wtorek, 21 stycznia 2020

The Beatles - na skróty (przegląd dyskografii)


The Beatles - wiadomo - wielkim zespołem był. Chociaż, powiedzieć że byli "po prostu" wielkim zespołem, to jak nie powiedzieć nic. Można różnie oceniać ich wpływ na muzykę popularną. Jedni powiedzą, że bez nich nie byłoby współczesnej muzyki, inni że po prostu czerpali z geniuszu George'a Martina, sami układając tylko wpadające w ucho melodie. Można się sprzeczać o to, w jakim stopniu zreformowali muzykę popularną, ale nie sposób nie uznać, że Beatlesi to największy i najważniejszy zespół w historii muzyki.
Ich dyskografia jest jak Biblia; każdy "wyznawca" muzyki rockowej musi ją przesłuchać, by choćby wiedzieć o co chodzi z tymi całymi Beatlesami. Niektórzy zostaną ich fanami, inni nie, ale ich dokonania znać trzeba. W związku z czym prezentuję tutaj moje skrótowe opinie odnośnie każdego studyjnego albumu The Beatles. Linki do pełnych recenzji załączam oczywiście przy każdej płycie, w razie gdyby ktoś chciał zerknąć na nieco bardziej szczegółowe analizy utworów i poznać moją opinię na temat każdego z nich.


Ocena: 6/10

Płyta powszechnie uważana za jeden z największych debiutów wszech czasów. Mocna przesada. Najważniejszy - może i tak, wszakże to debiutancki album TYCH Beatlesów, ale jeśli chodzi o muzykę zawartą na samym krążku, to nie odstaje to zbytnio ponad to, co robiły wówczas inne młode zespoły rockowe: covery + parę autorskich utworów i tyle. Mimo wszytko, płyta jak najbardziej brzmi dobrze. Wykonania są bardzo energetyczne i na całej płycie czuć po prostu autentyczną radość z grania. Materiał był doskonale ograny przez Beatlesów, więc płyta brzmi po prostu, jakby była zapisem ich koncertu. Piosenki duetu Lennon/McCartney są, owszem, bardzo proste, ale melodie są naprawdę chwytliwe. Rewelacyjnie sprawdza się I Saw Her Standing There McCartneya w roli otwieracza, singlowe przeboje Please Please Me oraz Love Me Do oraz wieńczące album There's a Place i porażające, przeszywające Twist And Shout znakomicie wychrypiane przez Lennona. Płyta może nie szczególna, ale jak najbardziej przyjemna i satysfakcjonująca.


Ocena: 8/10

Płyta nagrana i wydana w tym samym roku, co debiut, więc nie dziwi fakt, że jest to niejako jego powtórzenie. Taki sam stosunek coverów do utworów autorskich, a mimo wszystko With The Beatles brzmi już zdecydowanie lepiej. Może nie "dojrzalej", bo to wciąż to samo, lekko naiwne, acz energetyczne rockowe granie, jednak dobór piosenek jest o wiele bardziej satysfakcjonujący. Jeśli chodzi o utwory autorskie, to nie ma tu właściwie żadnej większej wtopy i każda trzyma poziom. Mamy tu też pierwszy większy przebój autorstwa McCartneya (All My Loving), debiutancki samodzielny kawałek Harrisona (Don't Bother Me), Ringo w piosence, która potem stała się jednym z pierwszych hitów zespołu The Rolling Stones (I Wanna Be Your Man) i Lennona świetnie otwierającego album swoim chwytliwym It Won't Be Long. Generalnie płyta cały czas trzyma poziom i bardzo dobrze wypadają takie covery, jak Please Mr. Postman, Till There Was You czy Roll Over Beethoven. Beatlesi dopiero się rozpędzali, a już tworzyli tak znakomite płyty jak With The Beatles.


Ocena: 9/10

W muzycznej karierze Beatlesów ciężko wyznaczyć ten jeden, szczególny kamień milowy, moment przełomowy. Wyznaczyć można ich kilka, a pierwszym z pewnością jest ich pierwszy w pełni autorski materiał, czyli rewelacyjny album A Hard Day's Night. Pierwsza strona longplaya została wykorzystana w pierwszym filmie im poświęconym, a druga trafiła już tylko na album. Zdecydowanie dominuje tutaj Lennon, który zapełnił zdecydowaną większość płyty swoimi kompozycjami. McCartney - rzecz jasna - dorzucił od siebie, co nieco, ale na wyróżnienie zasługuje fakt, że z czym się pokazał, tym od razu zabłysnął. Serwuje nam tu bowiem swoją pierwszą "paulową" balladę, And I Love Her, podbija puls przebojowym Can't Buy Me Love i zahacza o Dylana swoim znakomitym Things We Said Today (za styl barda Beatlesi wezmą się dopiero później, ale można spokojnie uznać, że pierwsza dylanowska piosenka znalazła się właśnie tutaj). Nie znaczy to jednak, że Lennon wciska nam jakiś szajs. Wręcz przeciwnie, mamy tu bowiem zjawiskowy utwór tytułowy, Tell Me Why czy Any Time At All. Najważniejsze jest jednak, że longplay cały czas trzyma bardzo wysoki poziom i mamy tu do czynienia z pierwszą płytą Beatlesów, o której można spokojnie powiedzieć, że jest "wielka". Wielka w swojej prostocie.


Ocena: 6/10

Wytwórnia wymagała od Beatlesów dwóch albumów rocznie, a jednocześnie stałego koncertowania. Zespół nie nadążał za tym, w związku z czym postanowił obniżyć loty. Zamiast kolejnej w pełni autorskiej płyty dostaliśmy więc powrót do coverów przeplatanych materiałem autorskim. Jest to też pierwsza płyta The Beatles, gdzie możemy niemal namacalnie poczuć klimat unoszący się wręcz nad tymi piosenkami. Wydźwięk albumu jest niestety posępny. Beatlesi są sfrustrowani tym, że nie mogą wziąć się na porządnie za komponowanie, więc muszą zrobić krok w tył. Ta irytacja i wściekłość znajduje jednak wyraz w znakomitych autorskich kompozycjach: No Reply, I'm a Loser czy I Don't Want to Spoil the Party. McCartney ociepla jednak atmosfera pozytywnym I'll Follow the Sun, a Ringo funduje nam radosnego rockandrolla Honey Don't. Tylko jednej piosence z płyty udało się w zasadzie na stałe wejść do kanonu. Tą piosenką było rewelacyjne i przebojowe Eight Days a Week, utrzymane w klimacie klasycznych dokonań zespołu. Płyta nie jest zła i słucha się tego ze sporą przyjemnością, ale nie da się nie zauważyć, że jest to spadek formy względem poprzedniego albumu.


Ocena: 9/10

Perełka. Według mnie - najbardziej niedoceniana płyta The Beatles. Wszyscy zapatrzyli się wtedy w Dylana i to właśnie z tej fascynacji powstała ta płyta - bardziej akustyczna niż elektryczna, oszczędna w środkach, gdzie muzycy zwrócili więcej uwagi na teksty, które są tu głębokie, jak nigdy wcześniej. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu przebojów. Bynajmniej. Mamy tu przecież utwór tytułowy (który okazał się być autentycznym wołaniem o pomoc Lennona), Ticket to Ride, I've Just Seen a Face, no i oczywiście ponadczasowe, wybitne Yesterday. Tę piosenkę zna prawdopodobnie każdy, nawet jeśli nie zagłębiał się nigdy w twórczość Beatlesów. Warto zwrócić jednak uwagę na nieco mniej znane utwory z płyty, a zasługujące na dostrzeżenie - The Night Before, You've Got to Hide Your Love Away (chyba najbardziej dylanowska piosenka na płycie) czy It's Only Love. Na płycie pojawiają się także 2 covery (Act Naturally śpiewany przez Ringo i Dizzy Miss Lizzy nagrany przez Lennona), jednak nie psują one ogólnego wydźwięku płyty. Wybitnym tego albumu bym nie nazwał, ale to na pewno kolejny ważny krok artystycznej ścieżki The Beatles.


