czwartek, 13 lutego 2020

"Travelling Wilburys Vol. 3" - Travelling Wilburys [Recenzja]


Rok 1988 dla grupy Travelling Wilburys był rokiem z jednej strony szczęśliwym, zaś z drugiej - tragicznym. W tym czasie ukazał się bowiem ich debiutancki album, Travelling Wilburys Vol. 1, który odniósł spory sukces komercyjny i artystyczny i zagwarantował kilku członkom zespołu poniekąd drugie muzyczne życie. 6 grudnia na zawał serca zmarł jednak jeden z muzyków - współzałożyciel i przy okazji legenda muzyki rockowej, Roy Orbison - co postawiło dalsze losy Travelling Wilburys pod wielkim znakiem zapytania. Oczywistym stał się fakt, że trasa koncertowa, którą podobno panowie planowali, nie dojdzie do skutku. Pojawiło się jednak pytanie, czy kontynuować działalność nagraniową i stworzyć kolejny longplay. Ostatecznie uznali, że mogą nagrać jeszcze jedną płytę w hołdzie zmarłemu koledze. Tak więc panowie George Harrison, Jeff Lynne, Bob Dylan i Tom Petty spotkali się ponownie, przybrali nowe pseudonimy i wiosną 1990 roku nagrali całkowicie premierowy materiał na album, który okazał się także ich ostatnim wspólnym dziełem. W studiu pojawił się też ponownie Jim Keltner na perkusji, a także Gary Moore na gitarze, Ray Cooper na perkusjonaliach i Jim Horn na saksofonie.
Na pomysł tytułu (Travelling Wilburys Vol. 3) wpadł, według Jeffa, Harrison, który miał powiedzieć: "Skołujmy ich wszystkich". Jest też jednak parę innych interpretacji: miała to być też reakcja na piracki bootleg, zatytułowany właśnie Travelling Wilburys Vol. 2, czy rodzaj upamiętnienia Orbisona. Ponadto na albumie Toma Petty'ego Full Moon Fever zagrali wszyscy członkowie Travelling Wilburys - z wyjątkiem Dylana - w związku z czym płyta ta również została okrzyknięta Travelling Wilburys Vol. 2.
Album wydano w październiku i choć oceniono go nieco słabiej niż znakomitego poprzednika i tak cieszył się sporym powodzeniem i docenieniem wśród krytyków i publiczności. 

Zaczynamy od znakomitego rock and rolla w starym, dobrym stylu, She's My Baby. Pierwszym wokalem, który słyszymy jest rewelacyjny Lynne, udowadniający, że znakomicie czuje się w tego typu kompozycjach. Po chwili dołącza do niego także Petty, śpiewający w typowym dla siebie, zblazowanym, nieco niechlujnym stylu. Zaraz wkracza ponadto Dylan, który po prostu wciąż jest... Bobem i to wystarcza. Prawdziwie zachwyca jednak George, śpiewający tak mocno i przekonująco, jakby znów odezwał się w nim duch dawnego Beatlesa. Uważam, że świetnym pomysłem było umieszczenie na samym początku tak dynamicznego, mocnego i old-schoolowego utworu, w którym miał miejsce wokalnie "przedstawić się" każdy członek zespołu. W uszy rzuca się jednak nie za dobry miks, który - w porównaniu z klarownością poprzedniego albumu - aż boli. Poza tym jednak nie mam kompozycji nic do zarzucenia; świetne otwarcie. 

She's comin' down the sidewalk
She's stumblin' through the door
She's coming home from places
She's never been before
She sits down on the sofa
She pours herself a drink
Says, "Honey, honey, honey, ain't no think to think"

Inside Out czuć jednak, że zdecydowanie więcej do powiedzenia ma tu Bob Dylan, do którego w mostkach dołączają dopiero Harrison i Petty. Jednak piosenka zdecydowanie nosi znamiona każdego z Wilburysów, a wokal Boba brzmi tu naprawdę świetnie, nie mówiąc już o samym tekście (który jednak, nawiasem mówiąc, nie bardzo pasuje mi do poetyckiej estetyki Dylana, więc jemu bym tego nie przypisywał; jak coś to Jeffowi albo George'owi). Piosenka, suma summarum, brzmi jednak naprawdę przyjemnie, na luzie i słucha się tego bardzo przyjemnie. 

Look out your window
That grass ain't green
It's kinda yellow
See what I mean?

Look up your chimney
The sky ain't blue
It's kinda yellow
You know it's true

If You Belonged To Me to już jednak typowy Bob i wcale nie chodzi mi tylko o tę charakterystyczną harmonijkę przebijającą się od czasu do czasu. Ponownie to Dylan wokalnie wiedzie tu prym i, trzeba mu to przyznać, robi to naprawdę przekonująco, z prawdziwą pasją w głosie i zaangażowaniem. Piosenka jest naprawdę przyjemna, wpada w ucho i słucha się tego znakomicie.

You're saying that you're all washed up
Get nothing else to give
Seems like you never figured out
How long you have to live

Oh, you could feel like a baby again
Sitting on your daddy's knee
Oh, how happy you would be
If you belonged to me

The Devil's Been Busy Dylan ustępuje miejsca na wokalach; rozpoczyna Petty, potem dochodzi do niego Harrison, Bob, a na końcu Lynne. Piosenka ta to naprawdę przyjemne a la country połączone ze starym dobrym rockandrollem i jest równie przyjemne w słuchaniu, co poprzednie numery.

While you're strolling down the fairway
Showing no remorse
Glowing from the poisons
They've sprayed on your golf course
While you're busy sinking birdies
And keeping your scorecard
The devil's been busy in your backyard

7 Deadly Sins to jednak ponownie typowy Dylan. I bardzo dobrze, bo brzmi to naprawdę dobrze, ma całkiem intrygujący tekst, a harmonie wokalne brzmią bardzo dobrze. Do takiego tekstu mogła pasować tylko zgorzkniała maniera Boba.

Seven, seven, seven deadly sins
That's how the world begins
Watch out when you step in
For seven deadly sins

Seven deadly sins
That's when the fun begins
Seven deadly sins

Stronę A longplaya kończy bardzo dynamiczny, rockandrollowy Poor House, w którym wokalnie prym wiodą Tom Petty i Jeff Lynne. Przede wszystkim w ucho wpada chwytliwe brzmienie gitary (zapewne to robota Harrisona), ale i melodia plus energia nie zawodzą i stanowią o sile tej piosenki. Mój ulubiony kawałek na płycie. 

If I drove a pulpwood truck
Would you love me more?
Would you bring me diamonds
And hang around my door?

Woman, I've done my best
They're ain't much left for me
They're gonna put me in the poor house
And throw away the key

Bob nie daje jednak na długo nam o sobie zapomnieć, powracając z klasą przy okazji słodko-gorzkiego Where Were You Last Night?. Oprócz tego, że pojawiają tu się w refrenach wszyscy członkowie zespołu, Dylanowi wtóruje jeszcze George w mostkach, tworząc świetną harmonię. Ogólnie brzmi to znów bardzo dobrze, chociaż z taką ekipą muzyków, wstydem by było, gdyby nie można tyło tego o tej piosence powiedzieć. 

Where were you last night?
You were so uptight
What did you do, who did you see?
Were you with someone
Who reminded you of me?
Where were you last night?

Swoje 5 minut (choć w praktyce niecałe 4) dostaje wreszcie Tom Petty w Cool Dry Place, gdzie brzmi jednak... dokładnie jak Dylan, więc zmiana ta nie rzuca się specjalnie w oczy (z wyjątkiem wokalu, oczywiście). Poza tym jednak stylistyka pozostała ta sama i brzmi to równie dobrze. Fajnie się słucha, chociaż zapamiętać to tego się raczej nie da. 

Well, I drove around the city
Looking for a room
That was high above the water
Where my things could be in tune
There was no one to help me
Nobody even cared
I had to go through hell
To get those things up there
I paid my first subscription
Then I joined the idle race
And they said, "Store it in a cool dry place"

New Blue Moon pojawiają się wszyscy Wilburysi, jednak jest to najbardziej niemrawa i niewyróżniająca się piosenka z albumu. Szkoda zmarnowanego potencjału. 

