślą o charytatywnej kompilacji Nothing's Gonna Change My World. Cóż mogę powiedzieć? Ta piosenka robi na mnie wielki wrażenie w każdej wersji. Tę rozpoczyna śpiew ptaków i trzepot skrzydeł, który łagodnie przechodzi w przetworzoną gitarę akustyczną i wokal Lennona. Piękna rzecz. Tego trzeba posłuchać, a szczególnie refrenów, w których wokalnie udzielają się... fanki Beatlesów. Pod studiem Abbey Road regularnie stała grupa wiernych fanek, które liczyły na spotkanie któregoś ze swoich idoli. Takie wielbicielki nazywano Apple Scruffs (tak, to o nich piosenkę nagrał George'a na album All Things Must Pass). Pewnego dnia do kilku z nich podszedł sam Paul McCartney i zapytał, czy nie chciałyby zaśpiewać w piosence, którą akurat Beatlesi nagrywają. Oczywiście dziewczyny zgodziły się bez wahania i tak oto stały się częścią Across the Universe.

Images of broken light which dance before me like a million eyes
They call me on and on across the universe
Thoughts meander like a restless wind inside a letter box
They tumble blindly as they make their way across the universe

Geneza powstania utworu Let It Be jest powszechnie znana, więc nie będę jej tu przytaczał (w razie gdyby ktoś nie znał, odsyłam do mojej recenzji Let It Be). Oszczędzę też sobie pisania oczywistych oczywistości, czyli mówienia o tym, jaka ta piosenka jest wspaniała. Bo jest, po prostu. 

And when the night is cloudy, there is still a light that shines on me
Shine on 'til tomorrow, let it be
I wake up to the sound of music, Mother Mary comes to me
Speaking words of wisdom, let it be

You Know My Name (Look Up the Number) to już oczywisty żart ze strony Beatlesów i - o dziwo - ulubiona piosenka Paula z całego katalogu zespołu. Pewnego dnia Lennon przyszedł do domu McCartneya i zobaczył na fortepianie książkę telefoniczną. Otworzył ją na losowej stronie, usiadł za klawiaturą i zaczął się wygłupiać. Paul zaczął mu wtórować i uznali, że to będzie świetny żart, jeśli umieszczą to na stronie B singla pompatycznego i majestatycznego Let It Be. No cóż, ja lubię muzyczne żarty, jednak ten jakoś ani do mnie nie przemawia, ani mnie nie śmieszy. A nawet nieco irytuję. 

Good evening and welcome to Slaggers
Featuring Denis O'Bell
Come on Ringo, let's hear it for Denis


Past Masters to prawdopodobnie najbardziej nierówna płyta Beatlesów i ocenienie jej jest niemałym wyzwaniem. Z jednej strony znajduje się tu porcja naprawdę wartościowej muzyki z najwyższej półki, jednak mamy tu też masę niewypałów i wypełniaczy, które napisane były tylko po to, by zapełnić czymś strony B singli. Album, koniec końców, oceniam jednak pozytywnie, gdyż dzięki niemu do swojej kolekcji można dołączyć tak wybitne utwory jak Rain, Day Tripper, We Can Work It Out czy Hey Jude. Najbardziej do gustu przypadła mi do gustu końcówka pierwszej płyty i większość drugiej, ale wynika to pewnie po prostu z faktu, że o wiele bardziej przemawia do mnie późniejsza odsłona Beatlesów (tak gdzieś od albumu Help!). Tak czy siak, było to wydawnictwo potrzebne, by uporządkować dyskografię The Beatles. Dobrze, że się ukazało i warto tego posłuchać, choćby po to by usłyszeć, że i poza longplayami zespół miał do zaproponowania mnóstwo wartościowej muzyki.

Ocena: 7/10


Past Masters: 93:29

CD 1:
1. Love Me Do - 2:24
2. From Me to You - 1:58
3. Thank You Girl - 2:04
4. She Loves You - 2:21
5. I'll Get You - 2:06
6. I Want to Hold Your Hand - 2:27
7. This Boy - 2:16
8. Komm, gib mir deine Hand - 2:27
9. Sie liebt dich - 2:20
10. Long Tall Sally - 2:03
11. I Call Your Name - 2:09
12. Slow Down - 2:56
13. Matchbox - 1:59
14. I Feel Fine - 2:20
15. She's a Woman - 3:03
16. Bad Boy - 2:21
17. Yes It Is - 2:43
18. I'm Down - 2:32