Ocena: 9/10

Kolejny kamień milowy. Beatlesi po raz pierwszy wzięli się na poważnie za pracę w studiu. Zaczęli myśleć, jak można by jeszcze bardziej uatrakcyjnić ich muzykę. Efekt dosłownie powala na kolana. Najdojrzalszy dotychczas longplay The Beatles, gdzie znalazły się prawdziwe mini-arcydzieła kompozytorskie. Do znudzenia powtarza się, że Norwegian Wood (This Bird Has Flown) to pierwszy utwór, gdzie użyto sitaru. Owszem, i jest to piosenka naprawdę zjawiskowa, jednak nie jest to najważniejsza rzecz, o której warto wspomnieć odnośnie tej płyty. Najistotniejsze jest to, że mimo iż każdy utwór broni się samodzielnie, to razem tworzą znakomitą, spójną całość, która brzmi rewelacyjnie. Od dowcipnego, rockowego Drive My Car, przez wspomniane Norwegian Wood, Nowhere Man, zapomniane niesłusznie I'm Looking Through You, wybitne In My Life, If I Needed Someone czy też wieńczące całość Run For Your Life. Mniej więcej w środku płyty mamy też pojedynek Lennona i McCartneya na miłosne piosenki. Paul funduje nam uroczą i przebojową, pseudo-francuską Michelle, podczas gdy John proponuje odważniejszą, pełną dziwacznych dźwięków i mroczną Girl. Kto wyszedł zwycięsko z tego pojedynku? Nieistotne. Istotne jest to, że  Beatlesi stworzyli album porywający i ponadczasowy w każdym calu.


Ocena: 10/10

Beatlesi podczas całej swojej kariery wydali tak różne albumy, że prawdopodobnie dla każdego słuchacza znalazłaby się jakaś ciekawa płyta. Tą jednak najbardziej rewolucyjną i prawdopodobnie najambitniejszą bezsprzecznie jest jednak Revolver. Beatlesi zamknęli się w studio nagraniowym i zaczęli na poważnie poszerzać swoje horyzonty. Owszem, jest tu wciąż dużo konwencjonalnego grania (rockowy Taxman, przepiękne ballady Paula Here, There And Everywhere oraz For No One, pogodne Good Day Sunshine i I Want To Tell You, będący prawdopodobnie portretem dealera narkotyków Doctor Robert, czy niemal hardrockowy And Your Bird Can Sing), ale ta płyta to wachlarz prawdziwych rewolucji w ówczesnej muzyce popularnej. Przygnębiające Eleanor Rigby, w aranżacji do której użyto tylko i wyłącznie instrumentów smyczkowych, naszpikowane psychodelią I'm Only Sleeping (z solo gitarowym puszczonym od tyłu), She Said, She Said czy zwłaszcza znakomity i wyjątkowy Tomorrow Never Knows, a także kolejna indyjska "wyprawa" Harrisona w postaci Love You To. Mimo, że przekrój gatunkowy jest tu dość szeroki i mamy tu zarówno hardrockowe piosenki, jak i jedne z najpiękniejszych i najdelikatniejszych ballad Beatlesów, płyta jest nad wyraz spójna i wszystko brzmi rewelacyjnie. Płyta wybitna. Jeżeli Rubber Soul powalała na kolana, to Revolver dosłownie zwalał z nóg.


Ocena: 10/10

I nokaut. Między zespołami The Beatles oraz The Beach Boys od początku była rywalizacja, mimo że członkowie obu grup bardzo się lubili. Beach Boysi (a zwłaszcza Brian Wilson) wciąż chcieli jednak dogonić Beatlesów. Gdy usłyszeli Rubber Soul, Brian Wilson oniemiał i oznajmił, że on też chce stworzyć album, który będzie tworzyć jedną, przemyślaną całość. Tak właśnie powstało przełomowe Pet Sounds. Gdy tylko Beatlesi to usłyszeli, uznali że nie mogą pozostawić tego bez odpowiedzi. Zamknęli się więc znów w studiu i wzięli się za tworzenie kolejnego wielkiego płytowego dzieła. Płyta Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band przerosła jednak oczekiwania wszystkich, a Wilson musiał uznać swoją porażkę. Po raz pierwszy wokół albumu muzycznego narosła taka otoczka, która stała się wręcz całą mini-kulturą. Płyta z dodatkami, po raz pierwszy na płycie nadrukowane zostały teksty wszystkich utworów, no i sama zawartość, oczywiście. Paul serwuje nam rewelacyjny utwór tytułowy wraz z psychodeliczną repryzą, With a Little Help From My Friends (zaśpiewany uroczo przez Ringo), pozytywne Getting Better, słodko-gorzkie When I'm Sixty Four, smutne She's Leaving Home, czy zahaczające o psychodelię Fixing a Hole i Lovely Rita. Mimo, ze to McCartney jest główną gwiazdą tej płyty, to pozostali też nie pozostają w tyle (Harrison ze swoim Within You Without You no i Lennon ze swoimi Lucy in the Sky with Diamonds oraz Being for the Benefit of Mr. Kite odkrywają nowe rejony psychodelii w muzyce popularnej). Prawdziwym arcydziełem jest jednak finałowy, wielowątkowy A Day In the Life, naszpikowany pomysłami, który zachwyca do dziś. Album uznawany jest za pierwszy concept album, ale nie widzę tu żadnej myśli przewodniej. Poza jedną: całość ma robić ogromne wrażenie i pokazać nieograniczoną wyobraźnię Beatlesów. Jeśli tak, to działa świetnie do dzisiaj i pozostaje najważniejszym albumem w historii muzyki. Nie najlepszym. Nie najbardziej rewolucyjnym. Najważniejszym.


Ocena: 9/10

Trzeci film Beatlesów był pierwszą spektakularną klęską w ich karierze. Absolutnie nie można jednak uznać za porażkę płyty o tym samym tytule. Strona A tego albumu to utwory nagrane z myślą o produkcji, jednak w USA postanowiono dodać do tego 5 singlowych przebojów z tego okresu. I to właśnie ta wersja tego albumu stała się podstawową. I ponownie, McCartney i Lennon wspinają się na wyżyny swoich możliwości, prezentując nam kolejne mini-arcydzieła "psychodelii popularnej" (jeżeli taka hybryda w ogóle ma prawo istnieć). Paul serwuje nam oparte na fortepianie The Fool On the Hill oraz wodewillowe Your Mother Should Know, a do tego dostajemy też wielkie Penny Lane, a także banalne, ale w sumie fajne Hello, Goodbye. John przebija samego siebie i pisze arcyambitne I Am the Walrus czy psychodeliczne Strawberry Fields Forever, a także All You Need Is Love (którego muzycznego fenomenu wciąż nie mogę zrozumieć). George zostawia swoje indyjskie zainteresowania, by pokazać nam, że psychodelię potrafi tworzyć nie gorzej niż koledzy, dzięki czemu dostajemy znakomite Blue Jay Way. Płyta poziomem nie dorasta może do poprzedników, ale muzycznie mamy tu porcję naprawdę ciekawych utworów potwierdzających kunszt Beatlesów.


Ocena: 9/10

Żeby wydać dwupłytowy album, trzeba być naprawdę pewnym siebie i mieć absolutną pewność, że nie ma tu słabego punktu. Nie ma co się oszukiwać, na "Białym Albumie" są słabe punkty (dziwaczne Wild Honey Pie, campowe The Counting Story of Bungalow Bill, praktycznie pozbawione melodii Rocky Raccoon czy nieudana próba awangardy Lennona w 9-minutowym Revolution 9). Jednak to, co Beatlesi serwują nam oprócz tego, całkowicie naprawia niedociągnięcia. Mamy tu tak genialne sztosy, jak - pełen autocytatów - Glass Onion, zjawiskowe While My Guitar Gently Weeps, które pozostaje najwspanialszym dokonaniem Harrisona, progresywne Hapiness Is a Warm Gun, akustyczne Blackbird czy też protoplastę heavy metalu w postaci wykrzyczanego i głośnego Helter Skelter. Jest tu też masa po prostu dobrej muzyki (oparta na fortepianie Martha My Dear, delikatne I Will, Julia, Mother Nature's Son, Sexy Sadie, Long, Long, Long, Cry Baby Cry czy bardziej rockowe Back In the USSR, Birthday czy Savoy Truffle i pierwszy poważny kontakt Beatlesów z bluesem w postaci depresyjnego Yer Blues). Można wymieniać i wymieniać jeszcze długo, ale najważniejszym pozostaje fakt, że The Beatles to po prostu kolejne świadectwo twórczego geniuszu zespołu, na którym każdy Beatles (no, Ringo, najmniej) pokazał, że jest po prostu świetnym kompozytorem, tekściarzem i muzykiem. Album nieidealny, ale wspaniały.