I don't want nothing
Nothing but you
And I'm waiting
Looking for a new blue moon

I'm so tired waiting
Waiting for you
And I'm waiting
Looking for a new blue moon

Pięknie wypada natomiast You Took My Breath Away, gdzie stery przejmują Petty i Lynne. Jest to z pewnością najpiękniejszy utwór na płycie, z którym naprawdę warto się zapoznać. Świetna budowa, znakomite wokale, dobry tekst i w ogóle wszystko w tej piosence gra, więc wracam do niej z przyjemnością. Obok Poor House to mój ulubiony kawałek na albumie. 

You took this song of mine
And change the middle bit
It used to sound alright
But now the words don't fit

It's getting hard to rhyme
Impossible to play
I've tried it many times
You took my breath away

Naprawdę rewelacyjnie wypada jeszcze kończący płytę dynamiczny Wilbury Twist, który może być rozpatrywany tylko jako luźne nawiązanie do takich klasyków Chubby'ego Checkera, jak The Twist czy Let's Twist Again. I rzeczywiście, piosenka aż porywa do tańca i ciężko usiedzieć przy niej w miejscu. Fajne zwrotki, chórki, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze znakomita solówka m.in. gitary i fortepianu. Mocny, rockowy numer w starym dobrym stylu. 

Lift your other foot up
And fall on your ass
Get back up
Put your teeth in a glass
Ain't never been nothing quite like this
It's a magical thing called Wilbury Twist

Everybody's trying to do the Wilbury Twist
China, Belgium, France, Japan
Thailand, Poland, Pakistan
Everybody's trying to do the Wilbury Twist


Przy każdej piosence napisałem, że jest "przyjemna" i taka też jest ta płyta. Travelling Wilburys Vol. 3 to bardzo sympatyczny album, jednak prawda jest taka, że to tylko blady cień wspaniałej poprzedniczki. Na pewno jest tu o wiele więcej starego rock and rolla i country, jednak żadna z umieszczonych tu kompozycji nie może się równać z najsłabszym momentem Travelling Wilburys Vol. 1. Wszystkiego słucha się bardzo dobrze, jednak po ostatniej piosence odkładamy płytę i zapominamy o niej bardzo szybko, nie mogąc przypomnieć sobie chociaż jednego utworu, który na niej słyszeliśmy. O każdej piosence pisałem właściwie to samo, bo wszystko pisane jest "na jedno kopyto", według jednego schematu i czasem ciężko się zorientować, że skończyła się jedna piosenka, a zaczęła się kolejna, bowiem wszystko zlewa się w jedno. Tam przede wszystkim mieliśmy do czynienia z oczywistą symbiozą, natomiast tutaj czuć ewidentną dominację Dylana; to jego głos najczęściej słyszymy, a także większość kompozycji przypomina nieco jego solowe dokonania. Najmniej słyszalny natomiast jest Harrison, który pojawia się raczej okazjonalnie. Szkoda, bo Travelling Wilburys Vol. 3 okazało się ostatnim w pełni premierowym materiałem, wydanym za życia George'a, który zmarł 11 lat później. Na pewno czuć nad całym albumem świetną i pozytywną energię; jest tu zdecydowanie więcej żwawych kompozycji i old-schoolowego grania, jednak w między czasie - pomiędzy nagraniem pierwszej a drugiej płyty - uleciał gdzieś ten młodzieńczy entuzjazm, który stanowił siłę napędową pierwszej części. Szkoda, bo, bez tego, Travelling Wilburys Vol. 3 to tylko przyjemny album, który dostarcza pozytywnych emocji podczas słuchania, ale nie zostaje ze słuchaczem na ani minutę dłużej, po wyłączeniu odtwarzacza.

Ocena: 5/10


Travelling Wilburys Vol. 3: 36:13

1. She's My Baby - 3:15
2. Inside Out - 3:35
3. If You Belonged to Me - 3:13
4. The Devil's Been Busy - 3:18
5. 7 Deadly Sins - 3:17
6. Poor House - 3:16
7. Where Were You Last Night? - 3:03
8. Cool Dry Place - 3:37
9. New Blue Moon - 3:20
10. You Took My Breath Away - 3:18
11. Wilbury Twist - 2:58

poniedziałek, 10 lutego 2020

"Flowers In the Dirt" - Paul McCartney [Recenzja]


Dekadę lat 80. w dyskografii Paula McCartneya zamyka powrót do aktywnego koncertowania i pierwszej światowej trasy koncertowej od czasu Wings Over the World (1975/1976). Jednak Paul chciał czegoś więcej. Chciał wydać album, który zagwarantowałby mu sukces komercyjny i artystyczny, a także przypomniałby o ex-Beatlesie na całym świecie.
Ilekroć Paul zaczynał wierzyć we własną nieomylność i geniusz, zaczynał popadać w samozachwyt i nagrywać słabe płyty. Za czasów Wings tak właśnie stało się na przykład przy okazji London Town. Po rozpadzie Wingsów Paul był bardzo stremowany swoją kolejną płytą, więc przyłożył się do nagrywania McCartney II, które okazało się sukcesem. Przy kolejnych albumach, Tug of War oraz Pipes of Peace, jego ego było temperowane przez George'a Martina, który nie dał sobie wejść na głowę i dobrze wiedział, jak ma postępować z McCartneyem. Jednak Paul po tych dwóch wspólnych albumach zrezygnował z usług Martina, ponownie będąc przekonany o własnej wielkości. Wziął się więc za film Give My Regards To Broad Street (okazał się klapą), ścieżkę dźwiękową, na której przedstawił przearanżowane wersje swoich przebojów (poziom tam zaprezentowany był poniżej wszelkiej krytyki), a następnie - wciąż na luzie i bez większego stresu - wydał premierowe Press To Play, które miało okazać się jego kolejnym sukcesem. Tak się jednak nie stało; płyta, oprócz żenującego poziomu artystycznego, okazała się też wielkim knotem komercyjnym. Dopiero to postawiło Paula z powrotem do pionu. Zrozumiał, że do kolejnego albumu musi się naprawdę przyłożyć.
Zaprosił więc do współpracy różnych wiodących producentów, a same kompozycje dopracowywał niemal 18 miesięcy. Najważniejszym momentem pracy nad albumem okazało się jednak spotkanie Paula z Elvisem Costello, piosenkarzem i kompozytorem, a także późniejszym dwukrotnym zdobywcą Grammy (pierwszy raz w 1999 roku, a drugi - w 2020). Od razu wywiązała się między nimi nić porozumienia i stworzyli razem kilka piosenek, z czego na album trafiły 4. Mimo, że wielu wskazywało na podobieństwo tej współpracy do tandemu Lennon/McCartney (co zresztą wówczas potwierdzał sam Paul), współpraca nie była kontynuowana, co ex-Beatles skomentował po latach, że mimo wszystko zabrakło tej harmonii twórczej, która charakteryzowała duet kompozytorski odpowiedzialny za przeboje Fab Four. Oprócz tego w studiu pojawiła się także gitara Pink Floyd, David Gilmour, który zagrał w utworze We Got Married.
W pewnym momencie jednak współpraca Paula i Elvisa się zepsuła; Costello chciał powrotu do "zwyczajnego" i tradycyjnego grania, w stylu bliższym Beatlesów, natomiast McCartney chciał nowych brzmieć i udziwniania. Koniec końców rozeszli się, a materiał nagrany z Costello trafił do szuflady na dłuższy czas, gdyż Paul nie chciał go wydać w takim kształcie. W końcu zebrał kilku producentów, którzy mieli pomóc mu przearanżować te utwory, tak by zgadzały się z wizją ex-Beatlesa. W takiej właśnie formie wydane zostało Flowers In the Dirt.
A jak to było z odbiorem publiczności i krytyków? Cóż, wystarczy wspomnieć, że album dostał nominację do Brit Award oraz Grammy, a także otrzymał 7 razy złotą płytę i 3 razy platynową (w tym podwójną w Hiszpanii). Także Paul chyba nie mógł narzekać.