CD 2:
1. Day Tripper - 2:50
2. We Can Work It Out - 2:16
3. Paperback Writer - 2:19
4. Rain - 3:02
5. Lady Madonna - 2:18
6. The Inner Light - 2:37
7. Hey Jude - 7:08
8. Revolution - 3:25
9. Get Back - 3:15
10. Don't Let Me Down - 3:35
11. The Ballad of John and Yoko - 3:00
12. Old Brown Shoe - 3:18
13. Across the Universe - 3:49
14. Let It Be - 3:51
15. You Know My Name (Look Up the Number) - 4:19

środa, 1 stycznia 2020

"Cloud Nine" - George Harrison [Recenzja]


Po słabych wynikach sprzedażowych dwóch płyt z początku lat 80., George Harrison uznał że najwidoczniej publiczność ma już dosyć jego muzyki. Zrobił więc sobie długą przerwę od nagrywania. Jak mówił, przez te 5 lat wciąż pisał piosenki, zagrał kilka koncertów, jednak nie czuł potrzeby wydania kolejnej płyty.
Aż w końcu ta potrzeba go dotknęła. Zaczął myśleć nad wydaniem nowego albumu. Musiał wybrać producenta. Był rok 1987. Wtedy jednym z najbardziej rozpoznawalnych producentów, muzyków i wokalistów był lider zespołu Electric Light Orchestra, Jeff Lynne. Wystarczy posłuchać kilku jego piosenek, by bez problemu zauważyć, jak wielkim był fanem Beatlesów. To właśnie głównie dokonania ELO przekonały Harrisona, że Lynne będzie najodpowiedniejszym człowiekiem podczas nagrywania tej płyty. Jeff zareagował entuzjastycznie (mniej więcej w tym czasie uznał już, że Electric Light Orchestra osiągnęła już, co miała do osiągnięcia, i teraz nadszedł czas, by realizować się w pełni, jako producent) i natychmiast stawił się do pracy. Jakby tego było mało, George postanowił zebrać istną śmietankę artystyczną na swojej płycie. W studio pojawili się więc także Ringo Starr, Elton John (który akurat dochodził do siebie po operacji strun głosowych), Eric Clapton, Ray Cooper, Gary Wright czy Jim Keltner.
Okładka singla When We Was Fab
Nagrania szły gładko, a Harrison bardzo chwalił sobie współpracę z Lynne'em, podkreślając, że jest to pierwszy producent od dawna, który naprawdę rozumie jego wizję. Warto zwrócić uwagę także na oprawę graficzną albumu. Na okładce widnieje George ze swoją pierwszą amerykańską gitarą, kupioną w 1961 roku w Liverpoolu. Uważam, że mistrzostwem jednak jest okładka singla When We Was Fab (jak sam tytuł wskazuje - nawiązującego do czasów zespołu The Beatles), gdzie z okładki płyty Revolver (załapały się nawet ostatnie dwie litery z tytułu) wycięto twarz Harrisona, narysowaną przez Klausa Voormana w 1966 roku i dołączono do niej rysunek George'a wykonany 22 lata później przez tego samego twórcę.
Płyta została znakomicie przyjęta na całym świecie i z powrotem wywindowała George'a na szczyty popularności. Krytycy rozpływali się nad nią w zachwytach i okrzyknęli ją najlepszym albumem od czasu All Things Must Pass. Sam Harrison rzucił się wtedy w wir tworzenia, i chociaż w trasę nie pojechał, wraz z Jeffem, Roy'em Orbisonem, Bobem Dylanem i Tomem Petty'm założył super-grupę Travelling Wilburys.
Cloud Nine odniósł wielki sukces. Po kilkunastu latach okazało się jednak, że był to też ostatni solowy album z premierowym materiałem wydany za życia George'a Harrisona.

Album otwiera tytułowe Cloud 9. Była to też pierwsza piosenka napisana przez Harrisona z myślą o albumie. Od pierwszych dźwięków słychać nie tylko charakterystyczną rękę Lynne'a jako producenta, ale i że George wrócił do formy kompozytorskiej. Pobrzmiewający lekko bluesem utwór, ukończony został na początku 1984 roku i jest deklaracją bezwarunkowej miłości do życia, w które autor spogląda z wielką nadzieją. Pierwszy kawałek i już od razu wybija z butów. Po raz pierwszy od dawna tak bardzo na pierwszy plan wysunięte są nie tylko wokale, ale i znakomita gitara. Piosenka wydana była, jako singiel i dotarła aż do 9. miejsca. Znakomity utwór. Uwielbiam.

Take my hope, maybe even share a joke
If there's good to be shown
You may make it all your own
And if you want to quit that's fine
While you're out looking for cloud nine

Kontynuujemy utworem napisanym przez George'a wespół z Jeffem i Garym Wrightem - That's What It Takes. Nie zachwyca już tak, jak poprzednik, ale jest to wciąż kawał grania na poziomie. Po delikatnych i melancholijnych zwrotkach, w refrenach mamy już zdecydowanie weselszy nastrój. tworzący ciekawy kontrast. Bardzo fajna i sympatyczna rzecz.