Ocena: 4/10

Moim zdaniem jest to płyta zrobiona trochę na siłę. Owszem, film okazał się wielkim sukcesem, i absolutnie na to zasługuje, gdyż jest to kolejna rewolucja Beatlesów (tym razem bardziej jednak w dziedzinie kinematografii), jednak nie powinien powstać z tego regularny album. Te 4 nowe piosenki Beatlesów mogłyby równie dobrze być wydane na EP-ce, chociaż i tak nie byłby to wtedy najlepszy materiał. Zupełnie nie przemawiają do mnie utwory Harrisona, czyli Only a Northern Song i It's All Too Much; wydają się nieco wymuszone. Lepszy jest jednak prosty i chwytliwy All Together Now Paula, a znakomity jest Hey Bulldog Lennona. Niepotrzebnie dodano jednak do całości Yellow Submarine oraz All You Need Is Love. Owszem, druga strona z muzyką ilustracyjną George'a Martina brzmi bardzo dobrze, ale nie uważam by płyta Beatlesów była najlepszym miejscem na jej publikację. Jak dla mnie jest to po prostu skok na kasę i najsłabszy album Beatlesów, mimo że dwie z czterech nowych piosenek bardzo lubię.


Ocena: 10/10

Mimo, że wcale nie wydany ostatni, było to ostatnie wspólne nagranie zespołu. Nie wiem, jak to się stało, że Beatlesi stworzyli tak idealny album. Cała czwórka praktycznie się do siebie nie odzywała, każdy z każdym był skłócony (oprócz Ringo, którego wciąż wszyscy lubili, a on sam starał się łagodzić spory), producent też był na nich obrażony, gdyż podczas produkcji poprzednich nagrań coraz bardziej go odsuwali, sami chcąc zasiadać za konsoletą. A jednak udało im się stworzyć album wielki. Ich opus magnum. Lennon zaserwował nam znakomite Come Together, pseudo-klasyczny Because oraz ciężki I Want You (She's So Heavy), Harrison dostarczył ciepłe i przebojowe Something i Here Comes the Sun, Paul wodewillowe Maxwell's Silver Hammer, wielowątkowy You Never Give Me Your Money oraz uroczy Oh Darling w stylu lat 50., a i nawet Ringo zaproponował w sumie udane Octopus's Garden. Mimo sprzeciwu Lennona (chociaż sam też wziął w tym udział) album kończy 20-minutowa mini-suita, zmyślnie złożona ze szkiców niedokończonych piosenek Paula i Johna. Lennon zaprezentował się tu najsłabiej ze swoimi Mean Mr. Mustard i Polythene Pam, ale McCartney naprawdę pokazał tu klasę  You Never Give Me Your Money oraz ostatnim medleyem Golden Slumbers/Carry That Weight/The End. Podobno podczas powstawania płyty czuć było w powietrzu ponownie czystą radość z tworzenia muzyki, a wszystkie konflikty poszły w odstawkę. To słychać. Najlepszy album Beatlesów i zdecydowanie mój ulubiony.


Ocena: 7/10

Album ten wydany został, gdy zespół już formalnie nie istniał. Zresztą ostatnich dogrywek dokonywała tylko trójka z nich, bez Lennona w studiu. Miał to być ich wielki powrót. Z sesji nic jednak nie wyszło, więc po krótkiej przerwie Beatlesi stworzyli wielki Abbey Road. Z kronikarskiej powinności należało jednak wydać ostatnie piosenki The Beatles. Zatrudniono więc Phila Spectora, który swoją ścianą dźwięku skutecznie zepsuł parę piosenek, jednak ogólnie nadał całości jako-taki przemyślany kształt i zmyślnie wszystko ze sobą połączył nagranymi rozmowami muzyków w studiu, dzięki czemu całość ma fajny, domowy klimacik. Najkorzystniej pokazał się tu Paul ze swoimi wspaniałymi The Long And Winding Road, Get Back oraz Let It Be. Oprócz tego mamy tu też zaśpiewane wespół z Lennonem Two of Us i I've Got a Feeling powstały w wyniku połączenia dwóch niedokończonych utworów Paula i Johna. Razem można usłyszeć ich także w jednej z pierwszych piosenek Beatlesów, One After 909. Lennon serwuje nam zjawiskowe Across The Universe, a Harrison znakomity walc I Me Mine (wersja na płycie nagrana została już bez Johna w studiu). I to właściwie tyle. Tyle Beatlesi nam zostawili. Gdyby wydali na końcu Abbey Road, zakończenie kariery byłoby bardziej spektakularne, a po Let It Be można mieć mieszane uczucie. O wiele lepiej jest sięgnąć po Let It Be... Naked wydane w 2003, na nowo zmiksowane i prezentujące się w takim kształcie, w jakim widział to Paul przed "ulepszeniami" Spectora. Brzmi to lepiej.

Suplement:


Ocena: 7/10

W ramach uporządkowania dyskografii Beatlesów postanowiono - w ramach remasteru ich longplayów na płyty kompaktowe - wydać kompilację ich singlowych przebojów. Wszystko mamy poukładane chronologicznie, dzięki czemu każdy, kto wie, jaki etap działalności zespołu lubi, wie czego gdzie ma szukać. Jeśli ktoś lubi ich poprockowe początki, znajdziemy tu From Me To You, rewelacyjne She Loves You, I Want To Hold Your Hand, This Boy, Long Tall Sally, I Feel Fine, She's a Woman, I'm Down czy Yes It Is. Druga płyta wypada o wiele ciekawiej, gdyż mamy tam zestaw piosenek, które Beatlesi tworzyli już z większym naciskiem na rzeczy bardziej przemyślane. Słyszymy więc Day Tripper, We Can Work It Out, Paperback Writer, Rain czy The Inner Light, choć i tu możemy liczyć na proste, acz przyjemne piosenki z wyższej półki takie jak hitowe Lady Madonna, ponadczasowe Hey Jude czy Revolution. Oczywiście jest tu kilka wypełniaczy, które napisane były z myślą o stronach B singli, ale płytkę warto przesłuchać, by uzupełnić swoją kolekcję o zestaw naprawdę świetnych utworów. 


niedziela, 19 stycznia 2020

"Bark at the Moon" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


Po tragicznej śmierci Randy'ego Rhoadsa Ozzy Osbourne na poważnie rozważał zakończenie muzycznej kariery. Wątpił, by osiągnął sukces porównywalny z albumami Blizzard of Ozz i Diary of a Madman. Dość kiepsko rokował na to koncertowy album Speak of the Devil, wydany w ramach obligacji związanych z kontraktem z wytwórnią. Sprzedawał się nieźle, ale na poziom artystyczny lepiej spuścić zasłonę milczenia. Ozzy był wtedy w fatalnej formie.
Po raz kolejny z pomocą przyszła mu jednak Sharon. Postawiła go na nogi i oznajmiła, że trzeba wziąć się za poszukiwania kolejnego gitarzysty. Po przesłuchaniach wybór ostatecznie padł na gościa o pseudonimie Jake E. Lee. Na basie zagrał Bob Daisley, na perkusji Tommy Aldrige, a na klawiszach Don Airey.
Mimo, że każdy utwór przypisany jest autorsko Ozzy'emu, to jest to jednak bardzo mocne przekłamanie rzeczywistości, do czego przyznawał się sam Osbourne lata później. Okazało się, że Sharon kazała po nagraniu płyty podpisać Jake'owi papier, na mocy którego zrzekał się praw autorskich do wszystkich utworów, grożąc mu, że gdyby miał kiedykolwiek się o nie ubiegać, to grożą mu konsekwencje prawne. Zagroziła mu wyrzuceniem z zespołu i zatrudnieniem innego gitarzysty, który miałby odegrać jego partie nuta po nucie i zebrać za to kasę. Lee podpisał. Pod koniec lat 90. Ozzy przyznał jednak, że jedynie współtworzył utwory, których faktycznymi autorami byli raczej Lee i Daisley, niż on sam.
Na wzór lat 50. i 60., album Bark at the Moon wydany został w dwóch edycjach - amerykańskiej i europejskiej. Obie różniły się nieco okładkami, ale był to najmniejszy problem. Wersja europejska rozpoczynała się od piosenki Rock 'n' Roll Rebel, piosenka Centre of Eternity została przemianowana na Forever, a chwytliwy Slow Down został zastąpiony bardzo udanym, ciekawym Spiders, który trafił na koniec płyty. Podstawą do późniejszych wznowień stała się wersja amerykańska, do której - jako bonus - dodano owe Spiders, a także mało ciekawy, ale trzymający poziom One Up the 'B' Side, który faktycznie brzmi jak piosenka napisana z myślą o stronie B jakiegoś singla (tak zresztą była, gdyż umieszczono ją na stronie B singla Bark at the Moon).