Rozpoczynamy pierwszym singlem z płyty, wydanym miesiąc przed ukazaniem się albumu, czyli przebojowym My Brave Face. Jest to utwór stworzony więc do otwierania longplaya, pokazujący że McCartney znów jest w formie. Rozpoczynamy krótkimi chórkami, które momentalnie przeobrażają się w żwawy rytm i świetną melodię wyśpiewywaną znakomicie przez Paula. Piosenka, co ciekawe, była pierwszym utworem nagranym podczas sesji do albumu, a ponadto w pisaniu jej pomagał McCartneyowi Elvis Costello. Ten ostatni wspomina jednak, jak wielkim entuzjazmem wśród muzyków odbił się fakt, że Paul przyszedł do studia ze swoim legendarnym basem marki Hofner. Jak wiadomo, nie używał go od wielu lat (zmienił go jeszcze podczas działalności zespołu The Beatles). Jest to więc pierwsze nagranie od ponad dwudziestu lat, w którym McCartney na nim zagrał (od tego czasu używał go już przy każdej okazji). Piosenka okazała się wielkim przebojem, jednak Paul grał ją tylko do trasy w 1991 roku. Później nigdy już do niej nie wracał. A szkoda, bo to naprawdę rewelacyjny, dynamiczny i dodający energii kawałek, gdzie tekstowo podmiot liryczny podkreśla, że mimo przeciwności na swojej drodze, odnalazł wreszcie własną tożsamość. No wypisz-wymaluj McCartney.


Now that I'm alone again
I can't stop breaking down again
The simplest things set me off again
And take me to that place
Where I can't find my brave face
Where I can't find my brave face
My brave, my brave, my brave face

Odmiennie prezentuje się natomiast cudownie funkujący Rough Ride. Rozpoczynamy od nagłego i przelotnego hałasu, jednak od wejścia świetnego riffu gitary rytmicznej jest już znakomicie, a wokale Paula są tu naprawdę porywające i bardzo przekonujące. Mimo, że mamy tu mniej dynamizmu niż w My Brave Face, to piosenka brzmi o wiele mocniej, a głos McCartneya jest bardzo wyrazisty i szczery. Co ciekawe, piosenkę napisał Paul, co świadczy o jego ciągłych poszukiwaniach, gdyż nie przypominam sobie, by wcześniej popełnił piosenkę w takiej stylistyce. Połączenie funkowego rytmu z eksplodującymi dęciakami i nonszalanckim głosem McCartneya wypada tu znakomicie i aż chciało by się posłuchać płyty wypełnionej kompozycjami w takim właśnie stylu.

I needed loving, needed a friend
I needed something that would be there in the end
On a rough ride to heaven
Want to get inside, what will I do?
On a rough ride to heaven
I want to get inside to be with you

Również w You Want Her Too Paulowi pomagał Elvis Costello. Na tym jednak udział producenta i kompozytora się nie skończył, bowiem mamy tu do czynienia z duetem. Występ Costello jest bardzo przyjemny i sympatyczny, aczkolwiek nie wpływa zbytnio na sam utwór, gdyż jest on raczej symboliczny, niż nazbyt wysunięty na pierwszy plan. Piosenka ma świetną melodię i wybuchowe refreny, jednak prezentuje się nieco słabiej od poprzednich dwóch utworach. Wciąż to jednak naprawdę wysoki poziom i ponad 3 minuty dobrego grania, którego warto wysłuchać.

My intentions are quite sincere
(That's not what you said the other night)
And all you can do is sneer
(Go ahead and kid yourself you're right)
She makes me do things I don't want to do
I don't know why I should be telling you
I know that you want her too

O wiele delikatniej wypada natomiast napisany samotnie przez Paula Distractions. Już sam wstęp sugeruje nam, z jakiego rodzaju utworem będziemy mieli tutaj do czynienia. Muszę przyznać, że to jeden z najdelikatniejszych i najpiękniejszych utworów, jakie słyszałem od ex-Beatlesa. Niespiesznie i z gracją płynący z głośników głos McCartneya jest naprawdę kojący, a sama melodia jest przepiękna. Produkcja jest dopieszczona, a klasy dodaje jej świetna aranżacja smyczków, której dokonała Clare Fischer. Nie dziwi udział smyczków, gdyż również za produkcję odpowiada tu Paul, który od zawsze miał wyraźne ciągoty to aranżacji orkiestrowych. Tutaj jednak wszystko zrobione jest ze smakiem i wyczuciem, absolutnie nie może tu być mowy o zbytnim przepychu bądź patosie. 

I'll find a peacful place far away from the noise of a busy day
Where we can spend our nights counting shooting stars
Distractions like butterflies are buzzing 'round my head
When I'm alone I think of you
And the things we'd do if only we could be through
With the distractions like butterflies they're
Buzzing round my head, when I'm alone I think of you
And the life we'd lead if we could only be free
From these distractions

O wiele dynamiczniej wypada natomiast We Got Married, gdzie na gitarze udzielił się gościnnie sam David Gilmour. Piosenka nie jest może bardzo rozpędzona, jednak bardzo fajnie wypada kontrast między wolniejszymi zwrotkami, a przyspieszonym refrenem. Jednak i tutaj główną rolę gra zaangażowanie w głosie Paula i świetne zgranie wszystkiego. Po prawie dwóch minutach "normalnego" grania mamy jednak krótki mostek, w którym wszystko przyspiesza. I potem sytuacja już tylko się rozwija. Raz jest wolniej, raz szybciej, raz przebija się Gilmour, raz McCartney, raz nawet solo trąbki, ale na pewno nie ma co narzekać na nudę. Jak dla mnie ten kawałek to najlepsza i najbardziej porywająca rzecz na albumie, głównie przez swoją niecodzienność i świetne płynięcie. Żeby grać przez 5 minut "zwykłą" piosenkę i nie znudzić ani na chwilę? Niewielu to potrafi. Paul udowadnia, że i w takich kompozycjach czuje się swobodnie.

Going fast, coming soon
We made love in the afternoon
Found a flat, after that
We got married

Working hard for the dream
Scoring goals for the other team
Times were bad, we were glad
We got married

Uspokaja nieco Put It There, którego tekst zbudowany jest wokół jednego z powiedzonek jego ojca: "Put it there if it weights a ton". Cały tekst jest wręcz ujmujący swoją niewinnością i szczerością. W ślad za nim idzie piękna melodia i delikatne wykonanie Paula. Zostało tu użyte o wiele mniej środków niż w przypadku We Got Married, a i tak piosenka nadal angażuje i rozczula. Ten akustyczny utwór trwa nieco ponad 2 minuty, ale może i lepiej, bo jakby był dłuższy, mógłby nieco nudzić. Tak jednak się nie dzieje i bardzo dobrze.

Put it there if it weights a ton
That's what father said to his young son
I don't care if it weights a ton
As long as you and I are here, put it there
Long as you and I are here, put it there

Kolejnym singlem promującym album było, rozpoczynające stronę B, Figure of Eight. Ze wszystkich singli ten utwór jest akurat najsłabszy, ale - tak jak w przypadku You Want Her Too - to wciąż bardzo dobre i przyjemne granie. Po prostu słabsze od poprzednich numerów. 

Is it better to love one another
Than to go for a walk in the dark?
Is it better to love than to give in to hate?
Yeah we'd better take good care of each other
Avoid slipping back off the straight and narrow
It's better by far than getting stuck
In a figure of eight

Największym przebojem z płyty, obok My Brave Face, zostało znakomite This One i jest to mój ulubiony fragment albumu. Nawet nie wiem, co tak bardzo ujęło mnie akurat w tej piosence. Jest ona, jeśli posłuchać to obiektywnie, dość "zwyczajna" i nie wyróżniająca się niczym szczególnym. Tekst jest bardzo fajny, choć nieco naiwny, a muzyka to po prostu typowa dla Paula "love ballad". Ale wszystko to zagrane i zaśpiewane jest tak rewelacyjnie i z zaangażowaniem, że uwielbiam wracać do tej piosenki i za każdym razem nucę ją później przez resztę dnia. Świetne wokale, świetny aranż (produkcji ponownie podjął się sam Paul) i w ogóle wszystko tu znakomicie gra i pasuje do siebie. Typowy ujmujący i wpadający w ucho McCartney, jednak w jak najbardziej pozytywnym tego zdania znaczeniu.