If that's what it takes
Then I've got to be strong
Don't want to be wrong
If that's what it takes
The closer I get
Into that open door
I've got to be sure
If that's what it takes

Pierwszy dynamiczny kawałek pojawia się pod indeksem trzecim. Fish on the Sand to kolejne wpadające w ucho i niemiłosiernie chwytliwe granie. Chociaż bardziej niż same wokale w głowie zostaje nam fajny riff gitarowy, który wcale nie tak łatwo zapomnieć. Sama piosenka nie jest może najwyższych lotów, ale jest na dobrym poziomie i potrafi skutecznie poprawić humor.

You call me in the night
And hide behind the daylight
You're blowing like the wind, you don't let me see
You know I feel a pain
I'm tired of playing games with you
Though there's nothing else I want that would set me free

Poruszająco wypada natomiast wyciszona, delikatna i poruszająca ballada Just For Today. Piosenka przywodzić może na myśl album Living In the Material World poprzez swój nieco spirytualistyczny charakter i oszczędne brzmienie. Krótkie, acz treściwe solówki Harrisona dodają piosence tylko urody i wypadają zjawiskowo. Jak i cała piosenka. Mistrzostwo świata.
Just for today
I could try to live through this day only
Not deal with all life's problem
Just for today

If just for one night
I could feel not sad and lonely
Not be my own life's problem
Just for one night

A teraz czas na jeden z największych przebojów Harrisona, czyli napisany wspólnie z liderem ELO This Is Love. Ciężko powiedzieć, ile w piosence jest inwencji George'a a ile Jeffa. To chyba wiedzą tylko sami panowie i może i lepiej. Utwór ten równie dobrze mógłby się znaleźć na którejkolwiek płycie Electric Light Orchestra i podnosiłby tylko jej poziom. Wystarczy zamknąć oczy, uruchomić wyobraźnię i już słyszymy głos Lynne'a zamiast Harrisona. This Is Love wydane było jako singiel (zaskakujące jest jednak to, że praktycznie przepadł na listach), natomiast na stronę B przeznaczono piosenkę Handle With Care napisaną i zaśpiewaną przez kwintet: Harrison, Lynne, Dylan, Orbison, Petty. Gdy wytwórnia usłyszała jednak tę kompozycję, uznała jednak że jest za dobra na stronę B i zasugerowała panom założenie supergrupy, wydanie płyty i wydanie Handle With Care, jako singla wiodącego. Tak właśnie powstał zespół Travelling Wilburys. Wracając jednak do This Is Love: piosenka jest wspaniała, chwytliwa i wpada w ucho. Czego chcieć więcej?

Since our problems have been our own creation
They also can be overcome
When we use the power provided free to everyone

Prawdziwie wybitnym nagraniem jest jednak When We Was Fab, czyli kolejny utwór napisany wespół z Lynne'em. I to jest mistrzostwo świata. Ilość nawiązań do dokonań Fab Four można tu mnożyć i mnożyć, chociaż najwięcej podobieństw dopatrzyć się można do zjawiskowego I Am the Walrus. Mamy tu wiolonczelę, sitar, dublowanie wokali, psychodeliczny przerywnik... Wymieniać można długo. Bardzo podoba mi się to, że Harrison skupił się na konkretnym etapie działalności Beatlesów i idealnie skopiował ich aspiracje, nie wpadając jednak w pułapkę autoplagiatu. Wszystko tutaj po prostu gra, a całości dopełnia fakt, że za perkusją zasiadł Ringo. Piosenka oczywiście wydana była jako singiel i - mimo, że nie odniosła takiego sukcesu, na jaki zasługuje - przekonała do siebie krytyków i słuchaczy na całym świecie i po dziś dzień uważana jest za jedną z najlepszych piosenek w repertuarze Harrisona. Słusznie. I w moim rankingu zajmuje ona bardzo wysoką pozycję i to się chyba już nie zmieni, gdyż za każdym razem, gdy jej słucham, mam po prostu ciary. Kawał genialnego grania.

Back then long time ago when grass was green
Woke up in a daze
Arrived like strangers in the night
Fab - long time ago when we was fab
Fab - back when income tax was all we had

Poziom odrobinę spada przy Devil's Radio, ale to chyba tylko dlatego, że ciężko byłoby dorównać When We Was Fab. Kawałek jest chwytliwy, ma znakomitą melodię, świetne wokale i czuć tu po prostu producencką rękę Jeffa. Niegłupi tekst i chwytliwy, wpadający w ucho refren. Można? Jak widać, tak.