Otwierający całość utwór tytułowy to jeden z największych przebojów Ozzy'ego, a także jeden z moich ulubionych kawałków Księcia Ciemności. Bark at the Moon to znakomity, rozpędzony i dodający energii hit z prawdziwego zdarzenia. Rozpoczynamy mocnym, wpadającym w ucho riffem z podbijającymi klawiszami. Potem perkusja i ruszamy. Od razu zwraca na siebie uwagę Ozzy, który śpiewa tu znakomicie. Z charakterystycznym dla siebie zaśpiewem, krzykami, "nawiedzonym" śmiechem i wszystkim, za co jeszcze można by kochać jego głos. Bardzo podoba mi się moment dociążenia w mostku, w którym bynajmniej nie zwalniamy. Wszystko prowadzi w końcu do rewelacyjnej, ultra-szybkiej solówki. Potem krótka powtórka riffu i ostatnia zwrotka. Kawałek uważam za naprawdę bezbłędny i jest to nie tylko najlepszy kawałek na albumie, ale i jeden z najlepszych w całej karierze Osbourne'a. Lepiej tej płyty Ozzy nie mógł już zacząć.

Howling in shadows
Living in a lunar spell
He finds his heaven
Spewing from the mouth of hell
And when he finds what he's looking for
Listen in awe and you'll hear him
Bark at the moon

Wydawać by się mogło, że nic nie będzie w stanie podtrzymać poziomu po tak rewelacyjnym openerze, ale You're No Different to zdecydowanie kolejna rzecz z wyższej półki. Całość rozpoczyna dobry, wpadający w ucho motyw klawiszowy, a w tle pobrzmiewa lekko gitara. Bas i perkusja wchodzą dopiero po chwili. Wszystko jednak jest na swoim miejscu dopiero, gdy wkracza Ozzy ze swoją kroczącą, chwytliwą linią melodyczną Wszystko prowadzi do wpadającego w ucho rewelacyjnego, ciężkiego refrenu. Sama piosenka jest naprawdę udana; nie brak tu ciężaru, ale całość zdecydowanie wpada w ucho i brzmi odpowiednio. Czyli wszystko, czego oczekiwać można od solowego Osbourne'a.

How many times can you put me down
Till your heart you realize
If you choose to criticize
You choose your enemies
Everything that I say and do
In your eyes is always wrong
Tell me where do I belong
In a sick society
You're no different to me

Podobnie udanie wypada niemniej chwytliwy Now You Seet It (Now You Don't). Z trzech pierwszych utworów wypada może najsłabiej, ale to wciąż kawał niezłego grania. Fajny riff, Ozzy trzyma poziom melodią i w ogóle dobrze to brzmi. W zwrotkach linia melodyczna nie jest może zbyt wyrazista, ale za to nadrabiają to refreny, które mocno wpadają w ucho. Naprawdę świetna jest za to solówka, gdzie jeszcze bardziej niż gitara momentami na pierwszy plan wysuwają się klawisze. Jest głośno i natarczywie, ale to wszystko bardzo dobrze służy klimatowi piosenki.

Give me central heating, hope that I can pay the bill
Makin' me forget my fear of hell
Must be lock in odd numbers now you face me upside down
I'm so far up, I'm afraid to come back down

Średnio wypada natomiast kończący stronę A longplaya toporny Rock 'N' Roll Rebel. Piosenka ta miała być zapewne czymś, czym na Technical Ecstasy Black Sabbath był Rock 'N' Roll Doctor. Tamto jednak wypadało lepiej, gdyż coś się tam działo. Tutaj jednak mamy prostą, chamską rąbankę, z której nic nie wynika. Owszem, riff jest niezły, melodia trzyma poziom, no i solówka po raz kolejny daje radę. Nie jest to zły utwór, nic z tych rzeczy, dobrze i bez bólu się tego słucha. Ale na specjalną przyjemność też nie ma co liczyć. Od Ozzy'ego oczekuje się po prostu więcej niż taki Rock 'N' Roll Rebel.


They live their lives in fear and insecurity
And all you do is pay for their prosperity
The ministry of fear that won't let you live
The ministry of grace that doesn't firgive
Do what you will to try and make me conform
But I'll make you wish that you had never been born

Poziom podnosi jednak mroczne, otwierające stronę B Centre of Eternity (na wydaniu europejskim nazwane Forever). Dzwony, męski chór, monumentalne wejście organów i w końcu szybki, mocny i ostry riff gitarowy. Ozzy w zwrotkach wydziera się jak trzeba, a w refrenach jest tylko lepiej. Takich właśnie piosenek można oczekiwać od Ozzy'ego - klimatycznych, mrocznych, ciężkich, chwytliwych i z odpowiednim wykopem. Rewelacja.

There's no present, there's no future
I don't even know about the pastSl
It's all timeless and never ending
And to take it in it's all too vast
It goes - forever and ever
You thought you knew but you never
There goes tomorrow
Journey to the centre of eternity

A teraz najbardziej kontrowersyjna piosenka na płycie. Na żaden utwór na tym albumie słuchacze nie narzekają tak, jak na So Tired. Jest to delikatna ballada, która oparta jest głównie na dźwiękach fortepianu i smyczkach. Rzeczywiście, rozumiem czemu budzić może ona zmieszanie wśród słuchacza oczekującego po Ozzym tylko i wyłącznie cięższego rocka. Ja jednak oczekuję po prostu dobrej muzyki, a So Tired to bez wątpienia bardzo dobry utwór, pokazujący jak bardzo Ozzy uwielbia Beatlesów i takie utwory jak Eleanor Rigby czy Yesterday. Piosenka ta to jedna z najlepszych balladowych melodii, jakie wyszły z głowy Ozzy'ego i brzmi naprawdę rewelacyjne, a delikatne, orkiestrowe tło, tylko podkreśla jej urok. Owszem, tekst może i jest trochę cukierkowy, ale wokal Osbourne'a sprawia, że nie brzmi on zbyt słodko w jego ustach. Zaśpiewane ze znakomitym wyczuciem i sercem. Piękny kawałek.

Times has come to say goodbye
I know it's gonna make you cry
But you belong to another my love
And half a love that just isn't enough

I am so tired
And I just can't wait around for you
I am so tired
And I always thought we'd see it through


Kontynuujemy z chwytliwym Slow Down. Mówiąc "chwytliwy" mam na myśli naprawdę taki, który ciężko wyrzucić z głowy już po jednym przesłuchaniu. Ten kawałek to dynamiczny kawał porządnego rocka z wpadającą w ucho melodią i pobrzmiewającymi tu i ówdzie klawiszami. Nigdy nie przepadałem jakoś szczególnie za tą piosenką, ale muszę przyznać, że zagrany jest bardzo poprawnie i słucha się tego znakomicie. Potrafi postawić na nogi o poranku lepiej niż podwójne espresso.


I tried to tell you time and time again
You know you'll have to pay the consequence
Now you're obsessed with such a pace
Now slow and steady wins the race

Na sam koniec Ozzy funduje nam jednak prawdziwą bombę i mój drugi ulubiony utwór na płycie zaraz po tytułowym. Waiting for Darkness. Zaczyna się niespiesznie, powoli budując napięcie. Po chwili uderza z całą mocą szybką gitarą i klawiszami. Następnie wkracza Książę Ciemności, śpiewając jak nawiedzony. Serio, jego wokale w tej piosence to jedna z najlepszych rzeczy, które wyśpiewał. Świetna melodia i klimatyczna barwa sprawiają, że piosenka hipnotyzuje już od pierwszych wersów. Refren jest tu ledwo co zauważalny, a mi najbardziej podobają się momenty zwolnienia, po których muzycy jeszcze bardziej podkręcają tempa, na przykład fundując nakomite klawiszowo-gitarowo-smyczkowe solo. Znakomite zakończenie albumu.

Playing with fire
But they're screaming
When they're burned
Out of the sunlight
Hasn't anybody learned
I know what they'll find
Is in their mind
It's what they want to see
Spare me from the light
Here comes the night
And here I'll stay
Waiting for darkness


Bark at the Moon to pewnego rodzaju nowe otwarcie. Na żadnej z poprzednich płyt Ozzy'ego klawisze nie miały aż tak dużo do powiedzenia. Są tu właściwie na równi z gitarą elektryczną. No cóż, lata 80. były już wtedy w dość zaawansowanej fazie i ciężko było uniknąć takiego brzmienia. Nie cierpię tak używanych klawiszy, jednak tej płycie absolutnie to nie szkodzi. Cały materiał zdaje się bowiem być tworzony pod kątem tych dźwięków. Słychać, że Osbourne większą uwagę niż na ciężar zwrócił na melodię. I to naprawdę działa, gdyż nie ma tu żadnego oczywistego niewypału (może poza Rock 'N' Roll Rebel), a w każdej piosence melodia jest naprawdę znakomita. Płyta jest naprawdę warta przesłuchania, jednak nie ma w sobie czegoś takiego, co by mnie do niej ciągnęło tak bardzo jak do krążków Ozzy'ego z Randym, bądź też z Zakkiem. Mimo, że to Wylde zajmuje u mnie ostatnie miejsce wśród gitarzystów Osbourne'a, to płyty z nim wypadały dużo ciekawiej niż te z Lee. Może to ze względu na brzmienie, tak bardzo mocno zakorzenione w latach 80. Bardzo lubię jednak Bark at the Moon też z sentymentu, bowiem to pierwsza płyta Ozzy'ego, po którą sięgnąłem. Dzięki niej zostałem jego fanem, więc ciężko też nie patrzeć mi na nią z przymrużeniem oka. Po wielu przesłuchaniach widzę jednak też jej oczywiste wady. Zalet jednak jest na tyle dużo, bym wciąż bardzo ją lubił.


Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 stycznia 2020

"Diary of a Madman" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


Po wielkim sukcesie albumu Blizzard of Ozz, Ozzy Osbourne postanowił kuć żelazo póki gorące. W trakcie trasy koncertowej powstawały więc piosenki, które miały znaleźć się na kolejnym albumie. Gdy powstało już te 8 utworów, mogących wypełnić następny krążek, Ozzy z zespołem weszli do studia. Album nagrano w składzie: Ozzy Osbourne - wokal, Randy Rhoads - gitara, Bob Daisley - bas, Lee Kerslake - perkusja oraz Don Airey - klawisze. Gdy ktoś jednak spojrzy na notatki dołączone do albumu, może zauważyć jednak pewien szczegół, który może wydawać się błędem; mianowicie jest tam napisane, że na basie zagrał Rudy Sarzo, a na perkusji - Tommy Aldridge. Jak to się stało? Otóż, po nagraniu płyty, Daisley i Kerslake zbuntowali się, mówiąc że nie dostają wynagrodzenia za grane przez nich koncerty. Tak przynajmniej oni to przedstawiają. W trakcie procesu (bo oczywiście do procesu po wielu latach dojść musiało) okazało się jednak, że żądali coraz większych stawek, które powoli zbliżały się do sumy, którą zgarniał Ozzy, jako solista. W dodatku upomnieli się o tantiemy z tytułu piosenek, pod którymi podpisani byli wszyscy członkowie zespołu, jako autorzy. Daisley i Kerslake zgodzili się na to w momencie wydawania albumu, jednak w miarę upływu czasu zaczęło ich to uwierać i zaczęli się domagać większych kwot, z takiej racji, że to oni tak naprawdę napisali te piosenki (kto ile napisał już chyba na zawsze pozostanie w sferze domysłów, gdyż Lee i Bob twierdzą, że Ozzy był zbyt pijany, by cokolwiek stworzyć, a Ozzy i Sharon twierdzą, że doskonale pamiętają, jak Osbourne współtworzył niektóre utwory). W wyniku kłótni obaj panowie zostali więc usunięci z zespołu, a na ich miejsce trafili, wspomniani już, panowie Sarzo i Aldridge, a - w ramach awansu - zostali wpisani oni na listę muzyków grających na Diary of a Madman, mimo że nie zagrali na albumie ani jednego dźwięku.
W trakcie trasy koncertowej, Randy Rhoads bardzo często pobierał lekcje nauki gry na gitarze akustycznej. Uwielbiał muzykę klasyczną i - szczególnie na omawianej tu płycie - wplatał jej elementy do muzyki Osbourne'a. Jakby tego było mało, często, gdy nadarzała się okazja, udzielał lekcji dzieciom w szkołach muzycznych, w mieście gdzie akurat mieli grać koncert. Któregoś dnia powiedział jednak Ozzy'emu, że kariera rockowa już go nie podnieca. Chciał odejść z zespołu. Ozzy wziął to za żart i powiedział mu, żeby się nie wygłupiał. Po czym - jak to Ozzy - schlał się i poszedł spać.
Pewnego ranka, podczas podróży busem, Ozzy obudził się, czując zapach dymu. Wybiegł z autokaru i zobaczył, że połowa busa jest dosłownie urwana, a obok płonie awionetka. Okazało się, że w trakcie jazdy, kierowca postanowił zrobić sobie niezaplanowany postój. Następnie, widząc cudzy samolot, przypomniał sobie, że miał kiedyś licencję pilota. Namówił więc dwie osoby z załogi Ozzy'ego by wsiedli z nim, a on im zapewni krótki lot. Tak też się stało. Chwilę polatali i wylądowali. Potem jednak, kierowca/pilot - wspomnijmy, że był wówczas na kokainie - zaprosił na pokład Randy'ego i Rachel Youngblood (dziewczynę od make-upu). Ten lot zakończył się jednak tragedią. Podczas któregoś manewru, samolot zahaczył o dach autokaru, pilot stracił nad nim kontrolę i uderzyli w stojący obok budynek. Samolot zajął się ogniem i cała trójka zginęła. Sam Ozzy miał szczęście, że nic mu się nie stało, bowiem spał w busie, o który zahaczył samolot. Osbourne mocno przeżył jednak śmierć Randy'ego. Trasa koncertowa została odwołana, a Ozzy jeszcze długo nie był w stanie grać na żywo piosenek, które napisał wraz ze swoim przyjacielem. Rozważał nawet zakończenie kariery, ale - jak wiemy - tak się na szczęście nie stało.

Szybka perkusja i po chwili z całym ciężarem atakuje nas otwierający całość Over the Mountain. Od razu w ucho rzuca się produkcja, która zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Żaden utwór z Blizzard of Ozz nie brzmiał tak klarownie, czysto, ale z zachowaniem ciężaru i uderzenia, jak właśnie ten. Znakomite gitary, Ozzy śpiewa wręcz zjawiskowo, a melodia wpada w ucho i ciężko wyrzucić ją z głowy. Piosenka wydana była jako singiel, jednak nie odniosła większego sukcesu. Ciężko się dziwić, bowiem - mimo chwytliwej melodii - utwór jest zdecydowanie zbyt ciężki dla "niedzielnego" odbiorcy. Jednak jest coś, co - oprócz wokali, tekstu i melodii - zasługuje na szczególne wyróżnienie, a mianowicie jest to solo gitarowe. To, co wyczynia tutaj Randy Rhoads ciężko aż opisać. Jest to najlepsza solówka na albumie, a także - zabijcie mnie - ale według mnie to jedno z najlepszych zagrań gitarowych w historii ciężkiej muzyki. Piosenka po prostu wybija z butów i chwyta słuchacza za gardło. Po takim otwieraczu nie można po prostu odpuścić sobie reszty zawartości longplaya.

Over and under in between the ups and downs
Mind on a carpet, magic ride goes round and round
Over the mountain, kissing silver inside a clouds
Watching my body disappear into the crowd

Kontynuujemy odsłuch przy największym przeboju z płyty - nieprzyzwoicie wręcz chwytliwym Flying High Again. Tekst ten opowiada prawdopodobnie o uzależnieniu od marihuany. Od razu w uszy rzuca się wręcz radosny nastrój utrzymany w utworze. Mimo tego nie brakuje tu odpowiedniego uderzenia i wyważonej dawki ciężaru. Dzięki temu znakomitemu rozłożeniu akcentów, piosenka osiągnęła już większy sukces, trafiając aż na drugie miejsce listy Billboard Top Tracks. Po chwytliwych i radosnych zwrotkach szczególnie fajnie brzmią refreny, które charakteryzują się nieco odmiennym charakterem. No i ponownie mamy tu do czynienia z wręcz zjawiskowym solo gitarowym, które wręcz musi się podobać. Koniec końców piosenka brzmi rewelacyjnie i potrafi skutecznie postawić na nogi.

Daddy thinks I'm lazy he don't understand
Never saw inside my head
People think I'm crazy but I'm in demand
Never heard a thing I said

Zwalniamy trochę tempa przy balladzie You Can't Kill Rock And Roll. Nie jest to jednak zwyczajna, miałka i kiczowata balladka ze smęceniem, bowiem po pełnych nostalgii zwrotkach następuje pierwsze obostrzenie w mostkach (pojawia się gitara elektryczna zamiast akustycznej), a refren to już zdecydowanie mocniejsza rzecz. Oprócz tekstu, który mógłby być kolejnym (po I Don't Know) credo Ozzy'ego - tu decyduje się na wyznanie swojej dozgonnej miłości do rock and rolla - szczególne wrażenie robi tu - tak, znowu - Randy Rhoads. Jego maestria w tej piosence to temat na osobną rozprawę. Najpierw chwytliwy i delikatny wstęp na akustyku (trudniejszy niż może się wydawać przy pierwszym przesłuchaniu), a potem przejście na elektryczną i kolejne wspaniałe solo utrzymane w klimacie piosenki. You Can't Kill Rock And Roll to po prostu kolejny znakomity kawałek. 