Did I ever take you in my arms
Look you in the eye, tell you that I do
Did I ever open up my heart
Let you look inside

If I never did it, I was only waiting
For a better moment that didn't come
There never could be a better moment
Than this one, this one
The swan is gliding above the ocean
A god is riding upon his back
How calm the water and bright the rainbow
Fade this one to black

Podobnie przebojowo wypada Don't Be Careless Love, jednak jest to ponownie leciutki spadek formy. Piosenka wciąż porywająca, wpadająca w ucho i naprawdę fajna, jednak brakuje jej "tego czegoś". A szkoda.

The lamp burns down and out
I'm getting pretty tired of this
I feel so bad something might be going amiss
I won't be there so look out for yourself
You're getting in deep whatever you do
Don't let me go back to sleep
Don't be careless love

Podobny problem mam z That Day Is Done, chociaż tu piosenka jest o wiele bardziej dopracowana, a melodie bardziej zachwycające, a szczególnie cudownie płynące refreny w porównaniu z wolniejszymi zwrotkami. Koniec końców nie zapada mi to w pamięć tak, jak niektóre piosenki z tej płyty, jednak podczas słuchania jest jak najbardziej przyjemnie i satysfakcjonująco.

There was applause when she stepped up
I wished that I could interrupt
I made no sign, I made no sound
I know I must stay underground

That day is done, that day is done
You know where I've gone
I won't be coming back
That day is done

How Many People to kolejny, po Rough Ride, funkujący kawałek, jednak tym razem z o wiele bardziej zaangażowanym tekstem. W konfrontacji z tą żwawą muzyką wypada to co najmniej osobliwie, jednak tym ciekawsze nasze obcowanie z tą piosenką. Najważniejsze, że muzycznie brzmi to naprawdę dobrze i interesująco, wyróżniając się z reszty peletonu.

How many people
Stand in a line?
How many people
Never get a chance to shine?
If you can tell me
I'll gladly listen
How many people have died?

O wiele bardziej podnośnie i patetycznie brzmi Motor of Love. Muzyka tu użyta jest wręcz stworzona do jakiegoś zaangażowanego tekstu (np. tego z How Many People?). Tutaj jednak użyto słów wręcz banalnych, wpadających w ucho, a czasem podchodzącym nawet pod grafomanię. Zupełnie to jednak nie przeszkadza, a słucha się tego znakomicie. Po wolniejszych i bardziej zamyślonych zwrotkach, uderzani jesteśmy natomiast mocniejszymi i bardziej wzniośle brzmiącymi refrenami. Piosenka jednak trwa nieco za długo; 6 i pół minuty to naprawdę bardzo dużo, jeśli mamy do czynienia właściwie z powtarzalnością jednego motywu. Gdyby całość skrócić, zostawiałoby to lepsze wrażenie, a tak męczy trochę podczas słuchania. W skrócie: jest dobrze, ale gdyby było krócej, byłoby bardzo dobrze.

My friends keep asking me why
There's such a smile on my face
There's a home at my place
Thanks to you

I don't want anything from you
Turn on your motor of love

Ostatni kawałek to właściwie jedna, szalona, improwizacja, podczas której Paul wyśpiewuje tetrastych po francusku. Où Est Le Soleil? jest jednak jak najbardziej przemyślane (o ile istnieje takie zjawisko jak "przemyślana improwizacja"), dzięki czemu całość brzmi naprawdę dobrze. Tutaj użyte zostały typowe dla późnych lat 80. nieco ciężej brzmiące syntezatory. Rewelacyjnie brzmią tu dochodzące jakby z oddali wokale Paula; McCartney śpiewa tu bardzo mocno, a jednocześnie melodyjnie. Ponownie jednak całość jest nieco zanadto rozwleczona; niemal 5 minut to jeszcze nie tak źle, jednak w piosence właściwie niewiele się dzieje, a jedynymi ciekawszymi momentami, są krótkie przejścia np. perkusji. Ostatecznie rzecz ujmując, Paul kończy płytę dość dobrze, chociaż ten album zasługuje na lepsze zakończenie.

Où est le soleil?
Où est le soleil?
Dans la tête
Dans la tête
Où est le soleil?
Dans la tête
Travaillez
Où est le soleil?


Ciężka praca się opłaciła, bowiem Flowers In the Dirt to album wspaniały i porywające. Kwintesencja Paula z lat 80. Najlepsza płyta od czasów Tug of War. Czemu? Ponieważ na Flowers In the Dirt nie ma ani jednego wypełniacza, ani jednego niewypału. Owszem, nie każda piosenka jest na jednakowym poziomie, ale czuć że każdemu poświęcono dużo czasu, co owocuje znakomitymi emocjami podczas odsłuchu. Słychać po prostu, że podczas pracy nad materiałem, Paul schował gwiazdorstwo do kieszeni, i skupił się na muzyce. Każda piosenka jest dopracowana, ma swój indywidualny klimat, a melodie są naprawdę rewelacyjne. Wszystko jest tu dopieszczona i dopięte na ostatni guzik. Jasne, nie wszystkie piosenki są równie zjawiskowe, bądź ujmujące, stąd taka ocena, a nie wyższa. Uważam też że płyta trwa nieco za długo (prawie godzinę), co przy tak dość jednowymiarowych i utrzymanych w jednakowej stylistyce produkcyjnej utworach może nieco męczyć. Całość jednak, mimo swoich niezaprzeczalnych wad, jak najbardziej mnie ujmuje, przekonuje i wracam do niej bardzo często. Paul w latach 80. radził sobie różnie, ale zaczął je (McCartney II, Tug of War) i skończył (Flowers In the Dirt) tak świetnie, jak przystało na legendę muzyki rockowej i popowej. 

Ocena: 8/10


Flowers in the Dirt: 53:42

1. My Brave Face - 3:18
2. Rough Ride - 4:43
3. You Want Her Too - 3:11
4. Distractions - 4:38
5. We Got Married - 4:57
6. Put It There - 2:07
7. Figure of Eight - 3:25
8. This One - 4:10
9. Don't Be Careless Love - 3:18
10. That Day Is Done - 4:19
11. How Many People - 4:14
12. Motor of Love - 6:18

niedziela, 9 lutego 2020

"Cнова в CCCP" - Paul McCartney [Recenzja]


Po kiepskim odbiorze słabego albumu Press To Play, Paul McCartney postanowił poświęcić więcej czasu na dopracowanie kolejnej płyty. Z trwającej pół roku sesji powstał jednak tylko singiel Once Upon A Long Ago/Back On My Feet, który wydany został tylko w Wielkiej Brytanii. W wyniku jammowania z muzykami, w głowie Paula zrodził się pomysł na wydanie prostego i spontanicznie nagranego albumu ze standardami rockandrollowymi (coś na wzór albumu Rock 'n' Roll Lennona z 1975 roku). W ciągu dwóch dni powstał więc cały materiał na nową płytę.
Początkowo Paul chciał wydać album tylko w Wielkiej Brytanii, i to nie w oficjalnej dystrybucji, by umożliwić przedostanie się go do Związku Radzieckiego. Wytwórnia EMI odwróciła jednak ten pomysł i krążek wydany został tylko w ZSRR, pt. Cнова в CCCP, co po rosyjsku znaczy Back In the USSR (piosenka Beatlesów z "Białego Albumu"). Ponadto wszystkie informacje o albumie, które znalazły się na opakowaniu, również zostały przetłumaczone na język rosyjski. W ciągu pierwszego roku od wydania sprzedało się 400 tysięcy kopii albumu; pierwszy nakład, liczący 50 tysięcy egzemplarzy, rozszedł się w mgnieniu oka, więc musiano na gwałt wytłoczyć ich jeszcze więcej. Na swoje oficjalne wydanie ogólnoświatowe, album musiał poczekać 3 lata (w Rosji ukazał się w 1988 roku, natomiast na świecie - w 1991).