It's white and black like industrial waste
Pollution of the highest degree
You wonder why I don't hang out much
I wonder how you can't see
He's in the films and songs and on all your magazines
It's everywhere that you may go, the devil's radio

Teoretycznie niczego nie brakuje Someplace Else. Kolejne znakomite melodie, piękny tekst i w ogóle wszystko pasuje. W praktyce przekonuje mnie jednak odrobinę mniej. Jest to kolejny wspaniały numer i na wielu płytach Harrisona na pewno wiódłby prym. Jednak nie tutaj. Pozostała zawartość albumu po prostu każe mi wymagać tu od George'a więcej. Tu jest dużo, ale nie aż na tyle, by uznać to za utwór więcej niż bardzo dobry. Jest "po prostu" bardzo dobry.

And for a while, you could comfort me
And hold me for some time
I need you now, to be beside me
While all my world is so untidy

Najmniej z całej płyty przekonuje mnie jednak Wreck of the Hesperus. Mamy tu świetne solo gitarowe i dobre wokale, jednak melodia jakoś średnio wpada w ucho i w ogóle kompozycyjnie to szału nie ma. No tu akurat Harrison się nie popisał, choć nie ma o co kruszyć kopii, bo jedną złą piosenkę na jedenaście to można popełnić. Nawet ex-Beatlesowi się zdarza.

Brainless writers gossip nonsenses
To others heads as dense as they is
It's the same old malady
What they see is faulty
I'm not the wreck of the Hesperus
Feel more like Big Bill Broonzy
Getting old as my mother
But I tell you I got some company

Do swoich indyjskich korzeni Harrison wraca jednak najbardziej za sprawą pięknego Breath Away From Heaven. Oszczędne brzmienie przywodzić możne na myśl pierwsze dwa solowe wydawnictwa George'a. Poetycki tekst po prostu musi robić wrażenie. Beatles śpiewa tu bardzo delikatnie i z wyczuciem. Przepiękna melodia.

In another life
I woke up dreaming with a sigh
As the morning light
Was painting whispers of a joy
And I was in the candlelit bedroom
Enchanting beauty shimmering magically
Like an iridescent cloud
Being blown by a westerly wind
She can move your soul without you knowing
She can take the breath away from heaven

Hicior może być jednak tylko jeden. Jak na ironię, stał się nim jedyny nagrany na płycie cover. I to cover piosenki z lat 60., a wykonywanej przez Jamesa Ray'a. Got My Mind Set On You i już nie trzeba mówić nic więcej. To jest właśnie taka piosenka, którą kojarzy się z radia, nie wiedząc nawet, że śpiewa to George Harrison. Ale no czemu się dziwić; zagrane to jest z taką dawką pozytywnej energii i z wykopem, że klękajcie narody. Harrison śpiewa tu jak natchniony, a solo saksofonu zapada w pamięć. Teledysk do tej piosenki na okrągło leciał w 1987 w MTV, z każdą transmisją windując Cloud Nine coraz wyżej na listach sprzedaży. Piosenka okazała się nie tylko ostatnim numerem 1 Harrisona w USA, ale i ostatnim numerem 1 w USA jakiegokolwiek Beatlesa. Akurat, gdy piosenka zdobyła szczyty list przebojów, zespół The Beatles został wprowadzony do Rock And Roll Hall of Fame, a do dziś wydarzeniem bez precedensu, jest by artysta uhonorowany tym prestiżowym wyróżnieniem miał piosenkę-hita. Po wysłuchaniu utworu nikną wszystkie wątpliwości co do tego, dlaczego akurat to zdobyło taki sukces, czym to się tak wyróżnia? To po prostu znakomity i chwytliwy utwór, wręcz stworzony do bycia przebojem.

And this time I know it's for real
The feeling that I feel
I know if I put my mind to it
I know that I really can do it

I got my mind set on you


Nie pokusiłbym się być może o stwierdzenie, że Cloud Nine to najlepszy album od czasów All Things Must Pass. Ale powiem, że to najlepsza rzecz, jaką Harrison wydał od Living In the Material World. Ilość znakomitych piosenek jest tu po prostu zatrważająca. Po wysłuchaniu tego krążka aż można zwątpić w to, że to McCartney był "tym od melodii". Nie zapominam oczywiście, jak nieoceniona musiała okazać się tu producencka ręka lidera ELO, ale jednak gros materiału wyszło tu od samego Harrisona. George znowu śpiewa tu przekonująco, gra na gitarze tak, jak można tego od niego oczekiwać i nie boi się spojrzeć w przeszłość, od której zdawał się wcześniej dystansować, a momentami wręcz odcinać. Tutaj mamy Harrisona świadomego własnych korzeni i możliwości. I, co dla nas najważniejsze, w pełni swoich twórczych sił. Znakomity album, godny polecenia i wielokrotnego wysłuchania. 

Ocena: 8/10

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...