And they don't really know even what they're talking about
And I can't imagine what empty heads can achieve

Leave me alone don't want your promises no more
'Cause rock and roll is my religion and my law
Won't ever change, may think it's strange
You can't kill rock and roll it's here to stay

Najcięższym i zarazem najlepszym utworem na stronie A albumu jest, kończący pierwszą część płyty, Believer. Rozpoczynamy ciężkim solo basu, do którego po chwili dochodzi zgrzytająca gitara, a od wejścia perkusji sytuacja tylko się rozwija. Transowy rytm pełen pisków przemienia się po chwili w chwytliwy i niski riff. Gdy wchodzi Ozzy, słyszymy że i on trzyma poziom; jego wokale są bowiem zaśpiewane z odpowiednim chłodem i ciężarem. Szczególne wrażenie robi na mnie wciąż mostek tak gdzieś w połowie utworu, kończący się mocarnym "okay, baby". Wszystko w tym kawałku po prostu idealnie gra, a ciężar tej piosenki spokojnie przebija zarówno cały Blizzard of Ozz, jak i ostatnie dwie płyty Black Sabbath z Ozzym na wokalu w tamtym czasie (Technical Ecstasy i Never Say Die!).

You've got to believe in yourself or no one will believe in you
Imagination like a bird on the wing flying free for you to use

I can't believe they stop and stare
And point their fingers doubting me
Their disbelief suppresses them
But they're not blind it's just that they won't see

Stronę B rozpoczyna niestety największy niewypał na albumie - nieciekawy i odrobinę nudnawy Little Dolls. Jednak na tym albumie nawet największy niewypał trzyma jako taki poziom. Na plus trzeba zaliczyć tu bez wątpienia fajne i chwytliwe otwarcie perkusji. Następujący po nim riff też jest całkiem fajny, a no i wyróżnić przydałoby się jeszcze kolejne znakomite solo gitarowe. Niestety, lina melodyczna Ozzy'ego jest tu kompletnie chybiona; nieciekawa, mało chwytliwa i ogólnie jakaś taka wymuszona. Zamiast niej spokojnie mógłby pojawić się tu utwór napisany jeszcze w okresie Blizzard of Ozz, zatytułowany You Said It All (jedyna dostępna wersja tej piosenki znajduje się bowiem na EP-ce Live E.P. i jest to wykonanie koncertowe). Szkoda, że Ozzy zdecydował się na przerwanie dobrej passy płyty tak oczywistym wypełniaczem.

The pins and needles prick the skin of little dolls
Nowhere to run your fate is in his hands
Your time has come you'll live to his command
I'm warnin' you the worst is yet to come
The killer who remains a mystery

Tonight nie dorasta może do pięt balladzie ze strony A (przypomnę: You Can't Kill Rock And Roll), ale też trzyma poziom i słucha się tego z niemałą przyjemnością. Jasne, tutaj mamy już do czynienia z balladą bardziej klasyczną i przewidywalną, bowiem zaostrzenia w refrenach są tutaj raczej w charakterze czysto symbolicznym. Jednak jest to piosenka lepsza od Goodbye To Romance z poprzedniego krążka, więc w zasadzie nie ma też nad czym rąk szczególnie łamać. Ozzy śpiewa tu bardzo dobrze, melodia jest chwytliwa. Narzekać można jednak na trochę cukierkowy tekst, jednak wobec pozostałych plusów tej piosenki, taki mankament piosenki jak słowa, można spokojnie wybaczyć. Dużo się w tej piosence może nie dzieje (oprócz kolejnej bardzo dobrej solówki), ale spędzone przy niej 6 minut nie powinny być stracone. 

Don't want your pity or your sympathy
Is isn't gonna prove a thing to me
Good intentions pave the way to hell
Don't you worry when you hear me sing

Tonight, tonight is it just a rhapsody
Or am I right
Tonight, tonight is it all a mystery
I just can't fight no more

Do dziś nie wiadomo na pewno, co oznacza tytuł kolejnej piosenki - S.A.T.O. Znalazłem jednak dwie teorie, które mogłyby odpowiadać temu, co opisuje tekst. Według pierwszej, znaczy to Sharon Arden, Thelma Osbourne. Ciekawe, Sharon Arden, jako jego kochanka, oraz Thelma Osbourne jako pierwsza żona Ozzy'ego. No, może. Według innej może znaczyć to równie dobrze Sailing Across The Ocean. To wydaje mi się nieco mniej prawdopodobne, ale kto wie, może właśnie to miał Osbourne na myśli, pisząc ten tekst? Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia wobec tego, że ten utwór to prawdziwy killer! Powolny, niespieszny wstęp oparty na klawiszach i perkusji trwa prawie pół minuty. Po chwili jednak hałaśliwe bębny oznajmiają że coś się wydarzy. Dołącza do nich ostra i szybka gitara i tak oto już słyszymy najbardziej rozpędzoną galopadę na płycie. Ozzy wydziera się aż miło, a instrumentaliści nie odpuszczają ani na chwilę. Nawet krótkie zwolnienie w mostku może być określone, jako "cisza przed burzą", bowiem po chwili mamy powrót do poprzedniego rytmu i szalone solo na gitarze. Osbourne nie daje o sobie zapomnieć i oto wykrzykuje kolejną zwrotkę. 4 minuty mijają jak z bicza strzelił. Najostrzejszy kawałek płyty.

Wind is high and so am I
As the shore sinks in the distance
Dreams unfold seek the gold
Gold that's brighter than sunlight
Sail away see the day
Dawning on a new horrizon
Gold's insight shining bright
Brighter than the sun that's rising

Believer jest najcięższy, Flying High Again najradośniejszy, You Can't Kill Rock And Roll najbardziej poruszający, a S.A.T.O. najostrzejszy. No dobrze, ale który jest najlepszy? Odpowiedź może być tylko jedna: wieńczące całość arcydzieło, zatytułowane Diary of a Madman. Serio, ta piosenka to prawdziwe dzieło. Zaczynamy od delikatnego solo na gitarze akustycznej. Ciekawa jest historia, skąd się w ogóle wziął na to pomysł. Pewnego dnia Ozzy przechodził obok Randy'ego, który ćwiczył coś na gitarze akustycznej. Osbourne nagle zatrzymał się i krzyknął: "Randy, co to było?". Ten popatrzył na niego zdziwiony i powiedział: "Beethoven". Ozzy się rozpromienił: "Super, podpierdolimy mu to". "Ozzy, nie możesz podpierdolić Beethovena!" odrzekł mu Rhoads, jednak Osbourne machnął tylko ręką. Po licznych poprawkach i różnych smaczkach Randy'ego mało jednak w intro zostało oryginalnego Beethovena. Nie zmienia jednak to faktu, że brzmi to naprawdę dobrze, zapowiadając arcyciekawy kawałek. Po chwili wchodzi jednak ciężki, wolno kroczący riff na gitarze elektrycznej, powtarzający jeden z motywów akustyka. Zaczyna się jazda bez trzymanki. Krótkie zwolnienie, podczas którego wchodzi Ozzy ze swoim niesamowitym wokalem i paranoicznym, klaustrofobicznym tekstem. Chciałbym zatrzymać się jednak na chwilę właśnie przy Osbournie. To, co ten gość wyczynia tu wokalnie to jest mistrzostwo świata. Najpierw nisko, by po chwili przejść na rejestry tak wysokie, jakie ostatnio wyciągał przy nagrywaniu Sabotage z Black Sabbath. Po ostrych refrenach do tego wszystkiego dochodzi jeszcze męski chór. Potem zwolnienie i ponowny powrót do głównego motywu. Całość kończy rewelacyjny refren i chór, który wraz ze znakomitą gitarą kończy ten zjawiskowy utwór. Wysłuchanie tego utworu to dla mnie zawsze przeżycie i to, co tu się dzieje jest ciężkie do opisania. Mógłbym o nim pisać jeszcze długo, ale fakt faktem, że nic w pełni nie odda tego, co tu się muzycznie wyprawia. Po prostu genialny utwór. Jeden z najlepszych Ozzy'ego.