Rozpoczynamy standardem z lat 50., po który McCartney sięgnął już wcześniej w swojej karierze, a konkretniej na albumie Beatles For Sale w 1964 roku, gdzie nazywało się to Medley: Kansas City/Hey,  Hey, Hey, Hey. Tutaj mamy po prostu Kansas City wykonany z nie mniejszym entuzjazmem, zapałem i pazurem niż przeszło 20 lat wcześniej. Paul wciąż się trzyma znakomicie wokalnie i śpiewa z prawdziwym entuzjazmem i sercem na dłoni. Co najważniejsze, czuć jednak że podczas nagrywania panowała po prostu fajna atmosfera, co udziela się słuchaczowi. Fajna rzecz.

Tell me baby
What's been wrong with you
Well, I might take a train, I might take a plane
But if I have to walk, yeah, I'm goin' just the same

Twenty Flight Rock Eddie'ego Cochrana to bez wątpienia dla Paula bardzo ważna piosenka. Dzięki niej właśnie przyjęty został do zespołu The Beatles (chociaż wtedy nazywającego się jeszcze The Quarrymen). Po jednym z koncertów jeden z przyjaciół Lennona przyprowadził do niego swego innego kumpla, Paula, rekomendując go do zespołu. John nie był przekonany, jednak gdy usłyszał jak Macca gra na gitarze i śpiewa Twenty Flight Rock, natychmiast zmienił zdanie i przyjął go do zespołu. Jeśli McCartney nie stracił nic z entuzjazmu i mocy w głosie, to nie trudno zrozumieć decyzję Lennona, czy nawet się z nią nie zgadzać, bowiem Paul wykonuje to naprawdę rewelacyjnie, pełnym pasji i mocnym głosem, choć w tej piosence raczej daje sobie nieco na wstrzymanie. 

Well I got a girl with a record machine
When it comes to rocking she's a queen
I took her to a dance on a Saturday Night
All alone where I can hold her tight
She lives on the twenieth floor uptown
The elevator's broken down

Nieco słabiej brzmi natomiast Lawdy, Miss Clawdy z 1952 roku. Paul wciąż gra i śpiewa rewelacyjnie, jednak nie czuć tu jakiejś większej świeżości, czy po prostu czegoś, co pozwoliłoby na dłużej zapamiętać ten numer. Wykonane poprawnie i z zapałem, jednak bez fajerwerków.

Well I give you all my money
Damn you just won't treat me right
You wanna party every morning don't come
Home till late at night

Nieco zwalniamy przy świetnym, soulowym Bring It On Home To Me, który w oryginale wykonywał Sam Cooke. Pojawia się tu nieco więcej świeżości niż w Lawdy, Miss Clawdy, dzięki czemu piosenka łatwo wpada w ucho i porywa, mimo wolniejszego tempa. Warto zwrócić tu uwagę na bezbłędne wokale Paula, w których wyśpiewuje całe serce, jednocześnie dając sobie nieco na wstrzymanie. 

You know I'll always be your slave
Till I'm dead and buried in my grave
Oh, oh bring it to me
Bring your sweet lovin'
Bring it on home to me

Przyspieszamy przy Lucille. Przyspieszenie równa się niestety powrotowi jednostajności i monotonności. Oczywiście wciąż to dawka naprawdę dobrej energii i naprawdę przyjemne granie, jednak za bardzo zlewa się to z resztą utworów.

Well, I woke up this mornin'
Lucille was not in sight
Asked my friends about it
But all their lips were tight

Don't Get Around Much Anymore. Kolejny dobrze zagrany, ale nic nie wnoszący do całości utwór.

Been invited on dates
I heard they crowded the floor
Doesn't matter without you
Don't get around much anymore

Kolejny żwawy, energetyczny rock and roll. Kolejna porcja rewelacyjnej energii. That's All Right Mama wypada nieco oryginalniej i da się odróżnić od reszty peletonu. Może nie zabrzmiało to zbyt górnolotnie, jednak już to wystarczy, by zaliczyć ten kawałek "na plus".

I'm leaving town, baby
I'm leaving town for sure
Then you won't be bothered with
Me hanging 'round your door
Well, that's all right, that's all right
That's all right my Mama, anyway you do

Najlepiej na płycie brzmi jednak potężny Ain't That a Shame. Co ciekawe, nie ma tu nic szczególnie wyróżniającego, jednak te - momentami - a capella wokale Paula, nagłe gitarowe "wybuchy" i solo fortepianu sprawiają, że piosenka wypada bardzo przekonująco i angażująco. I świetnie. Choć jednocześnie też smutno, bo pokazuje to, że gdyby więcej czasu poświęcić na dobór i poustawianie utworów, to płyta mogłaby być znacznie lepsza i mniej monotonna. 

Well you broke my heart
When you said we're gonna part
Ain't that a shame
Oh my tears fell like rain
Ain't that a shame
You're the one to blame

Crackin' Up. Niby przyjemnie, acz nudnawo i monotonnie. 

I spoil you, woman, a long time ago
I used to cook your meals and bring them to your door
I'm all fed up
Yeah yeah he's crackin' up
You're buggin' me
Yeah yeah he's crakin' up

Just Because to niestety kolejne kompletnie niezapamiętywalny kawałek. Aż boli słuchanie Paula, który śpiewa tak jednostajnie i monotonnie, że aż chce się wyłączyć krążek. A przecież to nie jest ani zła muzyka, ani złe wykonanie!

Well just because you think I'll be lonesome
And just because you think that I'll be blue
Just because you think I'll be foolish
To stay at home and wait around for you
Well, I'm telling you
Baby, I'm through with you
Because, well, well, just because

Midnight Special powiem tylko jedno: równie bezbarwne zakończenie, jak cała płyta.

Let the midnight special
Shine her light on me
Let the midnight special
Shine his ever-loving light on me


Mówiąc o Cнова в CCCP ciężko uniknąć porównań do Rock 'n' Roll Lennona z 1975 roku. W porównaniu do longplaya Johna jest tu przede wszystkim zdecydowanie więcej energii i życia; John śpiewał wszystko na autopilocie, natomiast na tej płycie czuć, że Paul po prostu dobrze się bawił przy nagrywaniu, co udziela się słuchaczowi. Niestety, dobór piosenek nie jest zbyt trafiony, gdyż wszystko zaczyna się już na stronie A zlewać w jedno i kolejne utwory brzmią do siebie bliźniaczo podobnie. Lennon zdawał sobie sprawę, że rockandroll to rzecz, którą warto podawać z rozsądkiem, więc na Rock 'n' Roll wszystko było tak poustawiane, by dało się odróżnić jedną piosenkę od drugiej. Paul nie pomyślał jednak o tym i wszystko, mimo że zagrane jest z pasją i energią, ostatecznie całościowo nie robi dobrego wrażenia i po prostu wypada słabo.

Ocena: 4/10


Cнова в CCCP: 47:54

1. Kansas City - 4:02
2. Twenty Flight Rock - 3:03
3. Lawdy, Miss Clawdy - 3:17
4. Bring It On Home to Me - 3:14
5. Lucille - 3:13
6. Don't Get Around Much Anymore - 2:51
7. That's All Right Mama - 3:47
8. Ain't That a Shame - 3:43
9. Crackin' Up - 3:55
10. Just Because - 3:34
11. Midnight Special - 3:59

"Live EP" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


Ta EP-ka to chyba najmniej znany element dyskografii Ozzy'ego Osbourne'a; nic dziwnego, gdyż powstała właściwie przez przypadek.
Po koncercie w Birmingham zespół pojechał do Ridge Farm Studio, celem zmiksowania Goodbye To Romance, by przygotować go na wydanie na singlu. Następnego ranka zadzwonili do nich jednak ludzie z Jet Records, wymagając nowej, premierowej piosenki, którą można by wydać. Rhoads, Daisley i Kerslake szybko opracowali więc utwór You Said It All z Kerslake'iem na wokalu. Czemu nie z Ozzym? Ano dlatego, że podczas pracy nad piosenką, Ozzy leżał pijany pod zestawem perkusyjnym i był niezdatny do jakiejkolwiek pracy. Plany na wydanie You Said It All jednak zostały wstrzymane z nieznanych do dzisiaj powodów, a piosenka nie doczekała się nigdy oficjalnego nagrania studyjnego, tak więc wersja na tej EP-ce, zarejestrowana podczas koncertu w Southampton w 1980 roku jest jedyną jej wersją i prawdopodobnie jedynym wykonaniem tego utworu (w każdym razie nie znalazłem w Internecie informacji o żadnym innym).
Ozzy i jego zespół obstawiali jednak, żeby utwór się ukazał, skoro już go napisali i nawet wykonali na żywo, myśląc zapewne już z myślą o promocji. Aby jednak nie wydawać tylko jednej piosenki, postanowiono obudować ją dwoma klasykami (wówczas już przebojami) z albumu Blizzard of Ozz.

Mr. Crowley rozpoczyna oczywiście, klasyczny już, gotycki wstęp na organach, tu jednak w narastającym natężeniu. Pierwsze co rzuca się w oczy po wejściu wokali, to zaskakująco dobra forma Ozzy'ego. Zważywszy na stan, w jakim wówczas non stop się znajdował, jego głos to rzecz godna podziwu. Wersja live tego utworu jest nieco szybsza od studyjnej, jednak absolutnie nie ujmuje to ciężaru kompozycji, która wypada wciąż zjawiskowo. Nie zawodzi też oczywiście Randy Rhoads, który czaruje nas swoją gitarą. Znakomite wykonanie.
Czas jednak na premierowy utwór, You Said It All. Powiem tylko jedno: dlaczego to nie zostało wydane na pełnoprawnym longplayu? Ten kawałek to zdecydowanie mocna rzecz. Od samego początku uderza niezwykła melodyjność połączona z ostrymi gitarami Rhoadsa. Ozzy natomiast tradycyjnie zachwyca swoimi mocnymi i czystymi wokalami. Refren zaś wpada w ucho i ciężko wyrzucić go z głowy. 
Suicide Solution klasycznie już hipnotyzuje swoim riffem. Z wejściem wokalu Ozzy'ego jest tylko lepiej i piosenka zdecydowanie trzyma poziom. Nie ma za bardzo o czym tu pisać, gdyż jest to odegrane dość wiernie w stosunku do oryginału, choć - tak jak w przypadku Mr. Crowley - całość została nieco przyspieszona. 


Live EP to rzecz zdecydowanie warta wysłuchania. Mimo, że trwa mniej niż 15 minut, to jest to rzecz zdecydowanie udana i porywająca. Premierowa piosenka jest bardzo udana, a dwie piosenki z Blizzard of Ozz mają nieco bardziej schowane klawisze, dzięki czemu nabierają jeszcze większego ciężaru i dynamizmu. Oprócz standardowo zachwycającego Rhoadsa, świetnie zaprezentował się też sam Ozzy, który zachwyca swoimi czystymi i mocnymi wokalami. Jak już wspominałem, może to dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że wówczas praktycznie non stop chodził na bani, ale nie ma to żadnego znaczenia. Nawet jeśli całość została potem podreperowana w studiu (choć nie sądzę), to zostało zrobione to w o wiele delikatniejszy sposób niż na słabym Speak of the Devil. Live EP, to zdecydowanie "biały kruk" w dyskografii Ozzy'ego. Ciężko dostać oryginalne wydanie, a i jest to rzecz mało znana. Niemniej, zasługuje na uwagę, gdyż przez ten kwadrans dostajemy porcję naprawdę melodyjnego, ostrego i ciężkiego grania.

Ocena: 9/10

piątek, 7 lutego 2020

Ozzy Osbourne - na skróty (przegląd dyskografii)


Po wyrzuceniu z zespołu Black Sabbath, Ozzy Osbourne postanowił kontynuować karierę muzyczną pod swoim własnym nazwiskiem. Jak się okazało, była to dla niego jak najbardziej korzystna decyzja, bowiem w ciągu trwającej już 40 lat solowej kariery, stworzył kilka znakomitych przebojów, a także spełnił oczekiwania, jakie w nim pokładano. Udało mu się połączyć heavy metal (czy też hard rocka) ze świetnymi melodiami, co zaowocowało sporym sukcesem komercyjnym. Po dziś dzień uważany jest za Ojca Chrzestnego Heavy Metalu i jedną z największych ikon gatunku, a także samej muzyki rozrywkowej. Trudno przecenić jego wpływ na popkulturę (chociaż należy się zastanowić, na ile wynika on z muzycznych sukcesów, a na ile z jego pozascenicznych ekscesów i popularności serialu The Osbournes na MTV). 
Ozzy jest jednym z najważniejszych dla mnie wykonawców, więc w ocenianiu jego dokonań muzycznych nierzadko ciężko mi było zachować obiektywizm. Mam jednak - jak każdy - rzeczy, które lubię bardziej i te, które lubię mniej, bądź też w ogóle nie lubię. Osbourne'owi nie udało się jednak nigdy podczas solowej kariery nagrać płyty idealnej, od pierwszego do ostatniego utworu. Owszem, otarł się o to dwukrotnie (przy okazji Diary of a Madman i No More Tears), jednak ostatecznie zawsze znalazł się tam, jakiś jeden wypełniacz, obniżający ocenę całości. Poniżej prezentuję moją skróconą ocenę studyjnych dokonań solowych Ozzy'ego dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z jego dokonaniami, a nie wiedzą od czego zacząć. Przy okazji każdej płyty umieszczam także link, do mojego nieco bardziej szczegółowego omówienia każdego krążka.


Ocena: 7/10

Ozzy zaczął swoją karierę solową od razu z wysokiego C, bowiem Blizzard of Ozz z miejsca stał się klasykiem muzyki metalowej i po dziś dzień pozostaje najważniejszym albumem Osbourne'a. Pojawiły się tutaj piosenki, które okazały się zostać wizytówkami muzycznymi Księcia Ciemności. W końcu mamy tutaj autobiograficzne I Don't Know, mega-przebój Crazy Train, kontrowersyjne Suicide Solution i powalające, potężne Mr. Crowley. Mamy tu oprócz tego dwie ballady (bardziej udaną Revelation (Mother Earth) i mniej udaną Goodbye To Romance), 2 wypełniacze i akustyczną miniaturkę zagraną przez gitarzystę dla swojej matki. Właśnie, gitarzysta, Randy Rhoads. Przy okazji tej płyty okazało się, że Ozzy ma niebywałe szczęście do trafiania na znakomitych gitarzystów na swojej muzycznej drodze. Tony'ego Iommiego zastąpił więc młody, nikomu nieznany Randy Rhoads, który dosłownie błyszczy na tej płycie, uwalniając spod swoich palców całe naręcza chwytliwych riffów i karkołomnych solówek. Koniec końców Blizzard of Ozz nie jest moją ulubioną płytą Ozzy'ego ale nie umiem nie docenić jej wielkości i wpływu na komercjalizację cięższych odmian muzyki, więc na początek przygody z Księciem Ciemności polecam właśnie to.


Ocena: 9/10

Randy Rhoads regularnie poszerzał swój warsztat i to głównie dzięki jego ciężkiej pracy, Diary of a Madman to tak dobry album. Praktycznie co kawałek to perełka i znakomity kawał artystycznej roboty. Mamy tu momenty zdecydowanie cięższe (Over the Mountain, Believer, Diary of a Madman), balladowe (You Can't Kill Rock and Roll, Tonight), proste hard rockowe ciosy (Flying High Again, S.AT.O.), a także quasi-klasyczne zagrania na gitarze akustycznej, które wprowadzają nieco niekonwencjonalnego brzmienia. Na szczególną uwagę zasługuje utwór tytułowy, który prawdopodobnie jest najlepszym utworem w całym repertuarze Ozzy'ego. Znalazł się tu jeden ewidentny niewypał (Little Dolls), jednak poza tym, cały album jest jednym z najbardziej udanych longplayów w karierze Osbourne'a i zachwyca w całości, prezentując naprawdę wysoki poziom.