A sickened mind and spirit
The mirror tells me lies
Could I mistake myself for someone
Who lives behind my eyes
Will he escape my soul
Or will he live in me
Is he tryin' to get out or tryin' to enter me


Diary of a Madman to album niemal doskonały. Produkcja stoi na wysokim poziomie, dzięki czemu ten album brzmi znakomicie, klarownie i ostro. Sekcja rytmiczna pokazuje klasę i trzyma całe nagranie w ryzach. Randy Rhoads gra tu jeszcze lepiej niż na poprzedniej płycie (a przecież różnica czasu między albumami to niespełna 2 lata!), każdy jego riff wpada w ucho, a każda jego solówka powala. No i Ozzy. Śpiewa tu wręcz fenomenalnie, to jego najlepsze wokale od dłuższego czasu. Tekstowo, nie zawiódł, a jego barwa nadaje każdej piosence tak charakterystycznego dla niego sznytu. Balansuje tu między kolejnymi rejestrami, przechodząc od bardzo niskich dźwięków do bardzo wysokich. Ci, którzy uznali, że wokalnie już się wyczerpał, musieli pewnie zbierać szczęki z podłogi po wysłuchaniu tego albumu. No i same piosenki. Każda trzyma poziom (odrobinę zaniża go jedynie Little Dolls) i jest tu naprawdę sporo wartościowej muzyki. Jeśli ktoś ma ochotę na cięższe klimaty, znajdzie je w Over the Mountain, Believer czy Diary of a Madman. Jeśli ktoś chce prostego i rozpędzającego rocka, znajdzie się tu Flying High Again i S.A.T.O., a jeżeli ktoś uwielbia Osbourne'a w wydaniu balladowym, czekają tu You Can't Kill Rock And Roll oraz Tonight. Specjalnie wyróżnić chciałbym tutaj ponownie Diary of a Madman, które uważam za jedno z najwybitniejszych piosenkowych osiągnięć Ozzmana. Już dla samej tej piosenki warto mieć ten album, ale reszta absolutnie nie rozczarowuje. Ta płyta nie zawiera żadnego przeboju, który wszedłby do kanonu tak jak np. I Don't Know, Crazy Train, Suicide Solution czy Mr. Crowley, ale za to całość trzyma poziom. Tam mieliśmy 4 sztosy otoczone przyzwoitymi numerami, a tutaj wszystko jest na bardzo wysokim poziomie. Tak czy siak, Diary of a Madman uważam za najlepszą płytę Ozzy'ego z lat 80. i jeden z najlepszych albumów w całej jego karierze (wliczając w to płyty z Black Sabbath).

Ocena: 9/10

niedziela, 12 stycznia 2020

"Blizzard of Ozz" - Ozzy Osbourne [Recenzja]


O karierze solowej Ozzy Osbourne myślał jeszcze przed wydaniem Technical Ecstasy. Marzył wówczas o odejściu z Black Sabbath i założeniu własnego zespołu; chodził nawet w koszulkach z wymyśloną przez niego nazwą, Blizzard of Ozz, którą miałą przyjąć jego nowa grupa. Dobrze grało mu się w Black Sabbath, ale to nie on był tam liderem, a bardzo chciał pełnić tę funkcję. Jasnym jednak było, że to Tony Iommi (gitarzysta) był głównym trzonem grupy i nikt mu nie podskoczy, bo bez niego Black Sabbath po prostu by upadł.
Never Say Die! nagrywany był w okropnej atmosferze. Początkowo Ozzy odszedł z zespołu, więc piosenki były pisane pod kogoś innego. Zdecydował jednak, że wróci, więc nagrał te kawałki, po czym... został wywalony. Z tym już sobie nie poradził. Poczuł się porzucony i zdradzony. Zamknął się więc w pokoju i oddał się temu, za co go wywalono - zaczął pić i ćpać. Przez kilka miesięcy nie wychodził z pokoju hotelowego, a dowożono mu tylko narkotyki, alkohol i jedzenie. Zatracił się w nałogach i nie widział już dla siebie żadnych perspektyw.
Pewnego dnia w jego pokoju zjawiła się Sharon Arden (córka managera Black Sabbath). Gdy zobaczyła, w jakim Ozzy jest stanie (niekontaktujący, spasiony i rozespany) postanowiła wyciągnąć do niego rękę i pomóc mu wrócić do życia. Wiedziała, że jedyne, co może go doprowadzić do porządku, to powrót do muzyki. Osbourne zgodził się, by została jego managerem, a także - po wspólnej dyskusji - ustalili, że Ozzy nie będzie pakował się ponownie w zespół. Dzięki dziesięcioletniej przygodzie z Sabbathami wyrobił sobie jako-taką markę, więc samo jego nazwisko wystarczyłoby na dobry początek.
Kilka piosenek na debiutancki album powstała podczas jam session w Walii (I Don't Know, Crazy Train, Goodbye To Romance, You Lookin' At Me Lookin' At You). Grali wówczas: na wokalu Ozzy, na gitarze odkrycie Osbourne'a, wspaniały Randy Rhoads, na basie Bob Daisley, a na perkusji Barry Screnage. Z tym, że ten ostatni nigdy nie był nawet rozważany, jako członek nowego zespołu, a jedynie wyświadczał kolegom przysługę, pojawiając się na sesji. W wyniku przesłuchań wyłowiono byłego bębniarza Uriah Heep, Lee Kerslake'a.
Album ostatecznie zatytułowano tak, jak miał nazywać się niedoszły zespół Ozzy'ego - Blizzard of Ozz. Co ciekawe, początkowo Osbourne cały czas powtarzał tę nazwę, więc Kerslake i Daisley byli przekonani, że są członkami zespołu o tej właśnie nazwie (Randy był bliżej zaprzyjaźniony z Ozzym, więc wiedział, że to tylko tytuł albumu). Zdziwili się jednak, widząc po wydaniu albumu, że są tylko instrumentalistami Osbourne'a. Sharon jednak zabrała ich na rozmowę i tak ich usadziła, że pogodzili się z tym faktem i grali dalej swoje. Póki co.

Zaczynamy od jednego z większych przebojów Ozzy'ego, czyli chwytliwego I Don't Know. Już od samego początku atakuje nas wpadający w ucho riff, a po chwili wchodzi Osbourne z bardzo fajną melodią. Tekst piosenki zdaje się być credo Ozzy'ego, w którym tłumaczy, że nie zna odpowiedzi na wszystkie dręczące ludzi pytania. Piosenka jest dość długa, jak na tak prostą zawartość (nieco ponad 5 minut), a mimo to nie nudzi. Nie ma tu żadnych aspiracji, by być czymś więcej niż melodyjnym i wpadającym w ucho lekko-strawnym metalem, ale - jak widać - wystarcza to, by stworzyć naprawdę dobry numer. Bardzo lubię moment zwolnienia, po którym Randy Rhoads prezentuje nam szybkie i znakomite solo. Potem powrót do głównego riffu i powtórzenie pierwszej zwrotki. Bardzo fajna piosenka. Trasa Osbourne'a bez niej, to trasa stracona. Grał ją bowiem od 1980 roku aż po swoje ostatnie koncerty z trasy No More Tours 2. Świetnie sprawdza się zarówno słuchając jej na płycie, jak i na żywo. Bardzo dobry otwieracz.

People look to me ans say
Is the end near, when is the final day?
What's the future of mankind?
How do I know, I got left behind

Everyone goes through changes
Looking to find the truth
Don't look at me for answers
Don't ask me
I don't know

Chyba największy przebój Ozzy'ego. Żadna piosenka Osbourne'a (z jego solowego katalogu) nie weszła tak mocno do kanonu muzyki rockowej. Pierwszy singiel solowej kariery Ozzy'ego, a także pierwszy promujący ten album - Crazy Train. Riff, który gra tutaj Rhoads, to jeden z najbardziej chwytliwych motywów gitarowych w historii, znanym nawet największym laikom tego gatunku. Chwytliwe partie wokalne Ozzy'ego znakomicie tu brzmią, a pełen całkiem fajnych frazesów tekst brzmi tu jak ulał. Prawdziwy hymn Osbourne'a, który brzmi tak samo dobrze 40 lat od premiery. Piosenka z miejsca weszła do kanonu i po dziś dzień jest najbardziej rozpoznawalną piosenką Ozzy'ego (obok Dreamer). Na osobną uwagę zasługuje jednak delikatne zwolnienie, po którym następuje szybkie, rozpędzone solo gitarowe i efektowny powrót do głównego motywu. Znakomity kawałek, którego słuchania dostarcza sporo przyjemności i rockowej energii.