Ocena: 7/10

Po tragicznej śmierci Randy'ego Rhoadsa, Ozzy musiał znaleźć nowego gitarzystę. Wybór padł na Jake'a E. Lee, wraz z którym odświeżone zostało także brzmienie kolejnego albumu. Bark at the Moon to bowiem płyta, na której najmocniej słyszane są klawisze, tak bardzo typowe dla dekady, w której nagranie powstało. Bardzo nie lubię tego brzmienia, jednak tutaj wypada ono dość nieźle w połączeniu z melodyjnymi jak nigdy dotąd piosenkami Osbourne'a. Najlepiej wypada, rzecz jasna, oczywista oczywistość, a więc rewelacyjny utwór tytułowy. Nie jest on jednak jedynym wyśmienitym numerem na tej płycie. Na tę półkę można z czystym sumieniem położyć jeszcze You're No Different, Now You See It (Now You Don't), beatlesowską balladę ze smykami So Tired i wieńczące album mroczne Waiting For Darkness. Nieco niżej - ale wciąż na przyzwoitym poziomie - lokuje się reszta albumu. Poważnie odstaje jedynie drewniany Rock 'n' Roll Rebel (na miejscu którego widział bym Spiders z edycji amerykańskiej), jednak płyta wypada naprawdę dobrze i warto jej posłuchać, jeśli przygody z Ozzym nie chce się zaczynać od jakiegoś bardzo mocnego, metalowego (czy też hard rockowego) uderzenia. 


Ocena: 5/10

Kolejny album z Jake'iem E. Lee i kolejny dla zwolenników mniej "mocnego" oblicza Księcia Ciemności. Ponownie sporo mają tu do powiedzenia klawisze, jednak zdecydowanie więcej tu wypełniaczy, które służą tylko i wyłącznie dociągnięciem czasu do wydania pełnego longplaya (jak to wypełniacze mają w zwyczaju). Obok naprawdę dobrych kompozycji, takich jak utwór tytułowy, Secret Loser, Thank God For the Bomb, Lightning Strikes, Killer of Giants, czy - zwłaszcza - klasyczny już Shot In the Dark pojawiają się takie niewypały jak Never Know Why, Never czy Fool Like You. Generalnie płyta brzmi zbyt jednostajnie, przez co pod koniec mamy wrażenie obcowania z o wiele słabszym materiałem, niż ten album w rzeczywistości był.


Ocena: 8/10

Po wyrzuceniu z zespołu Jake'a E. Lee, jego miejsce zastąpił młody, nieznany gitarzysta, Zakk Wylde. Wniósł on nową energię i inne podejście do muzyki, w związku z czym nie ma co się dziwić, że ten longplay sprawia wrażenie głębokiego oddechu - tak ostro Ozzy jeszcze nie grał przez ostatnie 4 płyty. Zdecydowanie dalej zepchnięte są tu klawisze (na pierwszy plan wysuwają się sporadycznie), a za to więcej tu gitarowych popisów Wylde'a. Właściwie mamy tu tylko 2 utwory quasi-balladowe (Fire In the Sky i Hero), jednak oba mają w sobie też elementy mocnych, hardrockowych numerów. Reszta to mocarne, ciężkie i dynamiczne ciosy, za którymi ciężko nadążyć. Na wyróżnienie zasługują na pewno Miracle Man, Devil's Daughter, Bloodbath In Paradise i Tattoed Dancer, chociaż i pozostałe trzymają wysoki poziom. Generalnie No Rest for the Wicked to chyba najbardziej hard rockowy album Ozzy'ego i bardzo żałuję, że jest zapomniany i bagatelizowany. Nie ma co tej płyty tak łatwo przekreślać!


Ocena: 9/10

Po okrzepnięciu nowego zespołu Ozzy'ego, postanowiono nagrać kolejny album. Nikt chyba nie spodziewał się jednak, że No More Tears będzie aż tak dobre. Ten album to po prostu najlepszy album Księcia Ciemności, gdzie w połowie drogi spotkały się: heavy metalowy ciężar, hard rockowy czad i melodyjność z wyższej półki. Ozzy daje tu z siebie wszystko i wyrzuca, jak z rękawa kolejne wyśmienite utwory. Przez pierwsze 5 piosenek Osbourne ani na chwilę nie odpuszcza i po prostu powala nas na ziemię; mocny i kontrowersyjny Mr. Tinkertrain, chwytliwy i autobiograficzny I Don't Want To Change the World, przepiękny i balladowy Mama I'm Coming Home, rozpędzony i szalony Desire no i w końcu wybitnie skonstruowany i powalający kawałek tytułowy, który uważam za jedno z najlepszych dzieł Ozzy'ego. Później jest różnie, raz lepiej (Hellraiser, Road To Nowhere), raz gorzej (Time After Time, A.V.H.), jednak mimo tych wszystkich wad otrzymujemy znakomity, niemal godzinny longplay, który absolutnie zachwyca. Nawet 2 bonusowe utwory, które dostaliśmy na wznowieniu (Don't Blame Me i Party With the Animals) to zwalające z nóg mocarne ciosy. Może nie jest to album idealny, ale z pewnością mój ulubiony i znakomity dla początkującego słuchacza.


Ocena: 8/10

Po nagraniu płyty No More Tears, Ozzy wycofał się z życia publicznego i ogłosił odejście od muzyki, gdyż zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane. Po jakimś czasie okazało się jednak, że diagnoza była błędna. Książę Ciemności postanowił więc nagrać kolejny album, który odzwierciedlałby jego stan emocjonalny w czasie między wydaniem poprzedniego longplaya, a właśnie Ozzmosis. Na tym krążku są więc teksty o wiele bardziej osobiste, poświęcone żonie i dzieciom, a także walce z własnymi demonami. Wśród największych zalet krążka bez wątpienia należy wymienić potężne Perry Mason, poruszające ballady I Just Want You, See You On the Other Side, My Little Man, czy ostre Tomorrow. Reszta też trzyma poziom, ale trafiły się tu również utwory mniej udane (Ghost Behind My Eyes, Denial). Płyta jednak jest bardzo dobra i słucha się tego znakomicie. Jest to też moim zdaniem ostatni album, na którym Ozzy używa w pełni swego "naturalnego" wokalu. Od kolejnej płyty zaczęły pojawiać się już niestety autotune'y. Nie twierdzę, że to coś złego; głos Ozzy'ego jest bardzo charakterystyczny, uwielbiam jego manierę i autotune był tutaj rzeczą konieczną, która mi nie przeszkadza zanadto (o ile jest używany z wyczuciem). Jednak warto przesłuchać Ozzmosis nie tylko dla rewelacyjnych piosenek, ale również dla usłyszenia po raz ostatni tego prostego, konkretnego i "żywego" śpiewania Księcia Ciemności.


Ocena: 7/10

Ozzy w nowy wiek wszedł z buta. Powrót do współpracy z Black Sabbath przypomniał mu o starych czasach, w których tak wielką wagę przywiązywał do tego, by kompozycje - oprócz rewelacyjnych melodii - miały też solidną dawkę ciężaru. Postanowił naprawić to niedopatrzenie właśnie na Down To Earth, swoim pierwszym albumie w nowym stuleciu. I rzeczywiście czuć tu zmianę i jest na swój sposób mała rewolucja. Płyta ta to zdecydowanie najmocniejsze i najcięższe płytowe dokonanie solowego Ozzy'ego, nad którym przez niespełna godzinę unosi się duch klasycznego Sabbathu. Zaczynamy potężnym Gets Me Through, a dalej wcale nie zwalniamy, bo przez płytę przechodzą jeszcze takie ciosy jak Facing Hell, No Easy Way Out, That I Never Had, Junkie czy Alive. Ozzy nie zapomina jednak o balladach, a każda jest trafiona: Running Out of Time, You Know... (Part 1) czy zwłaszcza mega-przebój Dreamer. Album często jest bagatelizowany, a zupełnie niesłusznie. Owszem, jest to pierwszy longplay, gdzie można zaobserwować spadek jakości gitarowych wyczynów Zakka Wylde'a; nie dość, że nie udzielał się w komponowaniu, to do tego jego solówki to w większości popisywanie się na siłę, z których nie wychodzi żadna godna zapamiętania melodia, a jego riffy są tak bezpłciowe, jak tylko odegrane mogą być rzeczy napisane przez kogoś innego, byś tylko mógł przyjść, odegrać to i zgarnąć kasę. Wielka szkoda, tym bardziej, że piosenki są na wysokim poziomie, reszta instrumentalistów daje radę, a Ozzy wypada tu wręcz znakomicie, pokazując że nie zapomniał, jak to się robi. Warto przesłuchać.