Heirs of a cold war
That's what we've become
Inheriting troubles
I'm mentally numb
Crazy, I just cannot bear
I'm living with something that just isn't fair

Mental wounds not healing
Who and what's to blame
I'm going off the rails on a crazy train

Zwolnienie gwarantuje nam natomiast Goodbye To Romance. Jest to pierwszy utwór napisany na płytę i jest on swoistym pożegnaniem Ozzy'ego z Black Sabbath. O ile tekst jest naprawdę fajny, wokale Osbourne'a niezłe, melodia wpada w ucho, o tyle całość wydaje się odrobinę przesłodzona. Słychać tu, że Ozzy ma idealny głos do ballad (co będzie potem wykorzystywać, na każdym krążku umieszczając co najmniej jedną balladę). Całe 5 i pół minut warte jest jednak przesłuchania dla dwóch momentów: sola gitarowego i motywu klawiszowego na sam koniec. Serio, te dwa elementy to coś, co zasługuje na szczególne wyróżnienie. 

I've been the king, I've been the clown
Now broken wings can't hold me down
I'm free again
The jester with the broken crown
It won't be me this time around
To love in vain

Dee to króciutki i zupełnie niepotrzebny przerywnik. Ta miniaturka na gitarze akustycznej nagrana była przez Randy'ego dla jego mamy. Poprosił bowiem Ozzy'ego, by nagrać jakąś piosenkę dla jego mamy, ale pisanie jakoś nie szło, więc ostatecznie skończyło się na tym. 
Powrotem do solidnego, porządnego grania jest natomiast Suicide Solution. Mocarny riff, który atakuje nas na dzień dobry to prawdziwe uderzenie. Potem znakomita linia wokalna ze znakomitym głosem Ozzy'ego. Piosenkę napisano jako reakcję na śmierć Bona Scotta (wokalistę zespołu AC/DC, który zmarł w wyniku przedawkowania alkoholu), a także pijaństwo Osbourne'a, które w tamtych czasach osiągało wręcz horrendalny poziom. Oczywiście nie obyło się bez kontrowersji. W październiku 1984 roku pewien młodociany fan Ozzy'ego, John McCollum, włączył sobie koncertówkę Osbourne'a - Speak of the Devil - po czym zastrzelił się z pistoletu, który ukradł ojcu. Rodzice wytoczyli więc Ozzy'emu protest, oskarżając go o to, że piosenką Suicide Solution zachęcił ich syna do popełnienia samobójstwo. Było to kompletna bzdura, ponieważ na wspomnianym Speak of the Devil nie ma nawet tej piosenki (jest to koncertowy album z piosenkami Black Sabbath). Co więcej, tekst raczej właśnie wystrzega przed samobójstwem, a tam gdzie prawnicy słyszeli "Why try? Get the gun and shoot" w rzeczywistości było "Get the flaps out" (a warto dodać, że "flaps" oznacza damskie miejsca intymne). Jak sam trafnie podsumował to Ozzy: "To bez sensu, po co miałbym zachęcać moich fanów do samobójstwa? Kto wtedy kupowałby moje płyty?". Pomijając jednak te bezsensowne oskarżenia, piosenka ta to kawał dobrego i porządnego grania. Mocna gitara, dobra melodia i w ogóle całość po prostu mocno brzmi.

Now you live inside a bottle, the reaper's travelling at full throttle
It's gettin you, but you don't see it
The reaper's you and reaper is me
Breaking laws, knockin' doors, but there's no one at home
Make your bed, rest your head, but you lie there and moan
Where to hide, suicide is the only wat out
Don't you know what it's really about?

Na tej płycie znajduje się jednak jedno metalowe arcydzieło, a jest nim bez wątpienia Mr. Crowley. Zaczynamy organowym, ponurym motywem. Potem najpierw wchodzi sam Ozzy, a następnie ostra gitara i sekcja rytmiczna. To, co na wiośle wyczynia tutaj Randy Rhoads przechodzi tu ludzkie pojęcie. Jego solówki są wręcz idealne, a linia wokalna Osbourne'a to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka wyszła z jego muzycznej wyobraźni w trakcie całej kariery. Mimo oczywistego ciężaru, całość nie przestaje jednak być ani na chwilę chwytliwa i zachwyca przez całe 5 minut, ani chwili nie nudząc. Jak powstała? Otóż po wejściu do studia, na stole Ozzy zobaczył talię kart tarota. Przypomniała mu się książka o Aleisterze Crowley'u (okultyście), którą czytał jakiś czas temu. Zaproponował więc, by napisać o tym piosenkę. Tekst powstał bardzo szybko, potem Osbourne zaczął nucić melodię i cała reszta poszła już z górki. Tak czy siak, ten utwór to - moim zdaniem - najlepszy utwór solowej kariery Ozzy'ego. Nie zliczę, ile razy go słuchałem, ale za każdym razem mam ciary i słucham go z jednakową przyjemnością. Nic nie zastąpi dreszczu emocji przy pierwszym odkrywaniu tego kawałka, ale emocje towarzyszące mu przy n-tym odsłuchu to wciąż coś niezwykłego.

Mr. Crowley, what went on in your head?
Mr. Crowley, did you talk to the dead?
Your life style to me seemed so tragic
With the thrill of it all
You fooled all the people with magic
And you waited on Satan's door

Jedynym oczywistym niewypałem na tej płycie jest banalny No Bone Movies. Głupiutka piosenka, stworzona chyba tylko do chóralnego śpiewania na koncertach. Nawet Ozzy'emu wydaje się nie chcieć za bardzo tego śpiewać i całość wypada niestety drewnianie. 

I shouldn't do it, the guilt tells me why
I just can't stop it, I try and I try
X-rated demon that lives in my head
Hungry for bodge and he wants to be fed

Poziom jednak podnosi się dzięki Revelation (Mother Earth). To kolejny utwór raczej balladowy, jednak nieporównywalnie lepszy od Goodbye To Romance. Melodia jest oryginalniejsza, a płaczliwy głos Ozzy'ego brzmi zdecydowanie szczerzej. Tekst - niestety - wciąż aktualny i wzruszający. Bardzo podobają mi się fajne zaostrzenia gitarowe po delikatnych i spokojnych zwrotkach. Szczególnie dobry jest mocny i szybszy finał, w którym Randy znowu pograł sobie nieco na gitarze i wywija kolejne znakomite solówki. Cios.

Mother please forgive them
For they know not what they do
Looking back in history's books
It seems it's nothing new
Oh, let my mother live

Płytę kończy radosny, żartobliwy i dynamiczny Steal Away (The Night). Mimo, ze tu też raczej mamy sporo banału, nie razi to aż tak jak w przypadku No Bone Movies. Może chodzi po prostu o to, że dobrze to brzmi? Może melodia jest fajniejsza? Może wypada to dynamicznie, a nie wymuszenie? Wszystko jedno, w każdym razie piosenka naprawdę jest dobra i stanowi całkiem udane zakończenie longplay'a.

Could it be a dream come true, now that I am here with you
Tearful eyes of joy is something new
Run away with me tonight, dream the dream and light the light
Happiness is what you give to me


Blizzard of Ozz to zdecydowanie dzieło nieidealne. Jest na pewno jednak najważniejszą płytą w solowej karierze Osbourne'a. Na żadnym albumie Ozzy nie umieścił już tylu przebojów. I Don't Know, Crazy Train, Suicide Solution i Mr. Crowley na stałe weszły już nie tylko do kanonu Osbourne'a, ale także muzyki rockowej. Ilość znakomitych riffów i solówek jest wręcz zatrważająca jak na jeden album. Mimo kilku słabszych momentów (Goodbye To Romance, No Bone Movies), ten krążek to jednak kawał porządnego, lekko strawnego metalu, który do mocnych gitar dodaje też fajne, wpadające w ucho i niebanalne melodie. Wszystko rozbija się właściwie o samego Ozzy'ego - jeśli lubicie jego głos, jego wrażliwość muzyczną i typ muzyki, który tworzy, to będziecie wysoce usatysfakcjonowani tym albumem. Jeśli natomiast dopiero poznajecie karierę współzałożyciela Black Sabbath, to dobrze będzie zacząć właśnie od tego albumu, gdyż jest to właściwie kwintesencja jego twórczości: nie zabraknie kiczu, nie zabraknie banału, ale przede wszystkim nie zabraknie też naprawdę dobrych melodii, porządnego grania i wartościowej muzyki. I choć są płyty, które cenię bardziej niż tę, to ta jest absolutnym klasykiem.

Ocena: 7/10

"PWRϟUP" - ACϟDC [Recenzja]

Po tragicznej śmierci Bona Scotta w 1980 roku, zespół ACϟDC z pewnością nie miał z górki. Zdarzało się wiele zawirowań, jednak chyba kolejną...