Ocena: 2/10

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by wydać tę płytę, jako regularne wydawnictwo, ale powinien za to odpokutować. To powinno być wydane tylko jako nieszkodliwe bonusy do jakiegoś większego wydawnictwa (tak jak było to pomyślane w oryginale, bowiem większość piosenek zostało dodanych do boxu Prince of Darkness), a i tak powinno przepaść w mrokach niepamięci. Dla własnego dobra. Niestety tak się nie stało i zostało to wydane. I ucierpieli na tym wszyscy: zarówno ci, którzy tego posłuchali, jak i dobre artystyczne imię Ozzy'ego. Zacznijmy od Osbourne'a, bowiem niestety to on jest jedną z największych bolączek tego wydawnictwa; owszem, wybrał naprawdę dobre numery, jednak jego wokal jest tak podciągnięty autotune'em, że słuchanie go aż boli. Śpiewa tu na totalnym autopilocie, w związku z czym całość jest pozbawiona życia. Naprawdę słabo wypadają też muzycy, którzy najzwyczajniej w świecie odwalają pańszczyznę, chyba myślami licząc już na co wydadzą kasę za to nagranie. Jedynymi powodami, dla których płyta nie dostała niższej oceny są: In My Life, Go Now, Woman, For What It's Worth, Working Class Hero i Sympathy For the Devil. Dużo tych dowodów? A i tak nie są to jakieś nie wiadomo jak dobre wykonania. Są to rzeczy po prostu "dobre", co jednak już wystarcza, by na tej płycie wspiąć się na wyżyny. Koniec końców ta płyta to istny koszmarek i zalecam omijanie jej z daleka zarówno nowym słuchaczom, jak i fanom.


Ocena: 7/10

Black Rain to prawdopodobnie najbardziej niedoceniany album Ozzy'ego, a niesłusznie. Osbourne (wraz z producentem, Kevinem Churko) zaprezentował tu zupełnie nową odsłonę swojej muzyki. Produkcja zdecydowanie bardziej odpowiada ówczesnym standardom prezentowanym na współczesnych płytach metalowych, coś na wzór o wiele bardziej gitarowego No More Tears w latach 90. Mamy tu przede wszystkim całą masę świetnych kompozycji (Not Going Away, I Don't Wanna Stop, Black Rain, The Almighty Dollar, 11 Silver, Trap Door), które jak najbardziej mogą się podobać, szczególnie że głos Ozzy'ego podciągnięto tu ze sporym wyczuciem, dodając całości dynamizmu. Czemu więc taka niska ocena? Gdzieś tak pod koniec czuć niestety, że całość tworzona była raczej według określonego schematu i po takiej potężnej dawce muzyki, zaczyna to po prostu już nużyć (w związku z czym taki na przykład niezły Countdown's Begun wypada o wiele słabiej, niż na to zasługuje, a ożywia dopiero Trap Door, który pokazuje, że chcieć to móc). Koniec końców, po komercyjnym sukcesie - acz wizerunkowym samobójstwie - którym był reality show The Osbournes, a także okropnym albumie Under Cover, Ozzy udowodnił, że wciąż potrafi tworzyć heavy metal na poziomie, jakiego można oczekiwać od artysty jego rangi i w jego wieku. Bez zaskoczeń, ale album dokładnie taki, jakiego można by oczekiwać od Księcia Ciemności.


Ocena: 8/10

Na Black Rain Ozzy pokazał, że nic już nie musi i przez wiele lat tworzenia wypracował sobie swój własny styl, z którego będzie teraz czerpał. Poprzedni album był krokiem w stronę nowocześniejszej produkcji, ale kompozytorsko Osbourne zaprezentował się w swoim standardowym stylu, umieszczając na płycie ballady, utwory metalowe i hard rockowe. Black Rain było więc wypadkową całej jego wcześniejszej twórczości i Scream zdaje się kontynuować ten trend. Mamy tu ballady (Life Won't Wait, Time, I Love You All), utwory metalowe (Let It Die, Soul Sucker, Diggin' Me Down, Crucify, Fearless), jak i hard rockowe (Let Me Hear You Scream, Latimer's Mercy). Ponownie to właśnie to najcięższe oblicze Ozzy'ego przemawia do mnie najbardziej, ale nie sposób nie zauważyć swoistego progresu, jeśli chodzi o całość. Kompozycje są tu jeszcze bardziej wyróżniające się i stanowiące osobną całość. Tekstowo nie ma tu może jakiegoś konceptu, ale i na tym polu Ozzy nie zawodzi. Wokale są tu jeszcze mniej sztuczne i bardziej zdynamizowane. Pod koniec Osbourne łapie nieco zadyszkę, ale kompletnie nie wpływa to na odbiór longplaya, który prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, mimo zachowawczości. Dojrzałe dzieło Księcia Ciemności, tworzone, w pewnym sensie, na autopilocie, choć z dużą dawką miłości do muzyki i heavy metalowej energii, godnej tytułu Ozzy'ego Osbourne'a. 


Ocena: 8/10

Nikt chyba nie sądził, że Ozzy wyda jeszcze jakiś album z premierowym materiałem. W każdym wywiadzie zmieniał zdanie i raz mówił, że na pewno wyda (mało tego, że wręcz rozpoczął już nagrywanie i podawał tytuły nowych piosenek), by po kilku dniach powiedzieć, że doszedł do wniosku, że nagrywanie płyt się nie opłaca i nie chce mu się do tego wracać. W końcu jednak, na skutek kilku nieszczęśliwych wypadków, Osbourne, uwięziony w domu, wraz z producentem młodego pokolenia, Andrew Wattem zaprosił do swojego domowego studia Chada Smitha i Duffa McKaganna i we czwórkę napisali w ekspresowym tempie 9 nowych piosenek (Ozzy pisał teksty, a reszta zajęła się kompozycjami). Zacznę może od tego, co mi się nie podoba; przede wszystkim dwa "bonusowe" utwory, którymi okazały się piosenki nagrane jeszcze z Post Malone'em (Take What You Want i dotychczas niewydany It's a Raid). Niestety te dwa numery odstają mocno stylistycznie od całości i można spokojnie się bez nich obyć, słuchając albumu. Na tym jednak minusy się kończą, a Ordinary Man, koniec końców, jest bardzo dobrą płytą, chyba najdojrzalszą w katalogu Ozzy'ego, wypełnioną świetnymi piosenkami, stanowiącymi jakby retrospektywne spojrzenie na całą karierę Księcia Ciemności. Nad całością unosi się duch klasycznego Black Sabbath, bowiem prawie każdy kawałek ma tu potężną dawkę solidnego ciężaru. Cała płyta jest przyrządzona w podobnym stylu co poprzednie dwa albumu, czyli według zasady "dla każdego coś miłego". Mamy tu więc i ballady (Ordinary Man, All My Life, Today Is the End, Holy For Tonight) i utwory szybsze (Straight To Hell, Eat Me, Scary Little Green Men), a także i porządne dociążenia (Goodbye, Under the Graveyard). Całość brzmi jednak bardzo przebojowo, nowocześnie i tak, jak można by od Ozzy'ego tego oczekiwać. Płyta ta brzmi jednak trochę jak pożegnanie; tekstowo Ozzy zdaje nam się mówić, że zdaje sobie sprawę z upływającego czasu i sprawia wrażenie, jakby tym albumem chciał się z nami pożegnać. Zdecydowanie nie na początek przygody z Ozzym, ale dla wielbicieli jest to nie lada gratka. Dla mnie jest to najlepszy album Księcia Ciemności od wspaniałego Ozzmosis.

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...